BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(trzy wolne miejsca!)

Znajdki w Klanie Burzy!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 16 sierpnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zalotna Krasopani x Kosaćcowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zalotna Krasopani x Kosaćcowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

27 sierpnia 2025

Od Zalotnej Krasopani CD. Kosaćcowej Grzywy

Zalotna Krasopani zatrzymała się na środku obozu, zaskoczona tym, co właśnie zobaczyła. Kosaćcowa Grzywa – jej syn – mówił sam do siebie! Żałosne. Pewnie ten cały Klan Gwiazdy już namieszał mu w głowie. Ona wiedziała lepiej. Wiedziała, że Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, to jedyna właściwa wiara. Wiedziała, co dla jej dzieci było najlepsze. Może nie zawsze podejmowała dobre decyzje, ale co do tego nie miała wątpliwości. Zbyt duża wiedza Kosaćca tylko sprowadziła na niego zgubę.
Patrzyła, jak wojownik opuszcza obóz – sam, słaby i rozkojarzony. Gdyby natknęli się na niego samotnicy, mógłby nie mieć tyle szczęścia, co ona. Postanowiła więc pójść za nim. Trochę obawiała się, że może stracić nad sobą panowanie i ją zaatakować, ale co miała do stracenia? Była już stara, cała obolała i pokryta bliznami. Zresztą i tak nie miała dobrych relacji z rodziną. Prążkowana Kita unikał jej jak ognia – pewnie bał się, że każde słowo na nowo rozpali konflikt. Czuła do niego żal. Bolało ją, że srebrny patrzył na nią jak na potwora. Przecież nigdy go nie skrzywdziła! Miała swoje powody, by być na niego zła. Wystarczyłoby, żeby ją przeprosił. Żeby odwiedził ją wtedy, gdy leżała i cierpiała. Dlaczego wszyscy w jej życiu musieli ją tak zawodzić? Czy cokolwiek mogło kiedyś pójść po jej myśli?
Na zewnątrz było już cieplej, a zwierzyna coraz częściej wychodziła ze swoich norek. Samotnicy przestawali być aż takim zagrożeniem, choć zawsze trzeba było uważać. Niektórzy byli żądni krwi i bólu, a nie jedzenia. Nagle dostrzegła, jak Kosaćcowa Grzywa uderza w drzewo. Parsknęła śmiechem. Jej “potężny syn”, pokonany przez drzewo? To było naprawdę śmieszne.
Zrobiła kilka kroków w jego stronę, choć ostrożnie. Nie była pewna, czy będzie chciał z nią rozmawiać i czy zachowa spokój. Futro na karku jej się zjeżyło – obawiała się nagłego ataku.
— Widzę, że coś z tobą jest nie tak — odezwała się szorstko, chłodno, jakby stwierdzała fakt, a nie próbowała zagadać. — Coś niedobrego — dodała, strzygąc uszami, gdy wiatr zawiał jej w pyszczek. — Widzę, jak twoje futro matowieje, jak twój pysk gaśnie z każdym dniem. Widzę, jak twoje oczy zasnuwa smutek i przygnębienie.
Zrobiła krok bliżej, patrząc na świeże obdarcie na jego czole.
— Wyjaśnisz mi wreszcie, co się z tobą dzieje? — zapytała ostro. — Jesteś jedną wielką zagadką. Nagle zacząłeś mnie unikać, nienawidzić, a potem jeszcze twierdzisz, że wiesz o kulcie? To absurd! — skrzywiła się. To wszystko było dla niej zbyt trudne. Tak bardzo pragnęła, by znowu stał się tym małym Kosaćcem, który w żłobku słuchał jej z zachwytem. Ale tamten kociak już nie istniał. Został po nim tylko cień przeszłości.
Kosaćcowa Grzywa spojrzał na nią z obojętnością, przysłuchując się jej słowom. Mimo tego nic nie powiedział. Zamknął na chwilę oczy, jakby mu wyschły.
— Ja... — Chciał coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Odchrząknął, otwierając oczy. Kocur westchnął, mozolnie wstając.
— Przecież wiesz, że dowiedziałem się o twoim kulcie za pomocą tych śmierdzących świętoszków — wychrypiał, próbując utrzymać równowagę. Otrząsnął się, wracając zmęczonym spojrzeniem w stronę matki. Zalotka przełknęła ślinę. Miała wrażenie, jakby zalał ją zimny pot.
— Kosaćcu… daj sobie pomóc — jej głos zadrżał. Zmarszczyła brwi, a ogon smagnął powietrze jak bicz. — Jeszcze masz szansę się nawrócić. Jeszcze możesz się do nas przyłączyć — dodała szeptem, jakby bała się, że ktoś usłyszy. To mogło się źle skończyć, choć bardziej dla niego niż dla niej. Mimo gniewu wciąż pragnęła, by wrócił. By ją przeprosił. Może wtedy by mu wybaczyła… jeśli to nie byłaby kolejna jego gierka.
— Wybór należy do ciebie — mówiła dalej. — Masz okazję wszystko odwrócić, sprawić, że twoje życie znów będzie takie, jak za kociaka. Albo… możesz zostawić to tak, jak jest. Może według ciebie łatwiej jest uciekać od rodziny. Może przyjemniej kłócić się z własną matką na każdym kroku — prychnęła z pogardą.
Na język cisnęły jej się kolejne słowa, ale powstrzymała się. To, co powiedziała, musiało wystarczyć.
Jej słowa mocno zszokowały wojownika. Otworzył pysk, ale nie mógł nic z siebie wydobyć. Zamiast tego stanął przed nią i spojrzał jej w oczy, które tak strasznie przypominały jego.
— Mam... szansę? — wypowiedział te słowa tak cichutko, jakby nie dowierzał. — Po tym wszystkim? Po tym, jak cię... skrzywdziłem? — Na jego pysku widniał ból, ale nie tylko przez ranę na czole. Zwiesił głowę, patrząc na swoje łapy. Zmrużył oczy, próbując nie dopuścić do siebie łez.
— Czy... — przełknął ślinę — Czy mi wybaczysz, matko? Wybaczysz mi, że zbłądziłem? — zapytał drżącym głosem, siadając i nieco się garbiąc, choć wciąż nie patrzył na Zalotną Krasopani. — To wszystko przez ten parszywy Klan Gwiazdy... — warknął — Myślałem, że jest dobre, że mnie ochroni przed złem... — dodał ciszej. Szylkretka nawiązała z nim kontakt wzrokowy, a w jego brązowych oczach tlił się płomień nienawiści. — Ale się myliłem. Łgali cały czas, wykorzystali mnie! — powiedział rozjuszony, wbijając pazury w podłoże — Byłem tylko kolejną marionetką w ich brudnej gierce — splunął. — Później się znudzili i zostałem przez nich przeklęty! — dodał, gwałtownie wstając. Z jego oczu wylały się przeźroczyste, słone łzy. Spojrzał na nią ze smutkiem w ślepiach.
— Mamo, czy... czy Mroczna Puszcza mi wybaczy? Czy mi wybaczy, że... — zawahał się na chwilę, po czym wziął głęboki wdech i wydech. — Czy Mroczna Puszcza mi wybaczy, że się zakochałem? — podjął ostrożnie, patrząc na wojowniczkę. — Czy Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd nie porzuci mnie przez to, że poczułem miłość? Chciałem... Ja... Ja tylko chciałem... — Jego głos się załamał. Potem pokręcił głową. — Pokochałem kogoś, przy kim czułem się dobrze i bezpiecznie. Przy niej wszystkie smutki odchodziły na bok... — uśmiechnął się słabo na wspomnienia. Chwilę później spoważniał i wbił spojrzenie w górę. — Ale gdy Klan Gwiazdy się dowiedział o tym, że zacząłem kochać i... stworzyłem rodzinę, zostałem przeklęty... — wyszeptał drżącym głosem, zwieszając głowę ze wstydu.
— Mamo, czy... czy mi wybaczysz za wszystko? Czy Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd przyjmie mnie z powrotem? — spojrzał na nią ze łzami w oczach. W jego ślepiach można było dojrzeć malutką nadzieję, która o dziwo jeszcze nie zgasła.
Zalotna Krasopani spojrzała na niego z czystym szokiem wymalowanym na swojej podstarzałej mordce. Nie zdążyła uchwycić zbyt wielu słów z jego monologu, ale jedno zdanie przykuło jej uwagę tak mocno, że zaczęło odbijać się echem w jej głowie. Kiedy Kosaćcowa Grzywa skończył mówić, zagryzła wargę, a jej ogon drgnął. Myślała o tym, że wspomniał o założeniu rodziny. Znalazł miłość i… miał kocięta? Tylko z kim? I gdzie one teraz były? Czy to oznaczało, że Zalotna Krasopani doczekała się wnuków? Jej oczy rozszerzyły się, kiedy dotarło do niej, o czym właśnie pomyślała.
— Kosaćcu, to… to wspaniale! — zapewniła go, zbliżając się do niego, choć nadal niepewnie. Robiła to tak, jakby obawiała się, że może wszystko to było tylko kłamstwem, mającym zbić ją z tropu. Czuła się, jakby bliskość syna była dla niej obca, jakby nie miała prawa być tak blisko niego. — Nie słuchaj tych gwiezdnych potworów… — zaczęła, siadając obok wojownika, głaszcząc jego grzbiet ogonem, a pyskiem opierając się o jego wilgotny policzek, jakby chciała go pocieszyć. Starała się mówić ostrożnie, żeby Kosaciec się nie speszył. — Dobrze, że zrozumiałeś swój błąd. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem z ciebie dumna — rzekła powoli, miękkim głosem, jakby była tylko karmicielką szepczącą kociętom na dobranoc. Jej uszy drgały, zdradzając napięcie, ale Zalotka już nie czuła strachu. Była zaskoczona, może nawet oszołomiona. — Klan Gwiazdy nigdy nie był dobry. Nie był i nigdy nie będzie. Mówiłam już to twojej córce, Kosaćcu. Mówiłam jej, że ci gwiezdni przodkowie udają hojną i dobrą religię — mówiła z pogardą. — A potem krzywdzą niewinnych, takich jak ty. Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd nie ma takich ścisłych zasad, daje wolność. Jest dobre dla jednostek, które chcą cieszyć się z życia, dla tych, którzy traktują wiarę jako dodatek, a nie coś, co ma im rządzić życiem. I właśnie dlatego czcimy mrocznych przodków, Kosaćcowa Grzywo. Jesteśmy dumni, bo nie zabraniają nam robić tego, co nam się należy — kontynuowała, dobierając słowa z ostrożnością. W jej głosie nie było już złości, tylko spokój. — Nie daj sobie wmówić, że ten związek był błędem. Miłość ma być piękna, Kosaćcu, a nie zakazana. Dbaj o swoją partnerkę, o kocięta, i nie pozwól, by propaganda tych potworów cię zaślepiła.
Zalotka skończyła, czując dumę z własnych słów. Mimo że miała nadzieję, że po tym wszystkim jej syn w końcu jej uwierzy, że wróci do kultu, nadal nie mogła się pozbyć tej niepewności. Myślała już nad tym, jak bardziej przekonać go do wiary. W końcu wpadła na pomysł.
— Chodź, synku. Muszę ci coś pokazać — oznajmiła, podnosząc się z miejsca. Kiedy Kosaćcowa Grzywa zrobił to samo, ruszyła przed siebie.

