Teraz szedł z ponuro zwieszoną głową i ogonem ciorającym po śniegu. Wciąż było mu tak zimno, jak nigdy dotąd, i pragnął wrócić do Owocowego Lasu, ale niedawno wydedukował, że nie warto tak rozmyślać o tamtym życiu, bo tylko bardziej się zniechęci. Zauważył, jak bardzo był posępny i jak często nie chciało mu się wychodzić z legowiska – a to wszystko dlatego, że zaprzątał sobie głowę przeszłością. Teraz jest w Świetlikach, żyje z nimi, pomaga im. Musi brnąć dalej, nieważne, czy świat mu sprzyja, czy daje kłody pod łapy. Powinien być wdzięczny, że przyjęli go, dali schronienie i zioła. W przeciwnym razie może już dawno by zamarzł, po tym, jak Ziemniak wygonił go z terenów.
W końcu prawda była taka, że nie był on najzdolniejszy. Znał zioła, ale tylko garstkę. Jeśli zaś chodzi o polowania i walkę… przed treningami z Mglistym Snem nie potrafił kompletnie nic! Teraz natomiast trening na wojownika szedł mu całkiem nieźle i Osetek czuł, że odnajduje się w nowej roli. Może nawet bardziej niż wtedy, gdy szkolił się na uzdrowiciela?
Mlecznobiały śnieg mienił się w oczach Ostowej Łapy, gdy ten dreptał po nim, zostawiając za sobą ślady swoich poduszek. Miał o tyle szczęścia, że na razie przestało padać, więc nie musiał martwić się o śnieżynki, które z zawrotną prędkością uderzały w jego pysk. Czasem były naprawdę irytujące! Tym bardziej, gdy za cel obrały sobie oczy Ostowej Łapy. Wtedy ten musiał ciągle je mrużyć, by przypadkiem żadna na nich nie wylądowała na ich powierzchni.
Wokół kocura panowała niemal kompletna cisza, przerywana tylko chrzęstem śniegu, jaki wydobywał się po zrobieniu kroku. Osetek słyszał też swój ciężki oddech i obserwował, jak z jego pyszczka wydobywają się liczne obłoczki pary. Był na tyle skupiony na tym, jak bardzo mu zimno, że nawet nie zauważył, iż po drugiej stronie rzeki śledziła go kotka z Klanu Nocy. Dopiero gdy ta kichnęła, uczeń zjeżył się i zamarł w miejscu, szybko odwracając głowę w stronę źródła dźwięku.
Tam dostrzegł wysoką, szczupłą kotkę o długim, szylkretowym futerku. Miała piękne, żółte ślepia, które z uwagą, lecz i dystansem, obserwowały Ostową Łapę. Wyglądała na bystrą i czujną – jakby wiedziała, że nie powinna ufać samotnikom, lecz wciąż była zaciekawiona obecnością Osetka tak blisko terenów Klanu Nocy. Gdy kotka spostrzegła, że czarno-biały wpatruje się prosto w jej urokliwy pysk, spuściła wzrok, robiąc krok w tył.
— H-hej! Zaczekaj! — krzyknął uczeń, skręcając w jej stronę. Nie zawahał się przed tym, by postawić łapę na lodowej tafli, jaka utworzyła się na jeziorze. — Nie jestem zagrożeniem, dobrze? — kontynuował, licząc na to, że uda mu się pociągnąć rozmowę z szylkretką.
— Musisz stąd iść, szybko… — wymamrotała, płaszcząc nieco uszy.
— Dlaczego miałbym chcieć? — odparł Ostowa Łapa, uśmiechając się zadziornie. — Przecież nie kradnę od was zwierzyny! Czy to źle, że chcę poznawać nowe ko-
— Nie rozumiesz! Zaraz przyjdzie tu patrol, a ten patrol nie jest złożony z kotów, które chciałyby cię tu widzieć! — przerwała mu, w końcu podnosząc na niego wzrok. W jej oczach zalśniły iskry niepokoju. Były niemal jak gwiazdy migoczące na niebie – Osetek nie mógł oderwać od nich spojrzenia.
Ruszył się dopiero wtedy, gdy w oddali dostrzegł rysujące się sylwetki dwójki kotów. Wycofał się na tereny Świetlików, wciąż śledząc wzrokiem pysk Nocniaczki.
— Pójdę stąd… — oznajmił w końcu, już napinając mięśnie, gotowy do biegu. — Ale musisz mi obiecać, że jeszcze kiedyś się spotkamy!
Szylkretka postawiła uszy do góry, widocznie skonfundowana.
— Co? Dlaczego? Nie rozumiem… — wymamrotała, lecz wtedy Ostowa Łapa usłyszał głos obcego kota, dobiegający z niedaleka. Nie miał już czasu odpowiedzieć kotce – musiał stąd zmykać!
Znów był na granicy z Klanem Nocy. Wszystko wyglądało teraz niemal identycznie jak wtedy, gdy spotkał tę nieznajomą. Z początku nie odczuł tego tak bardzo, ale gdy wrócił do obozu, nie potrafił wyjąć sobie z głowy obrazu jej pięknych, spokojnych oczu w złocistym kolorze. Zdradzały wiele z jej charakteru – jej mądrość, uwagę. Ostowa Łapa czuł, że ta obca kotka nie była tylko kolejną narwaną dzikuską, a kimś inteligentnym, kto pragnie poznawać świat i otwierać się na nowe możliwości.
Może tylko to sobie dopowiadał, ale gdzieś w głębi duszy czuł, że ta szylkretka była kimś, kogo chciałby lepiej poznać. Nie tylko zresztą wyraz jej oczu go uwiódł – miała zadbaną sierść, a gdy światło zaświeciło na nią pod odpowiednim kątem, zdradzało ukryte na niej pręgi. Była też splamiona bielą, jakby śnieżynki osiadły na niej i już nigdy nie stopniały.
Ostowa Łapa fuknął pod nosem, przykładając łapę do pyska.
— Na Wszechmatkę, Klan Gwiazdy czy inne wiary! Dlaczego ja o niej myślę? — mruknął do siebie, ale nie spodziewał się, że kotka stoi tuż za nim.
Musnęła go swoim bokiem, gdy przechodziła obok, by spokojnie i lekko usadowić się przed jego pyszczkiem. Czarno-biały poczuł, jak jego żołądek wykręca się do góry nogami. Czy słyszała to, co powiedział? Czy wiedziała, że mówił to o niej?
— Och! Cze-cześć… nieznajoma — przywitał się, czując, jak pieką go końcówki uszu. — Co tu robisz? To tereny Świetlików, przecież… — zauważył. Nie mówił tego jednak z pewnością, bo wcale nie chciał, by szylkretka wracała do siebie. Mogła tu być… tu, przy nim… przez całe sezony.
— Chciałeś się spotkać, czyż nie? Oto więc jestem — odparła spokojnie. Jej głos przypominał przyjemny, wiosenny śpiew ptaków. Był jak miód na uszy Ostowej Łapy. — Nie przedstawiłeś mi się, może czas to zmienić?
Uczeń na moment zamilkł, a jego ogon poruszył się z nerwów.
— Ostowa Łapa! — odrzekł. — Znaczy… nazywam się Ostowa Łapa. Ale możesz mi mówić Osetek, jeśli chcesz.
Wobec niej nie odważył się skłamać. Może i Konwaliowej Mieliźnie wcisnął kit, że wcale nie nazywa się tak jak klanowi uczniowie, ale… przed nią? Nie mógł tego zrobić. Czuł, że szylkretka rozgryzłaby go w mgnieniu oka. Wydawała się taka… wszechwiedząca!
— A ty? Jak się nazywasz? — odbił.
Nieznajoma nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się aksamitnie do ucznia, mrużąc delikatnie ślepia. Może go nie usłyszała? A może powinien powtórzyć pytanie?
Gdy otwierał pysk, nagle poczuł, jakby coś oplotło się wokół jego szyi. Zatrząsł nim chłód, a po grzbiecie przebiegły dreszcze niczym stado mrówek. Nim ponownie rozwarł szczękę, obraz przed nim zaczął blednąć. Tajemnicza szylkretka rozpłynęła się wśród czerni, ale determinacja, by znów ją odnaleźć pozostała.