***

Dotarli wkrótce do Ciernistego Drzewa. Miejsca, gdzie kontakt z mrocznymi przodkami był najsilniejszy. Tam zatrzymali się, a Zalotka podeszła bliżej drzewa i spojrzała wprost na swojego syna. Dopiero wtedy zauważyła, jak ciernie zaczepiają się o jej futro.
— To dla nas, kultystów, miejsce święte. To nic tajemniczego, wiesz już o kulcie — zaczęła, wbijając pazury w ziemię i mrugając powoli oczami, jakby coś do nich wpadło. Kosaćcowa Grzywa spojrzał w stronę Ciernistego Drzewa. Na wytłumaczenie przez Zalotkę roli drzewa, przytaknął.
— Nie przyprowadziłam cię tu przypadkowo... — dodała, robiąc kilka kroków w jego stronę. Ciernie szarpały jej futro, ale ona nawet nie drgnęła. — Masz teraz szansę, by w najbliższym czasie dołączyć do nas. Do kultu. Masz szansę odpokutować swoje winy, nawrócić się na Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd — dodała, ocierając się futrem o wojownika. Jej ucho lekko drgnęło. — Masz też przede wszystkim szansę powiedzieć mi, co się działo przez ostatnie księżyce. Synku… Powiedz mi, proszę, o co chodziło z tym Klanem Gwiazdy? Czy tylko ty zostałeś nawiedzony przez te gwiezdne szczury, czy może jeszcze innych dosięgły ich łapy? Masz wszystko, by nam pomóc. By zniszczyć to ziarno wiary w Klan Gwiazdy, by oczyścić Klan Wilka — mamrotała mu do ucha, licząc, że w końcu pęknie. Że powie jej wszystko, i że znów będą mogli być szczęśliwą rodziną.
Pysk wojownika szybko przybrał zaciekawiony wyraz, a zaraz po tym zaskoczony. Chciał coś powiedzieć, Zalotna Krasopani to czuła, a jednak żadne jego słowa nie docierały do jej uszu.
— Ja... — Wyraz pyska Kosaćca złagodniał, a spięte mięśnie nareszcie się rozluźniły. Pozwolił sobie na westchnięcie, a nawet na łagodny uśmiech, który bardzo do niego nie pasował. — To zaszczyt, mamo... — rzekł, niepewnie spoglądając raz na nią, a raz na Cierniste Drzewo. Końcowo jego wzrok spoczął na kotce. Wojownik delikatnie się odsunął, po czym odchrząknął, odwracając wzrok w stronę granicy z Klanem Klifu.
Zalotna Krasopani odchrząknęła, wyrywając syna z zamyślenia. Kosaćcowa Grzywa wzdrygnął się i spojrzał na nią.
— Ach... — wymamrotał, bawiąc się w ziemi prawą łapą. — Po trzech księżycach zostania uczniem, pewna gwiezdna kotka mnie nawiedziła pod pretekstem, że zostałem wybrany — wyjaśniał, choć niechętnie. — Miałem przyjść pod wierzbę pewnej nocy, gdy zakwitnie. Tam kazano mi zrobić okropną, bardzo okropną rzecz, mamo... — przełknął ślinę i spojrzał w dół. Zalotna Krasopani nie zdążyła nawet się wtrącić, gdyż wojownik kontynuował:
— Nie miałem na to wpływu — dodał pośpiesznie. — Wykorzystali mnie, jeden z tych świętoszków mnie opętał. Byłem głupi, myślałem, że robię dobrze... Ale to przyniosło o wiele więcej złego niż dobrego. — Kosaciec zamrugał i syknął nagle. Wyglądał, jakby cierpiał. — Ze mną był jeszcze mój przyjaciel, Zabłąkany Omen — skrzywił się na wzmiankę o nim, a potem spojrzał na Zalotną Krasopani i na chwilę zamilkł. Po jego spojrzeniu było widać, że rozważa swoje następne słowa.
— Była ze mną jeszcze Wrotyczowa Szrama — podjął twardo, spoglądając w dół. — Mieliśmy ją uratować, aby nie stała się następną ofiarą kultu... — dodał cicho — ...Ale wiesz co? — parsknął śmiechem i zmrużył oczy. — Nigdy jej nie lubiłem. Była słaba i głupia, tak jak kiedyś się nazywała — powiedział z uśmieszkiem. — Wcześniej byłem zbyt litościwy i za młody, by zrozumieć, matko. Dziś już nie.
Popatrzył na szylkretkę brązowymi oczami, mierząc ją intensywnym spojrzeniem.
— Czemu kult jej nie wyeliminował po misji? — zapytał. — Spełniła już swoje zadanie. Mogliście to przecież zrobić po cichu — zauważył i uniósł jedną brew. — Czy teraz nie ma idealnej okazji, aby się jej... pozbyć?
Zalotna Krasopani zatrzepotała uchem. Od zawsze nie przepadała za Wrotyczową Szramą, ale nie czuła potrzeby, by od razu rzucać się na nią z pazurami. Można by pomyśleć, że będzie wściekła, że zacznie krzyczeć i obrzucać liliową wojowniczkę wyzwiskami – lecz tak się nie stało. Może dlatego, że miała nieodparte wrażenie, iż Kosaćcowa Grzywa nie mówi jej całej prawdy, a jedynie niewielką jej część. Była niemal pewna, że ta zaraza miała znacznie większą skalę, niż chciał przyznać jej syn.
Wpatrując się w jego oczy, poczuła nagłe ukłucie w sercu. Zmusiła się, by przenieść spojrzenie na jego łapy, a wtedy – jak grom z jasnego nieba – przypomniały jej się słowa, które wciąż odbijały się echem w jej głowie: „Tam kazano mi zrobić okropną, bardzo okropną rzecz, mamo...”. Szylkretka zmrużyła oczy, czując, jak całe jej ciało napina się ze złości. To ona wtedy stała na straży obozu. Zabłąkany Omen… To wszystko musiało być zaplanowane. To nie było zwykłe wyjście na “siusiu”. To był plan, by zniszczyć Sosnową Gwiazdę i Jadowitą Żmiję.
Mimo to Zalotna Krasopani postanowiła zachować spokój. Wzięła głęboki oddech, a potem obdarzyła Kosaćcową Grzywę niemal błagalnym spojrzeniem.
— Kosaćcu, ja… czuję, że nie mówisz mi całej prawdy — zaczęła, kręcąc powoli głową z wyraźnym rozczarowaniem. Jej warga lekko drgała, jakby miała zaraz uronić łzę, lecz nie poddała się emocjom. Wiedziała, że by wygrać tę rozmowę, musi zachować trzeźwość umysłu. — To nie może dotyczyć tylko ciebie, Wrotyczowej Szramy i Zabłąkanego Omenu — wymamrotała, bardziej do siebie niż do niego.
Jej wzrok śledził pazury Kosaćca, jakby szukała na nich choćby śladu krwi czy kępki futra. Wreszcie podniosła głowę, by jej słowa zabrzmiały pewniej, bardziej stanowczo.
— A co z Miodową Korą? Jarzębinowym Żarem? Iskrzącą Nadzieją? Oni też muszą być w to zamieszani! — warknęła, uderzając łapą w ziemię, aż drobinki rozsypały się wokół. Szybko jednak odzyskała opanowanie, a na jej pysku pojawił się nerwowy uśmiech. — Synku… Czy naprawdę bardziej szanujesz ich niż mnie? Czy celowo ich chronisz, bo ci na nich zależy? — zapytała cicho, z niepewnością. — To znaczy, że fakt, iż urodziłam cię i wychowywałam przez sześć księżyców, nic już dla ciebie nie znaczy?
Westchnęła i mówiła dalej miękkim, lecz stanowczym głosem:
— Kosaćcu, ja nie chcę znać tylko połowy prawdy. Chcę znać całą. Teraz nic ci nie grozi, jesteś bezpieczny. Wystarczy kilka słów, a staniesz się szanowany… Pomyśl, co osiągniesz, gdy uchronisz Klan Wilka przed tą paskudną zarazą.
Obserwowała każdy ruch na jego pysku, każde drgnięcie, pragnąc, by w końcu się przyznał. Wiedziała, że kiedy powie jej wszystko, droga będzie już prosta. Wystarczy tylko przekazać wszystko Nikłej Gwieździe, a on zrobi to, co konieczne.
Zalotnej Krasopani ścisnęło się serce na myśl, że tak naprawdę chciała pozbyć się własnej córki. Ale jeśli miała to być cena za uratowanie Klanu Wilka, była gotowa ją zapłacić.
— Nie musisz udawać, że twoja siostra nie jest w to wmieszana. Ona wie za dużo. Tak samo, jak ty. Z tą różnicą, że ona jeszcze mnie nie przeprosiła, nie okazała skruchy. Jest niebezpieczna.

<Kosaćcowa Grzywo? Powiesz mi w końcu prawdę?>

Od Kosaćcowej Grzywy CD. Zalotnej Krasopani

Kiedyś

Przeraził się, cofając się o kilka kroków, chowając uszy do tyłu. Nie chciał zrobić jej krzywdy... czemu to zrobił!? Teraz mógł tylko stać z piekącą pod futrem skórą, coraz gorętszymi policzkami i bólem w brzuchu, jak i w gardle. Nie dowierzał własnym słowom. Nie powinien jej tego mówić, nie powinien! "Jaki głupi jestem!" – pomyślał, gorączkowo przesuwając wzrok z nosa kotki na jej oczy. Zabije mnie! Zabije mnie i Jarzębinę!
Przepaść między nimi była zbyt duża, aby dało się cokolwiek z nią zrobić. Trzęsły mu się łapy, jakby zadbane ciało, które niegdyś niósł z dumą, stało się mokre, ciężkie i brudne, przepełnione zepsutą energią.
— Co ty jeszcze przede mną ukrywasz... matko? — powiedział cichutko, wpatrując się w jej ranę. — Czego ja jeszcze o tobie nie wiem? — dodał ściszonym głosem. Spojrzał jej w oczy. — Jak masz mnie znać, jeśli ja nie poznaję własnej matki!? Jaką brudną prawdę przede mną jeszcze zatajasz!? — podniósł głos, wysuwając głowę do góry. — I nie, nie spiskuję z Klanem Gwiazdy! — chciał się wybronić. Miał nadzieję, że owi gwiezdni przodkowie byli świadomi, że to było kłamstwo. I oby Zalotna Krasopani mu uwierzyła. — Ale czy Mroczna Puszcza jest lepsza, matko?
Jego końcówka ogona nerwowo drgnęła.
— I nawet nie waż się mówić tak o Jarzębinie! — warknął głośno. Echo odbiło się w części lasu, w której właśnie przebywali. Zbyt daleko od domu, ale nie na tyle, aby do niego nie wrócić. Dodał szybko:
— Ona o niczym nie wie! — próbował wytłumaczyć. — Ona... ona ci się udała — dodał ciszej, spuszczając głowę i wpatrując się na swoje łapy. Nagle spojrzał na nią wyzywająco. — Ale nie sądzę, aby chciała rozmawiać z takim kotem, jak ty! — powiedział, cofając się, aż jego zad uderzył o pień wysokiej sosny. — Została medyczką, bo tylko tam się nadawała! Gdyby została wojownikiem, ona... ona by nie przeżyła! — mówił szybko, nie myśląc nad konsekwencjami. I tak ich nie słyszała; przecież ją wkopał swoimi czynami i nie mogła funkcjonować akurat jako medyczka. — A ty jeszcze śmiesz wątpić we własną córkę! Własną, którą wychowałaś jako wierną Mrocznej Puszczy! — zasyczał.
— O co ci chodzi? Nie obrażam Jarzębinowej Łapy... ani nawet ciebie! — syknęła. — Jest mi po prostu wstyd za waszą naiwność! Nie tak was wychowałam! — Gdy wypowiadała te słowa, kręciła głową.
Kosaciec przechylił łeb, a z jego gardła wydobył się nerwowy rechot. Wyszczerzył kły w uśmiechu, przybliżając się.
— A może ty byś chciała, aby zdechła w tym lesie, co? O jeden problem z głowy, co? — wbił pazury w podłoże, przesuwając biały puch.
— Jaki jestem, matko? Jaki? — wyszeptał drżącym głosem, wbijając w nią swoje zimne spojrzenie. Niby te same oczęta, a tyle je różni... pomimo braku blasku, jedna brązowa para ślepi ma jeszcze czas, aby one powróciły. Choć zapewne tego nie zrobi. — Jaki ja jestem, co!? — powtórzył donośnie, marszcząc nos.
Zalotna Krasopani wyprostowała się, mierząc go chłodnym wzrokiem. Gdy jego pysk w końcu się zamknął, szylkretka przełknęła ślinę. Drżały jej łapy.
— Głupi, Kosaćcu. Nad wyraz głupi — mruknęła powoli. — Myślałam, że jeszcze jestem w stanie zobaczyć w tobie swojego własnego synka, który tak chętnie słuchał o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd — zaczęła, a jej oczy się zaszkliły. — Ale ty się zmieniłeś! I śmiesz zarzucać mi jakieś głupoty... Jak potwornym trzeba być, aby zarzucać własnej matce nienawiść do potomstwa? Jak mogłabym nienawidzić Jarzębinę, moją córeczkę? Życie bym za nią oddała! To, że w Klanie Wilka panują takie tradycje, a nie inne, to już nie moja wina! — warknęła. — Jesteś chory. Po prostu chory. Wiesz, jaki żal czuję, gdy na ciebie patrzę? Bo wciąż cię kocham, jak syna... Kosaćcu. Ale ty robisz wszystko, aby postawić mnie w złym świetle, aby zmieszać mnie z błotem, aby to ze mnie zrobić potwora! To wszystko jest takie skomplikowane, a ty nie ułatwiasz sprawy, zarzucając mi jakieś głupstwa... Gdybyś chociaż raz zastanowił się nad swoimi słowami, to może nie bylibyśmy teraz w takiej sytuacji, ale ty nigdy nie używałeś mózgu. Zawsze ważniejsze były dla ciebie pazury i siła fizyczna! — miauknęła, czując, jak krew sączy się z jej rany na nosie.
— Nie obrażasz? — warknął. — Przecież przed chwilą nazwałaś ją spiskowcem przeciwko Mrocznej Puszczy! — dodał. — Że rozmawia z gwiezdnymi kotami! Obrażasz ją, własną córkę! — próbował bronić Jarzębinę. — Ty... Ty próbujesz mną manipulować! Tak jak Jarzębinką! — odrzekł nerwowo. — Gdyby dowiedziała się o tym wszystkim, na pewno by ci nie wybaczyła! A poza tym, ona i tak ma cię w nosie! Ciesz się, że jeszcze nie nazwała twojej osoby szurniętą, bo właśnie taką jesteś! I krzywdzisz nas! — warknął, marszcząc nos.
Następnie wybałuszył oczy na Zalotną Krasopani, z której wylało się tysiąc krzywdzących słów niczym wodospad.
Chory?
On, chory?
Zaśmiał się. Głośno, nerwowo.
Nie poznawał jej. Nawet nie starał się jej słuchać.
— Bo na to zasługujesz, Zalotna Krasopani! — powiedział gładko. Chciało mu się śmiać, ta cała sytuacja zaczynała go rozbawiać.
Nie widział w tym już żadnego sensu. 
— A zgadnij po kim to mam — rzekł. Jego oczy nie wyrażały szczęścia ani smutku; bardziej znudzenie. Znudzenie kotem o nazwie Zalotna Krasopani. A może to nie ona? Niby takie same jak dwie krople, a jednak coś mu nie pasowało. Może nadal pamiętał ją za kocięcych czasów, gdy jeszcze była miła.
— Mózgu ty też nie umiesz obsługiwać, moja droga — wycedził, patrząc na nią z odrazą. — Potwory i zarazem kultyści przecież nie używają mózgu, pamiętasz? Chyba już wiesz, po kim mam te wartości. Sama mnie tego nauczyłaś, że liczy się siła. Dzięki temu wciąż żyję — rzekł, nadzwyczaj spokojnie, i spojrzał w las. Wpatrywał się w gniazdo z trzema małymi ptaszkami. Największy z nich nagle wyrzucił najmniejszego, który spadł i wbił się w ostrą gałąź. Kosaciec od razu uciekł od tego dramatycznego wydarzenia i powrócił wzrokiem ku Zalotce. — Dziękuję Ci... za to. I to jedyne, za co ci dzisiaj podziękuję.
Wysunął pazury, ale nawet nie drgnął. Uśmiechnął się, gdy ujrzał krew lejącą się z jej nosa.
— Ładne, co nie?

.·:⋆¨༺꒷♡꒷༻¨⋆:·.

Życie Kosaćcowej Grzywy nie było jednym z najlepszych. Dotknięty klątwą przez sam Klan Gwiazdy, który go wybrał, który tak pokładał w nim nadzieję na lepszą przyszłość Klanu Wilka. Najwidoczniej nie było mu dane w pełni zaufać tej śmierdzącej wierze, która całkiem zniszczyła jego życie.
Czemu był taki naiwny? Czemu nie posłuchał matki?
Rozmawiał z ojcem; wiedział, że niedawno pokłócił się z Zalotną Krasopani. Jednak Prążkowana Kita nie był zły na partnerkę, a przynajmniej dobrze to ukrywał. Zaproponował Kosaćcowi coś, co wcześniej uznawałby za niemożliwe. Rozmowa z matką.
Być może nie jest parszywą kultystką? Może... Może wszystko, co im wpajano od dziecka, nie było takie złe, ale czy jest sens? Po tym, co jej wyrządził? Czego się dopuścił?
Mimo tego Zalotna Krasopani nikomu nie powiedziała o tym, że jej syn wie o kulcie. Nie nagadała Nikłej Gwieździe. Być może miał jeszcze szansę na naprawienie tego wszystkiego?
"Nie jesteś jej synem" — usłyszał z tyłu głowy syk. Wzdrygnął się, odwracając ciało i głowę w stronę dźwięku. Nie ujrzał... nic. Nagle poczuł, jakby coś go uderzało w klatkę piersiową. Ponownie usłyszał bolesne dla uszu słowa.
"Skrzywdziłeś ją. Nie należy ci się. Nie należy ci się nic!".
Nerwowo zmarszczył nos. Zamknął oczy. Nie znalazł tam spokoju; zamiast tego czuł się brudny, jakby był chwilę po starciu z Sosnową Gwiazdą.
"Nie należy...".
— Zamknij pysk! — krzyknął, jeżąc sierść. Wysunął pazury i zmarszczył brwi. — Zamknij…
Kosaćcowa Grzywa, zanim zdążył dokończyć swoje zdanie, poczuł na sobie zdziwione spojrzenia Wilczaków. Momentalnie jego skóra pod grubym futrem zaczęła płonąć, a oczy zaczęły piec. Kosaćcowa Grzywa spojrzał na wszystkich, otrząsnął się i fuknął, zwieszając głowę. Wymamrotał brzydkie słowa pod nosem, schował pazury i wymaszerował z obozu, a raczej z niego uciekł.
"Skrzywdziłeś ją".
"Zniszczyłeś wszystko".
Chciał uciec jak najdalej.
Czemu jego to spotkało? Czemu? Nic nie zrobił wbrew kodeksowi! Kochał Postrzępiony Mróz! To była miłość, nie zbrodnia przeciwko tym śmierdzących świętoszkom! Czemu... czemu spotkało to jego dzieci? Nie chciał! On nie chciał!
Nagle wpadł w drzewo. Skołowany i słaby, przewrócił się.
Na czole można było dojrzeć czerwoną plamkę, która zaczęła się rozprzestrzeniać po głowie, tworząc szkarłatny labirynt.
Kosaciec nie wstał i nie próbował.
Patrzył w górę, na śnieżnobiałe chmury. Był mokry, brudny, a jego futro było posklejane i zmatowiałe. Oczy nie miały tego młodego blasku, co u innych.
— Czy... czy to ma być mój żałosny koniec? — wyszeptał drżącym głosem, leżąc na plecach. Bolało go całe ciało. — Już... wolałbym dostać owocem w łeb, byle szybko... — westchnął, zamykając oczy.
Żałosny Kosaćcowa Grzywa, żałosny morderca, syn, brat, partner i ojciec trójki dzieci, które zostały przeklęte tylko i wyłącznie przez niego. Co jeszcze żałosnego mógł zrobić w tym jakże żałosnym życiu?
Zatrzepotał rzęsami, obracając głowę w bok. Zauważył ciemną sylwetkę, która zbliżała się do niego. Momentalnie otworzył szerzej oczy; poznawał te charakterystyczne rogi na głowie. Z jego gardła wydobyło się ciche i słabe: "Nie…", po czym pozwolił sobie tak bezwładnie leżeć. Nie miał sił, aby się podnieść.
Może ona już to wszystko zakończy.

<Mamo kochana najpiękniejsza najwspanialsza? Przepraszam cię, ok?>

10 lipca 2025

Od Zalotnej Krasopani do Kosaćcowej Grzywy

W Porę Nagich Drzew

Poranek był spokojny i chłodny. Niebo przybrało jasne, ciepłe barwy – od delikatnego różu, przez błękit, aż po złoto, które powoli rozlewało się nad horyzontem, zwiastując wschodzące słońce. Nie było ani jednej chmurki, żadnego silniejszego wiatru. Powietrze było czyste i świeże, pachniało lasem, igliwiem, ale każdy oddech aż kłuł w nos od zimna. Pora Nagich Drzew zawitała już do lasu. Śnieg pokrywał ziemię cienką warstwą i skrzypiał lekko pod naciskiem łap. Niektóre drzewa wyglądały, jakby zapadły w sen zimowy. Były nagie, spokojne, zamrożone w bezruchu. Na drzewach liściastych nie było już liści, które powiewałyby na wietrze, tworząc ten charakterystyczny szum. Choć prawda była taka, że w lesie Klanu Wilka przeważały drzewa iglaste. Gdzieś w oddali dało się słyszeć trzask gałęzi pod ciężarem śniegu, ale poza tym panowała cisza. Taka dziwnie ciężka i gęsta, której nawet las nie potrafił przerwać. To był jeden z tych poranków, w którym świat wydawał się zatrzymać. Zalotna Krasopani miała wrażenie, jakby wszystko wstrzymało oddech, czekając na coś, co ma się dopiero wydarzyć. A miało się co dziać.
Zalotna Krasopani szła wolno przez las, a obok niej, krok w krok, szedł jej syn – Kosaćcowa Grzywa. Ścieżka, którą podążali, wiła się pomiędzy licznymi, gęsto rozłożonymi drzewami. Między nimi panowała cisza. Dziwna, nieprzyjemna cisza, której żadne z nich nie miało odwagi przełamać. Stawiali krok za krokiem, wciąż jednak milcząc, jakby oboje chcieli, żeby ta chwila trwała już wiecznie, żeby moment rozmowy nigdy nie nastał. Może tak byłoby lepiej dla ich relacji? Może już dawno powinni przestać się w nią angażować, bo jeszcze tylko pogorszą sprawy. W końcu ostatnie spotkanie nie zakończyło się zbyt dobrze, jeśli można tak to nazwać. Kotka domagała się wyjaśnień, chciała wiedzieć, dlaczego jej syn unika jej jak ognia, dlaczego za każdym razem, gdy widzi ją w obozie, wlepia wzrok we własne łapy i jak najprędzej się stamtąd ulatnia. To nie było normalne zachowanie. W końcu… nic mu nie zrobiła. Od zawsze starała się być dobrą matką, wychowywać kocięta według własnych, prawidłowych wartości. Ale najwyraźniej coś zawiodło. Tamtego dnia Kosaćcowa Grzywa rozpłakał się w futro swojej matki, pozostawiając ją jeszcze bardziej skonfundowaną i zdumioną, niż była wcześniej. Jednak w tamtych chwilach przypomniała sobie, że przecież ten kocur, to wciąż było jej dziecko, które kiedyś tuliła do brzucha, które uczyła pierwszych kroków, któremu przyniosła pierwszą stałą zwierzynę. Jeszcze nie było za późno, nadal mógł odnaleźć swoją ścieżkę. Kotka chciała, aby była to droga Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd.
Wojowniczka zatrzymała się nagle. Chłód przeszywał jej łapy do tego stopnia, że czuła mrowienie w poduszkach, które drętwiały od wiecznego chłodu. Prawda jednak była taka, że to nie przez zimno zatrzymała się na środku lasu. To jej brzuch zacisnął się z niepokoju, jakby sam chciał jej powiedzieć: teraz albo nigdy. Spojrzała kątem oka na syna, który również się zatrzymał. Jego spojrzenie było poważne, skupione, a pysk pozbawiony głębszych emocji. Zalotna Krasopani przełknęła ślinę. Czuła, że głos w jej gardle ciśnie się na zewnątrz, jakby za długo już milczała. Odchrząknęła cicho.
— Poprzednim razem niczego mi nie wytłumaczyłeś — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. Jej głos był spokojny, ale wyczuwalnie zmęczony. — Spytałam, co zrobiłam źle, a ty... się rozpłakałeś. — Zrobiła kilka kroków do przodu i usiadła przy nim. Jej ogon zawinął się ostrożnie wokół ciała. Spojrzała gdzieś w dal, między drzewa, a wtedy promień słońca padł na jej pysk, ukazując cień słabego, bladego uśmiechu. Łaciaty wojownik na jej słowa zareagował lekkim chichotem, który wydawał się codziennością. Zawsze, gdy nie wiedział co powiedzieć, reagował takim nerwowym uśmieszkiem. Wojowniczka poczuła, jak kocurowi robi się gorąco od wstydu. Na pewno wspomnienie o tym, że on, taki silny, niezależny kocur, rozpłakał się przed swoją matką, nie było najprzyjemniejsze.
— Ach, no ten, ten... — próbował się wytłumaczyć, ale słowa mu ugrzęzły w gardle. — Wiesz… — wymamrotał. Zalotka spojrzała na niego z troską w ślepiach.
— Nie oczekuję odpowiedzi od razu. Chcę tylko, abyś wiedział, że w moim sercu zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce, nie zważając na to, co zrobiłeś, co robisz i co chcesz robić — jej głos zadrżał lekko. Zwróciła wzrok na syna, szukając w jego oczach jakiegoś znaku, czegokolwiek. Potem spuściła wzrok, kontynuując, choć każde słowo wydawało się coraz cięższe do wypowiedzenia:
— W końcu jestem twoją... matką. Czy tego chcesz, czy nie. Powinnam cię wspierać, pomagać ci — w jej oczach mignął smutek. Kosaćcowa Grzywa lekko się poruszył, jakby chciał jej przerwać. Nie wydał jednak z siebie żadnego dźwięku, ale szylkretka zauważyła, że coś się zmieniło. Coś w jego spojrzeniu, w jego myślach. Nie umknął jej fakt, że kocur lekko się wzdrygnął, jakby coś w środku go zakłuło. Czy tak bardzo wypierał z siebie myśl, że Zalotna Krasopani była jego matką, że teraz każde słowo, które mu o tym przypominało, bolało…? Czuła, że w jego głowie echem odbijały się teraz jej słowa: jestem twoją matką.
Kiedy ich spojrzenia na moment się skrzyżowała, coś zaiskrzyło. Smutek – który widniał i w jej oczach, jak i w jego. Widziała w nich jeszcze coś, coś znajomego. Jakby cząstkę siebie. Kontynuowała:
— Tylko... najpierw to ty sam musisz dać sobie pomóc, bo ja niestety w myślach nie czytam. — Zamilkła. W lesie także wszystko ucichło, jakby teraz wszyscy, łącznie z całą florą i fauną, czekali na odpowiedź Kosaćcowej Grzywy.
Kocur… zaśmiał się w odpowiedzi. Cicho, nerwowo. Jej serce zadrżało. Nie był to śmiech radości. Był taki gorzki, udawany, jakby próbował skryć tym swoje zakłopotanie i zirytowanie. Szylkretka widziała, jak jej syn się uśmiecha, ale w tym uśmiechu nie było nawet cienia spokoju i zrozumienia. Zanim zdążyła coś powiedzieć, zobaczyła, jak Kosaciec lekko się krzywi, a potem… poczuła słaby zapach krwi. Wzdrygnęła się, a jej serce zabiło mocniej.
— Cóż... — zaczął, podnosząc się z miejsca, jednak unikając wzroku swojej matki, jak ognia. — Jeśli mam być szczery, nawet... nie wiem. Nie potrzebuję pomocy, Zalotna... matko. — Kocur utkwił wzrok w podłożu. Zalotna Krasopani zamarła, jakby nią także wstrząsnęła informacja, że wciąż jest matką Kosaćca. Próbowała zachować spokój, ale czuła, jak w środku cała drży. Kosaciec położył po sobie uszy i spojrzał na nią gwałtownie. Z jego gardła wydobyło się ciche, burzliwe prychnięcie, jakby nagle przypomniał sobie o nienawiści do swojej rodzicielki. — Czemu tak bardzo chcesz ze mną rozmawiać, co? Przecież zawsze tu byłem — podniósł głos. W jego oczach wojowniczka dostrzegła gniew. — Obowiązki cię teraz przytłoczyły i miałaś mnie gdzieś przez kilkanaście księżyców? I czemu mi nie powiedziałaś o tym, co musiałem przeżyć przed ceremonią na ucznia!?
Zalotna Krasopani położyła łapę na piersi, dokładnie tam, gdzie jej serce biło, jak oszalałe. Czuła, jakby coś nagle ścisnęło ją od środka, jakby zabrakło jej powietrza w płucach. Nie mogła uwierzyć, że te słowa naprawdę padły z pyszczka jej własnego syna. Jak mógł? A może… to ona zawiniła? Może naprawdę była taka, jaką ją widział?
— T-to nie tak! — wyrwało jej się od razu, zanim zdążyła pomyśleć. Wyciągnęła łapę nieco w stronę Kosaćca, niepewnie, jakby bała się, że zaraz rozpłynie się w powietrzu. — Nie rozmawiam z tobą dlatego, że to jakaś... ucieczka od obowiązków, czy coś w tym stylu. W życiu! — Głos jej zadrżał. Zrobiło jej się wstyd. Wstyd, że dopiero teraz próbuje naprawić coś, co stopniowo niszczyło się od wielu księżyców. Czuła piekące łzy, które zbierały się w jej brązowych oczach. Mrugnęła kilka razy, próbując je przepędzić, jakby czuła, że nie ma prawa płakać. Wzięła kilka urwanych oddechów i kontynuowała:
— Kosaćcu, ja widzę, że coś jest nie tak — powiedziała cicho, a potem nastała cisza. Głucha, ciężka i krępująca cisza, która wciskała się między nimi, niczym ściana. Może to był ten moment? Może w końcu Kosaciec coś powie? Może się otworzy? Ale nic. Nawet nie drgnął. Myśli wirowały w jej głowie jak szalone, były nieskładne, niewyraźne i często prymitywne. Przełknęła ślinę. — Mam dość tych słodkich słówek. Dlaczego po prostu mi nie powiesz, co zrobiłam źle? Co ciebie we mnie odrzuca? — kontynuowała nieco głośniej, choć czuła, że jej słowa mogą przynieść za sobą coraz większe zirytowanie ze strony syna. Głos lekko jej się łamał, ale mówiła dalej. Musiała. Wiedziała, że jego ciało się spina. Może się zdenerwował? Może miał już dość jej słów? Ale przecież… przecież chciała tylko zrozumieć. Poznać jego motywy, dlaczego gnieździł w sobie tyle gniewu! — Nie rozumiem, po co ten cały płacz, po co te krzyki... skoro jestem twoją matką. Ja naprawdę zrozumiem wszystko, nawet najbardziej brutalną krytykę — wyznała, brzmiąc już prawie błagalnie. — Ja po prostu chcę wiedzieć, co zrobiłam źle! Chcę wiedzieć, dlaczego moje dzieci unikają mnie jak ognia, dlaczego widzą we mnie wroga!
Wtedy wszystko ponownie ucichło. Głos zgasł. Czuła, jak coś zaciska się na jej gardle i nie chce puścić. Łapy miała tak ciężkie, jakby momentalnie zmieniły się w ogromne, ciężkie kamienie. Spuściła lekko głowę, jakby sama już wstydziła się swoich słów, swoich emocji. Zawsze była silna, a przynajmniej chciała taka być… ale teraz? Teraz czuła się słaba, nieporadna. Wtedy, gdy wyciągnęła łapę w jego stronę, on się odsunął. Jakby chciała go poparzyć. Cofnął się szybko jakby instynktownie. Jakby nie była jego matką, lecz potworem. Spojrzał na nią – nie w jej oczy, lecz na nią całą. Z góry na dół jakby oceniając. Choć nie powiedział nic, to w jego milczeniu było tysiąc słów. W tej chwili Zalotna Krasopani nie wiedziała już, czy jeszcze ma jakąkolwiek szansę, by dotrzeć do jego serca. Wyglądał, jakby przez całą tę złość, którą w sobie skrywał, mógł zaraz wybuchnąć. Wyglądał, jakby był już na skraju, bo już nie próbował jej ukrywać. Machnął ogonem, a jego końcówka ogona poruszyła się nerwowo, jakby zaraz miał rzucić się do ataku. Strzepnął uchem, a w jego oczach błysnęło coś dziwnego, niepokojącego. Zalotka zacisnęła zęby, gdy usłyszała jego warkot, niski, nieprzyjemny, stopniowo przechodzący w ostry, pełen jadu syk. W tym momencie przypominał bardziej rozwścieczonego węża, aniżeli zwykłego kota. Wojowniczka zadrżała, obserwując go w oczekiwaniu.
— Powiedzieć ci, czemu twoje bachory widzą w tobie wroga? — usłyszała nagle. Kosaciec zrobił krok w jej stronę, zbliżając się niebezpiecznie. Teraz dzieliło ich zaledwie kilka kroków. Czuła jego oddech, czuła napięcie w powietrzu. Wszystkie mięśnie miała spięte, jakby czuła, że zaraz nadejdzie coś złego, ale nie potrafiła się ruszyć. Nie potrafiła uciec. Czuła, jak wszystkie te emocje paraliżują jej ciało. Wpatrywała się w jego oczy, szukając w nich syna, którego znała, ale tym razem nie widziała już zagubionego kociaka. To był ktoś zupełnie inny. — Czy dobra matka powinna mordować? — spytał, a jego drgający głos był teraz niemal szeptem, jednak wciąż pełnym gniewu i jadu. Wojownik ukazał kły, marszcząc nerwowo brwi. Zalotna Krasopani wciągnęła gwałtownie powietrze, jakby chciała coś powiedzieć, wybronić się… ale nie zdążyła. Kosaciec przerwał jej, kontynuując swoją wypowiedź:
— Czy dobra matka powinna pozwalać innym dzieciom umierać? — warknął, podnosząc na nią głos. Nieświadomie wysunął pazury, a szylkretka widząc to, wstrzymała oddech. Spoglądała na lśniące szpony, jakby były jej wyrocznią. — Moja matka nigdy nie pozwoliłaby mi włóczyć się po lesie, bo mogłem zginąć! Nie jesteś moją matką! Moja matka nie była morderczynią! Nie maczała łap w sprawie Głupiej Łapy, stojąc na warcie! — zasyczał wściekle, robiąc krok w tył. — Co z ciebie za matka, ty... ty głupia, pokręcona kultystko!
Stało się, powiedział to. Słowo “kultystka” odbiło się echem w głowie Zalotnej Krasopani. Chciała mu wytłumaczyć, że nie miała żadnej kontroli nad tradycjami, ale tamto słowo zmroziło ją aż do szpiku kości. Zanim zdążyła coś powiedzieć, Kosaciec podniósł łapę. Zobaczyła błysk pazurów. Słońce odbiło się od nich jak od ostrza. Potem… zmrużyła oczy. Ból. Ból rozszedł się po jej nosie. Zachwiała się, robiąc kilka kroków do tyłu, w szoku. Nad jej nosem pojawiła się cienka rana, z której leniwie zaczęła spływać szkarłatna ciecz. Poczuła ciepło, pieczenie – ale to nie rana bolała ją najbardziej, a fakt, że została ona zadana przez jej własnego syna. Wbiła w niego zszokowane spojrzenie. Jej źrenice zwęziły się nagle, teraz przypominając niewielkie igiełki.
— K-kultystko? — powtórzyła cicho, jakby to słowo jeszcze nie zdążyło dotrzeć do jej świadomości. Zrobiła niepewny krok w tył. Czy Kosaciec wiedział o tym, że należała ona do kultu? Wiedział o tym wszystkim? O rytuałach? O tym, że Głupia Łapa miała zostać tamtej nocy poświęcona? Ale skąd? To niemożliwe! — Kosaćcu... ty... nie możesz o tym wszystkim wiedzieć! — wyrwało się z niej, niemal w panice. — Kto ci o tym powiedział? — zapytała nerwowo, uśmiechając się pod nosem. Próbowała zebrać swoje myśli w kupę, ale nie potrafiła. Drżący koniuszek ogona zdradzał napięcie, którego nie była już w stanie ukryć. Zrobiła kilka kroków do przodu, jakby chciała przyciągnąć swojego syna do siebie. Zatrzymać go przy sobie jeszcze na moment, zanim zniknie na dobre.
— Kto, synku? Kto zdradził ci informację o kulcie? — powtórzyła szeptem, pełnym strachu i niepokoju. Zamrugała kilka razy, opuszczając spojrzenie. Przez krótką chwilę stała w bezruchu. Powinna biec teraz jak najszybciej do obozu, powiadomić o tym wszystkim Nikłą Gwiazdę, Makowy Nów, Mroczną Wizję... bo przecież nikt, kto nie należał do kultu, nie powinien o nim wiedzieć. Ale skoro Kosaciec wie, to kto jeszcze…?
Ta walka była dla niej naprawdę trudna. Czuła, jak walczy ze samą sobą, o to, czy ważniejsza jest dla niej lojalność wobec kultu i klanu, czy miłość do własnej rodziny. Nie wiedziała, co powinna czuć. Czy jako wyznawczyni mrocznych przodków, jako… kapłanka, powinna postawić na pierwszym miejscu zasady, w które wierzyła od zawsze, czy może powinna spojrzeć na sprawy oczami zatroskanej i zrozpaczonej matki? Czy naprawdę chciała, aby jej syna spotkała surowa kara? Może wygnanie, a może nawet coś gorszego…
Śmierć.
Zadygotała lekko, unosząc głowę. Choć Kosaciec stał pozornie niedaleko, miała wrażenie, jakby dzielił ich ogromny dystans. Jego spojrzenie wydawało się teraz takie… zupełnie obce.
— Ja... nic nie rozumiem — krzyknęła, jakby chcąc się upewnić, że kocur usłyszałby ją nawet z drugiego końca świata. Potem zaciągnęła się powietrzem, próbując uspokoić myśli, ale to nic nie dało. Wciąż wirowały w jej głowie jak rozwiane liście. — Co jeszcze przede mną ukrywasz, Kosaćcu? — dodała ciszej, bardziej do siebie niż do niego. Wbiła pazury w zimny, topniejący śnieg i poczuła, jak chłód rozchodzi się po jej rozgrzanym ciele. Jedyne, co była w stanie zrobić – to westchnąć. Głęboko. Zawsze wierzyła, że jej syn będzie normalny, zwyczajny… Zawsze miała nadzieję, że podąży dobrze im znaną drogą, że zrozumie, że jedyną słuszną wiarą, jest wiara w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd. Liczyła na to, że dopiero, kiedy nadejdzie jego czas, pozna sekrety kultu i z dumą do niego dołączy. Nigdy nie myślała, że to wszystko potoczy się właśnie tak gwałtownie i zupełnie nie po jej myśli. Nie była gotowa na tamte słowa, zupełnie nie potrafiła ich przyjąć do świadomości.
— Nie wiem co powiedzieć... zawsze tak bardzo się starałam, abyś podążał właściwą ścieżką, abyś wierzył w Miejsce, Gdzie Brak Gwiazd, abyś... kiedyś dał się poprowadzić mrocznym przodkom — mruknęła w końcu, zmęczonym głosem pełnym bólu. — A ty... nagle stajesz się taki? — dodała, po czym wypuściła z płuc powietrze z głośnym świstem. To wszystko ją przerastało. Miała wrażenie, że nagle świat kruszy się pod jej łapami. Zacisnęła szczękę, nerwowo marszcząc czoło. — Co jeszcze mi powiesz? Może jeszcze przyznaj, że przez ten cały czas spiskowałeś z Klanem Gwiazdy! Powiedz mi, że ty i twoja siostra regularnie rozmawiacie z tymi zapchlonymi zdrajcami! — warknęła, a z każdym słowem jej głos stawał się coraz ostrzejszy. Czuła, jak zawodzi ją wszystko, w co wierzyła. — Ja wiedziałam, że wybranie jej na posadę medyczki to nie jest dobry pomysł. To pewnie tam została narażona na działanie tych... tych przebrzydłych potworów, które niszczą relacje międzykocie! — wypluła. W jej głowie panował istny chaos, a myśli pędziły, nie chcąc się zatrzymać. Była przepełniona gniewem, nienawiścią, poczuciem… zdrady. Miała wrażenie, że jak na zawołanie, każdy się od niej odwrócił.
— A potem... potem na pewno wkręciła w to i ciebie! Odwróciliście się ode mnie, uwierzyliście w kłamstwa tych ścierwojadów! — wykrztusiła z rozpaczą. Jej krzyk przeciął powietrze, pozostawiając po sobie głuchą ciszę.

<Kosaćcowa Grzywo?>

02 maja 2025

Od Kosaćcowej Łapy CD. Zalotnej Krasopani

Milczeli przez dłuższą chwilę. Kilka uderzeń serca później z jej ust zaczęły wylewać się słowa bolesne dla Kosaćca. Odwrócił wzrok, ale wtedy jeszcze bardziej go zabolało. Patrzył na zieloną trawę, słuchając Zalotnej Krasopani. Jednak słowa zaczęły się zlewać, a chwilę później ucichło dla niego wszystko, choć ukradkiem widział, że matka wciąż otwierała i zamykała pysk. Bolała go głowa. Próbował spojrzeć na nią, ale wtedy jego oczy stwarzały straszne iluzje. Czy to jego głowa chciała? Czy tego umysł pragnął? A może to Klan Gwiazdy lub Mroczna Puszcza go zwodzą?Matczyne spojrzenie tylko bardziej utrudniało. A może mordercze? W końcu jest "kultystką". Była na warcie w tym samym dniu, gdy jego koleżanka miała zostać zamordowana. Wiedziała o tym. O tym wszystkim! Spłaszczył uszy i cofnął się tak szybko i daleko od niej, jak to możliwe. Nie patrzył jej w oczy, a w dół. Znowu widział swoje łapy we krwi. Cudzej czy swojej?
A mimo tego nadal ją kochał. Kochał i nienawidził. To było skomplikowane uczucie, którego uczeń pojąć nie mógł. Chciał powiedzieć jej o tym wszystkim, rzucić obelgami w jej twarz, ale też chciał jej ciepła, jej matczynego wzroku, który utulał go do snu i opiekował się nim przez tyle księżyców. Czy naprawdę chciał zaprzepaścić wszystko, co go z nią łączyło? Czy naprawdę mógł ją teraz kochać pomimo tego, ile przed nim ukrywała?
Uczucia przejęły jego ciało, a następnie sięgnęły po umysł.
Zalał się łzami. Jego spojrzenie powędrowało ku rodzicielce. Nie widział jej wyrazu pyska. Nie musiał; przecież wiedział, że czuje się źle. Zawiódł ją.
Podbiegł do niej bez zastanowienia. Wtulił się głową w jej miękkie futro pod brodą. Na śnieżnobiałe futro kotki spadały raz po raz słone krople wody. Były to łzy jej synka.
Szlochał. Głośno, a jednocześnie — bezdźwięcznie. Pomiędzy płaczem Kosaciec wydusił z siebie:
— Mamo... — wyszeptał drżącym głosem. — Mamo...!
Następna fala płaczu była krótsza od wcześniej, tym razem Zalotna Krasopani mogła usłyszeć kolejne słowa syna:
— Ja... Ja się... — Jeszcze głębiej wcisnął swoją głowę w jej futro na szyi — Mamo, ja się boję. Tak strasznie się boję... — Głos łamał się, drżał. Kosaciec zdawał się znów być kociakiem, który miał zły sen, a Zalotna Krasopani jeszcze siedziała w żłobku, tuż przy nim i czule lizała go po łebku.
Więcej chciał powiedzieć, ale jego słowa zagłuszone zostały przez kolejną falę płaczu i drżącym oddechem, który starał się załagodzić wciąganiem zapachu Zalotnej Krasopani. Woń była zmieszana z kwiatami; jednym z nich był kosaciec.

[399 słów.]

[przyznano 8%]

30 kwietnia 2025

Od Zalotnej Krasopani do Kosaćcowej Łapy

Zalotna Krasopani miała wrażenie, że od śmierci Sosnowej Gwiazdy, jej własny syn jej unika. Nie miała jednak pojęcia, dlaczego tak było. Czy zrobiła coś źle? Może po prostu było mu smutno z powodu śmierci przywódczyni? W końcu zawsze tak chętnie słuchał opowieści o niej, o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd... Może kolejna rozmowa o tym i o ostatnich wydarzeniach sprawi, że iskra na nowo pojawi się w jego brązowych ślepiach? Tego dnia łaciaty kocur wyglądał tak, jakby gdzieś się śpieszył. Chciał wyjść z obozu, ale Zalotna Krasopani zdążyła go dogonić. Stanęła obok niego i ze zmartwionym wyrazem pyska wpatrywała się w jego oczy, próbując odgadnąć, co się w nich skrywa.
— Cześć synku, jak się dziś czujesz? Spieszysz się gdzieś? — mruknęła, aby jakkolwiek rozpocząć z nim rozmowę. Stwierdziła, że nie będzie jednak dyskutować z nim w obozie, dlatego sprawnym ruchem ogona zaprosiła go do siebie. Przez chwilę wędrowali przez las. — Jakiś taki osowiały ostatnio jesteś, nie wiem, być może tylko mi się to wydaje, jednak uważam, że... mój matczyny instynkt rzadko się myli — zaśmiała się nerwowo pod nosem. Czy Kosaćcowa Łapa wciśnie jej tylko jakąś bajeczkę na poczekaniu, a potem odejdzie, czy może faktycznie będzie bardziej skłonny do rozmowy z matką? — Pamiętasz, jak niegdyś opowiadałam ci o Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd? Och, a pamiętasz tę historię o Mrocznej Gwieździe? To były czasy! Zawsze wtedy tak oczy ci błyszczały na samą wzmiankę o tych sprawach — mówiła wszystko powoli, z lekkością. Kosaciec nie był w najlepszym humorze. Omijał innych szerokim łukiem, może od czasu do czasu przekomarzał się z Jarzębinowym Żarem. Ostatnio przypomniała sobie o jego istnieniu i to go bardzo wkurzało. Już wolał, gdy siedziała sobie w tym zapyziałym legowisku niż żeby ćwierkała mu cały czas, jakim to niedorozwiniętym, smutnym i zrzędliwym żołędziem jest. Gdyby nie jej pozycja, ugh! Już by zgasł ten jej żar, a pozostał tylko proch i ulatniający się dym. Nagle jej się zachciało bawić w rodzinkę i starszą siostrę. Miał ochotę jej przydzwonić, ale zachował się tylko do ciętych słów, które nie robiły na niej wrażenia. Może stąd wzięła się jego dziwna radość, gdy nieopodal ktoś się złościł. Znalazł pociechę w tym, czego mu się nie udawało sprawić na twarzy siostry. Ale to też było możliwe, choć trudne. Gdy trzeci rozmówca odwracał wzrok na ułamek sekundy, Jarzębinka pokazywała mu jej śliczniutkie, ostre i długie pazurki. Jednak na jego twarzy nie było strachu, podziwu lub gniewu. Śmiał się z niej. Śmiał się, że próbuje mu grozić. Co ta kotka sobie wyobraża!? Niepokoiła go świadomość, że jego Jarzębinka mogła znajdować się w kulcie lub powoli do niego przystępować. Wraz z matką. I wywołał wilka z lasu, a bardziej z jej posłania; Zalotna Krasopani już do niego szła. Kosaciec przyspieszył kroku, ale zagrodziła mu drogę. Zrezygnował z dalszej ucieczki i poszedł z nią w głąb terytorium. Gdy usłyszał pytanie, stanął w osłupieniu. Dopiero po chwili otrząsnął się.
— Wiesz, Zalotna Krasopani, nie jestem dzisiaj w humorze — wyjaśnił i skrzywił się. Unikał nawet nazwania jej "matką" — Jarzębina cały czas daje mi w kość, ale to chyba nic poważnego, zwykła miłość między siostrą a bratem — uśmiechnął się słabo. Coś jednak go oświeciło — Chociaż... na cześć naszej przywódczyni, mogłabyś mi powiedzieć o jej życiu... lub o tej naszej wierze.
Słowa Kosaćcowej Łapy dziwnie zakłuły szylkretową kocicę w serce. Słowa "Zalotna Krasopani" odbijały się echem w jej głowie. Czy jej syn przestał już widzieć w niej matkę, a zaczął po prostu dostrzegać ją jako zwykłą wojowniczkę Klanu Wilka, która tylko z przypadku wplątała się w jego życie? Zawsze... zawsze był w nią taki zapatrzony, jak sroka w błyskotkę, a teraz jego wzrok był ponury, znudzony, gdy patrzał na swoją matkę. Choć zmartwienia powoli tliły się w głowie Zalotki, kotka postanowiła, że odrzuci je na bok. Teraz była tu ze swoim łaciatym synkiem, musiała skupić się na rozmowie.
— Cóż, nie każdy musi zawsze wstać dobrą łapą — mruknęła łagodnie, delikatnie opierając się o Kosaćcową Łapę. — Och, no widzisz. Mnie też z bratem nie układa się najlepiej... mam nadzieję, że wasze sprzeczki nie przerodzą się w coś poważniejszego. Dbaj o siostrę, Kosaćcu — poleciła. Nie chciała, aby jej dzieci były ze sobą skłócone tak, jak ona była skłócona z Syczkowym Szeptem. Gdyby tylko Zaranna Zjawa wiedziała o ich relacji, na pewno byłaby załamana! Niestety... jej już nie było w Klanie Wilka. Została porwana. Najpewniej na wieki wieków. Następne słowa jej syna trochę ją zdziwiły. Czy wciąż jeszcze interesował się Miejscem, Gdzie Brak Gwiazd, czy może był to tylko zwykły podstęp? — Co tylko zechcesz — uśmiechnęła się łagodnie w stronę Kosaćca. Widać było po niej, że na wzmiankę o przywódczyni trochę się rozpogodziła. — Gdy jeszcze nie rządziła ona klanem, zwała się Wilcza Tajga. Jako zastępczyni budziła ona kontrowersje, bo... jej wiara w Mroczną Puszczę ulegała wątpliwościom — wyjaśniła, trochę przekręcając fakty. Cały czas chodziło o to, że kotka nie należała do kultu. — Jej poprzedniczką była Wieczorna Gwiazda, która niestety pewnego dnia zmarła — westchnęła. — Gdy Wilcza Tajga uzyskała tytuł przywódcy, zmieniła imię na Sosnowa Gwiazda. Rozpoczęła swoje rządy, a wtedy nikt już nie miał wątpliwości co do tego, czy jest oddana Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd — zakończyła. Kosaciec wsłuchiwał się w jej słowa, co jakiś czas przytakując. Gdyby tylko było w niej coś, o co mógłbym jeszcze zadbać, zanim będzie za późno. Nieco wykrzywił się na tę myśl, ale od razu powrócił do uśmiechniętej, niewinnej twarzyczki. Oby nie zauważyła. Widział, jak uczucia Zalotnej Krasopani zmieniały się z każdym jego słowem. Czy musiał znowu kłamać przed rodzicielką? No, może nie kłamał, ale unikał jej, jak ognia. Zobaczył, jak na wzmiankę Sosnowej Gwiazdy Zalotna Krasopani nieco rozpogodziła się, mówiąc o niej. Słuchał.
— Wilcza Tajga? — powtórzył. — A czemu nie Sosnowa Tajga? Lub Sosnowy Wilk? Przecież nie można zmienić ot tak imienia, co? Jak dobrze pamiętam, przywódcy nie zmieniają całego imienia... jakby byli inną osobą.
Teraz zdał sobie sprawę. Sosnowa Gwiazda nie była Wilczą Tajgą. Sosnowa Gwiazda manipulowała Wilczą Tajgą i... przejęła jej ciało, wypychając duszę kotki. Może stąd zmieniła imię... Ale już zapytał, a słów nie mógł cofnąć. Nie ma już mocy Klanu Gwiazdy; znów stał się zwykłym, irytującym uczniem, który wydaje się głupiutki! Może faktycznie Kosaćcowa Łapa miał dziś po prostu gorszy dzień? Tylko... Zalotna Krasopani już od jakiegoś czasu miała wrażenie, jakby jej po prostu unikał. Nie mógł mieć samym złych dni od księżyca, prawda? Zresztą nieważne. Ważne, że teraz miała okazję z nim porozmawiać.
— Chyba nikt oprócz niej samej tego nie wie — mruknęła łagodnie, a potem poklepała ucznia ogonem po barku. Po jej słowach zapanowała cisza. Głucha, z lekka niezręczna. Taka atmosfera nie powinna występować pomiędzy matką a synem. Szylkretowa kocica delikatnie położyła po sobie uszy i westchnęła, zatrzymując się nagle przed kocurem. — Czy jest coś, o czym nie wiem, Kosaćcu? Wydajesz się ostatnio taki nerwowy, trochę nawet zirytowany w mojej obecności. To prawda? — spytała. Łaciaty w pierwszej chwili odwrócił od niej wzrok. — Przecież widzę, że mnie unikasz. Nie chciałam poruszać tu tego tematu, bo... cieszę się, że w końcu miałam okazję zamienić z tobą kilka słów, ale uwierz mi, że to okropnie ciężkie patrzeć na syna, który traktuje cię jak żywy ogień — kontynuowała. Gdzieś w połowie załamał jej się głos. Zawsze przecież była silna... odważna, ambitna, jak lwica. Chciała być autorytetem dla swoich kociąt, które jednak skutecznie zmiękczały jej serce. Odchrząknęła. — Jeśli coś cię trapi, możesz mi powiedzieć. Jeśli... masz jakieś wątpliwości co do mojego zachowania, to też śmiało cię wysłucham — dodała pewniej.

<Kosaćcowa Łapo?>