Osetek otworzył powieki, a w jego sercu niemal od razu pojawiło się uczucie zawodu. Więc jednak to wszystko było tylko snem? Czyli nie stał teraz nad granicą Klanu Nocy? Otrzepał się powoli, próbując wyostrzyć wszystkie zmysły, a potem ziewnął przeciągle. Rozejrzał się po prowizorycznym obozie – wciąż był jeszcze niedokończony i wymagał sporej ilości pracy. Czarno-biały nie miał ochoty wysilać się fizycznie, ale czuł, że to jego obowiązek i musi pomóc tym uciekinierom odnaleźć się tutaj, choć sam wiedział niewiele więcej niż oni. Nie miał nawet pojęcia, czy naprawdę wszyscy go tu chcą i czy przypadkiem nie będą próbowali go zabić, gdy już nie będzie im potrzebny. Miał wrażenie, że zachował się bardzo głupio i już dawno powinien stąd zwiać, ale mimo wszystko wciąż pozwalał, by jego ciało powoli tu wymierało. Sporo kotów doznało wcześniej obrażeń, były teraz osłabione. Niedawno zmarła także biała kocica, której imienia Osetek nie pamiętał. Brakowało jedzenia, ziół, a ponadto schronienia. Ostowej Łapie codziennie zadek marznął, od ranka aż do wieczora. Nie sądził, że w takich warunkach uda mu się przeżyć zbyt długo.
Nim zdążył się dobrze przebudzić, podszedł do niego liliowy kocur, który tamtego pamiętnego wieczoru odnalazł Osetka wraz z Jarzębiną. Nazywał się Miodowa Kora – uczeń dobrze znał to imię.
— Hm? — mruknął, spoglądając na wojownika spod przymrużonych powiek.
— Wstawaj, chłopcze! — rzekł kocur. — Musimy wziąć się do roboty. Jeśli się sprężymy, kto wie, może uda nam się przeżyć tę Porę Nagich Drzew — dodał, jakże pokrzepiająco, uśmiechając się subtelnie do Osetka.
— Ach, tak… Jasne, jasne — wymamrotał czarno-biały, podnosząc się ze swojego niewygodnego, nieprzytulnego posłania. — Co dziś będziemy robić?
Miodowa Kora popatrzył na niego.
— Upolujemy coś dla grupy i znajdziemy jakieś przydatne rzeczy, które nadadzą się do tworzenia posłań — wyjaśnił, na co uczeń przytaknął. — Właśnie, Ostowa Łapo, czy kiedykolwiek polowałeś na coś? Jeśli nie to nauczę podstaw! Kiedyś szkoliłem dwóch uczniów i jeden wyrósł na obiecanego wojownika a ten drugi to ciężko powiedzieć… — zamyślił się na moment.
Ostowa Łapa nie miał pojęcia, o kim mówił Miodowa Kora, ale nie zamierzał naciskać.
— Nie… nigdy nie polowałem. W Owocowym Lesie uczyłem się na uzdrowiciela, więc… wiem jedynie, jakich ziół użyć na ból brzucha czy infekcję, ale polować ani walczyć nie potrafię — oznajmił. Po jego ranach raczej łatwo można było zauważyć, że nie był zbyt silny. Tamtego dnia Ziemniak dobrze go urządził. Może gdyby Osetek szkolił się na wojownika, byłby w stanie odeprzeć atak czekoladowego? Może mógłby wywalczyć sobie miejsce w społeczności Owocniaków, a tak… trafił do Świetlików. — Możemy już iść. Mam… do ciebie kilka pytań. Chętnie nauczę się polować, a przy okazji możemy trochę pogadać.
W końcu prawda była taka, że nie był on najzdolniejszy. Znał zioła, ale tylko garstkę. Jeśli zaś chodzi o polowania i walkę… przed treningami z Mglistym Snem nie potrafił kompletnie nic! Teraz natomiast trening na wojownika szedł mu całkiem nieźle i Osetek czuł, że odnajduje się w nowej roli. Może nawet bardziej niż wtedy, gdy szkolił się na uzdrowiciela?
Mlecznobiały śnieg mienił się w oczach Ostowej Łapy, gdy ten dreptał po nim, zostawiając za sobą ślady swoich poduszek. Miał o tyle szczęścia, że na razie przestało padać, więc nie musiał martwić się o śnieżynki, które z zawrotną prędkością uderzały w jego pysk. Czasem były naprawdę irytujące! Tym bardziej, gdy za cel obrały sobie oczy Ostowej Łapy. Wtedy ten musiał ciągle je mrużyć, by przypadkiem żadna na nich nie wylądowała na ich powierzchni.
Wokół kocura panowała niemal kompletna cisza, przerywana tylko chrzęstem śniegu, jaki wydobywał się po zrobieniu kroku. Osetek słyszał też swój ciężki oddech i obserwował, jak z jego pyszczka wydobywają się liczne obłoczki pary. Był na tyle skupiony na tym, jak bardzo mu zimno, że nawet nie zauważył, iż po drugiej stronie rzeki śledziła go kotka z Klanu Nocy. Dopiero gdy ta kichnęła, uczeń zjeżył się i zamarł w miejscu, szybko odwracając głowę w stronę źródła dźwięku.
Tam dostrzegł wysoką, szczupłą kotkę o długim, szylkretowym futerku. Miała piękne, żółte ślepia, które z uwagą, lecz i dystansem, obserwowały Ostową Łapę. Wyglądała na bystrą i czujną – jakby wiedziała, że nie powinna ufać samotnikom, lecz wciąż była zaciekawiona obecnością Osetka tak blisko terenów Klanu Nocy. Gdy kotka spostrzegła, że czarno-biały wpatruje się prosto w jej urokliwy pysk, spuściła wzrok, robiąc krok w tył.
— H-hej! Zaczekaj! — krzyknął uczeń, skręcając w jej stronę. Nie zawahał się przed tym, by postawić łapę na lodowej tafli, jaka utworzyła się na jeziorze. — Nie jestem zagrożeniem, dobrze? — kontynuował, licząc na to, że uda mu się pociągnąć rozmowę z szylkretką.
— Musisz stąd iść, szybko… — wymamrotała, płaszcząc nieco uszy.
— Dlaczego miałbym chcieć? — odparł Ostowa Łapa, uśmiechając się zadziornie. — Przecież nie kradnę od was zwierzyny! Czy to źle, że chcę poznawać nowe ko-
— Nie rozumiesz! Zaraz przyjdzie tu patrol, a ten patrol nie jest złożony z kotów, które chciałyby cię tu widzieć! — przerwała mu, w końcu podnosząc na niego wzrok. W jej oczach zalśniły iskry niepokoju. Były niemal jak gwiazdy migoczące na niebie – Osetek nie mógł oderwać od nich spojrzenia.
Ruszył się dopiero wtedy, gdy w oddali dostrzegł rysujące się sylwetki dwójki kotów. Wycofał się na tereny Świetlików, wciąż śledząc wzrokiem pysk Nocniaczki.
— Pójdę stąd… — oznajmił w końcu, już napinając mięśnie, gotowy do biegu. — Ale musisz mi obiecać, że jeszcze kiedyś się spotkamy!
Szylkretka postawiła uszy do góry, widocznie skonfundowana.
— Co? Dlaczego? Nie rozumiem… — wymamrotała, lecz wtedy Ostowa Łapa usłyszał głos obcego kota, dobiegający z niedaleka. Nie miał już czasu odpowiedzieć kotce – musiał stąd zmykać!
ᶻ 𝗓 𐰁
Może tylko to sobie dopowiadał, ale gdzieś w głębi duszy czuł, że ta szylkretka była kimś, kogo chciałby lepiej poznać. Nie tylko zresztą wyraz jej oczu go uwiódł – miała zadbaną sierść, a gdy światło zaświeciło na nią pod odpowiednim kątem, zdradzało ukryte na niej pręgi. Była też splamiona bielą, jakby śnieżynki osiadły na niej i już nigdy nie stopniały.
Ostowa Łapa fuknął pod nosem, przykładając łapę do pyska.
— Na Wszechmatkę, Klan Gwiazdy czy inne wiary! Dlaczego ja o niej myślę? — mruknął do siebie, ale nie spodziewał się, że kotka stoi tuż za nim.
Musnęła go swoim bokiem, gdy przechodziła obok, by spokojnie i lekko usadowić się przed jego pyszczkiem. Czarno-biały poczuł, jak jego żołądek wykręca się do góry nogami. Czy słyszała to, co powiedział? Czy wiedziała, że mówił to o niej?
— Och! Cze-cześć… nieznajoma — przywitał się, czując, jak pieką go końcówki uszu. — Co tu robisz? To tereny Świetlików, przecież… — zauważył. Nie mówił tego jednak z pewnością, bo wcale nie chciał, by szylkretka wracała do siebie. Mogła tu być… tu, przy nim… przez całe sezony.
— Chciałeś się spotkać, czyż nie? Oto więc jestem — odparła spokojnie. Jej głos przypominał przyjemny, wiosenny śpiew ptaków. Był jak miód na uszy Ostowej Łapy. — Nie przedstawiłeś mi się, może czas to zmienić?
Uczeń na moment zamilkł, a jego ogon poruszył się z nerwów.
— Ostowa Łapa! — odrzekł. — Znaczy… nazywam się Ostowa Łapa. Ale możesz mi mówić Osetek, jeśli chcesz.
Wobec niej nie odważył się skłamać. Może i Konwaliowej Mieliźnie wcisnął kit, że wcale nie nazywa się tak jak klanowi uczniowie, ale… przed nią? Nie mógł tego zrobić. Czuł, że szylkretka rozgryzłaby go w mgnieniu oka. Wydawała się taka… wszechwiedząca!
— A ty? Jak się nazywasz? — odbił.
Nieznajoma nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się aksamitnie do ucznia, mrużąc delikatnie ślepia. Może go nie usłyszała? A może powinien powtórzyć pytanie?
Gdy otwierał pysk, nagle poczuł, jakby coś oplotło się wokół jego szyi. Zatrząsł nim chłód, a po grzbiecie przebiegły dreszcze niczym stado mrówek. Nim ponownie rozwarł szczękę, obraz przed nim zaczął blednąć. Tajemnicza szylkretka rozpłynęła się wśród czerni, ale determinacja, by znów ją odnaleźć pozostała.
ᶻ 𝗓 𐰁
Nim zdążył się dobrze przebudzić, podszedł do niego liliowy kocur, który tamtego pamiętnego wieczoru odnalazł Osetka wraz z Jarzębiną. Nazywał się Miodowa Kora – uczeń dobrze znał to imię.
— Hm? — mruknął, spoglądając na wojownika spod przymrużonych powiek.
— Wstawaj, chłopcze! — rzekł kocur. — Musimy wziąć się do roboty. Jeśli się sprężymy, kto wie, może uda nam się przeżyć tę Porę Nagich Drzew — dodał, jakże pokrzepiająco, uśmiechając się subtelnie do Osetka.
— Ach, tak… Jasne, jasne — wymamrotał czarno-biały, podnosząc się ze swojego niewygodnego, nieprzytulnego posłania. — Co dziś będziemy robić?
Miodowa Kora popatrzył na niego.
— Upolujemy coś dla grupy i znajdziemy jakieś przydatne rzeczy, które nadadzą się do tworzenia posłań — wyjaśnił, na co uczeń przytaknął. — Właśnie, Ostowa Łapo, czy kiedykolwiek polowałeś na coś? Jeśli nie to nauczę podstaw! Kiedyś szkoliłem dwóch uczniów i jeden wyrósł na obiecanego wojownika a ten drugi to ciężko powiedzieć… — zamyślił się na moment.
Ostowa Łapa nie miał pojęcia, o kim mówił Miodowa Kora, ale nie zamierzał naciskać.
— Nie… nigdy nie polowałem. W Owocowym Lesie uczyłem się na uzdrowiciela, więc… wiem jedynie, jakich ziół użyć na ból brzucha czy infekcję, ale polować ani walczyć nie potrafię — oznajmił. Po jego ranach raczej łatwo można było zauważyć, że nie był zbyt silny. Tamtego dnia Ziemniak dobrze go urządził. Może gdyby Osetek szkolił się na wojownika, byłby w stanie odeprzeć atak czekoladowego? Może mógłby wywalczyć sobie miejsce w społeczności Owocniaków, a tak… trafił do Świetlików. — Możemy już iść. Mam… do ciebie kilka pytań. Chętnie nauczę się polować, a przy okazji możemy trochę pogadać.
<Miodowa Koro?>
[1545 słów, trening wojownika]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz