Przez ostatnie dni kotka miała wrażenie, że zrobiło się zbyt spokojnie. Od momentu ataku Klanu Burzy na jej klan upłynęło parę wschodów słońca. Las dookoła szykował się powoli na przyjście trudnych i mroźnych dni Pory Nagich Drzew.
Zroszony Nos początkowo tłumaczyła sobie ten dziwny spokój właśnie tym argumentem. Oczywiście Gwiezdni niedługo po tym dali jej jasno do zrozumienia, że się myliła…
^*^*^*^*^*^*^*^
Leżała wtulona w futerko partnera. Boki Srebrnego Deszczu rytmicznie unosiły się i opadały. Ta pozorna harmonia potrafiła przykryć dumę i duszę rozerwane na strzępki srebrnego kocura. Widziała nie tylko po jego tragicznym zaniedbaniu pielęgnacji o własne futro ale również zachowaniu, że był on na skraju załamania. A to wszystko przez jakąś parszywą samotniczkę!
Szylkretowa bezszelestnie wyślizgnęła się z legowiska wojowników na oblaną srebrzystym blaskiem polanę. Powietrze pochwyciło ją swoimi lodowatym uściskiem, powodując nieprzyjemny dreszcz na grzbiecie. Obejrzała się czy nikt nie postanowił porzucić snu jak ona. Upewniwszy się, ostrożnie wyszła z obozu Klanu Wilka ze wspomnieniem swojej rozmowy z partnerem podczas jego kuracji w legowisku Burzowego Futra...
^*^*^*^*^*^*^*^
Weszła do legowiska młodej medyczki wciąż zapominając, że nie ujrzy już Lawendowego Płatka w jej towarzystwie; skinęła na powitanie kotce:
– Witaj Burzowe Futro! To dla ciebie.
Popchnęła łapką w jej kierunku mysz, którą udało jej się upolować na porannym polowaniu. Pomyślała, że w jakiś sposób odwdzięczy się kotce za opiekę nad jej partnerem.
- Oh, nie było takiej potrzeby Zroszony Nosie, naprawdę.
- To moje podziękowanie za opiekę nad nim – ruchem głowy wskazała na zwiniętego w kłębek śpiącego kocura.
- To mój obowiązek – uśmiechnęła się nieśmiało ale zaraz jednak przybrała posępny wyraz pyszczka.
- O co chodzi Burzowe Futro? – złotooka zaniepokoiła się zachowaniem medyczki; czyżby Srebrny Deszcz został zraniony o wiele poważniej niż na to wyglądało? – Coś nie tak z nim? W rany wdała się infekcja albo…
- Nie, jego rany goją się dobrze ale… – westchnęła – Jak słyszałaś, utracił wzrok na jedno oko a to zmieni jego sposób funkcjonowania w znacznym stopniu – spostrzegłszy zdezorientowany grymas córki Liliowej Łodygi znowu westchnęła – To wszystko odciśnie pewne piętno na jego umyśle.
Zroszony Nos momentalnie zrozumiała, co miała na myśli młodsza kotka. Srebrny Deszcz będzie podłamany obecną sytuacją, to było pewne ale jeszcze wtedy nie miała pojęcia jak daleko to zajdzie.
- Rozumiem. Spędzę z nim trochę czasu.
Burzowe Futro poprosiła ją jedynie aby nie siedziała zbyt długo po czym zniknęła z myszą w pyszczku w kolejnym pomieszczeniu swojego legowiska. Zroszony Nos odprowadziła ją wzrokiem a gdy końcówka jej ogona zniknęła, powolnym krokiem podeszła do partnera po czym wtuliła się w jego zesztywniałą sierść. Kocur poruszył się i mruknął coś niechętnie.
- Cześć Srebrny Deszczu – liznęła go po karku – Jak się czujesz?
Odwrócił się do niej i wtedy zobaczyła jak zagadkowy napastnik paskudnie oszpecił jej partnera. Poza paskudną raną w okolicach barku to w oczy rzucała się blizna na jego lewym oku.
- A jak mogę się czuć? – warknął – Fatalnie!
- Nie może być aż tak źle, przecież żyjesz a tamten atak mógł zakończyć się o wiele, wiele gorzej – miauknęła spokojnie.
- Chyba wolałbym już umrzeć niż żyć tak jak będę musiał!
- O czym ty mówisz? Przecież nic się nie zmieni między nami – chciała go przytulić ale on odsunął się.
- Między nami może nie ale stanę się ciężarem dla klanu.
- Nie gadaj głupstw. To, że…
- Że co?! Chcesz mi wmówić, że będąc na wpółślepy nie będę ani trochę bezużyteczny? Nie jestem kocięciem aby w to uwierzyć.
- Poćwiczymy trochę, nauczysz się nowych technik i…
- Zostaw mnie.
Zroszony Nos drgnęła na chłodny ton jego głosu. Pręgowany kocur jedynie odwrócił się i ponownie ułożył w swoim legowisku. Kilka razy otwierała i zamykała pyszczek ale nie wypadło z niego żadne słowo. W końcu zrezygnowana wyszeptała słowa pożegnania i z nietęgą miną opuściła legowisko. Wtedy właśnie zaiskrzył się płomień zemsty na tym kto to zrobił a dzięki ostrożnej wścibskości udało jej się podsłuchać rozmowę zastępcy ze Srebrnymi Deszczem, który niepewnie wyjawił przebieg wydarzenia.
Już wtedy złotooka miała w głowie tylko jedną myśl.
^*^*^*^*^*^*^*^
Zabić. Znaleźć i zgasić iskierkę życia tej niegodziwej kocicy, która zraniła jej partnera.
Przemykała między trawami i powoli żółknącymi paprociami. Kierowała się cechami terenu, które udało jej się zasłyszeć oraz czasem widocznymi plamami zakrzepłej krwi. Miała to szczęście, że od momentu ataku nie spadł deszcz, który zmyłby ślady. Wiedziała jednak, że od dawna zbiera się na deszcz, więc musiała pospieszyć się z wytropieniem swojego celu. W końcu trafiła na polankę, gdzie doszło do ataku. Na ziemi widziała większe plamy oraz mniejsze kupki futra, które pozaczepiały się o gałęzie pobliskich krzewów. Podeszła do tego przy którym oprócz szarej sierści kocura znajdowała się bura. Powąchała i choć początkowo nic nie czuła to po głębszym skupieniu udało jej się wyłapać mocny zapach przypominający zapach Drogi Grzmotu.
‘Mam cię!’ mruknęła do siebie zadowolona w myślach.
Zaczęła iść za słabym tropem. Ignorowała ostatnie osobniki leśnej zwierzyny buszujące w leśnym runie. Ignorowała tajemnicze pohukiwanie sowy w oddali. Wypadła na otwartą przestrzeń niedaleko Siedlisk Dwunożnych. Zapach był o wiele intensywniejszy i świeższy niż w lesie dlatego oczy Zroszonego Nosa błysnęły podniecone.
‘Zaraz cię znajdę’ pomyślała radośnie jakby bawiła się w chowanego z tajemniczą napastniczką.
Zaczęła stawiać ostrożniej kroki ze wszystkimi mięśniami gotowymi do nagłego ruchu w postaci biegu czy skoku. Ostatnie świerszcze grały pośród kłosów trawy na tle rozgwieżdżonego nieba, które prawdopodobnie zaraz będzie świadkiem rozlewu krwi, Zroszony Nos jednak nie myślała wtedy o Kodeksie czy zasadach o poszanowaniu cudu życia. Myślała jedynie o zemście.
W końcu ją dostrzegła. Leżała zwinięta pod jakimś samotnym kamieniem. Złociste oczy wojowniczki skurczyły się do drobnych, ciemnych szparek.
‘Niczego się nie spodziewa’
‘Mogę uderzyć, zabić…’
Nie zawahała się gdy przypomniała sobie jak zakrwawionego kocura do obozu przyniósł patrol. Jak myślała, że nie żyje. Jak widziała jego zrozpaczony wyraz pyska, gdy zrozumiał, że stał się połowicznie ślepy.
Skoczyła z dzikim wrzaskiem i wytargała brutalnie kocice za kark. Tamta zaczęła momentalnie się wiercić. Zroszony Nos odrzuciła ją kawałek po czym bez zastanowienia doskoczyła do oszołomionej kocicy i ugryzła ją w szyję. Poczuł jak pod jej szczękami przesuwają się elementy gardła, miażdżone przez w pełni wyrośnięte kły. Z czasem na język wkradł się metaliczny smak krwi. ‘Jestem tak blisko’.
I wtedy jej lewy policzek i ucho zapłonęły piekielnym bólem. Odskoczyła czując, że z rozciętego ucha i zadrapania powoli zaczyna uciekać życiowa energia. Bura kocica z trudem podźwignęła się na łapy i rzuciła wojowniczce nienawistne spojrzenie. Szylkretowa ani myślała jednak się tym przejmować.
‘Zabiję cię, za to co uczyniłaś. Dzisiaj nie będzie litości.’
Znowu ruszyła do ataku. Zapomniała o życiowych zasadach, które jej wpajano od kociaka.
Walka trwała długo. Dopiero, gdy na niebie zaczęły pojawiać się jasnoróżowe barwy poranka, bura padła nieżywa na zieloną trawę, którą ozdobiła szkarłatem swojej krwi z rozciętego gardła.
Zroszony Nos z triumfem wpatrywała się w swoje dzieło. Zapomniała o rozciętym uchu czy policzku. Rozkoszowała się jedynie widokiem martwej napastniczki. Chciała zostawić jej ciało na pastwo wron czy innych drapieżników ale odezwała się jej łagodna natura, więc ukryła ciało pod kamieniem a sama wyruszyła w drogę powrotną.
^*^*^*^*^*^*^*^
Odłożyła wychudłego wróbla na stos. Wiedziała, że wielu wojowników rzuca jej zaciekawione spojrzenia. W końcu wróciła z zadrapaniami, zapachu pozbyła się wcześniej a swoją poczochraną sierść ulizała. Nikt nie mógł wiedzieć o tym, czego dokonała. Nawet Srebrny Deszcz. To był jej prywatny sekret.
<Srebrny Deszczu?>
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?W Klanie Nocy
Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.MIOTY
Mioty
Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)
Miot w Klanie Nocy!
(jedno wolne miejsce!)
Miot w Klanie Nocy!
(brak wolnych miejsc!)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zroszony Nos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zroszony Nos. Pokaż wszystkie posty
16 marca 2018
03 marca 2018
Od Zroszonego Nosa C.D Borsuczego Gońca
Zastępca przyglądał się jej swoimi łagodnymi, błękitnymi oczami. Próbowała się rozluźnić, wymyśleć jakąś beznadziejną ale prawdopodobną wymówkę. Nie chciała mu mówić prawdy, bała się. Obawiała się, że mimo łagodnego usposobienia nie zrozumie jej problemu.
- Po prostu nie lubię tam chodzić i tyle – odpowiedziała starając się ukryć delikatnie drżenie głosu – Ciasno tam i gorąco.
- Zroszony Nosie, nie wiem kto uczył cię kłamać ale zrobił to źle – mruknął kocur – Ostatnio mój umysł był zamglony depresją ale nie na tyle abym utracił intuicję.
Kotka zgarbiła się. Wiedziała, że Borsuczy Goniec będzie jeszcze bardziej naciskał, w końcu jeśli chciała kłamać to chciała coś ukryć. Jakaż ona była głupia! Spuściła głowę wbijając wzrok we własne łapy.
- Zroszony Nosie, nie wiem kto uczył cię kłamać ale zrobił to źle – mruknął kocur – Ostatnio mój umysł był zamglony depresją ale nie na tyle abym utracił intuicję.
Kotka zgarbiła się. Wiedziała, że Borsuczy Goniec będzie jeszcze bardziej naciskał, w końcu jeśli chciała kłamać to chciała coś ukryć. Jakaż ona była głupia! Spuściła głowę wbijając wzrok we własne łapy.
- No, więc? Sama mi mówiłaś, że przyjaciele powinni wzajemnie się dzielić swoimi problemami inaczej może to się źle skończyć – szturchnął ją nosem ona momentalnie odskoczyła – Wybacz.
- Nie zrozumiesz tego Borsuczy Gońcu.
- Czemu z góry zakładasz, że…
- Bo jesteś kocurem! –krzyknęła, gwałtownie się podnosząc; w jej sercu zapłonął strach wymieszany z przerażeniem, przez co zapomniała o wszelkich zasadach dotyczących odnoszenia się do wyższego rangą wojownika – A wy nie wiecie jak to nosić w sobie kocięta, rodzić je i zajmować się nimi! Dla was wszystko wydaje się proste! A teraz zostaw mnie!
- Nie zrozumiesz tego Borsuczy Gońcu.
- Czemu z góry zakładasz, że…
- Bo jesteś kocurem! –krzyknęła, gwałtownie się podnosząc; w jej sercu zapłonął strach wymieszany z przerażeniem, przez co zapomniała o wszelkich zasadach dotyczących odnoszenia się do wyższego rangą wojownika – A wy nie wiecie jak to nosić w sobie kocięta, rodzić je i zajmować się nimi! Dla was wszystko wydaje się proste! A teraz zostaw mnie!
Odeszła od niego, chcąc iść gdzieś, gdzie panowała cisza i spokój.
^*^*^*^*^*^*^
^*^*^*^*^*^*^
Krążyła po lesie chcąc nacieszyć się ciepłą, bezchmurną nocą. Gdzieś w oddali pohukiwała sowa a jeszcze indziej po poszyciu biegał jakiś gryzoń.
Miała wyrzuty sumienia, że nakrzyczała na Borsuczego Gońca. On nie chciał niczego złego pewnie a ona odebrała to jako… sama nawet nie wiedziała co. Temat kociąt wywoływał u niej agresję i wszelkie inne negatywne zachowania. Zachowywała się jak szalona. W ten sposób zwróci na siebie tylko niechcianą uwagę.
Przed jej nosem przeleciał jakiś ptak, który przywołał ją do rzeczywistości. A może powinna przestać zachowywać się jak wielce pokrzywdzona i otwarcie się wszystkim przyznać? W końcu, Milcząca Gwiazda jej nie może wygnać za takie coś a członkowie jedynie mogą odrzucić ale co jej po nich? Przecież miała swoich bliskich a nawet jeśli oni by się odwrócili to mogłaby odejść i żyć razem z Małą Łapą. Znalazłaby sposób aby żyć.
Zdecydowała, że rano porozmawia szczerze z Borsuczym Gońcem.
^*^*^*^*^*^*^
- Chciałeś wiedzieć czemu się tak zachowuje, więc ci odpowiem, bez zbędnych wybuchów czy owijania w bawełnę. Ja… ja nie lubię a wręcz nie cierpię kociąt a nawet się ich boję. Dlatego nie chodzę do żłobka czy nie rozmawiam o tym ze Srebrnym Deszczem. Nie chcę ich mieć, przynajmniej na razie.
Zaprosiła kocura na poranne polowanie podczas którego go przeprosiła i wręcz od razu przeszła do odpowiedzi na jego wczorajsze pytanie. Miała nadzieję, że chociaż spróbuje ją zrozumieć.
<Borsuczy Gońcu? Przepraszam za gniot>
Miała wyrzuty sumienia, że nakrzyczała na Borsuczego Gońca. On nie chciał niczego złego pewnie a ona odebrała to jako… sama nawet nie wiedziała co. Temat kociąt wywoływał u niej agresję i wszelkie inne negatywne zachowania. Zachowywała się jak szalona. W ten sposób zwróci na siebie tylko niechcianą uwagę.
Przed jej nosem przeleciał jakiś ptak, który przywołał ją do rzeczywistości. A może powinna przestać zachowywać się jak wielce pokrzywdzona i otwarcie się wszystkim przyznać? W końcu, Milcząca Gwiazda jej nie może wygnać za takie coś a członkowie jedynie mogą odrzucić ale co jej po nich? Przecież miała swoich bliskich a nawet jeśli oni by się odwrócili to mogłaby odejść i żyć razem z Małą Łapą. Znalazłaby sposób aby żyć.
Zdecydowała, że rano porozmawia szczerze z Borsuczym Gońcem.
^*^*^*^*^*^*^
- Chciałeś wiedzieć czemu się tak zachowuje, więc ci odpowiem, bez zbędnych wybuchów czy owijania w bawełnę. Ja… ja nie lubię a wręcz nie cierpię kociąt a nawet się ich boję. Dlatego nie chodzę do żłobka czy nie rozmawiam o tym ze Srebrnym Deszczem. Nie chcę ich mieć, przynajmniej na razie.
Zaprosiła kocura na poranne polowanie podczas którego go przeprosiła i wręcz od razu przeszła do odpowiedzi na jego wczorajsze pytanie. Miała nadzieję, że chociaż spróbuje ją zrozumieć.
<Borsuczy Gońcu? Przepraszam za gniot>
10 lutego 2018
Od Zroszonego Nosa C.D Milczącej Gwiazdy
Zroszony Nos przyszła tego poranka do kociarni w celu pogratulowania młodszej kotce, a przynajmniej musiała to zrobić aby klan nie zaczął niczego podejrzewać. W końcu, była chyba jedną z nielicznych, która nie jeszcze nie odwiedziła przyszłej karmicielki. W trakcie tej jakże krótkiej trasy, zastanawiała się czy gdyby zaczęła pytać Różane Pole: jak się czuje, czy boi się porodu i tym podobne, czy wydawałoby się to podejrzane? W końcu przed wejściem do legowiska potrząsnęła stanowczo łebkiem i z czystym umysłem wkroczyła do wnętrza.
- Cześć Zroszony Nosie! – czekoladowa kotka posłała jej promienny uśmiech – Co cię do mnie sprowadza?
- Witaj Różane Pole. Przyszłam zobaczyć jak się czujesz, w końcu zostałaś chyba jedną z najmłodszych karmicielek. Nie będziesz tęskniła za życiem wojownika?
Niebieskooka spuściła łepek w geście zastanowienia. Szylkretowa przestraszyła się, że w jakiś sposób sprawiła przykrość młodszej koleżance ale widząc jej iskrzący się wzrok, odegnała te obawy.
- Wiesz, pewnie tak. Przez kilka księżycy będę zmuszona siedzieć tutaj i cieszyć się jedynie obserwowaniem bujnego życia wojownika innych kotów – liznęła się po nabrzmiałym brzuchu; poród zapewne nastąpi niedługo – Ale umilą mi ten czas moje pociechy.
Dwukolorowa kotka usiadła. Różane Pole nie wyglądała na zmartwioną lub przerażoną ogromem obowiązków jak na nią spadną wraz z przyjściem na świat kociaków. I przede wszystkim czuć widać po niej było, że kochała je całym sobą, chociaż jeszcze się nie narodziły.
Czy to jest siła instynktu matki? Czy ona też kiedyś będzie mogła tak spojrzeć na własne potomstwo?
Przymknęła powieki próbując sobie wyobrazić siebie jako karmicielkę z gromadką piszczących kulek wkoło niej.
- A ty? – głos czekoladowej wyrwał ją ze sfery zamysłu.
- Co ja?
- Noo… - unikała jej wzroku; nie zdążyła dokończyć jednak myśli, bo wejście zasłonił cień, który okazał się być Milczącą Gwiazdą.
Liderka wpierw spojrzała na córkę łagodnym wzrokiem, potem spojrzała na Zroszony Nos. Różane Pole przywitała się z matką. Kremowo-szara wojowniczka miała wrażenie, że we wzroku niebieskiej kocicy błysnęła jakaś dziwna iskra.
- No, więc jak chciałam się ciebie zapytać…– głos kotki nagle stał się pewny a wzrok jakim ją obdarzyła olśnił wojowniczkę, co takiego chce wiedzieć.
- O moje kocięta? – miauknęła starając się brzmieć normalnie; ogarnęła ją delikatna panika, w końcu jeśli teraz zrobi jakiś grymas lub coś podobnego to Milcząca Gwiazda może nabrać podejrzeń, Różane Pole z resztą też – Ym… ja i Srebrny Deszcz jeszcze o tym nie myśleliśmy.
Widziała cień zawodu na pyszczkach kotek ale nie sprawiały wrażenia zaniepokojonych. W duchu odetchnęła. Czuła nieprzyjemne mrowienie na skórze, więc uznała, że to idealny moment aby zniknąć i zająć się czymś innym.
- Wybaczcie – podniosła się – Ale obiecałam Jaskółczej Łapie, że pokażę jej Drogę Grzmotu a to może zabrać nam trochę czasu. Miło mi się rozmawiało Milcząca Gwiazdo – tu skinęła łbem na znak szacunku- Różane Pole, do zobaczenia.
I wyszła, czując na sobie spojrzenia współklanowiczek.
^*^*^*^*^po Zgromadzeniu^*^*^*^*^*^
Odkąd Milcząca Gwiazda zdegradowała jej partnera i kazała nazywać „Srebrną Łapą”, w jej głowie narodził się drobny bunt przeciwko woli liderki. Nie czuła się w żaden sposób zobowiązana aby nazywać go tak jak inni, dla niej pozostał on Srebrnym Deszczem.
W międzyczasie narastał też jej konflikt z Burzowym Kwiatem. Kotka od zawsze uważała go za nieprzyjemnego gbura ale pozostawała wobec niego neutralna. Wrogość się zaogniła od chwili, gdy pewnego razu przyłapała jak Burzowy Kwiat znowu dyskutował ze Srebrnym Deszczem, oczywiście cały czas naciskając na to, że on był wojownikiem a on uczniem. Wtedy jeszcze nawet nie przypuszczała, że będzie zdolna do tego aby zrobić to co zrobiła.
- Czego znowu chcesz? Jeśli nie zgadzasz się z wyrokiem Milczącej Gwiazdy, twoja sprawa, domyślam, że to przez wasze uczucie ale nie wtrącaj się w to jak inni się do tego odnoszą – rzucił jej wyzywające spojrzenie.
- Zauważyłam, że tylko ty kładziesz specjalny nacisk na to, że jesteś wojownikiem a on uczniem – Srebrny Deszcz przyglądał im się z dumnym wyrazem pyska; bez cienia jakiegokolwiek przejęcia; no tak ona była chłodna dla niego to on i dla niej.
Ich kłótnia była poważna. Nie odzywali się do siebie a rozmowa polegała między nimi na tym, że kotka wydawała mu jakieś polecenia. Nic więcej. Męczyła ją ta atmosfera ale była zbyt dumna aby pierwsza przełamać lodową zaporę między nimi.
- Bo taka jest prawda. Zachował się jak mysi móżdżek na Zgromadzeniu, poza tym, ty też go traktujesz jak traktujesz i nikt ci z tego powodu wyrzutu nie robi, więc odczep się ode mnie – warknął, po czym odwrócił się do srebrnego kocura – Co stoisz? Idź zanieś jakąś zdobycz Lawendowi Płatkowi i Burzowemu Futru, tylko się pospiesz uczniaku.
Dostrzegła ten prowokujący błysk w jego oczach. I w tamtym momencie krew zaszumiała w uszach kotki a ona nie wiedząc kiedy i jakim sposobem znalazła się ze wściekłym sykiem nad kocurem, który przybity był do podłoża przez jej drobne łapy.
Zanim zdążyła się zorientować, co się właściwie stało, koty, które aktualnie przebywały w obozie otoczyły ich i przyglądały się a to zaciekawione a to zaskoczone. Pyszczek Burzowego Kwiatu wykrzywiało zdziwienie. Chciała już odejść, gdy usłyszała doskonale znany chłodny, opanowany ton liderki:
- Zroszony Nosie – kocica podeszła i patrzyła to na nią to na kocura – Chodź ze mną do legowiska.
Szylkretowa wypuściła kocura, która zdawał się być zadowolony z obrotu sprawy. Motyle Skrzydło szybko go jednak pogonił do jakiegoś użytecznego zajęcia.
^*^*^*^*^*^*^
- Co się stało? Czemu rzuciłaś się na Burzowy Kwiat? – liderka powoli ułożyła się na mchowym legowisku; mierzyła ją swoim lodowatym spojrzeniem.
- Traktował zbyt ostro Srebrny Deszcz – miała ochotę spuścić wzrok ale wiedziała, że jeśli by to zrobiła, kocica mogłaby poczuć, że zdobyła przewagę nad młodszą wojowniczką.
- Miałaś na myśli Srebrną Łapę? – rzuciła jej podejrzliwe spojrzenie.
Zroszony Nos stanęła przed poważnym wyborem. Mogła zgodzić się z liderką i pewnie skończyłoby się tylko na pouczeniu ale te wszystkie słowa, które mówiła o tym, że Srebrny Deszcz dla niej zawsze zostanie Srebrnym Deszczem i jej braku zobowiązania wobec spełniała w tej kwestii poleceń liderki, byłyby czystym kłamstwem. Uciekłaby z podkulonym ogonem, tak jak robiła to za kociaka, który trochę się jąkał i bał każdego cienia. Nie, nie po to tyle przeszła aby teraz schować się w dziurze i przeczekać najgorszy moment. Podjęła decyzję.
- Wybacz Milcząca Gwiazdo ale on dla mnie zawsze zostanie Srebrnym Deszczem. Był moim mentorem i wiem, że potrafi być odpowiedzialnym i dojrzałym wojownikiem, dlatego nigdy do niego tak nie powiem, nawet jeśli – przymknęła oczy po czym znów je otworzyła – ty chciałabyś inaczej.
<Milcząca Gwiazdo?>
- Cześć Zroszony Nosie! – czekoladowa kotka posłała jej promienny uśmiech – Co cię do mnie sprowadza?
- Witaj Różane Pole. Przyszłam zobaczyć jak się czujesz, w końcu zostałaś chyba jedną z najmłodszych karmicielek. Nie będziesz tęskniła za życiem wojownika?
Niebieskooka spuściła łepek w geście zastanowienia. Szylkretowa przestraszyła się, że w jakiś sposób sprawiła przykrość młodszej koleżance ale widząc jej iskrzący się wzrok, odegnała te obawy.
- Wiesz, pewnie tak. Przez kilka księżycy będę zmuszona siedzieć tutaj i cieszyć się jedynie obserwowaniem bujnego życia wojownika innych kotów – liznęła się po nabrzmiałym brzuchu; poród zapewne nastąpi niedługo – Ale umilą mi ten czas moje pociechy.
Dwukolorowa kotka usiadła. Różane Pole nie wyglądała na zmartwioną lub przerażoną ogromem obowiązków jak na nią spadną wraz z przyjściem na świat kociaków. I przede wszystkim czuć widać po niej było, że kochała je całym sobą, chociaż jeszcze się nie narodziły.
Czy to jest siła instynktu matki? Czy ona też kiedyś będzie mogła tak spojrzeć na własne potomstwo?
Przymknęła powieki próbując sobie wyobrazić siebie jako karmicielkę z gromadką piszczących kulek wkoło niej.
- A ty? – głos czekoladowej wyrwał ją ze sfery zamysłu.
- Co ja?
- Noo… - unikała jej wzroku; nie zdążyła dokończyć jednak myśli, bo wejście zasłonił cień, który okazał się być Milczącą Gwiazdą.
Liderka wpierw spojrzała na córkę łagodnym wzrokiem, potem spojrzała na Zroszony Nos. Różane Pole przywitała się z matką. Kremowo-szara wojowniczka miała wrażenie, że we wzroku niebieskiej kocicy błysnęła jakaś dziwna iskra.
- No, więc jak chciałam się ciebie zapytać…– głos kotki nagle stał się pewny a wzrok jakim ją obdarzyła olśnił wojowniczkę, co takiego chce wiedzieć.
- O moje kocięta? – miauknęła starając się brzmieć normalnie; ogarnęła ją delikatna panika, w końcu jeśli teraz zrobi jakiś grymas lub coś podobnego to Milcząca Gwiazda może nabrać podejrzeń, Różane Pole z resztą też – Ym… ja i Srebrny Deszcz jeszcze o tym nie myśleliśmy.
Widziała cień zawodu na pyszczkach kotek ale nie sprawiały wrażenia zaniepokojonych. W duchu odetchnęła. Czuła nieprzyjemne mrowienie na skórze, więc uznała, że to idealny moment aby zniknąć i zająć się czymś innym.
- Wybaczcie – podniosła się – Ale obiecałam Jaskółczej Łapie, że pokażę jej Drogę Grzmotu a to może zabrać nam trochę czasu. Miło mi się rozmawiało Milcząca Gwiazdo – tu skinęła łbem na znak szacunku- Różane Pole, do zobaczenia.
I wyszła, czując na sobie spojrzenia współklanowiczek.
^*^*^*^*^po Zgromadzeniu^*^*^*^*^*^
Odkąd Milcząca Gwiazda zdegradowała jej partnera i kazała nazywać „Srebrną Łapą”, w jej głowie narodził się drobny bunt przeciwko woli liderki. Nie czuła się w żaden sposób zobowiązana aby nazywać go tak jak inni, dla niej pozostał on Srebrnym Deszczem.
W międzyczasie narastał też jej konflikt z Burzowym Kwiatem. Kotka od zawsze uważała go za nieprzyjemnego gbura ale pozostawała wobec niego neutralna. Wrogość się zaogniła od chwili, gdy pewnego razu przyłapała jak Burzowy Kwiat znowu dyskutował ze Srebrnym Deszczem, oczywiście cały czas naciskając na to, że on był wojownikiem a on uczniem. Wtedy jeszcze nawet nie przypuszczała, że będzie zdolna do tego aby zrobić to co zrobiła.
- Czego znowu chcesz? Jeśli nie zgadzasz się z wyrokiem Milczącej Gwiazdy, twoja sprawa, domyślam, że to przez wasze uczucie ale nie wtrącaj się w to jak inni się do tego odnoszą – rzucił jej wyzywające spojrzenie.
- Zauważyłam, że tylko ty kładziesz specjalny nacisk na to, że jesteś wojownikiem a on uczniem – Srebrny Deszcz przyglądał im się z dumnym wyrazem pyska; bez cienia jakiegokolwiek przejęcia; no tak ona była chłodna dla niego to on i dla niej.
Ich kłótnia była poważna. Nie odzywali się do siebie a rozmowa polegała między nimi na tym, że kotka wydawała mu jakieś polecenia. Nic więcej. Męczyła ją ta atmosfera ale była zbyt dumna aby pierwsza przełamać lodową zaporę między nimi.
- Bo taka jest prawda. Zachował się jak mysi móżdżek na Zgromadzeniu, poza tym, ty też go traktujesz jak traktujesz i nikt ci z tego powodu wyrzutu nie robi, więc odczep się ode mnie – warknął, po czym odwrócił się do srebrnego kocura – Co stoisz? Idź zanieś jakąś zdobycz Lawendowi Płatkowi i Burzowemu Futru, tylko się pospiesz uczniaku.
Dostrzegła ten prowokujący błysk w jego oczach. I w tamtym momencie krew zaszumiała w uszach kotki a ona nie wiedząc kiedy i jakim sposobem znalazła się ze wściekłym sykiem nad kocurem, który przybity był do podłoża przez jej drobne łapy.
Zanim zdążyła się zorientować, co się właściwie stało, koty, które aktualnie przebywały w obozie otoczyły ich i przyglądały się a to zaciekawione a to zaskoczone. Pyszczek Burzowego Kwiatu wykrzywiało zdziwienie. Chciała już odejść, gdy usłyszała doskonale znany chłodny, opanowany ton liderki:
- Zroszony Nosie – kocica podeszła i patrzyła to na nią to na kocura – Chodź ze mną do legowiska.
Szylkretowa wypuściła kocura, która zdawał się być zadowolony z obrotu sprawy. Motyle Skrzydło szybko go jednak pogonił do jakiegoś użytecznego zajęcia.
^*^*^*^*^*^*^
- Co się stało? Czemu rzuciłaś się na Burzowy Kwiat? – liderka powoli ułożyła się na mchowym legowisku; mierzyła ją swoim lodowatym spojrzeniem.
- Traktował zbyt ostro Srebrny Deszcz – miała ochotę spuścić wzrok ale wiedziała, że jeśli by to zrobiła, kocica mogłaby poczuć, że zdobyła przewagę nad młodszą wojowniczką.
- Miałaś na myśli Srebrną Łapę? – rzuciła jej podejrzliwe spojrzenie.
Zroszony Nos stanęła przed poważnym wyborem. Mogła zgodzić się z liderką i pewnie skończyłoby się tylko na pouczeniu ale te wszystkie słowa, które mówiła o tym, że Srebrny Deszcz dla niej zawsze zostanie Srebrnym Deszczem i jej braku zobowiązania wobec spełniała w tej kwestii poleceń liderki, byłyby czystym kłamstwem. Uciekłaby z podkulonym ogonem, tak jak robiła to za kociaka, który trochę się jąkał i bał każdego cienia. Nie, nie po to tyle przeszła aby teraz schować się w dziurze i przeczekać najgorszy moment. Podjęła decyzję.
- Wybacz Milcząca Gwiazdo ale on dla mnie zawsze zostanie Srebrnym Deszczem. Był moim mentorem i wiem, że potrafi być odpowiedzialnym i dojrzałym wojownikiem, dlatego nigdy do niego tak nie powiem, nawet jeśli – przymknęła oczy po czym znów je otworzyła – ty chciałabyś inaczej.
<Milcząca Gwiazdo?>
07 lutego 2018
Od Zroszonego Nosa C.D Srebrnego Deszczu
Odwiedzić kociaki? I to w takim ciasnym pomieszczeniu? Na Klan Gwiazdy, nie!
Położyła po sobie uszy, napuszyła ogon.
- Nie! Nie! Nie! – cofnęła się, chcąc uciec najdalej jak się.
- Zroszony Nosie – partner podszedł i przytulił się – Uspokój się.
- Nie! Nie! Nie! – cofnęła się, chcąc uciec najdalej jak się.
- Zroszony Nosie – partner podszedł i przytulił się – Uspokój się.
Szylkretowa nie mogła zapanować nad własnym sercem, które oszalałe obijało się o jej pierś niczym ptak uwięziony w klatce. Wtuliła się delikatne futro kocura. Biła od niego przyjemna woń lasu, w której najbardziej wyróżniał się ziemisty zapach.
Wiedziała, że on jej nie opuści, że nie zostawi na pastwę jej chorego umysłu ale i tak się bała. Obawiała się, że zamiast uroczych kociąt Różanego Pola, ujrzy smoliste, złotookie, krwiożercze bestie, gotowe ją rozszarpać.
- Pójdę tam z tobą – poruszyła uchem słysząc szept srebrnego kocura – Jeśli coś zacznie się dziać, obronię cię.
I liznął ją po głowie, cicho mrucząc. Kotka cicho łkała w jego srebrne futro. Siedzieli tak przez kilka uderzeń serca, zapominając o otaczającej ich rzeczywistości.
Wojowniczka w końcu westchnęła, czując jakby uszedł z niej ucisk wywołany ostatnim przeżyciem. Chociaż nadal się obawiała, chociaż wiedziała, że i tak będzie musiała się kiedyś zmierzyć z własnym lękiem, sama.
- Niech będzie Srebrny Deszczu, chodźmy – wstała i spojrzała na niego porozumiewawczo.
^*^*^*^*^*^*
- Jakie śliczne! – mruczał Srebrny Deszcz przyglądając się z bliska dwom wtulonym kulkom w futerko Różanego Pola – Gratuluje tobie i Błotnistemu Pyskowi!
- Dziękuję Srebrny Deszczu – uśmiechnęła się młoda karmicielka.
Zroszony Nos siedziała niedaleko nich, a dokładniej długość zająca od brązowej kotki. Ogon co jakiś czas nerwowo jej drgał. Chociaż wszędzie unosiła się przyjemna mleczna woń, to złotooka ani trochę nie czuła się zrelaksowana. Wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że serce zaraz podejdzie jej do gardła. Zwłaszcza, gdy widziała czarny kształt.
- Zroszony Nosie – miauknął spokojnie srebrny kocur – Podejdź tu i sama się przekonaj.
Widziała, że córka Milczącej Gwiazdy rzucała im zaintrygowane spojrzenie. Zielonooki jednak ją mimo to ignorował i wpatrywał się w szylkretową. Mięśnie odmawiały jej posłuszeństwa. Toczyła walkę wewnątrz siebie.
W końcu drobnymi kroczkami zbliżyła się. Kocięta ugniatały swoimi łapkami brzuch matki. Wielu kotkom pewnie na ten widok miękło serce ale nie Zroszonemu Nosowi. Ona nie potrafiła się zmusić do zachwytu nad tym „cudem” życia.
Przymknęła powieki i podniosła się. Machnęła ogonem odwracając się i bez słowa wyszła. Nie zależało jej na tym, co sobie pomyślała Różane Pole ani na tym, czy zawiodła Srebrny Deszcz. Ona nie… po prostu nie.
^*^*^*^*^*^po Zgromadzeniu^*^*^*^*^*^
Szylkretowa wykonywała co poranną pielęgnację. Odkąd wrócili nie odezwała się do Srebrnego Deszczu. Jego zachowanie było… skandaliczne! Zachowywał się jakby objadł się kocimiętką i popił to kolorową wodą z kałuży. Rozumiała, że każdy miewał napady głupawki czy zwykłej kocięce chęci zabawy, ba! Ona sama czasem tak miewała. Potrafiła jednak poprawnie ocenić czas i miejsce odpowiednie do tego. Srebrny Deszcz tego najwidoczniej nie umiał, skoro stwierdził, że polana wypełniona po brzegi kotami z innych klanów, plus do tego ich liderzy.
- Cześć Zroszony Nosie – usłyszała jego delikatnie zachrypnięty głos.
Odwróciła się do niego. Kocur posłał jej nerwowy uśmiech. Pokręciła głową z dezaprobatą.
- Ty też?! – miauknął zrozpaczony – Myślałem, że chociaż ty nie pójdziesz za przykładem innych i nie będziesz się do mnie odwracać ogonem.
- A, co żeś myślał?! – syknęła – Że będę się zachowywać jakby nigdy nic?! Że po prostu pominę fakt, że robiłeś z siebie durnia na oczach wszystkich!?
- Ciszej Zroszony Nosie – srebrny kocur skulił się; szylkretowa obejrzała się, faktycznie widziała jak wojownicy przebywający w obozie rzucają im ukradkowe, zaciekawione spojrzenia – Poza tym nie tylko ja się tak zachowywałem, był jeszcze…
- Nie obchodzi mnie, co robił inny kocur! – kolejny syk niemal jej się wyrwał ale powstrzymała; przymknęła powieki po czym odwróciła się do niego grzbietem – Mysi móżdżek.
Trzepnęła go ogonem po pyszczku. Rozejrzała się po polanie i dostrzegłszy charakterystyczne futerko jej uczennicy przywołała ją do siebie i wyszły na trening.
^*^*^*^*^*^*^*^*^*
Wróciły z szylkretową krótko po porze szczytowania słońca. Kiedy wyszły z tunelu zastały rozchodzące się koty. Właśnie mijał je patrol. Koty posłały jej dziwne spojrzenia.
- Ciekawe, co się stało – uczennica wbiła w nie swoje zielone oczy – Dziwnie się na ciebie patrzyli.
- Też się zastanawiam. Odłóż tego wróbla Różanemu Polu.
Jaskółcza Łapa przytaknęła i pognała w kierunku żłobka. Zroszony Nos natomiast postanowiła, że dowie się co się stało. Jedynymi koty jaki znajdowały się na zewnątrz to: siedzący na środku Srebrny Deszcz ( nie miała jednak zamiaru się do niego odzywać), Burzowy Kwiat i Liliowa Łodyga. Postanowiła, że podpyta matkę, dawno w sumie nie rozmawiały.
- O! Zroszony Nos! – kocica wstała i liznęła ją po głowie – Tak mi przykro.
- Za, co? – usiadła wraz z matką w cieniu jakiejś paproci – O co chodzi?
- Nie słyszałaś decyzji Milczącej Gwiazdy w sprawie Srebrnego Deszczu?
- N-nie. Byłam na treningu z Jaskółczą Łapą, a co zdecydowała? Wygnała go? – spytała z przerażeniem; chociaż była na niego zła to nie potrafiłaby wyobrazić sobie życia bez niego.
- Nie, spokojnie kochanie, Milcząca Gwiazda nie jest aż taka sroga. Zdegradowała do funkcji ucznia – jasna kocica zaczęła myć grzbiet – Poza tym odebrała mu Orlą Łapę i przekazała Płonącemu Grzbietowi pod opiekę.
- Czyli od teraz jest Srebrną Łapą?
- Aż do odwołania.
Złote oczy szylkretowej przypominały ciemną taflę jeziora z cienką linią piasku naokoło. Srebrny Deszcz nie był już wojownikiem? Oczywiście lepszy to los niż zostanie wygnanym ale mimo wszystko, dziwnie będzie jej się obchodzić z kocurem jak z uczniem, skoro on sam był jej mentorem.
Nie, nikt nie będzie kazał Zroszonemu Nosowi jak ma traktować swojego partnera, nawet sama Milcząca Gwiazda.
Podniosła się. Krótko pożegnała się z matką. Podążyła do stosu ze zwierzyną i wybrała nornicę. Chciała odejść i zjeść ale wtem usłyszała głos Burzowego Kwiatu:
- Srebrna Łapo zanieś tę ziębę Jaszczurczemu Ogonowi.
- Przecież Popielata Łapa mu zanosiła przed zebraniem…
- Nie dyskutuj ze mną uczniu.
Szylkretowa była zła na Srebrny Deszcz ale to nie oznaczało, że przestało jej na nim zależeć. Chociaż wojownik nie zrobił niczego złego srebrnemu kotu, to w Zroszonym Nosie zapłonął płomień gniewu.
Żwawym krokiem podeszła do dwóch kocurów.
- Odpuść mu Burzowy Kwiecie – mrużyła groźnie ślepia w kierunku starszego wojownika – Srebrny Deszczu, lepiej zanieś ją Lawendowemu Płatkowi i Burzowemu Futrze.
- Jest uczniem, a obowiązkiem ucznia jest wykonywać polecenia wojownika, bez dyskusyjnie. Poza tym, od teraz nazywa się Srebrna Łapa a nie…
- Będę nazywała go jak chcę – zbliżyła się do Burzowego Kwiatu – Nikt nie będzie mi mówił jak mam nazywać swojego partnera.
- Nawet Milcząca Gwiazda? – kocur posłał jej szyderczy uśmiech.
Zroszony Nos fuknęła i odwróciła się bez słowa. Nie chciała tego przyznawać otwarcie ale według niej to ich liderkę raczej mało obchodziło jak się ona zwraca do kocura.
Bez odwracania się podążyła do legowiska wojowników.
^*^*^*^*^*^następny dzień^*^*^*^*^*^*^*^
Wiedziała, że on jej nie opuści, że nie zostawi na pastwę jej chorego umysłu ale i tak się bała. Obawiała się, że zamiast uroczych kociąt Różanego Pola, ujrzy smoliste, złotookie, krwiożercze bestie, gotowe ją rozszarpać.
- Pójdę tam z tobą – poruszyła uchem słysząc szept srebrnego kocura – Jeśli coś zacznie się dziać, obronię cię.
I liznął ją po głowie, cicho mrucząc. Kotka cicho łkała w jego srebrne futro. Siedzieli tak przez kilka uderzeń serca, zapominając o otaczającej ich rzeczywistości.
Wojowniczka w końcu westchnęła, czując jakby uszedł z niej ucisk wywołany ostatnim przeżyciem. Chociaż nadal się obawiała, chociaż wiedziała, że i tak będzie musiała się kiedyś zmierzyć z własnym lękiem, sama.
- Niech będzie Srebrny Deszczu, chodźmy – wstała i spojrzała na niego porozumiewawczo.
^*^*^*^*^*^*
- Jakie śliczne! – mruczał Srebrny Deszcz przyglądając się z bliska dwom wtulonym kulkom w futerko Różanego Pola – Gratuluje tobie i Błotnistemu Pyskowi!
- Dziękuję Srebrny Deszczu – uśmiechnęła się młoda karmicielka.
Zroszony Nos siedziała niedaleko nich, a dokładniej długość zająca od brązowej kotki. Ogon co jakiś czas nerwowo jej drgał. Chociaż wszędzie unosiła się przyjemna mleczna woń, to złotooka ani trochę nie czuła się zrelaksowana. Wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że serce zaraz podejdzie jej do gardła. Zwłaszcza, gdy widziała czarny kształt.
- Zroszony Nosie – miauknął spokojnie srebrny kocur – Podejdź tu i sama się przekonaj.
Widziała, że córka Milczącej Gwiazdy rzucała im zaintrygowane spojrzenie. Zielonooki jednak ją mimo to ignorował i wpatrywał się w szylkretową. Mięśnie odmawiały jej posłuszeństwa. Toczyła walkę wewnątrz siebie.
W końcu drobnymi kroczkami zbliżyła się. Kocięta ugniatały swoimi łapkami brzuch matki. Wielu kotkom pewnie na ten widok miękło serce ale nie Zroszonemu Nosowi. Ona nie potrafiła się zmusić do zachwytu nad tym „cudem” życia.
Przymknęła powieki i podniosła się. Machnęła ogonem odwracając się i bez słowa wyszła. Nie zależało jej na tym, co sobie pomyślała Różane Pole ani na tym, czy zawiodła Srebrny Deszcz. Ona nie… po prostu nie.
^*^*^*^*^*^po Zgromadzeniu^*^*^*^*^*^
Szylkretowa wykonywała co poranną pielęgnację. Odkąd wrócili nie odezwała się do Srebrnego Deszczu. Jego zachowanie było… skandaliczne! Zachowywał się jakby objadł się kocimiętką i popił to kolorową wodą z kałuży. Rozumiała, że każdy miewał napady głupawki czy zwykłej kocięce chęci zabawy, ba! Ona sama czasem tak miewała. Potrafiła jednak poprawnie ocenić czas i miejsce odpowiednie do tego. Srebrny Deszcz tego najwidoczniej nie umiał, skoro stwierdził, że polana wypełniona po brzegi kotami z innych klanów, plus do tego ich liderzy.
- Cześć Zroszony Nosie – usłyszała jego delikatnie zachrypnięty głos.
Odwróciła się do niego. Kocur posłał jej nerwowy uśmiech. Pokręciła głową z dezaprobatą.
- Ty też?! – miauknął zrozpaczony – Myślałem, że chociaż ty nie pójdziesz za przykładem innych i nie będziesz się do mnie odwracać ogonem.
- A, co żeś myślał?! – syknęła – Że będę się zachowywać jakby nigdy nic?! Że po prostu pominę fakt, że robiłeś z siebie durnia na oczach wszystkich!?
- Ciszej Zroszony Nosie – srebrny kocur skulił się; szylkretowa obejrzała się, faktycznie widziała jak wojownicy przebywający w obozie rzucają im ukradkowe, zaciekawione spojrzenia – Poza tym nie tylko ja się tak zachowywałem, był jeszcze…
- Nie obchodzi mnie, co robił inny kocur! – kolejny syk niemal jej się wyrwał ale powstrzymała; przymknęła powieki po czym odwróciła się do niego grzbietem – Mysi móżdżek.
Trzepnęła go ogonem po pyszczku. Rozejrzała się po polanie i dostrzegłszy charakterystyczne futerko jej uczennicy przywołała ją do siebie i wyszły na trening.
^*^*^*^*^*^*^*^*^*
Wróciły z szylkretową krótko po porze szczytowania słońca. Kiedy wyszły z tunelu zastały rozchodzące się koty. Właśnie mijał je patrol. Koty posłały jej dziwne spojrzenia.
- Ciekawe, co się stało – uczennica wbiła w nie swoje zielone oczy – Dziwnie się na ciebie patrzyli.
- Też się zastanawiam. Odłóż tego wróbla Różanemu Polu.
Jaskółcza Łapa przytaknęła i pognała w kierunku żłobka. Zroszony Nos natomiast postanowiła, że dowie się co się stało. Jedynymi koty jaki znajdowały się na zewnątrz to: siedzący na środku Srebrny Deszcz ( nie miała jednak zamiaru się do niego odzywać), Burzowy Kwiat i Liliowa Łodyga. Postanowiła, że podpyta matkę, dawno w sumie nie rozmawiały.
- O! Zroszony Nos! – kocica wstała i liznęła ją po głowie – Tak mi przykro.
- Za, co? – usiadła wraz z matką w cieniu jakiejś paproci – O co chodzi?
- Nie słyszałaś decyzji Milczącej Gwiazdy w sprawie Srebrnego Deszczu?
- N-nie. Byłam na treningu z Jaskółczą Łapą, a co zdecydowała? Wygnała go? – spytała z przerażeniem; chociaż była na niego zła to nie potrafiłaby wyobrazić sobie życia bez niego.
- Nie, spokojnie kochanie, Milcząca Gwiazda nie jest aż taka sroga. Zdegradowała do funkcji ucznia – jasna kocica zaczęła myć grzbiet – Poza tym odebrała mu Orlą Łapę i przekazała Płonącemu Grzbietowi pod opiekę.
- Czyli od teraz jest Srebrną Łapą?
- Aż do odwołania.
Złote oczy szylkretowej przypominały ciemną taflę jeziora z cienką linią piasku naokoło. Srebrny Deszcz nie był już wojownikiem? Oczywiście lepszy to los niż zostanie wygnanym ale mimo wszystko, dziwnie będzie jej się obchodzić z kocurem jak z uczniem, skoro on sam był jej mentorem.
Nie, nikt nie będzie kazał Zroszonemu Nosowi jak ma traktować swojego partnera, nawet sama Milcząca Gwiazda.
Podniosła się. Krótko pożegnała się z matką. Podążyła do stosu ze zwierzyną i wybrała nornicę. Chciała odejść i zjeść ale wtem usłyszała głos Burzowego Kwiatu:
- Srebrna Łapo zanieś tę ziębę Jaszczurczemu Ogonowi.
- Przecież Popielata Łapa mu zanosiła przed zebraniem…
- Nie dyskutuj ze mną uczniu.
Szylkretowa była zła na Srebrny Deszcz ale to nie oznaczało, że przestało jej na nim zależeć. Chociaż wojownik nie zrobił niczego złego srebrnemu kotu, to w Zroszonym Nosie zapłonął płomień gniewu.
Żwawym krokiem podeszła do dwóch kocurów.
- Odpuść mu Burzowy Kwiecie – mrużyła groźnie ślepia w kierunku starszego wojownika – Srebrny Deszczu, lepiej zanieś ją Lawendowemu Płatkowi i Burzowemu Futrze.
- Jest uczniem, a obowiązkiem ucznia jest wykonywać polecenia wojownika, bez dyskusyjnie. Poza tym, od teraz nazywa się Srebrna Łapa a nie…
- Będę nazywała go jak chcę – zbliżyła się do Burzowego Kwiatu – Nikt nie będzie mi mówił jak mam nazywać swojego partnera.
- Nawet Milcząca Gwiazda? – kocur posłał jej szyderczy uśmiech.
Zroszony Nos fuknęła i odwróciła się bez słowa. Nie chciała tego przyznawać otwarcie ale według niej to ich liderkę raczej mało obchodziło jak się ona zwraca do kocura.
Bez odwracania się podążyła do legowiska wojowników.
^*^*^*^*^*^następny dzień^*^*^*^*^*^*^*^
Kiepsko jej się spało. Musiała to przyznać ale odczuwała brak ciepłego futra swojego partnera, mimo, że noce były już dużo cieplejsze.
Przeciągnęła się zaspana, przy okazji ziewając. Otrzepała się z mchu i wyszła na zewnątrz. Przywitało ją bezchmurne niebo, ciepły wietrzyk zwiastujący nadejście Pory Zielonych Liści i głośne trele leśnych ptaków. Nabrała powietrza i wypuściła je nosem. Mimo ostatnio nerwowych i ciężkich dni, nie mogła przejść obojętnie obok cudów Pory Nowych Liści.
Obejrzała się po polanie. Zauważyła charakterystyczne rude futro Płonącego Grzbietu. Wojownik samotnie spożywał poranny posiłek. Nigdy ze sobą nie rozmawiali, w przeciwieństwie do jego siostry – Szepczącego Wiatru. Kotki przez jakiś czas były nawet przyjaciółkami ale kontakt potem się urwał. Mimo tego, jednak kotce brakowało jej śmiałej i rozgadanej koleżanki. Potrząsnęła głową odganiając myśli.
Może powinna dosiąść się do kocura? Skoro ostatnio zawiera nowe znajomości, to chyba wypadałoby i z Płonącym Grzbietem się zapoznać, prawda?
Podeszła do stosu ze zwierzyną. Wyglądał dosyć marnie zwłaszcza jak na Porę Nowych Liści. Powinna pójść na polowanie, w końcu Jaskółczą Łapą zajmie się, gdy będą szły na popołudniowy patrol. Pochwyciła pulchną mysz i skierowała się w kierunku rudego kocura.
- Cześć Płonący Grzbiecie! – miauknęła radośnie; przysiadła się obok kocura – Nie będziesz miał nic przeciwko jeśli razem z tobą zjem?
<Płonący Grzbiecie?>
Przeciągnęła się zaspana, przy okazji ziewając. Otrzepała się z mchu i wyszła na zewnątrz. Przywitało ją bezchmurne niebo, ciepły wietrzyk zwiastujący nadejście Pory Zielonych Liści i głośne trele leśnych ptaków. Nabrała powietrza i wypuściła je nosem. Mimo ostatnio nerwowych i ciężkich dni, nie mogła przejść obojętnie obok cudów Pory Nowych Liści.
Obejrzała się po polanie. Zauważyła charakterystyczne rude futro Płonącego Grzbietu. Wojownik samotnie spożywał poranny posiłek. Nigdy ze sobą nie rozmawiali, w przeciwieństwie do jego siostry – Szepczącego Wiatru. Kotki przez jakiś czas były nawet przyjaciółkami ale kontakt potem się urwał. Mimo tego, jednak kotce brakowało jej śmiałej i rozgadanej koleżanki. Potrząsnęła głową odganiając myśli.
Może powinna dosiąść się do kocura? Skoro ostatnio zawiera nowe znajomości, to chyba wypadałoby i z Płonącym Grzbietem się zapoznać, prawda?
Podeszła do stosu ze zwierzyną. Wyglądał dosyć marnie zwłaszcza jak na Porę Nowych Liści. Powinna pójść na polowanie, w końcu Jaskółczą Łapą zajmie się, gdy będą szły na popołudniowy patrol. Pochwyciła pulchną mysz i skierowała się w kierunku rudego kocura.
- Cześć Płonący Grzbiecie! – miauknęła radośnie; przysiadła się obok kocura – Nie będziesz miał nic przeciwko jeśli razem z tobą zjem?
<Płonący Grzbiecie?>
04 lutego 2018
Od Zroszonego Nosa C.D Jaskółczej Łapy
Zroszony Nos trzymała się z tyłu wieczornego patrolu. Miała wrażenie, że coś niedobrego się zadziało z Jaskółczą Łapą. Przywykła do wiecznie poruszającego się języka młodszej siostry, więc jej milczenie było zjawiskiem nienaturalnym. Domyślała się, że kotka była zwyczajnie w świecie zła za ten… upokarzający trening. Rozumiała jej reakcję – w końcu ona sama jako uczennica też była dumna i nie lubiła przyznawać się do porażki.
- Stójcie – miauknął poważnie Motyle Skrzydło – Coś jest nie tak.
Szylkretowa posmakowała powietrza, przy okazji nakazując Jaskółczej Łapie to samo. Burzowy Kwiat wysunął pazury.
- Zroszony Nosie, czuję jakiś dziwny odór – jeszcze bardziej wciągnęła powietrze – Fuj!
- To zapach samotnika – odpowiedział jej Motyle Skrzydło – A raczej kilku.
Wojowniczka po dłuższym węszeniu także wyczuła, że wśród tego smrodu wyodrębnić można kilka kocich fetorów.
Tylko skąd by tu się wzięli samotnicy? Może to Smoła wraz ze swoją bandą powrócił? Nie, to raczej wątpliwe, nie wyczuwała jego zapachu pośród tych. Miała nadzieję, że nawet jeśli to nie on sam w sobie to nie byli jego jacyś towarzysze.
- Z tego, co udało mi się wywęszyć, wnioskuje, że to trójka kotów – Motyle Skrzydło odwrócił się do nich – Powinniśmy się rozdzielić.
- Co takiego? – warknął Burzowy Kwiat – Chcesz rozbijać naszą grupę, przecież we czwórkę mamy o wiele większą szanse ich pokonać!
- Owszem ale wolniej ich wytropimy. Gdy się podzielimy na dwie grupy, istnieje większa szansa, że się na nich natkniemy. Proponuję abym ja poszedł z tobą, Burzowy Kwiecie a Zroszony Nos razem z Jaskółczą Łapą.
- Chcesz ją wysłać sam na sam z uczennicą u boku? Naprawdę…
- Nie boję się ich! – krzyknęła oburzona Jaskółcza Łapa.
Kocury odwróciły się do zielonookiej. O ile wyraz pyszczka Motylego Skrzydła zdradzał rozbawienie i zaskoczenie to Burzowy Kwiat wyglądał jakby chciał rozszarpać uczennicę.
- Tego nikt nie neguje, Jaskółcza Łapo – odpowiedziała jej łagodnie mentorka – Burzowy Kwiat na pewno nie miał na myśli tego, że jesteś tchórzem ale na wzgląd miał raczej to, że niedawno rozpoczęłaś swoje szkolenie i samotnik mógłby być jeszcze dla ciebie wyzwaniem.
- Dlatego uważam, że… - Burzowy Kwiat umilkł pod srogim spojrzeniem starszego wojownika.
- Rozumiem twój tok myślenia ale jeśli się nie rozdzielimy to możemy ich nie spotkać. Nie masz pewności, czy samotnicy się nie rozdzielili.
Zroszony Nos myślała, że krnąbrny kocur będzie chciał się wykłócać z biało-czarnym wojownikiem ale w końcu odpuścił. Po części podzielała obawy Burzowego Kwiatu, w końcu Jaskółcza Łapa jeszcze nie przeszła jako takiego treningu walki ale z drugiej strony, wiedziała, że jej młodsza siostra była inteligentna i potrafiła szybko odczytać zaistniałą sytuacją.
^*^*^*^*^*^*^*^
Szylkretowa posmakowała powietrza, przy okazji nakazując Jaskółczej Łapie to samo. Burzowy Kwiat wysunął pazury.
- Zroszony Nosie, czuję jakiś dziwny odór – jeszcze bardziej wciągnęła powietrze – Fuj!
- To zapach samotnika – odpowiedział jej Motyle Skrzydło – A raczej kilku.
Wojowniczka po dłuższym węszeniu także wyczuła, że wśród tego smrodu wyodrębnić można kilka kocich fetorów.
Tylko skąd by tu się wzięli samotnicy? Może to Smoła wraz ze swoją bandą powrócił? Nie, to raczej wątpliwe, nie wyczuwała jego zapachu pośród tych. Miała nadzieję, że nawet jeśli to nie on sam w sobie to nie byli jego jacyś towarzysze.
- Z tego, co udało mi się wywęszyć, wnioskuje, że to trójka kotów – Motyle Skrzydło odwrócił się do nich – Powinniśmy się rozdzielić.
- Co takiego? – warknął Burzowy Kwiat – Chcesz rozbijać naszą grupę, przecież we czwórkę mamy o wiele większą szanse ich pokonać!
- Owszem ale wolniej ich wytropimy. Gdy się podzielimy na dwie grupy, istnieje większa szansa, że się na nich natkniemy. Proponuję abym ja poszedł z tobą, Burzowy Kwiecie a Zroszony Nos razem z Jaskółczą Łapą.
- Chcesz ją wysłać sam na sam z uczennicą u boku? Naprawdę…
- Nie boję się ich! – krzyknęła oburzona Jaskółcza Łapa.
Kocury odwróciły się do zielonookiej. O ile wyraz pyszczka Motylego Skrzydła zdradzał rozbawienie i zaskoczenie to Burzowy Kwiat wyglądał jakby chciał rozszarpać uczennicę.
- Tego nikt nie neguje, Jaskółcza Łapo – odpowiedziała jej łagodnie mentorka – Burzowy Kwiat na pewno nie miał na myśli tego, że jesteś tchórzem ale na wzgląd miał raczej to, że niedawno rozpoczęłaś swoje szkolenie i samotnik mógłby być jeszcze dla ciebie wyzwaniem.
- Dlatego uważam, że… - Burzowy Kwiat umilkł pod srogim spojrzeniem starszego wojownika.
- Rozumiem twój tok myślenia ale jeśli się nie rozdzielimy to możemy ich nie spotkać. Nie masz pewności, czy samotnicy się nie rozdzielili.
Zroszony Nos myślała, że krnąbrny kocur będzie chciał się wykłócać z biało-czarnym wojownikiem ale w końcu odpuścił. Po części podzielała obawy Burzowego Kwiatu, w końcu Jaskółcza Łapa jeszcze nie przeszła jako takiego treningu walki ale z drugiej strony, wiedziała, że jej młodsza siostra była inteligentna i potrafiła szybko odczytać zaistniałą sytuacją.
^*^*^*^*^*^*^*^
Poszły niedaleko Ognistych Traw. Obie kotki czujnie się rozglądały i węszyły, przygotowane na wszelki, możliwy atak – tak się im przynajmniej zdawało, póki zza krzewów jeżyn nie wyskoczyły koty.
Kotka w czarne łaty i czarny kocur - tyle jedynie zdążyła zauważyć zanim kocica pisnęła wściekle i przygwoździła Zroszony Nos do podłoża. Wbijała jej pazury w ramiona, wojowniczka poczuła jak cienkie strużki krwi zaczęły wypływać z drobnych skaleczeń.
- Jaskółcza Łapo, zawiadom Burzowy Kwiat i… - nie dokończyła, gdyż samotniczka złapała ją za gardło.
Usłyszała syczenie wydobywające się z gardła kocura, który wściekle skoczył na uczennicę. Zroszony Nos dostrzegła młodszą kotkę unikającą ciosu przeciwnika i umknęła w pobliskie krzewy.
- Wy…puść m…nie i wal…cz – dukała szylkretowa kocica.
Napastniczka zignorowała ją i jedynie umocniła swój ścisk. Zroszony Nos była na siebie wściekła. Była wojowniczką od kilku księżycy a mimo to dała się tak łatwo podjeść! Jeśli cokolwiek przydarzy się jej siostrze to nigdy sobie tego nie wybaczy!
Zaczęła się wiercić, przednimi łapami naciskała na klatkę piersiową łaciatej kotki a tylnymi próbowała młócić jej brzuch. Samotniczka nadal jednak stała niewzruszona i powoli zwiększała siłę nacisku szczęk. Sprzed oczami złotookiej zaczęły pojawiać się ciemne plamki.
Czyżby był taki jej koniec? Zabita przez lepszego pierwszego samotnika? Nie w chwalebnej bitwie przeciwko wojownikom innego klanu, tylko w potyczce. A do tego jeszcze przez nią zginie jej nie tylko terminatorka ale siostra. Co z niej za wojowniczka?
Zroszony Nos pewnie dalej by użalała się nad sobą, gdyby nie usłyszała pisku z oddali. Czyżby ta karma dla wron dopadła Jaskółczą Łapę? Nie miała pojęcia, który kot odpowiadał za ten dźwięk ale poczuł coś innego. Łatwiej jej się oddychało. Łaciata samotniczka zaintrygowana dźwiękiem pewnie przestała się skupiać na szylkretowej. To była okazja, której nie mogła zmarnować!
Z całej siły kopnęła ją w brzuch, przez co kocica skuliła się i puściła jej gardło. Czując napływ powietrza do płuc, mentorka Jaskółczej Łapy, zerwała się i zepchnęła napastniczkę z siebie. Z trudem podźwignęła się na łapy. Mając jeszcze plamy przed oczami ledwo dostrzegała zaskoczony wzrok intruza. Potrząsnęła głową i z trudem zaatakowała. Cięła na oślep, podobnie z gryzieniem. Czuła charakterystyczny smak krwi. Czasem coś ją zapiekło lub zakuło ale ona nie odpuszczała. Chciała aby kocica ją popamiętała.
Dwójka kotów szczepionych w bitewnej wrzawie turlała się po ziemi, wściekle wrzeszcząc. Dopiero kolejne kocice zawodzenie rozłączyło podrapane od siebie koty. Zroszony Nos nie chciała tracić więcej czasu na tę kupę futra i pobiegła, potykając się, w kierunku, z którego słyszała wołanie kota o pomoc. Kątem oka dostrzegła, że tamta za nią podąża ale nie po to aby zaatakować. Mimo to odwróciła się i przygwoździła ją do podłoża.
- Czego za mną leziesz?! – syknęła jej w pyszczek.
- To mój brat, wszędzie rozpoznam jego wołanie! – miauknęła zmartwionym tonem; jakby wcześniej nie walczyły między sobą o życie – Pewnie tamta kotka go rozszarpuje na strzępy! Muszę mu pomóc!
- Spokój samotniczko! – przycisnęła ją mocniej; łapą delikatnie dociskała jej gardło – Nie pozwolę ci jej skrzywdzić!
- Ale… - jeszcze mocniej docisnęła łapą jej gardło.
Zroszony Nos nie słuchała jej cichych syków. Miała okazję jej się przyjrzeć. Pyszczek pokryty miała drobnymi bliznami. Dopiero wtedy dostrzegła, że ta kotka była od niej znacznie młodsza, można by powiedzieć, że miała jeszcze mleko pod wąsami. Czyżby żywot samotnika był aż tak wymagający, że koty w wieku Jaskółczej Łapy lub podobnym umiały już całkiem dobrze walczyć i miały na sobie masę blizn?
Wojowniczka zelżyła swój ucisk i spojrzała prosto w błękitne oczy samotnej, młodej kotki.
- Posłuchaj, pozwolę ci iść ze mną ale pod jednym warunkiem. Nie zaatakujesz tamtej kotki pod żadnym pozorem, pozwolisz mnie to rozwiązać.
Wyczekiwała na reakcje. Miała wrażenie, że upłynęło wiele czasu nim tamta jej przytaknęła.
^*^*^*^*^*^*^
Dobiegły do okolic Ognistych Traw. Z oddali już dostrzegła czarno- pomarańczowe futerko siostry. Przyspieszyła i momentalnie wyczuła obok siebie bok łaciatej, która poruszała się równie sprężystym krokiem, co ona. Jaskółcza Łapa widząc mentorkę doskoczyła do niej i spanikowanym wzrokiem dała do zrozumienia, że coś się stało.
- Zroszony Nosie! – kompletnie zignorowała stojącą obok starszej siostry samotniczkę – Stało się coś strasznego!
- Co takiego? – miauknęła zmartwiona, przy okazji oceniając jak poważnie ucierpiała w starciu z kocurem.
- O-on utknął!
- Gdzie? – ona i samotniczka w tym samym czasie zapytały, patrząc po sobie.
- Chodźcie!
Zielonooka pognała a kocice za nią. Nie upłynęło wiele czasu, gdy zauważyła, że pod wygiętym korzeniem drzewa leżała futerkowa, ubłocona postać. Zroszony Nos obwąchała kocura. Łaciata doskoczyła do niego i złapała za kark chcąc go pewnie wyciągnąć.
- Czekaj! – warknęła – Jeśli będziesz tak robić to go zabijesz! Poczekaj!
- On się dusi! – syknęła spanikowana biało-czarna kotka.
Faktycznie, kocur wyglądał jakby miał znaczne problemy z oddychaniem. Zroszony Nos przez chwilę nie wiedziała, co robić. Pomysł nasunął jej się sam, gdy przypomniała sobie o tym jak bardzo wilgotna była ziemia.
- Jaskółcza Łapo, rób to samo, co ja.
Nie czekając na reakcję uczennicy, zaczęła kopać przy głowie kocura. Kątem oka dostrzegła, że kotka posłusznie ją naśladuje. Potem dołączyła się także samotniczka. Nie upłynęło wiele czasu, gdy z lekkim oporem wyciągnęły zaklinowanego kota.
Gdy tamten oprzytomniał na tyle aby iść, wojowniczka wraz z terminatorką nakazały się im wynieść stąd jak najprędzej by nie napotkali drugiego patrolu. To oczywiście było kłamstwo ale Zroszony Nos uważała, że nie powinna zdradzać zbyt wiele, zwłaszcza samotnikom.
Upewniwszy się, że wykonali ich polecenie, kotki zawołały ustalony sygnał i spotkały się z resztą patrolu.
^*^*^*^*^*^*^*^
Następnego dnia, tuż po zjedzeniu wróbla, Zroszony Nos przywołała do siebie Jaskółczą Łapę. Młodsza siostra nie ucierpiała w starciu zbyt poważnie, poza może złamanym pazurem ale to i tak niewiele jeśli kotce przyszło się zmierzyć sam na sam z samotnikiem.
- Cieszę się, że wyszłaś cało z wczorajszej przygody – liznęła ją za uchem – Zastanawia mnie jednak, jak sobie z nim poradziłaś? Bo domyślam się, że jego głowa nie znalazła się tam przez przypadek.
- I tak i nie – miauknęła trochę niepewnie – Zabrzmi to źle ale po prostu biegłam na oślep, gdzie mnie łapy poniosą. To nie tak, że się bałam czy coś, ale no… ta walka wydawała mi się bezskuteczna. Sądziłam, że po prostu po jakimś czasie odpuści ale on był coraz bliżej. I wtedy przypomniałam sobie twoją lekcję o tym aby wykorzystać otoczenie. Zaczęłam się rozglądać i wtedy znalazłam ten korzeń. Bez zastanowienia pomknęłam ku niemu i przecisnęłam się przez niego – przerwała spojrzawszy w jakiś tylko sobie znany punkt – Wiedziałam, że on się nie zmieści ale nie pomyślałam, że mógłby się udusić.
Wojowniczka rozumiała o co jej chodziło. Obwiniała się o to, że ten kot mógł umrzeć. Owinęła uczennicę ogonem.
- Nic się nie stało, on przeżył i ty nie ucierpiałaś a to najważniejsze. Skończyło się dobrze dla wszystkich – przewróciła ją łapą – A teraz się uśmiechnij i bądź tą dawną Jaskółczą Łapą, bo idziemy na trening łowiecki!
<Jaskółcza Łapo?>
Kotka w czarne łaty i czarny kocur - tyle jedynie zdążyła zauważyć zanim kocica pisnęła wściekle i przygwoździła Zroszony Nos do podłoża. Wbijała jej pazury w ramiona, wojowniczka poczuła jak cienkie strużki krwi zaczęły wypływać z drobnych skaleczeń.
- Jaskółcza Łapo, zawiadom Burzowy Kwiat i… - nie dokończyła, gdyż samotniczka złapała ją za gardło.
Usłyszała syczenie wydobywające się z gardła kocura, który wściekle skoczył na uczennicę. Zroszony Nos dostrzegła młodszą kotkę unikającą ciosu przeciwnika i umknęła w pobliskie krzewy.
- Wy…puść m…nie i wal…cz – dukała szylkretowa kocica.
Napastniczka zignorowała ją i jedynie umocniła swój ścisk. Zroszony Nos była na siebie wściekła. Była wojowniczką od kilku księżycy a mimo to dała się tak łatwo podjeść! Jeśli cokolwiek przydarzy się jej siostrze to nigdy sobie tego nie wybaczy!
Zaczęła się wiercić, przednimi łapami naciskała na klatkę piersiową łaciatej kotki a tylnymi próbowała młócić jej brzuch. Samotniczka nadal jednak stała niewzruszona i powoli zwiększała siłę nacisku szczęk. Sprzed oczami złotookiej zaczęły pojawiać się ciemne plamki.
Czyżby był taki jej koniec? Zabita przez lepszego pierwszego samotnika? Nie w chwalebnej bitwie przeciwko wojownikom innego klanu, tylko w potyczce. A do tego jeszcze przez nią zginie jej nie tylko terminatorka ale siostra. Co z niej za wojowniczka?
Zroszony Nos pewnie dalej by użalała się nad sobą, gdyby nie usłyszała pisku z oddali. Czyżby ta karma dla wron dopadła Jaskółczą Łapę? Nie miała pojęcia, który kot odpowiadał za ten dźwięk ale poczuł coś innego. Łatwiej jej się oddychało. Łaciata samotniczka zaintrygowana dźwiękiem pewnie przestała się skupiać na szylkretowej. To była okazja, której nie mogła zmarnować!
Z całej siły kopnęła ją w brzuch, przez co kocica skuliła się i puściła jej gardło. Czując napływ powietrza do płuc, mentorka Jaskółczej Łapy, zerwała się i zepchnęła napastniczkę z siebie. Z trudem podźwignęła się na łapy. Mając jeszcze plamy przed oczami ledwo dostrzegała zaskoczony wzrok intruza. Potrząsnęła głową i z trudem zaatakowała. Cięła na oślep, podobnie z gryzieniem. Czuła charakterystyczny smak krwi. Czasem coś ją zapiekło lub zakuło ale ona nie odpuszczała. Chciała aby kocica ją popamiętała.
Dwójka kotów szczepionych w bitewnej wrzawie turlała się po ziemi, wściekle wrzeszcząc. Dopiero kolejne kocice zawodzenie rozłączyło podrapane od siebie koty. Zroszony Nos nie chciała tracić więcej czasu na tę kupę futra i pobiegła, potykając się, w kierunku, z którego słyszała wołanie kota o pomoc. Kątem oka dostrzegła, że tamta za nią podąża ale nie po to aby zaatakować. Mimo to odwróciła się i przygwoździła ją do podłoża.
- Czego za mną leziesz?! – syknęła jej w pyszczek.
- To mój brat, wszędzie rozpoznam jego wołanie! – miauknęła zmartwionym tonem; jakby wcześniej nie walczyły między sobą o życie – Pewnie tamta kotka go rozszarpuje na strzępy! Muszę mu pomóc!
- Spokój samotniczko! – przycisnęła ją mocniej; łapą delikatnie dociskała jej gardło – Nie pozwolę ci jej skrzywdzić!
- Ale… - jeszcze mocniej docisnęła łapą jej gardło.
Zroszony Nos nie słuchała jej cichych syków. Miała okazję jej się przyjrzeć. Pyszczek pokryty miała drobnymi bliznami. Dopiero wtedy dostrzegła, że ta kotka była od niej znacznie młodsza, można by powiedzieć, że miała jeszcze mleko pod wąsami. Czyżby żywot samotnika był aż tak wymagający, że koty w wieku Jaskółczej Łapy lub podobnym umiały już całkiem dobrze walczyć i miały na sobie masę blizn?
Wojowniczka zelżyła swój ucisk i spojrzała prosto w błękitne oczy samotnej, młodej kotki.
- Posłuchaj, pozwolę ci iść ze mną ale pod jednym warunkiem. Nie zaatakujesz tamtej kotki pod żadnym pozorem, pozwolisz mnie to rozwiązać.
Wyczekiwała na reakcje. Miała wrażenie, że upłynęło wiele czasu nim tamta jej przytaknęła.
^*^*^*^*^*^*^
Dobiegły do okolic Ognistych Traw. Z oddali już dostrzegła czarno- pomarańczowe futerko siostry. Przyspieszyła i momentalnie wyczuła obok siebie bok łaciatej, która poruszała się równie sprężystym krokiem, co ona. Jaskółcza Łapa widząc mentorkę doskoczyła do niej i spanikowanym wzrokiem dała do zrozumienia, że coś się stało.
- Zroszony Nosie! – kompletnie zignorowała stojącą obok starszej siostry samotniczkę – Stało się coś strasznego!
- Co takiego? – miauknęła zmartwiona, przy okazji oceniając jak poważnie ucierpiała w starciu z kocurem.
- O-on utknął!
- Gdzie? – ona i samotniczka w tym samym czasie zapytały, patrząc po sobie.
- Chodźcie!
Zielonooka pognała a kocice za nią. Nie upłynęło wiele czasu, gdy zauważyła, że pod wygiętym korzeniem drzewa leżała futerkowa, ubłocona postać. Zroszony Nos obwąchała kocura. Łaciata doskoczyła do niego i złapała za kark chcąc go pewnie wyciągnąć.
- Czekaj! – warknęła – Jeśli będziesz tak robić to go zabijesz! Poczekaj!
- On się dusi! – syknęła spanikowana biało-czarna kotka.
Faktycznie, kocur wyglądał jakby miał znaczne problemy z oddychaniem. Zroszony Nos przez chwilę nie wiedziała, co robić. Pomysł nasunął jej się sam, gdy przypomniała sobie o tym jak bardzo wilgotna była ziemia.
- Jaskółcza Łapo, rób to samo, co ja.
Nie czekając na reakcję uczennicy, zaczęła kopać przy głowie kocura. Kątem oka dostrzegła, że kotka posłusznie ją naśladuje. Potem dołączyła się także samotniczka. Nie upłynęło wiele czasu, gdy z lekkim oporem wyciągnęły zaklinowanego kota.
Gdy tamten oprzytomniał na tyle aby iść, wojowniczka wraz z terminatorką nakazały się im wynieść stąd jak najprędzej by nie napotkali drugiego patrolu. To oczywiście było kłamstwo ale Zroszony Nos uważała, że nie powinna zdradzać zbyt wiele, zwłaszcza samotnikom.
Upewniwszy się, że wykonali ich polecenie, kotki zawołały ustalony sygnał i spotkały się z resztą patrolu.
^*^*^*^*^*^*^*^
Następnego dnia, tuż po zjedzeniu wróbla, Zroszony Nos przywołała do siebie Jaskółczą Łapę. Młodsza siostra nie ucierpiała w starciu zbyt poważnie, poza może złamanym pazurem ale to i tak niewiele jeśli kotce przyszło się zmierzyć sam na sam z samotnikiem.
- Cieszę się, że wyszłaś cało z wczorajszej przygody – liznęła ją za uchem – Zastanawia mnie jednak, jak sobie z nim poradziłaś? Bo domyślam się, że jego głowa nie znalazła się tam przez przypadek.
- I tak i nie – miauknęła trochę niepewnie – Zabrzmi to źle ale po prostu biegłam na oślep, gdzie mnie łapy poniosą. To nie tak, że się bałam czy coś, ale no… ta walka wydawała mi się bezskuteczna. Sądziłam, że po prostu po jakimś czasie odpuści ale on był coraz bliżej. I wtedy przypomniałam sobie twoją lekcję o tym aby wykorzystać otoczenie. Zaczęłam się rozglądać i wtedy znalazłam ten korzeń. Bez zastanowienia pomknęłam ku niemu i przecisnęłam się przez niego – przerwała spojrzawszy w jakiś tylko sobie znany punkt – Wiedziałam, że on się nie zmieści ale nie pomyślałam, że mógłby się udusić.
Wojowniczka rozumiała o co jej chodziło. Obwiniała się o to, że ten kot mógł umrzeć. Owinęła uczennicę ogonem.
- Nic się nie stało, on przeżył i ty nie ucierpiałaś a to najważniejsze. Skończyło się dobrze dla wszystkich – przewróciła ją łapą – A teraz się uśmiechnij i bądź tą dawną Jaskółczą Łapą, bo idziemy na trening łowiecki!
<Jaskółcza Łapo?>
29 stycznia 2018
Od Zroszonego Nosa C.D Srebrnego Deszczu
Napawała się zapachem lasu. Czuła ziemisty zapach wymieszany ze słodkawą wonią kwiatów. Obecnie to działało na nią kojąco, chociaż wciąż była przerażona tym, co pokazał jej własny umysł. Co czuła jej podświadomość.
Pytanie kocura doszło do niej dopiero, gdy kocur szturchnął ją barkiem. Potrząsnęła głową.
- J-ja nie chcę o tym mówić – wbiła wzrok w ostatnie złociste cienie rzucane przez chowające się słońce.
- Możesz mi zaufać– spojrzał na nią swoimi zielonymi ale lekko zaczerwienionymi oczami.
Nie bała się, że komukolwiek o tym powie, akurat tego była pewna. Obawiała się jednak jego reakcji. Jeśli dowie się o czym śniła, to… sama nie wiedziała. Gdyby mogła to uciekłaby od tych przerażających obrazów, które ją przez cały dzień prześladowały ale te uczepione były niczym rzep do futerka.
Otworzyła pyszczek aby coś powiedzieć ale wtedy przypomniał jej się wygląd tego kociaka – czarne futro i złote, błyszczące ślepia. Przecież identycznie wyglądał… Cień.
- Zroszony Nosie – liznął ją w nos – Nie odcinaj się ode mnie. Nie możesz w sobie tego tłamsić.
- Chcę zostać sama – poprosiła go błagalnym wzrokiem.
- Ale…
- Srebrny Deszczu… - nie powinien jej traktować jak kociaka; wiedziała, że chciał dobrze ale ona jedyne o czym teraz marzyła to o samotności – Wrócę, nie martw się. Chcę tylko jeszcze trochę pospacerować. Może czegoś jeszcze nałapie po drodze.
Zielonooki wahał się. Nawet otworzył pyszczek aby pewnie zaprotestować ale w końcu niechętnie kiwnął głową na znak zgody. Odwrócił się i posłał jej jeszcze jedno zaniepokojone spojrzenie po czym zniknął w powoli gęstniejących zaroślach.
Ona sama natomiast postanowiła pójść na Wielką Polanę. Chciała zostać w lesie najdłużej jak mogła.
^*^*^*^*^*^*^*^*^*^
Obudziła się rano, oczywiście niewyspana. Chociaż koszmar nie powrócił to miała tak bardzo płytki sen, że w nocy rozbudzał ją każdy szmer, trzaśnięcie czy mruknięcie śpiącego wojownika. Cieszyła się, że chociaż Srebrny Deszcz się wyśpi. Przez całą noc leżał w nią wtulony powoli i spokojnie oddychając.
Miała położoną głowę na łapach, gdy zauważyła, że z rogu legowiska wyłania się Burzowy Kwiat, wciąż trochę zaspany. Pewnie nie minie zbyt wiele czasu nim inni zaczną się budzić.
Długo nie musiała czekać na zielonookiego kocura, która wpierw zaczął się trochę wiercić aż w końcu ziewnął, ukazując rządek białych kiełków.
- Cześć Srebrny Deszczu – miauknęła cicho i liznęła go w policzek – Jak ci się spało?
- Całkiem dobrze – wlepił w nią swój przeszywający wzrok – A ty?
- Lepiej – ziewnęła; widząc jednak wpatrzone w nią oczy kocura, zrozumiała, że nie uwierzył jej – No nie do końca ale nie miałam żadnego koszmaru. Po prostu sen miałam płytki i wszystko mnie budziło.
Srebrny Deszcz pokręcił głową z dezaprobatą ale w końcu uśmiechnął się do niej, zapewne chcąc rozluźnić atmosferę.
- Chodźmy zjeść lepiej nim obudzi się Liliowa Łodyga, wczoraj wieczorem Borsuczy Goniec wyznaczył naszą trójkę na poranny patrol.
Zroszonemu Nosowi nie na łapę było wstawanie ale nic nie mruknęła. Powinna przecież bez względu na to co się z nią działo, sumiennie wykonywać obowiązki. Właśnie, powinna przeprosić Srebrny Deszcz za swoje zachowanie, w końcu mogła go zranić, nawet nie umyślnie.
- Srebrny Deszczu – kocur przystanął i odwrócił się do niej – Chciałam cię przeprosić po prostu za wczoraj. Wiem, że chciałeś dobrze a ja tak cię potraktowałam.
- Nic się nie stało, rozumiem, że mogłaś być trochę rozdrażniona.
- Myślałam też jak ci powiedzieć o tym, co widziałam we śnie.
- I?
Westchnęła. Na jednym wdechu opowiedziała kocurowi o czym śniła. Wraz jak dalej brnęła w opowieść widziała, coraz bardziej zaniepokojoną minę kocura.
- To jest właśnie to, co mnie nawiedziło poprzedniej nocy. Srebrny Deszczu, ja… zaczynam się obawiać samej siebie.
<Srebrny Deszcz?>
Pytanie kocura doszło do niej dopiero, gdy kocur szturchnął ją barkiem. Potrząsnęła głową.
- J-ja nie chcę o tym mówić – wbiła wzrok w ostatnie złociste cienie rzucane przez chowające się słońce.
- Możesz mi zaufać– spojrzał na nią swoimi zielonymi ale lekko zaczerwienionymi oczami.
Nie bała się, że komukolwiek o tym powie, akurat tego była pewna. Obawiała się jednak jego reakcji. Jeśli dowie się o czym śniła, to… sama nie wiedziała. Gdyby mogła to uciekłaby od tych przerażających obrazów, które ją przez cały dzień prześladowały ale te uczepione były niczym rzep do futerka.
Otworzyła pyszczek aby coś powiedzieć ale wtedy przypomniał jej się wygląd tego kociaka – czarne futro i złote, błyszczące ślepia. Przecież identycznie wyglądał… Cień.
- Zroszony Nosie – liznął ją w nos – Nie odcinaj się ode mnie. Nie możesz w sobie tego tłamsić.
- Chcę zostać sama – poprosiła go błagalnym wzrokiem.
- Ale…
- Srebrny Deszczu… - nie powinien jej traktować jak kociaka; wiedziała, że chciał dobrze ale ona jedyne o czym teraz marzyła to o samotności – Wrócę, nie martw się. Chcę tylko jeszcze trochę pospacerować. Może czegoś jeszcze nałapie po drodze.
Zielonooki wahał się. Nawet otworzył pyszczek aby pewnie zaprotestować ale w końcu niechętnie kiwnął głową na znak zgody. Odwrócił się i posłał jej jeszcze jedno zaniepokojone spojrzenie po czym zniknął w powoli gęstniejących zaroślach.
Ona sama natomiast postanowiła pójść na Wielką Polanę. Chciała zostać w lesie najdłużej jak mogła.
^*^*^*^*^*^*^*^*^*^
Obudziła się rano, oczywiście niewyspana. Chociaż koszmar nie powrócił to miała tak bardzo płytki sen, że w nocy rozbudzał ją każdy szmer, trzaśnięcie czy mruknięcie śpiącego wojownika. Cieszyła się, że chociaż Srebrny Deszcz się wyśpi. Przez całą noc leżał w nią wtulony powoli i spokojnie oddychając.
Miała położoną głowę na łapach, gdy zauważyła, że z rogu legowiska wyłania się Burzowy Kwiat, wciąż trochę zaspany. Pewnie nie minie zbyt wiele czasu nim inni zaczną się budzić.
Długo nie musiała czekać na zielonookiego kocura, która wpierw zaczął się trochę wiercić aż w końcu ziewnął, ukazując rządek białych kiełków.
- Cześć Srebrny Deszczu – miauknęła cicho i liznęła go w policzek – Jak ci się spało?
- Całkiem dobrze – wlepił w nią swój przeszywający wzrok – A ty?
- Lepiej – ziewnęła; widząc jednak wpatrzone w nią oczy kocura, zrozumiała, że nie uwierzył jej – No nie do końca ale nie miałam żadnego koszmaru. Po prostu sen miałam płytki i wszystko mnie budziło.
Srebrny Deszcz pokręcił głową z dezaprobatą ale w końcu uśmiechnął się do niej, zapewne chcąc rozluźnić atmosferę.
- Chodźmy zjeść lepiej nim obudzi się Liliowa Łodyga, wczoraj wieczorem Borsuczy Goniec wyznaczył naszą trójkę na poranny patrol.
Zroszonemu Nosowi nie na łapę było wstawanie ale nic nie mruknęła. Powinna przecież bez względu na to co się z nią działo, sumiennie wykonywać obowiązki. Właśnie, powinna przeprosić Srebrny Deszcz za swoje zachowanie, w końcu mogła go zranić, nawet nie umyślnie.
- Srebrny Deszczu – kocur przystanął i odwrócił się do niej – Chciałam cię przeprosić po prostu za wczoraj. Wiem, że chciałeś dobrze a ja tak cię potraktowałam.
- Nic się nie stało, rozumiem, że mogłaś być trochę rozdrażniona.
- Myślałam też jak ci powiedzieć o tym, co widziałam we śnie.
- I?
Westchnęła. Na jednym wdechu opowiedziała kocurowi o czym śniła. Wraz jak dalej brnęła w opowieść widziała, coraz bardziej zaniepokojoną minę kocura.
- To jest właśnie to, co mnie nawiedziło poprzedniej nocy. Srebrny Deszczu, ja… zaczynam się obawiać samej siebie.
<Srebrny Deszcz?>
Od Zroszonego Nosa C.D Borsueczgo Gońca
Zroszony Nos analizowała słowa Borsuczego Gońca. Jego problem, wbrew pozorom, wydał się kotce mały, w sensie nie był on aż tak bardzo skomplikowany, przynajmniej dla niej. Chwilę się zastanowiła, jak obrać w słowa to, co chciała przekazać zastępcy.
Upłynęło im kilka uderzeń serca na milczeniu, kolorowanym przez trelującego ptaka, który zdawał się nie przejmować obecnością wojowników.
- Borsuczy Gońcu – wbiła spojrzenie swoich złotych oczu w kamień ukryty pośród trawy – Twój problem sam w sobie nie był i nie jest niczym wielkim.
- Jak to? – spytał zdezorientowany – Ale…
- Nie przerywaj mi, proszę – powiedziała poważniejszym tonem; dostrzegła, że kocur chyba trochę się zawstydził – Dziękuję. Wyobraź sobie, hm… ukąszenie szczura. Zrobiłeś to? Dobrze. Na początku jest drobne i jedynie boli. I chociaż od małego jest się uczonym, by z ugryzieniem szczura natychmiast iść do medyka, ty to jednak ignorujesz, ukrywasz przed każdym, bo w końcu, po co marnować zioła na taką małą rankę, prawda? Czas mija a ty czujesz się coraz gorzej, nadal jednak ukrywasz to. A gdy zaczyna do ciebie docierać, że jedną łapą jesteś w Klanie Gwiazd, jest już za późno…
Szylkretowa słyszała liście poruszane przez ciepły wietrzyk. Nie wiedziała skąd płynęły te słowa – serce? Rozum? A może jedno i drugie miało w tym swój udział?
Dopiero westchnięcie kocura przywróciło ją do rzeczywistości. Po jego wyrazie pyszczka domyśliła się, że analizował i tłumaczył sobie jej wywód.
- Czyli cały mój stan wynika z jakiegoś drobnego czynnika? – przytaknęła; Borsuczy Goniec kilkakrotnie otwierał i zamykał pyszczek.
- A może domyślasz się, jaki?
- Eh… tyle się ostatnio wydarzyło, że sam nie wiem.
- Odpowiedź jest bardzo prosta Borsuczy Gońcu. Mógł być to pierwszy poważniejszy smutek, złość. A dochodzi do tego pewnie intensywne myślenie nad własną winą. Przez te wszystkie księżyce, gdy tłumiłeś to w sobie, zatruwałeś własny umysł – tu się zawahała, czy powinna to mówić, wiedząc ile bólu sprawia kocurowi to wspomnienie- A odejście twojej ukochanej córki było tą decydującą kroplą trucizny, która wywołała to wszystko i stworzyła z ciebie… kogoś kim nigdy nie byłeś. Morał, więc jest taki, nie kryj bólu czy urazy, bo to cię zniszczy. Wcześniej być może nie miałeś z kim o tym porozmawiać ale teraz już masz – posłała mu promienny uśmiech.
Zroszony Nos mówiła o sprawach, w których miała jako takie pojęcie. O jej dziwacznej fobii związanej z kociętami i bycia matką wiedział jedynie Srebrny Deszcz ale ona czuła, że dla partnera, w pewnym sensie było to zbyt dużym problemem. Czuła, że ktoś jeszcze winien o tym wiedzieć, ale jak na razie w klanie nie ufała nikomu aż tak aby się tym podzielić.
- Ja… - odezwał się lekko drżącym głosem – dziękuję ci Zroszony Nosie.
- Nie ma sprawy, cieszę się, że mogłam jakoś pomóc – spojrzała na niebo i zauważyła, że słońce już dawno przestało szczytować; powinni wracać – Wracajmy, zanim pomyślą, że zaginęliśmy. Po drodze dołapiemy więcej zwierzyny.
*^*^*^- po porodzie Różanego Pola- *^*^*^*^*
Cały Klan Wilka aż wrzał od rozemocjonowanych kotów. Wszyscy żyli parką świeżych członków klanu – Nocka i Borsuczek. Każdy członek szedł odwiedzić młodą królową, każdy poza Zroszonym Nosem. Po jej ostatnim śnie, przerażało ją przebywanie z kociętami w ciasnej kociarni, nawet jeśli był tam z nią ktoś jeszcze.
Widziała jak jej matka razem z Wierzbowym Nosem szły obok siebie, głośno mrucząc. Złotooka położyła pysk na łapach. Zastanawiała się czy kiedykolwiek polepszy jej się na tyle aby mogła zostać matką. W końcu, chyba tylko ona i Srebrny Deszcz nie doczekali się jeszcze potomstwa ze wszystkich par w klanie. Zroszony Nos czuła, że w którymś momencie klan może zacząć coś podejrzewać a wtedy… wolała nawet o tym nie myśleć.
- Zroszony Nos! – usłyszała radosny głosik Jaskółczej Łapy – Wiem, że miałyśmy mieć teraz trening ale nie widziałam jeszcze kociąt Różanego Pola! Czy mogę…?
- Pewnie, nic się nie stanie jeśli później zaczniemy – uśmiechnęła się do terminatorki.
- Może poszłabyś ze mną? – zaproponowała z iskierkami podniecenia w oczach.
Wojowniczka gwałtownie się podniosła. Położyła uczy po sobie. Oczy rozszerzyły się jej z przerażenia. Serce zaczęło bić mocniej. Przypomniała jej się dramatyczna scena ze snu.
- Wszystko dobrze? – otrząsnęła się, gdy usłyszała zaniepokojony głos siostry.
- T-tak mi się zdaje – przejechała łapką po pyszczku chcąc odegnać złe wspomnienia.
- Na pewno? Mogę pójść po Lawendowego Płatka.
- Nie! – prawie, że syknęła zaraz jednak westchnęła – Nie. Idź sama. Ja pójdę na polowanie, w końcu trzeba zadbać aby Różane Pole miała co jeść.
Zostawiła widocznie zaskoczoną uczennicę i ruszyła do tunelu. Zapatrzona we własne łapy nie dostrzegła sylwetki innego kota, a dokładniej biegnącego kota i oboje zderzyli się. Zroszony Nos runęła jak długa, aż coś chrupnęło jej w karku.
- Przepraszam cię Zroszony Nosie! – rozpoznała zdenerwowanego Borsuczego Gońca – Dzisiaj na każdego niemal włażę!
- To zrozumiałe – podniosła się strzepując kurz z grzbietu – W końcu, zostałeś dziadkiem.
- Tak! Jestem taki dumny z Różanego Pola! – kocur zamruczał.
- Masz z czego – miauknęła lekko oschłym głosem.
Wymruczała pożegnanie i podążyła dalej w swoim kierunku.
- A gdzie tak właściwie idziesz? Nie idziesz zobaczyć…
- Borsuczy Gońcu – wbiła spojrzenie swoich złotych oczu w kamień ukryty pośród trawy – Twój problem sam w sobie nie był i nie jest niczym wielkim.
- Jak to? – spytał zdezorientowany – Ale…
- Nie przerywaj mi, proszę – powiedziała poważniejszym tonem; dostrzegła, że kocur chyba trochę się zawstydził – Dziękuję. Wyobraź sobie, hm… ukąszenie szczura. Zrobiłeś to? Dobrze. Na początku jest drobne i jedynie boli. I chociaż od małego jest się uczonym, by z ugryzieniem szczura natychmiast iść do medyka, ty to jednak ignorujesz, ukrywasz przed każdym, bo w końcu, po co marnować zioła na taką małą rankę, prawda? Czas mija a ty czujesz się coraz gorzej, nadal jednak ukrywasz to. A gdy zaczyna do ciebie docierać, że jedną łapą jesteś w Klanie Gwiazd, jest już za późno…
Szylkretowa słyszała liście poruszane przez ciepły wietrzyk. Nie wiedziała skąd płynęły te słowa – serce? Rozum? A może jedno i drugie miało w tym swój udział?
Dopiero westchnięcie kocura przywróciło ją do rzeczywistości. Po jego wyrazie pyszczka domyśliła się, że analizował i tłumaczył sobie jej wywód.
- Czyli cały mój stan wynika z jakiegoś drobnego czynnika? – przytaknęła; Borsuczy Goniec kilkakrotnie otwierał i zamykał pyszczek.
- A może domyślasz się, jaki?
- Eh… tyle się ostatnio wydarzyło, że sam nie wiem.
- Odpowiedź jest bardzo prosta Borsuczy Gońcu. Mógł być to pierwszy poważniejszy smutek, złość. A dochodzi do tego pewnie intensywne myślenie nad własną winą. Przez te wszystkie księżyce, gdy tłumiłeś to w sobie, zatruwałeś własny umysł – tu się zawahała, czy powinna to mówić, wiedząc ile bólu sprawia kocurowi to wspomnienie- A odejście twojej ukochanej córki było tą decydującą kroplą trucizny, która wywołała to wszystko i stworzyła z ciebie… kogoś kim nigdy nie byłeś. Morał, więc jest taki, nie kryj bólu czy urazy, bo to cię zniszczy. Wcześniej być może nie miałeś z kim o tym porozmawiać ale teraz już masz – posłała mu promienny uśmiech.
Zroszony Nos mówiła o sprawach, w których miała jako takie pojęcie. O jej dziwacznej fobii związanej z kociętami i bycia matką wiedział jedynie Srebrny Deszcz ale ona czuła, że dla partnera, w pewnym sensie było to zbyt dużym problemem. Czuła, że ktoś jeszcze winien o tym wiedzieć, ale jak na razie w klanie nie ufała nikomu aż tak aby się tym podzielić.
- Ja… - odezwał się lekko drżącym głosem – dziękuję ci Zroszony Nosie.
- Nie ma sprawy, cieszę się, że mogłam jakoś pomóc – spojrzała na niebo i zauważyła, że słońce już dawno przestało szczytować; powinni wracać – Wracajmy, zanim pomyślą, że zaginęliśmy. Po drodze dołapiemy więcej zwierzyny.
*^*^*^- po porodzie Różanego Pola- *^*^*^*^*
Cały Klan Wilka aż wrzał od rozemocjonowanych kotów. Wszyscy żyli parką świeżych członków klanu – Nocka i Borsuczek. Każdy członek szedł odwiedzić młodą królową, każdy poza Zroszonym Nosem. Po jej ostatnim śnie, przerażało ją przebywanie z kociętami w ciasnej kociarni, nawet jeśli był tam z nią ktoś jeszcze.
Widziała jak jej matka razem z Wierzbowym Nosem szły obok siebie, głośno mrucząc. Złotooka położyła pysk na łapach. Zastanawiała się czy kiedykolwiek polepszy jej się na tyle aby mogła zostać matką. W końcu, chyba tylko ona i Srebrny Deszcz nie doczekali się jeszcze potomstwa ze wszystkich par w klanie. Zroszony Nos czuła, że w którymś momencie klan może zacząć coś podejrzewać a wtedy… wolała nawet o tym nie myśleć.
- Zroszony Nos! – usłyszała radosny głosik Jaskółczej Łapy – Wiem, że miałyśmy mieć teraz trening ale nie widziałam jeszcze kociąt Różanego Pola! Czy mogę…?
- Pewnie, nic się nie stanie jeśli później zaczniemy – uśmiechnęła się do terminatorki.
- Może poszłabyś ze mną? – zaproponowała z iskierkami podniecenia w oczach.
Wojowniczka gwałtownie się podniosła. Położyła uczy po sobie. Oczy rozszerzyły się jej z przerażenia. Serce zaczęło bić mocniej. Przypomniała jej się dramatyczna scena ze snu.
- Wszystko dobrze? – otrząsnęła się, gdy usłyszała zaniepokojony głos siostry.
- T-tak mi się zdaje – przejechała łapką po pyszczku chcąc odegnać złe wspomnienia.
- Na pewno? Mogę pójść po Lawendowego Płatka.
- Nie! – prawie, że syknęła zaraz jednak westchnęła – Nie. Idź sama. Ja pójdę na polowanie, w końcu trzeba zadbać aby Różane Pole miała co jeść.
Zostawiła widocznie zaskoczoną uczennicę i ruszyła do tunelu. Zapatrzona we własne łapy nie dostrzegła sylwetki innego kota, a dokładniej biegnącego kota i oboje zderzyli się. Zroszony Nos runęła jak długa, aż coś chrupnęło jej w karku.
- Przepraszam cię Zroszony Nosie! – rozpoznała zdenerwowanego Borsuczego Gońca – Dzisiaj na każdego niemal włażę!
- To zrozumiałe – podniosła się strzepując kurz z grzbietu – W końcu, zostałeś dziadkiem.
- Tak! Jestem taki dumny z Różanego Pola! – kocur zamruczał.
- Masz z czego – miauknęła lekko oschłym głosem.
Wymruczała pożegnanie i podążyła dalej w swoim kierunku.
- A gdzie tak właściwie idziesz? Nie idziesz zobaczyć…
- Nie, nie idę. Nie mam ochoty. A teraz wybacz ale chcę zostać sama.
Żwawszym krokiem weszła do tunelu i nie odwracając się poszła do lasu, który wydawał się jej być idealnym miejscem do wyciszenia swojego rozszalałego serca.
<Borsuczy Gońcu?>
Żwawszym krokiem weszła do tunelu i nie odwracając się poszła do lasu, który wydawał się jej być idealnym miejscem do wyciszenia swojego rozszalałego serca.
<Borsuczy Gońcu?>
28 stycznia 2018
Od Zroszonego Nosa C.D Srebrnego Deszczu
Zroszony Nos wbiła pazury w ziemię.
Czy powinna szczerze odpowiedzieć? Czy miała do tego prawo? Przecież Srebrny Deszcz miał sposobność odmówić, mógł nie chcieć. Mógł czuć się niedojrzały. Nie w tym jednak leżał powód jego odmowy, jak się okazało.
On nie chciał aby rodziła dla niego. Nie dla jego zachcianki. Pragnął aby ona sama, z własnej nieprzymuszonej woli to uczyniła. Tylko czy będzie to potrafiła?
Czy Klan Gwiazdy obdarzy ją siłą do tego?
- Nie, Srebrny Deszczu – przełknęła gulę w gardle; nabrała pewności, gdy usłyszała jak czysto brzmiał jej głos – Po prostu mnie zaskoczyłeś. To wszystko.
- Na pewno? – podszedł bliżej i spojrzał prosto w jej oczy – Bo może błędnie cię oceniłem. Może faktycznie nabrałaś chęci do kociąt a ja po prostu…
- Nie obwiniaj się – wtuliła pyszczek w jego futerko na szyi – Mogłeś tak pomyśleć, miałeś do tego pełne prawo. Poza tym mądrze zauważyłeś, że gdybym teraz zaszła w ciążę, Jaskółcza Łapa zostałaby bez mentora. Lepiej o tym pomyślmy, gdy oboje dokończymy trening naszych terminatorów.
Wojownik skinął głową na znak zgody. Słyszała jak cicho mruczał. Wiedziała, że go uszczęśliwiła. Osiągnęła swój cel. Miała nadzieję, że kocur w pełni uwierzył iż pragnie kociąt, nawet… nawet jeśli nie było to zgodne z prawdą.
Nie orientowała się ile uderzeń serca upłynęło, gdy odsunęli się od siebie.
- Poszłabyś ze mną na polowanie? – przejechał łapką po pyszczku.
- Zgłosiłam się do wieczornego patrolu razem z Motylim Skrzydłem i Biegnącym Strumieniem – widząc jego zmartwioną minę, szybko dodała – Nie jestem zła ani nic podobnego.
Srebrny Deszcz przyglądał się jej jeszcze przez chwilę aż w końcu odpuścił i poszedł poszukać zapewne swojego ucznia. Przynajmniej zrobi coś pożytecznego i innego niż polowanie, pomyślała zadowolona z obrotu sprawy.
Odprowadziła wzrokiem partnera, który zniknął w legowisku uczniów, po czym udała się do legowiska wojowników oczekując na swój patrol.
^*^*^*^*^*^*^*^
On nie chciał aby rodziła dla niego. Nie dla jego zachcianki. Pragnął aby ona sama, z własnej nieprzymuszonej woli to uczyniła. Tylko czy będzie to potrafiła?
Czy Klan Gwiazdy obdarzy ją siłą do tego?
- Nie, Srebrny Deszczu – przełknęła gulę w gardle; nabrała pewności, gdy usłyszała jak czysto brzmiał jej głos – Po prostu mnie zaskoczyłeś. To wszystko.
- Na pewno? – podszedł bliżej i spojrzał prosto w jej oczy – Bo może błędnie cię oceniłem. Może faktycznie nabrałaś chęci do kociąt a ja po prostu…
- Nie obwiniaj się – wtuliła pyszczek w jego futerko na szyi – Mogłeś tak pomyśleć, miałeś do tego pełne prawo. Poza tym mądrze zauważyłeś, że gdybym teraz zaszła w ciążę, Jaskółcza Łapa zostałaby bez mentora. Lepiej o tym pomyślmy, gdy oboje dokończymy trening naszych terminatorów.
Wojownik skinął głową na znak zgody. Słyszała jak cicho mruczał. Wiedziała, że go uszczęśliwiła. Osiągnęła swój cel. Miała nadzieję, że kocur w pełni uwierzył iż pragnie kociąt, nawet… nawet jeśli nie było to zgodne z prawdą.
Nie orientowała się ile uderzeń serca upłynęło, gdy odsunęli się od siebie.
- Poszłabyś ze mną na polowanie? – przejechał łapką po pyszczku.
- Zgłosiłam się do wieczornego patrolu razem z Motylim Skrzydłem i Biegnącym Strumieniem – widząc jego zmartwioną minę, szybko dodała – Nie jestem zła ani nic podobnego.
Srebrny Deszcz przyglądał się jej jeszcze przez chwilę aż w końcu odpuścił i poszedł poszukać zapewne swojego ucznia. Przynajmniej zrobi coś pożytecznego i innego niż polowanie, pomyślała zadowolona z obrotu sprawy.
Odprowadziła wzrokiem partnera, który zniknął w legowisku uczniów, po czym udała się do legowiska wojowników oczekując na swój patrol.
^*^*^*^*^*^*^*^
Biegła przez polanę pełną kolorowych kwiatów. Promienie słońca oświetlały całą okolicę, powodując, że kotka czuła się lekko niczym piórko niesione przez wiatr. Łapy niosły ją same. Gdzieś w okolicy radośnie ćwierkały ptaki. Była wręcz pewna, że to sen. Przecież Pora Nowych Liści nie trwała na tyle długo aby okolica aż tak ożyła. Brakowało tylko gdzieś Srebrnego Deszczu, który by opatulił ją swoim słodkim zapachem.
I wtedy nagle, usłyszała to. Pisk kociaka.
Przystanęła i zaczęła nasłuchiwać. Zniknęły też ptasie trele. Powietrze rozdzierał jedynie pisk drobnej istotki. Odraza wykrzywiła pyszczek w znaku pogardy.
Rozejrzała się i dojrzała w oddali ciemny kształt. Zaniepokojona, drobnymi kroczkami podchodziła do hałasującego kociaka. Kiedy znalazła się długość zająca od niego, przystanęła.
- Hej. Wszystko w porządku? – spytała, starając się brzmieć łagodnie.
Kociak nie odpowiedział. Jedynie przestał piszczeć. Nie chciała podchodzić bliżej niż to konieczne. Zastanawiała się do czego zmierzał ten sen.
Smolisty kociak odwrócił się i otworzył dotąd zamknięte oczy. Złote ślepia nagle błysnęły groźnie i dziko i w tym momencie skoczył na nią. Nie wie kiedy ten wgryzł się w jej szyję z dzikim piskiem i zaczął szarpać jej gardło niczym kawałkiem mięsa. Dusiła się, czuła jak krew spływała jej po piersi, a to przecież nie było możliwe, kocięta miały za słabe na to zęby! I nie potrafią tak daleko skakać! Szarpała się i próbowała łapami z wyciągniętymi pazurami zdjąć z siebie tego małego… sama nawet nie wiedziała co!
Poczuła nagłe szarpanie za ucho i wtedy wszystko momentalnie zniknęło.
^*^*^*^*^*^*^*^
- Zroszony Nosie! Zroszony Nosie! – otworzyła oczy; dostrzegła przerażony pysk partnera, któremu z nosa leciała krew – Obudziłaś się, wreszcie!
- C-co? – spytała skołowana.
- Zaczęłaś się wiercić aż w końcu dostałem od ciebie pazurem po nosie – dostrzegła, że też inni wojownicy się pobudzili nagłym hałasem.
- P-przepraszam, nie chciałam – poczuła jak łzy napływają jej do oczu ale powstrzymała się przed płaczem.
- Nic się nie stało – uśmiechnął się do niej – Naprawdę.
- J-ja pójdę się przejść a ty może lepiej pokaż to Lawendowemu Płatkowi.
Nie czekając na odpowiedź, pospiesznie wyszła z legowiska wojowników, wszystkim rzucając przeprosiny za przerwany sen. W końcu, był środek nocy. Spojrzała na połyskujące od gwiazd niebo.
Och, Klanie Gwiazd, co się ze mną dzieje?
^*^*^*^*^*^*^*^
I wtedy nagle, usłyszała to. Pisk kociaka.
Przystanęła i zaczęła nasłuchiwać. Zniknęły też ptasie trele. Powietrze rozdzierał jedynie pisk drobnej istotki. Odraza wykrzywiła pyszczek w znaku pogardy.
Rozejrzała się i dojrzała w oddali ciemny kształt. Zaniepokojona, drobnymi kroczkami podchodziła do hałasującego kociaka. Kiedy znalazła się długość zająca od niego, przystanęła.
- Hej. Wszystko w porządku? – spytała, starając się brzmieć łagodnie.
Kociak nie odpowiedział. Jedynie przestał piszczeć. Nie chciała podchodzić bliżej niż to konieczne. Zastanawiała się do czego zmierzał ten sen.
Smolisty kociak odwrócił się i otworzył dotąd zamknięte oczy. Złote ślepia nagle błysnęły groźnie i dziko i w tym momencie skoczył na nią. Nie wie kiedy ten wgryzł się w jej szyję z dzikim piskiem i zaczął szarpać jej gardło niczym kawałkiem mięsa. Dusiła się, czuła jak krew spływała jej po piersi, a to przecież nie było możliwe, kocięta miały za słabe na to zęby! I nie potrafią tak daleko skakać! Szarpała się i próbowała łapami z wyciągniętymi pazurami zdjąć z siebie tego małego… sama nawet nie wiedziała co!
Poczuła nagłe szarpanie za ucho i wtedy wszystko momentalnie zniknęło.
^*^*^*^*^*^*^*^
- Zroszony Nosie! Zroszony Nosie! – otworzyła oczy; dostrzegła przerażony pysk partnera, któremu z nosa leciała krew – Obudziłaś się, wreszcie!
- C-co? – spytała skołowana.
- Zaczęłaś się wiercić aż w końcu dostałem od ciebie pazurem po nosie – dostrzegła, że też inni wojownicy się pobudzili nagłym hałasem.
- P-przepraszam, nie chciałam – poczuła jak łzy napływają jej do oczu ale powstrzymała się przed płaczem.
- Nic się nie stało – uśmiechnął się do niej – Naprawdę.
- J-ja pójdę się przejść a ty może lepiej pokaż to Lawendowemu Płatkowi.
Nie czekając na odpowiedź, pospiesznie wyszła z legowiska wojowników, wszystkim rzucając przeprosiny za przerwany sen. W końcu, był środek nocy. Spojrzała na połyskujące od gwiazd niebo.
Och, Klanie Gwiazd, co się ze mną dzieje?
^*^*^*^*^*^*^*^
Spacerowała po okrytym mrokiem lesie, wdychając zapachy drzew i mchów. Serce wciąż wściekle miotało się, gdy tylko przypominała sobie tego złotookiego kociaka. Co jakiś czas przystawała aby wypłakać się.
Wiedziała, że coś niedobrego zaczynało dziać się z jej umysłem, skoro śniła o krwiożerczych kociętach.
<Srebrny Deszczu?>
Wiedziała, że coś niedobrego zaczynało dziać się z jej umysłem, skoro śniła o krwiożerczych kociętach.
<Srebrny Deszczu?>
27 stycznia 2018
Od Zroszonego Nosa C.D Jaskółczej Łapy
Złotooka zerkała kątem oka na kroczącą obok niej terminatorkę. Podrosła. Nie dorównywała może wzrostem starszej siostrze ( przecież Zroszony Nos nie była tak niska jak matka!) ale różnica między tym, gdy zaczynała naukę a teraźniejszością była widoczna, przynajmniej dla bystrego wzroku wojowniczki.
Postanowiła, że trening walki zaczną niedaleko Ognistych Traw. Podczas ostatnich patroli i polowań w tamtej okolicy zauważyła coś interesującego w tym miejscu.
- Jesteśmy! – poinformowała, gdy stanęły na niewielkim wzniesieniu – Czy wiesz, gdzie jesteśmy?
- Wydaje mi się, że – kotka porozglądała się po powoli zakwitającym lesie – niedaleko Ognistych Traw?
- Dobrze – kiwnęła głową z aprobatą.
Iskierki zatańczyły w zielonych oczach Jaskółczej Łapy. Ciemna kotka w rude plamy uwielbiała, gdy ją chwalono. Chyba jak każdy uczeń, ona sama pamięta jak miłe ciepło rozlewało się w jej wnętrzu po usłyszeniu pochwały od Srebrnego Deszczu za poprawną odpowiedź. To był mimo wszystko piękny czas.
- Zroszony Nosie? – wzdrygnęła się słysząc głos kotki; zapomniała, że ona stoi tuż obok.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Chodź!
- Przepraszam, zamyśliłam się. Chodź!
Zeskoczyła z pagórka opadając bezszelestnie na błyszczącą od rosy trawę. Poruszyła uchem, słysząc jak obok niej ląduje koteczka, która widocznie nie wylądowała tak zwinnie jak mentorka, doszło ją prychnięcie zielonookiej.
- Nie przejmuj się. Ja też nie zawsze ląduje na czterech łapach – odwróciła się i liznęła ją za uchem – Poza tym musisz się skupić, ta lekcja będzie jedną z ważniejszych.
Kotka kiwnęła głową i podążyła za Zroszonym Nosem. Wojowniczka miała zamiar pokazać kotce, że jednym z kluczowych elementów pokonania przeciwnika było wykorzystanie otoczenia. W końcu nie zawsze przyjdzie jej walczyć z przeciwnikiem o tej samej sile czy wzroście co ona.
Po ostatnich opadach, zauważyła, że w tej okolicy nagromadziło się wiele poukrywanych w zaroślach błotnych sadzawek. Czemu się tworzyły? Po pożarze, Dwunożni podobno swoimi potworami coś robili ze spalonymi pniakami i pozostało tu wiele bruzd po ich wielkich łapach. Jaskółcza Łapa jednak tego nie wiedziała.
- To co trenujemy? Uniki? Ataki z zaskoczenia? – uczennica rzucała różnymi propozycjami podekscytowana; gdyby mogła to pewnie by odleciała uniesiona skrzydłami radości.
- Nic z tych rzeczy – odpowiedziała ze stoickim spokojem.
- Jak to? Przecież miała być walka! – krzyknęła oburzona kotka.
Zroszony Nos nagle skoczyła i przyszpiliła zdezorientowaną Jaskółczą Łapę do podłoża. Wyszczerzyła groźnie kły. Grymas młodszej członkini Klanu Wilka zdradzał jej lęk ale w oczach płonął gniew.
- Co ty robisz?!
- Chciałaś walkę, to ją otrzymałaś – odpowiedziała szaro-kremowa wojowniczka.
- A-ale nie taką! Przecież nie wiem jak walczyć! – krzyknęła zirytowana.
- Zdaj się na instynkt.
Na początku myślała, że młodsza siostra będzie leżała z naburmuszoną miną. Pomyliła się. Nie minęło wiele czasu, gdy kotka zaczęła się wiercić aż w końcu uderzyła ją na tyle mocno w brzuch, że wojowniczka skuliła się trochę. Jaskółcza Łapa momentalnie to wykorzystała i wyślizgnęła się spod niej. Potem popełniła błąd, na który po cichu liczyła Zroszony Nos.
Bez zastanowienia terminatorka przystąpiła do ataku i chciała wbić się w kręgosłup mentorki.
Złotooka bez problemu wykonała unik i zaczęła biec w kierunku Ognistych Traw.
- Ej! – syknęła Jaskółcza Łapa.
Zroszony Nos nie uciekała. Chciała aby tą lekcję jej uczennica zapamiętała. Wymijała poukrywane kałuże. Za sobą natomiast słyszała wściekłe prychnięcia, co rusz moczącej się kotki.
W końcu zatrzymała się i spoglądała na nadbiegającą terminatorkę. Ta, gdy tylko dostrzegła, że mentorka się zatrzymała, przystąpiła do ataku. Wyskoczyła i z wysuniętymi pazurami leciała na Zroszony Nos. Złotooka jednak w ostatniej chwili się schyliła. Po dwóch uderzeniach serca, słyszała plusk. Odwróciła się i o mało, co nie wybuchła śmiechem.
Jaskółcza Łapa wylądowała akurat w kałuży, mocząc cały pyszczek.
- I jak ci się podobało? – spytała z delikatnie uniesionymi kącikami.
- To było bez sensu – warknęła otrzepująca się uczennica – cała się tylko zmoczyłam!
- Nieprawda – usiadła i uważniej przyjrzała się myjącej kotce, sprawdzając, czy się nie zraniła podczas upadku – Pokonałam cię, chociaż nie używałam pazurów czy kłów. Wykorzystałam swoją wiedzę.
- Bo znasz tereny Klanu Wilka! A, co jeśli walczyłabyś na obcym terenie?! – wiedziała, że naruszyła dumę Jaskółczej Łapy.
Szylkretowa nie miała nigdzie żadnej rany. Odetchnęła z ulgą w duchu. Skierowała swoje błyszczące oczy na myjącą się uczennicę.
- Chciałam ci pokazać jak ważna jest spostrzegawczość, która kiedyś być może ocali ci życie.
<Jaskółcza Łapo?>
<Jaskółcza Łapo?>
Od Zroszonego Nosa
Kotka siedziała z delikatnie napuszonym futerkiem na ogonie. Podczas porannego polowania trochę pokłóciła się ze Srebrnym Deszczem. Poszło niby o błahostkę i głupotę, bo ona przepłoszyła mu mysz. Zachowywał spokój ale wystarczyła jej odpowiedź aby wybuchnął niczym ukryty piorun pośród chmur. A ona nie chciała aby ten wlazł jej na głowę swoimi humorami to też powiedziała kilka niemiłych słów. I tak nie rozmawiali ze sobą od poranka. Zroszony Nos nie miała na razie zamiaru go przepraszać. Była na to zbyt dumna.
- Ej Popielato Łapo, zaczekaj! – usłyszała głos Jaskółczej Łapy; zauważyła jak dogania siostrę przy stosie ze świeżą zwierzyną i obje wybierają sobie jakieś smakołyki.
Cieszyła się, że siostry utrzymywały między sobą kontakt, chociaż zauważyła, że delikatnie odtrącają Orlą Łapę. Oczywiście, mogło jej też się wydawać, bo w końcu jej instynkt… wróć – ona nie ma instynktu macierzyńskiego. To też jeden z powodów jej napiętej sytuacji ze Srebrnym Deszczem.
Westchnęła. Spojrzała na błękitne niebo, które nie znaczyła ani jedna chmurka. Kiedy wszystko stało się takie skomplikowane?
Westchnęła. Spojrzała na błękitne niebo, które nie znaczyła ani jedna chmurka. Kiedy wszystko stało się takie skomplikowane?
- Zroszony Nosie – usłyszała głos Borsuczego Gońcy; odwróciła się do niego a ten widocznie widząc jej wyraz pyszczka wydał się delikatnie zmartwiony – O, czy coś się stało?
- Nic, nic – odpowiedziała pospiesznie, spoglądając w jakiś odległy i tylko sobie znany punkt – Chcesz abym dołączyła do jakiegoś patrolu, ewentualnie grupy łowieckiej?
- Właściwie… - usłyszała w jego głosie dawno nie słyszaną radosną nutkę – To chciałem abyś wybrała się ze mną na polowanie.
Wojowniczka przełamała się i zaskoczona spojrzała na niego. Wcześniej rzadko kiedy rozmawiali a jeśli już to dotyczyło albo polowania lub patrolu albo szkolenia obecnych uczniów. Nigdy jednak nie gawędzili a tym bardziej nie chodzili razem na polowania, bo patrole to, co innego.
- Oczywiście jeśli masz czas i ochotę – dodał pospiesznie mając lekko zakłopotaną minę.
- Nie, nie ma problemu Borsuczy Gońcu – uśmiechnęła się nieśmiało; podniosła się – Poza tym nie wypada odmawiać zastępcy.
Wydawało jej się, że kątem oka dostrzegła delikatny grymas zmartwienia na jego pyszczku. Powiedziała coś nie tak? Miała nadzieje, że nie.
- No to chodźmy – miauknął niebieskooki kocur.
^*^*^*^*^*^*^*^*^
- Dobra robota! – pochwalił ją radośnie wojownik.
Kotka odłożyła upolowanego wróbla. Kiwnęła głową wdzięcznie za pochwalę i zaczęła zakopywać zdobycz.
Zroszony Nos nigdy nie była mistrzynią rozumowania duszy drugiego kota. Nawet jednak taki ślepiec towarzyski jako ona potrafił dostrzec, że Borsuczy Goniec się zmienił. Zrobił się pogodniejszy i radośniejszy. I gawędził więcej z innymi członkami, wyszedł poza grono rodzinne. Szylkretowa domyślała się, że nastawał bardzo dziwny czas dla niej. Najpierw Milcząca Gwiazda, która powoli stawała się kimś bliższym dla niej a teraz Borsuczy Goniec zapraszający ją na polowanie. Albo to przez jej rangę wojowniczki albo Gwiezdni naprawdę robili na niej swoje jakieś wymyślne psikusy.
- A jak ci idzie trening z Jaskółczą Łapą? – zagaił znów, gdy ta podeszła do niego po zakończonym ukrywaniu zdobyczy – W końcu, to twoja siostra.
Wyczuwała, że kocur chciał zacząć z nią rozmowę na jakiś temat ale wpierw pewnie chciał jakoś „naturalnie” zacząć rozmowę. Zroszony Nos była dziwnie podekscytowana w jakim kierunku pójdzie ta rozmowa.
- Jest energiczna i trochę nieposłuszna ale nie można powiedzieć, że obija się z nauką. Wiele rzeczy zapamiętuje i zaczyna praktykować bardzo szybko. A tobie jak idzie z Popielatą Łapą?
- To – zamyślił się – bardzo bystra kotka. Będzie z niej dobra wojowniczka.
- To – zamyślił się – bardzo bystra kotka. Będzie z niej dobra wojowniczka.
Kiwnęła głową na znak zgody.
- Jak sobie radzisz z ciążą Różanego Pola? Słyszałam, co się ostatnio wydarzyło – szli stawiając ostrożnie każdy krok, aby nie spłoszyć krążącej wokół zwierzyny.
- Bardzo żałuję tego, co zrobiłem – przyznał zawstydzony – Zachowałem się jak kociak.
Zroszony Nos słyszała skruchę i smutek w jego głosie.
- Nie przejmuj się, każdy czasem miewa gorsze dni i budzi się w nim taki wewnętrzny kociak – chciała go liznąć za uchem pocieszająco ale stwierdziła, że mogłoby to być zbyt nachalne z jej strony.
- Jestem zastępcą i powinienem dawać przykład innym.
- Zastępca też kot i podobnie jak inni nie jest złożony z kamienia. Czasem nie rozumiem, czemu się wymaga aby być chodzącą skałą, która nic nie czuje.
Chciała brzmieć zabawnie ale, gdy nie usłyszała reakcji kocura, zrozumiała, że chyba daleko jej do bycia zabawnym gawędziarzem. Dopiero słowa kocura, wypowiedziane chwilę potem, olśniły ją.
- Nie jest złożony z kamienia, huh? – mówił zadumanym głosem – Nie jest chłodny, egoistyczny, i samotny?
Nie potrafiła rozgryźć jednak czy kocur dawał jej jakieś aluzje czy też wypowiadał własne, niekontrolowane myśli. Musiała się przekonać.
- Borsuczy Gońcu, czyżbyś miał na myśli siebie? – posłała mu pytające spojrzenie.
- Co? Ach! Powiedziałem to na głos? – teraz to on przyglądał jej się swoimi łagodnymi niebieskimi oczami.
- Co? Ach! Powiedziałem to na głos? – teraz to on przyglądał jej się swoimi łagodnymi niebieskimi oczami.
- Powiedziałeś to. I jestem wręcz pewna, że kryje się za tym jakieś drugie dno.
Kocur zatrzymał się. Zroszony Nos także przystanęła naprawdę zaintrygowana zachowaniem zastępcy.
- Masz rację. Nie będę obierał tego w wyszukane słówka. Zroszony Nosie, ja… potrzebuje przyjaciół. Kotów, którym będę mógł się zwierzać i pytać o rady. Kotów, z którymi będę mógł się wszystkim dzielić.
Szylkretowa wojowniczka siedziała przez chwilę osłupiała. Czemu kocur akurat ją wybrał jako materiał na przyjaciółkę? Przecież w klanie było tyle fantastycznych kotów! I na pewno lepszych w rozwiązywaniu cudzych problemów.
A może to Klan Gwiazd zesłał jej szansę na pogłębiania relacji z własnym klanem? W końcu przez długi okres czasu żyła na uboczu, dopiero ostatnio rozwinęła swoje życie towarzyskie.
A może to Klan Gwiazd zesłał jej szansę na pogłębiania relacji z własnym klanem? W końcu przez długi okres czasu żyła na uboczu, dopiero ostatnio rozwinęła swoje życie towarzyskie.
- To dla mnie zaszczyt Borsuczy Gońcu. Wiedz, że kompletnie się tego po tobie nie spodziewałam, chociaż widziałam, że się trochę zmieniłaś ostatnimi czasy ale wybacz, że pytam – nabrała powietrza w płuca i wypuściła je nosem – Dlaczego akurat ja? W klanie jest tylu wojowników, lepszych ode mnie.
<Borsuczy Gońcu?>
26 stycznia 2018
Od Zroszonego Nosa C.D Srebrnego Deszczu
- Pewnie, w końcu musiało ci się śnić coś naprawdę przyjemnego. Nigdy nie słyszałam abyś tak głośno mruczał, nawet przez sen – zaśmiała się.
Oczekiwała, że Srebrny Deszcz dołączy się do niej ale jemu nawet nie drgnął wąs. Siedział ze spuszczoną głową, przebierając nerwowo łapami.
- Srebrny Deszczu, o co chodzi? – spytała zaniepokojona.
Kot westchnął. Zroszony Nos zastanawiała się dlaczego jej partner aż tak się stresował. Może śnił o straszliwych rzeczach? Może jego mruczenie sobie ubzdurała?
- Śniłem o – wiatr targał ich futerkami, uginając okoliczne, uschnięte krzewy – naszych kociętach.
- Śniłem o – wiatr targał ich futerkami, uginając okoliczne, uschnięte krzewy – naszych kociętach.
Złotooka poczuła się jakby dostała lodowatym śniegiem po pysku. Zaskoczenie powoli przeistaczało się w gniew. Wbiła pazury w wilgotną ziemię, czując jak błoto dostaje jej się pod pazury.
Srebrny wojownik wtulił pysk w jej futro.
- Zroszony Nosie, j-ja wiem, że ty i… ale ja nie… - urywał słowa w połowie, chcąc utworzyć logiczne zdanie ale zdenerwowanie mu w tym przeszkadzało – Jesteś zła?
- Zroszony Nosie, j-ja wiem, że ty i… ale ja nie… - urywał słowa w połowie, chcąc utworzyć logiczne zdanie ale zdenerwowanie mu w tym przeszkadzało – Jesteś zła?
- Nie – odpowiedziała głosem pozbawionym emocji; nie chciała zdradzać targających jej duszą, niczym kulką mchu, odczuć; mogłaby wywiązać się z tego niepotrzebna kłótnia, więc zmusiła się do uśmiechu – Wszystko w porządku Srebrny Deszczu, j-ja… muszę już wracać, obiecałam wczoraj Liliowej Łodydze, że wybiorę się z nią na polowanie.
Liznęła kocura w policzek na pożegnanie i uskoczyła w krzewy. Gdyby nie rozdrażnienie, pewnie by zauważyła, że gałązki roślin były obsypane drobnymi pączkami.
*^*^*^*jeden księżyc później *^*^*^*
Wojowniczka podkradała się do kosa objadającego się robakami. Przez ostatnie dni obficie padało, las wypełniony był nie tylko przyjemną wonią deszczu ale też mniej przyjemnymi kałużami. Parę razy tylko długość myszy dzieliła ją od większych bądź mniejszych sadzawek, które tkwiły ukryte w powoli bujniejącej roślinności. Pora Nowych Liści wreszcie nadeszła a wraz z nią i więcej zdobyczy.
Ptak zaniepokojony szelestem z bliżej nieokreślonego kierunku chciał poderwać się do lotu. Zroszony Nos spięła wszystkie mięśnie i wyskoczyła z wyciągniętymi pazurami wprost na drobne ciałko czarnego ptaka. Sprawnym ruchem szczęk pozbawiła go życia. Zaniepokojona odłożyła zdobycz i ze zwężonymi źrenicami rozglądała się po okolicy, czekając, z której strony nadejdzie tajemniczy ktoś, który stawia kroki równie głośno co Potwór z Drogi Grzmotu. Przysiadła do skoku i z drgającym nerwowo ogonem smakowała powietrza. Przeklęła wiatr wiejący w jej grzbiet, nie mogła wyczuć ani tym bardziej rozpoznać kto lub co się do niej zbliżało. Gdy dostrzegła poświatę futra pomiędzy liśćmi, odruchowo skoczyła i powaliła tajemniczego przybysza.
- Uch… - dostrzegła pod łapami brązowe futro pokryte pręgami.
- Przepraszam cię Błotnisty Pysku, myślałam, że to ktoś obcy – speszona pospiesznie zeszła z kocura i usiadła kawałek dalej zaczynając wylizywanie nastroszonej sierści na klatce piersiowej.
- Uch… - dostrzegła pod łapami brązowe futro pokryte pręgami.
- Przepraszam cię Błotnisty Pysku, myślałam, że to ktoś obcy – speszona pospiesznie zeszła z kocura i usiadła kawałek dalej zaczynając wylizywanie nastroszonej sierści na klatce piersiowej.
Młodszy kolega podniósł się, wciąż z delikatnie napuszonym ogonem.
- Nic się nie stało Zroszony Nosie, chociaż nie spodziewałem się, że zostanę napadnięty na własnym terytorium.
- Niestety ale wiatr nie sprzyjał a poza tym byłam w trakcie polowania i o mało, co mi nie spłoszyłeś zwierzyny – mruknęła z delikatną urazą w głosie.
- Niestety ale wiatr nie sprzyjał a poza tym byłam w trakcie polowania i o mało, co mi nie spłoszyłeś zwierzyny – mruknęła z delikatną urazą w głosie.
Kocur coś odpysknął ale ona się tym niezbyt przejęła. W końcu oboje się przełamali i zaczęli gawędzić, jak to koledzy z jednego legowiska. Kotka nieświadomie zahaczyła o temat jego niedawnego konfliktu z Borsuczym Gońcem i ciąży Różanego Pola. Błotnisty Pysk nie sprawiał jednak wrażenia zirytowanego jej ciekawością. Odpowiadał cierpliwie na jej pytania. Nie wyczuła, że wojownik może przekierować temat na jej związek.
- A ty i Srebrny Deszcz? Planujecie w ogóle mieć kocięta? – kroczyli ostrożnie po grząskiej ziemi aby nie zapaść się oraz nie spłoszyć zwierzyny – W końcu jesteście ze sobą już jakiś czas.
Szylkretowa kotka od ostatniego polowania ze Srebrnym Deszcze wiele myślała nad tym. Początkowo złościła się na kocura, że w ogóle śni o takich rzeczach, znając jej zdanie w tej kwestii. Dopiero wraz z upływem wschodów Słońca zaczynała go rozumieć.
Chciał być ojcem, chciał cieszyć się widokiem własnych kociąt, które być może miałyby jego układ pręg, kolor oczu. Nie było w tym nic a nic dziwnego. To ona miała problem wzięty znikąd. To ona była wypaczona psychicznie – kotki przecież rodzą się z instynktem matki! Srebrny Deszcz niby o tym wiedział ale, co jeśli poszedłby się pocieszyć u innej kotki? Wtedy do gardła podchodziła jej mysia żółć i gorycz porażki szarpała jej duchem. Ona na to nie pozwoli, już prędzej urodzi te parszywe kocięta!
- Może – odpowiedziała.
Brązowy kocur kiwnął na zgodę. Poszli dalej, albo wymieniając się jakimiś radami dotyczącymi polowania albo dyskutując o Porze Nowych Liści.
Do obozu wrócili podczas szczytowania słońca z pokaźną liczbą zdobyczy.
Do obozu wrócili podczas szczytowania słońca z pokaźną liczbą zdobyczy.
*^*^*^**^*^*^*^
Dała dzień wolny Jaskółczej Łapie także nie musiała się dziś zajmować uczennicą. Z tego, co wiedziała to wybrała się na polowanie razem z Borsuczym Gońcem i Popielatą Łapą. Była wdzięczna kocurowi, że ten zgodził się nią zająć. Ona musiała poważnie porozmawiać ze Srebrnym Deszczem.
Siedziała w cieniu. Wpatrywała się w tunel, nerwowo machając ogonem. Z tego, co się dowiedziała to jej partner wybrał się na poranny patrol a potem poszedł na polowanie razem z Motylim Skrzydłem i Łososiowym Pyskiem. Nie miała pojęcia ile upłynęło czasu, gdy spostrzegła kocura wyłaniającego się z przejścia. Doskoczyła do niego w jednym susie, na powitanie liznęła go za uchem. Kocur odłożył obok dwa wróble.
Siedziała w cieniu. Wpatrywała się w tunel, nerwowo machając ogonem. Z tego, co się dowiedziała to jej partner wybrał się na poranny patrol a potem poszedł na polowanie razem z Motylim Skrzydłem i Łososiowym Pyskiem. Nie miała pojęcia ile upłynęło czasu, gdy spostrzegła kocura wyłaniającego się z przejścia. Doskoczyła do niego w jednym susie, na powitanie liznęła go za uchem. Kocur odłożył obok dwa wróble.
- Srebrny Deszcz, wiem, że nic nie jadłeś ale chodź… My musimy o czymś porozmawiać – miauknęła lekko zdenerwowana.
- Jeśli jest to takie pilne, to chodźmy. Tylko odłożę zwierzynę.
Kocur prędko odłożył dwa ptaki na dosyć pokaźny stos zwierzyny i z lekką niechęcią stanął u jej boku. Wyszli z obozu, mijając dopiero co dochodzących starszych wojowników. Kocury posłały im pytające spojrzenia ale młodsi wojownicy minęli ich bez słowa wyjaśnienia. Chyba wiedzieli, że nie miało sensu zatrzymywanie ich.
Zroszony Nos zaprowadziła partnera na Wielką Polanę, na której kwitło pełno różnokolorowych kwiatów. Słodki zapach lasu wisiał w powietrzu.
- Cóż to za sprawa? – spytał lekko zdyszany.
Odwróciła się do niego i wbiła wzrok w trawę. Położyła po sobie uszy speszona.
- J-ja myślałam o tym twoim śnie sprzed księżyca i… - przełknęła głośno ślinę – Chcę abyś był szczęśliwy a wiem, że nic by cię tak nie ucieszyło jak kocięta. Jako, że cię kocham i pragnę abyś był najszczęśliwszym kocurem w lesie to mogę dla ciebie urodzić te kocięta.
Uśmiechnęła się niepewnie, czując jak cały jej organizm sprzeciwia się tym słowom ale ona go nie słuchała. Mimo wszystko czuła, że powinna się poświęcić, była mu to winna.
<Srebrny Deszczu?>
14 stycznia 2018
Od Zroszonego Nosa C.D Milczącej Gwiazdy
Kotka chciała jeszcze porozmawiać z Milczącą Gwiazdą ale tłum klanowiczów gratulujących jej rodzeństwu osiągnięcia rangi ucznia, skutecznie to uniemożliwiał. W końcu ich wzrok się skrzyżował. Błękitne oczy liderki błysnęły porozumiewawczo i ta ruchem głowy wskazała jakiś niezatłoczony kąt obozowiska. Przepchnęła się i wylądowała prawie na pyszczku przed siedzącą już liderką. Kocica mruknęła z rozbawienia.
- Ceremonia terminatorów nieco ożywiła klan – Milcząca Gwiazda zagaiła.
- Prawda, chyba potrzebowali jakiejś radosnej iskierki aby się pobudzić – odpowiedziała strzepując z siebie zakłopotanie potrząsając wąsami – Jutro odbędzie się mój pierwszy trening jako mentorka.
Stresowała się. Bardzo się stresowała. Nie zdążyła poznać Jaskółczej Łapy na tyle aby być pewnym jej odruchów ale podświadomość podpowiadała jej, obawa była niepotrzebna.
- Czyżbym słyszała strach w twoim głosie?
- Nie, nie boję się tylko – przełknęła ślinę – Tylko nie wiem czy dobrze wyszkolę Jaskółczą Łapę. Co jeśli pomyliłaś się wybierając mnie na jej mentorkę?
Kocica pokręciła głową z dezaprobatą. Przeszedł ją lekki dreszcz przerażenia, w końcu głośno wyraziła lęk, że liderka się pomyliła. Kiedy jednak spojrzała w przeszywający wzrok przywódczyni, owszem dojrzała w nich lodowaty błękit ale i błysk troski. Od kiedy wyznała jej swój problem z okazywaniem uczuć miała wrażenie, że przybliżyły się do siebie. W końcu nie myślała o niej jak postaci tak odległej jak Gwiezdni na Srebrnej Skórze.
- Musisz mieć więcej wiary w siebie Zroszony Nosie, inaczej nigdy nie będziesz mogła w pełni być wojowniczką.
- Masz rację i zdaje sobie sprawę z tej słabości ale to jakbym chciała przeskoczyć szeroką przepaść - coś nieosiągalnego i przerażającego – nie wiem czy zdołam wyplenić z siebie tą cechę.
Srebrzysta kocica podeszła ku jej zaskoczeniu i wtuliła nos w dwukolorowe futerko młodszej wojowniczki.
- Nigdy nie jest za późno na naukę – odsunęła się, księżyc, który przypominał koci pazur wyłonił się zza chmur i oblał ją swoim bladym blaskiem, kocica wyglądała jakby zeszła z samej Srebrnej Skóry – Idź lepiej się już połóż. Jutro czeka cię pracowity dzień Zroszony Nosie. I pamiętaj, jeślibyś potrzebowała porady dotyczącej szkolenia, nie wahaj się pytać mnie czy innych starszych wojowników. Poza tym, możesz też liczyć na swojego byłego mentora jak i partnera.
Zroszony Nos uśmiechnęła się. Poczuła lekkość na duszy. Wiedziała, że mogła liczyć na pomoc Milczącej Gwiazdy oraz innych członków. Nie była sama.
Wzrokiem przeczesała polankę, która zdążyła opustoszeć. Wyłapała wzrokiem futerko Jaskółczej Łapy, znikające w cieniu legowiska uczniów. Postanowiła, że jutro rano z nią porozmawia.
Weszła do legowiska wojowników, wyszukała już śpiącego srebrnego kocura. Spał zwinięty w kłębek. Położyła się obok niego i położyła głowę blisko jego. Dosyć szybko usnęła.
Miauknęła na powitanie Milczącej Gwieździe. Kocica aktualnie leżała lekko zwinięta na legowisku, jednak na widok wojowniczki podniosła się.
- Witaj Milcząca Gwiazdo – pochyliła głowę na znak szacunku i po uzyskaniu przyzwolenia, usiadła przed nią – Nie jesteś niczym poważnie zajęta?
- Aktualnie nie. Masz jakąś sprawę do mnie?
- Nie, znaczy chciałam porozmawiać ale pomyślałam czy byś przy okazji nie wybrała się ze mną na polowanie?
<Milcząca Gwiazdo?>
- Ceremonia terminatorów nieco ożywiła klan – Milcząca Gwiazda zagaiła.
- Prawda, chyba potrzebowali jakiejś radosnej iskierki aby się pobudzić – odpowiedziała strzepując z siebie zakłopotanie potrząsając wąsami – Jutro odbędzie się mój pierwszy trening jako mentorka.
Stresowała się. Bardzo się stresowała. Nie zdążyła poznać Jaskółczej Łapy na tyle aby być pewnym jej odruchów ale podświadomość podpowiadała jej, obawa była niepotrzebna.
- Czyżbym słyszała strach w twoim głosie?
- Nie, nie boję się tylko – przełknęła ślinę – Tylko nie wiem czy dobrze wyszkolę Jaskółczą Łapę. Co jeśli pomyliłaś się wybierając mnie na jej mentorkę?
Kocica pokręciła głową z dezaprobatą. Przeszedł ją lekki dreszcz przerażenia, w końcu głośno wyraziła lęk, że liderka się pomyliła. Kiedy jednak spojrzała w przeszywający wzrok przywódczyni, owszem dojrzała w nich lodowaty błękit ale i błysk troski. Od kiedy wyznała jej swój problem z okazywaniem uczuć miała wrażenie, że przybliżyły się do siebie. W końcu nie myślała o niej jak postaci tak odległej jak Gwiezdni na Srebrnej Skórze.
- Musisz mieć więcej wiary w siebie Zroszony Nosie, inaczej nigdy nie będziesz mogła w pełni być wojowniczką.
- Masz rację i zdaje sobie sprawę z tej słabości ale to jakbym chciała przeskoczyć szeroką przepaść - coś nieosiągalnego i przerażającego – nie wiem czy zdołam wyplenić z siebie tą cechę.
Srebrzysta kocica podeszła ku jej zaskoczeniu i wtuliła nos w dwukolorowe futerko młodszej wojowniczki.
- Nigdy nie jest za późno na naukę – odsunęła się, księżyc, który przypominał koci pazur wyłonił się zza chmur i oblał ją swoim bladym blaskiem, kocica wyglądała jakby zeszła z samej Srebrnej Skóry – Idź lepiej się już połóż. Jutro czeka cię pracowity dzień Zroszony Nosie. I pamiętaj, jeślibyś potrzebowała porady dotyczącej szkolenia, nie wahaj się pytać mnie czy innych starszych wojowników. Poza tym, możesz też liczyć na swojego byłego mentora jak i partnera.
Zroszony Nos uśmiechnęła się. Poczuła lekkość na duszy. Wiedziała, że mogła liczyć na pomoc Milczącej Gwiazdy oraz innych członków. Nie była sama.
Wzrokiem przeczesała polankę, która zdążyła opustoszeć. Wyłapała wzrokiem futerko Jaskółczej Łapy, znikające w cieniu legowiska uczniów. Postanowiła, że jutro rano z nią porozmawia.
Weszła do legowiska wojowników, wyszukała już śpiącego srebrnego kocura. Spał zwinięty w kłębek. Położyła się obok niego i położyła głowę blisko jego. Dosyć szybko usnęła.
^*^*^*po pierwszym treningu^*^*^*^
- Witaj Milcząca Gwiazdo – pochyliła głowę na znak szacunku i po uzyskaniu przyzwolenia, usiadła przed nią – Nie jesteś niczym poważnie zajęta?
- Aktualnie nie. Masz jakąś sprawę do mnie?
- Nie, znaczy chciałam porozmawiać ale pomyślałam czy byś przy okazji nie wybrała się ze mną na polowanie?
<Milcząca Gwiazdo?>
Od Zroszonego Nosa C.D Srebrnego Deszczu
Szylkretowa powróciła z wieczornego patrolu. Na chwilę wstąpiła ze zdobyczą do legowiska medyka aby sprawdzić jak miewa się Orla Łapa. Wymieniła kilka słów z Lawendowym Płatkiem. Rokowania pręgowanej medyczki nie wróżyły jak na razie zbyt dobrze dla młodego kocura. Jego kariera jako wojownik zasnuta była gęstą mgłą niepewności.
Chwilę pogawędziła z młodszym bratem, chociaż ich rozmowa nie za bardzo się kleiła. Niebieski młodziak dawał jasno do zrozumienia, że był w dosyć dużym dole emocjonalnym. Zroszony Nos opuściła lecznicę z nadzieją, że chociaż jej partner nie będzie miał aż tak dużo mysiej żółci w gardle i z nim będzie mogła normalnie porozmawiać.
^*^*^*^*^*^*^
Gwiezdny Klan chyba jej nie sprzyjał. Zastała kocura obdzierającego korę z drzew, mówiącego do siebie na dodatek. A to mogło oznaczać tylko jedno - on też miał kiepski humor.
- Srebrny Deszczu – podeszła i liznęła go po zabliźnionym nosie – Co ty znów opowiadasz?
Słyszała jego słowa. O tym, że traci uczniów i o domniemanej woli Klanu Gwiazd aby odszedł.
- Zroszony Nos? – kocur zdradzał swoimi błyszczącymi oczami zaskoczenie – S-słyszałaś to wszystko?
- Nie, Srebrny Deszczu, tak sobie powiedziałam – warknęła z lekką irytacją – Głupi futrzaku, jak w ogóle możesz myśleć o tym, że Klan Gwiazdy cię odrzuca ze względu na twoją krew?
- A tak nie jest? – spojrzał na powoli ciemniejące niebo – Odkąd tylko zostałem wojownikiem rzucają mi kamienie pod łapy.
Złotooka przymknęła powieki. Może miał trochę w tym racji, może nie żyło mu się zbyt lekko przez ostatnie księżyce, ale ona nigdy by nie oskarżyła przodków o odbieraniu jakiemukolwiek kotu szczęścia tylko z powodu krwi.
- Zaufaj im – podeszła i wtuliła się w jego puszyste futro – Gwiezdni być może cię sprawdzają.
- Sprawdzają?
- Nie dziw się tak, sam stwierdziłeś, że nie masz w sobie krzty krwi wojownika to może chcą sprawdzić jaka dusza kryje się – położyła łapę w miejscu, gdzie biło serce– o tu.
Pręgowany kocur jeszcze przez kilka uderzeń serca wpatrywał się w miejsce, gdzie położyła mu łapę. Srebrna Skóra nad ich głowami, wyjątkowo bezchmurna, powoli zapełniała się jasnymi punktami, symbolizującym dusze zmarłych kotów. Tych, które zasłużyły by być tam na górze.
Zastanawiała się czy wśród nich obserwują ją Skra wraz z Lipą, chociaż raczej prawdopodobne było, że jej brat z drugiego miotu bliższy był młodszym siostrom i bratu.
Wesprzyj Orlą Łapę, bardzo mu się przyda oparcie w przodkach, pomyślała lekko przymykając powieki.
- Od kiedy tak dobrze znasz wolę Klanu Gwiazdy? Pobierałaś jakieś tajne nauki u Lawendowego Płatka, czy co?
- Oczywiście, jestem jej drugą uczennicą, ale szkoloną poza obozem – udała poważny ton – Ups… miałam nikomu tego nie mówić. I cały misterny plan prysnął.
Kocur zaśmiał się.
- Coraz częściej ostatnio wpadasz na jakieś podstępy. Może niedługo się dowiem, że planujesz zamach na Milczącą Gwiazdę? – podśmiewał się cicho.
Kotka odwróciła się. Triumfalny uśmiech wpłynął jej na pyszczek.
- A skąd wiesz – odwróciła się napinając wszystkie mięśnie do skoku– czy nie planuje zamachu na ciebie!
Skoczyła i nim Srebrny Deszcz zdążył cokolwiek zrobić przyszpiliła łapami go do podłoża.
- Dałeś się podejść wojowniku – prychnęła śmiechem.
- Ach tak?
Przez chwilę się tarzali w śniegu, próbując wywnioskować kto był górą. Koniec końców skończyło się na tym, że Zroszony Nos zsunęła się z jakiegoś drobnego pagórku. Przekoziołkowała kilka długości zająca i wylądowała z pyskiem w głębokim śniegu. Otrzepała się i kichnęła, czując wilgotny puch w nosie.
- Nic ci się nie stało? – po chwili obok niej pojawił się przestraszony zielonooki kocur.
- Chyba nie, chociaż już czuję, że mam lekko wilgotne futro – z pogardą spojrzała na kropelki wody połyskujące na jej grzbiecie.
- Lepiej wracajmy, nim się przeziębisz.
Chciała już mu odburknąć, że jej organizm nie zna takiego pojęcia jak „choroba” ale dostrzegła kątem oka coś niezwykłego. Na środku jednej z licznych polanek w lesie Klanu Wilka, ponad śnieg wyrastał drobny przebiśnieg. Zroszony Nos z rozszerzonymi źrenicami podeszła i obwąchała kwiat. Doznała uczucia, że już kiedyś to przeżyła.
- Srebrny Deszczu, poznajesz to miejsce? – miauknęła rozglądając się, powoli przypominając sobie to miejsce.
- Hm… - kocur obejrzał kwiat – Coś mi świta.
- To tutaj po raz pierwszy, podczas ostatniej Pory Nagich Drzew napotkaliśmy kwiaty i wtedy… też chyba zaczęło się coś zmieniać między nami – posłała mu promienny uśmiech.
<Srebrny Deszczu?>
Chwilę pogawędziła z młodszym bratem, chociaż ich rozmowa nie za bardzo się kleiła. Niebieski młodziak dawał jasno do zrozumienia, że był w dosyć dużym dole emocjonalnym. Zroszony Nos opuściła lecznicę z nadzieją, że chociaż jej partner nie będzie miał aż tak dużo mysiej żółci w gardle i z nim będzie mogła normalnie porozmawiać.
^*^*^*^*^*^*^
Gwiezdny Klan chyba jej nie sprzyjał. Zastała kocura obdzierającego korę z drzew, mówiącego do siebie na dodatek. A to mogło oznaczać tylko jedno - on też miał kiepski humor.
- Srebrny Deszczu – podeszła i liznęła go po zabliźnionym nosie – Co ty znów opowiadasz?
Słyszała jego słowa. O tym, że traci uczniów i o domniemanej woli Klanu Gwiazd aby odszedł.
- Zroszony Nos? – kocur zdradzał swoimi błyszczącymi oczami zaskoczenie – S-słyszałaś to wszystko?
- Nie, Srebrny Deszczu, tak sobie powiedziałam – warknęła z lekką irytacją – Głupi futrzaku, jak w ogóle możesz myśleć o tym, że Klan Gwiazdy cię odrzuca ze względu na twoją krew?
- A tak nie jest? – spojrzał na powoli ciemniejące niebo – Odkąd tylko zostałem wojownikiem rzucają mi kamienie pod łapy.
Złotooka przymknęła powieki. Może miał trochę w tym racji, może nie żyło mu się zbyt lekko przez ostatnie księżyce, ale ona nigdy by nie oskarżyła przodków o odbieraniu jakiemukolwiek kotu szczęścia tylko z powodu krwi.
- Zaufaj im – podeszła i wtuliła się w jego puszyste futro – Gwiezdni być może cię sprawdzają.
- Sprawdzają?
- Nie dziw się tak, sam stwierdziłeś, że nie masz w sobie krzty krwi wojownika to może chcą sprawdzić jaka dusza kryje się – położyła łapę w miejscu, gdzie biło serce– o tu.
Pręgowany kocur jeszcze przez kilka uderzeń serca wpatrywał się w miejsce, gdzie położyła mu łapę. Srebrna Skóra nad ich głowami, wyjątkowo bezchmurna, powoli zapełniała się jasnymi punktami, symbolizującym dusze zmarłych kotów. Tych, które zasłużyły by być tam na górze.
Zastanawiała się czy wśród nich obserwują ją Skra wraz z Lipą, chociaż raczej prawdopodobne było, że jej brat z drugiego miotu bliższy był młodszym siostrom i bratu.
Wesprzyj Orlą Łapę, bardzo mu się przyda oparcie w przodkach, pomyślała lekko przymykając powieki.
- Od kiedy tak dobrze znasz wolę Klanu Gwiazdy? Pobierałaś jakieś tajne nauki u Lawendowego Płatka, czy co?
- Oczywiście, jestem jej drugą uczennicą, ale szkoloną poza obozem – udała poważny ton – Ups… miałam nikomu tego nie mówić. I cały misterny plan prysnął.
Kocur zaśmiał się.
- Coraz częściej ostatnio wpadasz na jakieś podstępy. Może niedługo się dowiem, że planujesz zamach na Milczącą Gwiazdę? – podśmiewał się cicho.
Kotka odwróciła się. Triumfalny uśmiech wpłynął jej na pyszczek.
- A skąd wiesz – odwróciła się napinając wszystkie mięśnie do skoku– czy nie planuje zamachu na ciebie!
Skoczyła i nim Srebrny Deszcz zdążył cokolwiek zrobić przyszpiliła łapami go do podłoża.
- Dałeś się podejść wojowniku – prychnęła śmiechem.
- Ach tak?
Przez chwilę się tarzali w śniegu, próbując wywnioskować kto był górą. Koniec końców skończyło się na tym, że Zroszony Nos zsunęła się z jakiegoś drobnego pagórku. Przekoziołkowała kilka długości zająca i wylądowała z pyskiem w głębokim śniegu. Otrzepała się i kichnęła, czując wilgotny puch w nosie.
- Nic ci się nie stało? – po chwili obok niej pojawił się przestraszony zielonooki kocur.
- Chyba nie, chociaż już czuję, że mam lekko wilgotne futro – z pogardą spojrzała na kropelki wody połyskujące na jej grzbiecie.
- Lepiej wracajmy, nim się przeziębisz.
Chciała już mu odburknąć, że jej organizm nie zna takiego pojęcia jak „choroba” ale dostrzegła kątem oka coś niezwykłego. Na środku jednej z licznych polanek w lesie Klanu Wilka, ponad śnieg wyrastał drobny przebiśnieg. Zroszony Nos z rozszerzonymi źrenicami podeszła i obwąchała kwiat. Doznała uczucia, że już kiedyś to przeżyła.
- Srebrny Deszczu, poznajesz to miejsce? – miauknęła rozglądając się, powoli przypominając sobie to miejsce.
- Hm… - kocur obejrzał kwiat – Coś mi świta.
- To tutaj po raz pierwszy, podczas ostatniej Pory Nagich Drzew napotkaliśmy kwiaty i wtedy… też chyba zaczęło się coś zmieniać między nami – posłała mu promienny uśmiech.
<Srebrny Deszczu?>
12 stycznia 2018
Od Zroszonego Nosa C.D Jaskółczej Łapy
Złotooka spożywała posiłek wraz z Motylim Skrzydłem i Różanym Polem.
Zastanawiała się, co dzisiaj by zrobić z Jaskółczą Łapą. W dniu ataku
lisa na Orlą Łapę nie dokończyły obchodu po terytorium. Zroszony Nos za
bardzo obawiała się, że drapieżnik mógłby i je dopaść a poza tym –
musiała być przy bracie jak i partnerze. Potem kolejna afera z ucieczką
jej młodszego brata, który o włos nie stracił życia pod łapami Potwora.
Do tego wszystkiego dodatkowe patrole poszukiwawcze. Szepczący Wiatr
przepadła bez śladu i to zmartwiło Zroszony Nos. Chociaż oddaliły się od
siebie to mimo wszystko bardzo dobrze wspominała wspólnie spędzone
chwile.
- Witaj Jaskółcza Łapo – miauknął na powitanie Motyle Skrzydło - Chcesz się może przysiąść?
- Pewnie! – zielonooka odpowiedziała energicznie i porwała ze spiżarni jakieś stworzonko.
Zroszony Nos spojrzała nieobecnym wzrokiem na swoją uczennicę i dopiero po chwili do niej dotarło, że się jej przygląda.
- O Jaskółcza Łapo – kotka spojrzała na nią z drobnymi kropelkami krwi na wąsach – J-jak zjesz to spotkajmy się przy tunelu.
Pożegnała się z pozostałymi wojownikami. Wciąż nie wiedziała, co będzie robiła z kotką, więc postanowiła się poradzić u jakiegoś innego kota. Widziała Burzowy Kwiat ale on nie miał ucznia a poza tym był dosyć mało przyjemnym kompanem do rozmowy. Niedaleko kociarni rozmawiali jej rodzice, też nie. Nie chciała wzbudzać podejrzeń, że sobie nie radzi. W końcu dostrzegła Borsuczego Gońca. Kocur podobnie jak ona miał ucznia oraz nie mieli zbyt zażyłych relacji dlatego nie powinna czuć się aż tak źle przyznając się przed nim do wątpliwości.
- Borsuczy Gońcu! – kocur poruszył uszami słysząc swoje imię, spojrzał na nią, kiwnęła głową na powitanie – Witaj, czy mógłbyś mi doradzić co powinnam zrobić z Jaskółczą Łapą?
- Cóż, postaram ci się pomóc najlepiej jak umiem.
- Waham się pomiędzy treningiem walki a dalszym zapoznaniem z terytorium – czuła się trochę niepewnie w towarzystwie zastępcy ale miała przeczucie, że właśnie on rozwiąże jej problem – Nie do końca jeszcze poznała wszystkie charakterystyczne miejsca ale nie mogę zaniedbywać umiejętności walki.
Niebieskooki wojownik usiadł. Przez chwilę zdawało się, że niczego nie powie ale w końcu usłyszała jak wypuszcza nosem powietrze.
- Powinnaś dokończyć zapoznawanie z terenem. Walka jest równie ważna, prawda ale na co jej skuteczne ataki, gdy nie wie, gdzie ma atakować i jak, aby otoczenie nie przeszkadzało? Według mnie powinnaś dokończyć obeznanie z ziemiami Klanu Wilka.
Zroszony Nos kiwnęła głową na znak zgody. Argument zastępcy brzmiał wiarygodnie, więc nie widziała powodu aby negować jego słowa. Klan Gwiazdy nasunął jej jednak dobre przeczucie.
- Bardzo ci dziękuję Borsuczy Gońcu – chciała go odruchowo polizać po nosie ale wstrzymała się, przypominając sobie, że to nie Srebrny Deszcz.
- Cieszę się, że mogłem pomóc – lekko się uśmiechnął, po czym poszedł w kierunku stosu ze zwierzyną.
Zroszony Nos przez chwilę odprowadzała go wzrokiem. Kiedy się odwróciła zobaczyła, że Jaskółcza Łapa drepcze od jednego punktu do drugiego zniecierpliwiona.
Ja miałam na nią czekać a to ona na mnie czekała, przyznała z zakłopotaniem.
- Wreszcie! – doskoczyła do niej z iskrami irytacji w oczach – Już myślałam, że zapomniałaś.
- Nigdy bym nie zapomniała o treningu – odpowiedziała jej chłodniejszym tonem – Po prostu musiałam o czymś porozmawiać z zastępcą.
Jaskółcza Łapa otworzyła pyszczek chcąc coś powiedzieć ale nie usłyszała od niej ani jednego słowa. Cieszyła się, że uczennica ugryzła się w język, musiała przyznać, że kotka miała dosyć trudny charakterek. Po chwilowym mierzeniu się wzrokiem wyszły przez tunel, kierując się w kierunku granicy z Klanem Burzy.
^*^*^*^*^*^*^*^- Witaj Jaskółcza Łapo – miauknął na powitanie Motyle Skrzydło - Chcesz się może przysiąść?
- Pewnie! – zielonooka odpowiedziała energicznie i porwała ze spiżarni jakieś stworzonko.
Zroszony Nos spojrzała nieobecnym wzrokiem na swoją uczennicę i dopiero po chwili do niej dotarło, że się jej przygląda.
- O Jaskółcza Łapo – kotka spojrzała na nią z drobnymi kropelkami krwi na wąsach – J-jak zjesz to spotkajmy się przy tunelu.
Pożegnała się z pozostałymi wojownikami. Wciąż nie wiedziała, co będzie robiła z kotką, więc postanowiła się poradzić u jakiegoś innego kota. Widziała Burzowy Kwiat ale on nie miał ucznia a poza tym był dosyć mało przyjemnym kompanem do rozmowy. Niedaleko kociarni rozmawiali jej rodzice, też nie. Nie chciała wzbudzać podejrzeń, że sobie nie radzi. W końcu dostrzegła Borsuczego Gońca. Kocur podobnie jak ona miał ucznia oraz nie mieli zbyt zażyłych relacji dlatego nie powinna czuć się aż tak źle przyznając się przed nim do wątpliwości.
- Borsuczy Gońcu! – kocur poruszył uszami słysząc swoje imię, spojrzał na nią, kiwnęła głową na powitanie – Witaj, czy mógłbyś mi doradzić co powinnam zrobić z Jaskółczą Łapą?
- Cóż, postaram ci się pomóc najlepiej jak umiem.
- Waham się pomiędzy treningiem walki a dalszym zapoznaniem z terytorium – czuła się trochę niepewnie w towarzystwie zastępcy ale miała przeczucie, że właśnie on rozwiąże jej problem – Nie do końca jeszcze poznała wszystkie charakterystyczne miejsca ale nie mogę zaniedbywać umiejętności walki.
Niebieskooki wojownik usiadł. Przez chwilę zdawało się, że niczego nie powie ale w końcu usłyszała jak wypuszcza nosem powietrze.
- Powinnaś dokończyć zapoznawanie z terenem. Walka jest równie ważna, prawda ale na co jej skuteczne ataki, gdy nie wie, gdzie ma atakować i jak, aby otoczenie nie przeszkadzało? Według mnie powinnaś dokończyć obeznanie z ziemiami Klanu Wilka.
Zroszony Nos kiwnęła głową na znak zgody. Argument zastępcy brzmiał wiarygodnie, więc nie widziała powodu aby negować jego słowa. Klan Gwiazdy nasunął jej jednak dobre przeczucie.
- Bardzo ci dziękuję Borsuczy Gońcu – chciała go odruchowo polizać po nosie ale wstrzymała się, przypominając sobie, że to nie Srebrny Deszcz.
- Cieszę się, że mogłem pomóc – lekko się uśmiechnął, po czym poszedł w kierunku stosu ze zwierzyną.
Zroszony Nos przez chwilę odprowadzała go wzrokiem. Kiedy się odwróciła zobaczyła, że Jaskółcza Łapa drepcze od jednego punktu do drugiego zniecierpliwiona.
Ja miałam na nią czekać a to ona na mnie czekała, przyznała z zakłopotaniem.
- Wreszcie! – doskoczyła do niej z iskrami irytacji w oczach – Już myślałam, że zapomniałaś.
- Nigdy bym nie zapomniała o treningu – odpowiedziała jej chłodniejszym tonem – Po prostu musiałam o czymś porozmawiać z zastępcą.
Jaskółcza Łapa otworzyła pyszczek chcąc coś powiedzieć ale nie usłyszała od niej ani jednego słowa. Cieszyła się, że uczennica ugryzła się w język, musiała przyznać, że kotka miała dosyć trudny charakterek. Po chwilowym mierzeniu się wzrokiem wyszły przez tunel, kierując się w kierunku granicy z Klanem Burzy.
- Uch… nie cierpię śniegu – syknęła zielonooka, gdy jedną łapką wpadła w błoto po topniejącym śniegu – Albo moczy albo brudzi.
Zroszony Nos powstrzymała się od uśmiechu. Nie chciała się narażać młodszej siostrze. Poczekała chwilę, gdy kotka otrzepała łapę z powierzchownej warstwy brudu.
- Zgadzam się, teraz będzie jeden z najgorszych okresów, roztopy – wojowniczka starała się uważać na każdy krok aby nie skończyć podobnie jak uczennica – Niby oznaka nadejścia Pory Nowych Liści ale z drugiej, wszędzie pełno wody.
- Czy ten strumień może nam zagrozić? – wskazała na strumień z oblodzonymi brzegami, którego środek przecinała ciemna linia wody – Wiesz, sporo napadało śniegu.
- Słuszna uwaga – zgodziła się z szylkretową, podeszła do brzegu, uważając aby nie nastąpić na kruchy i zdradliwy lód – Na razie trudno stwierdzić czy istnieje takie ryzyko ale cieszę się, że zwróciłaś na to uwagę. Kiedy wrócimy, powiadomię o tym zastępcę.
Jaskółcza Łapa szła przed nią z wysoko uniesionym ogonem. Cieszyła się, że miała już tyle okazji aby ją pochwalić, chociaż ich trening trwał krótko. Musiała jednak uważać aby nazbyt nie karmić jej arogancji.
Pilnie sprawdzała czy po drugiej stronie nie kręci się jakiś patrol Klanu Burzy. Wolałaby ich nie spotkać, chociaż znajdowały się na swoim terytorium to słyszała o niezbyt dobrych relacjach jej klanu z klanem Lamparciej Gwiazdy.
Nagle Jaskółcza Łapa nastroszyła futerko, wąskimi szparkami przyglądała się szuwarom na drugim brzegu. Zroszony Nos dopiero po chwili spostrzegła, że poruszają się aż w końcu z nich wyłania się patrol złożony z trzech kotów: niebieski kocur a za nim widocznie ciemniejszy i młodszy oraz niebieska, pręgowana kotka. Futerko samoistnie jej się nastroszyło, gdy domyśliła się, że członkowie Klanu Burzy także ich dostrzegli. Serce uderzało wściekle i boleśnie o kości. Widziała, że młoda uczennica gotowa była do walki, chociaż nie miała jeszcze żadnej wiedzy na ten temat. Złotooka postanowiła wziąć sprawę w swoje łapy.
Koty im się przyglądały, zapewne równie gotowe do ewentualnej walki. Wojowniczka kiwnęła głową na znak powitania i szeptem nakazała zrobić siostrze to samo. Jaskółcza Łapa przez chwilę przyglądała jej się podejrzliwie ale wykonała polecenie. Niebieski kocur odwzajemnił gest a za nim jego towarzysze.
Popchnęła kotkę łapą i odeszły dalej wzdłuż granicy. Kiedy odeszły dalej odetchnęła z ulgą.
- Co to było? – spytała zdezorientowana kotka – Dlaczego pozwoliłyśmy im odejść?
Zroszony Nos przeczuwała, że szykuje się długa rozmowa, więc przysiadła w wyższej roślinności i owinęła ogonem łapy. Jaskółcza Łapa poszła jej tropem i również usiadła na już prawie w ogóle nieośnieżonej ziemi.
- Czy kiedykolwiek słyszałaś o Kodeksie Wojownika? – spytała wygładzając futerko na klatce piersiowej.
- No… mama coś kiedyś wspominała, że to przodująca sprawa w życiu wojownika ale nigdy nie zagłębiała się za bardzo.
- Zrozumiałe, małe kociaki wolą brykać niż słuchać zakazów i nakazów. Sama pewnie podobnie się zachowywałam – uśmiechnęła się w duchu wspominając urywki z czasów kocięcia – Teraz przyszła jednak pora abyś go poznała. Nie mogliśmy ich zaatakować, gdyż znajdowali się na swoim terytorium, tak samo jak oni nie mogli nas.
- W sumie racja, na poprzednim treningu o tym mówiłaś – Jaskółcza Łapa przejechała łapka po pyszczku.
- No widzisz. Kolejną, arcyważną sprawą jest lojalność. Wojownik powinien być oddany swojemu klanowi. Wpierw nakarmi klan dopiero siebie, co oznacza, że jedzenie podczas polowań jest surowo zabronione, tylko na patrolu można.
- To trochę niesprawiedliwe, że taki Jaszczurczy Ogon musi zjeść przede mną! On nic nie robi przez cały dzień! – powiedziała z wyrzutem.
- Kiedyś przechodził przez to samo i teraz już odpoczywa po wielu księżycach lojalnej służby swojemu klanowi.
Kota coś prychnęła pod nosem ale Zroszony Nos puściła to mimo uszu. Wiedziała, że na początku to zawsze zniechęca i irytuje ale koniec końców szło się przyzwyczaić.
- A, co z Klanem Gwiazdy? Czy wiara w niego też jest uwarunkowana tym całym Kodeksem? – spytała jeżdżąc łapką po pojedynczej grudce śniegu.
- Trochę tak, trochę nie. Z jednej strony według niego musimy przyjąć wiarę w Klan Gwiazdy, bo tak twierdzi kodeks ale czasem się w niego wierzy, nie zwracając uwagi na pradawne zasady – uważnie przyglądała się mimice kotki – Wydaje mi się, że odpowiednim argumentem będzie stwierdzenie, że w Klanie Gwiazdy są twoi dwaj bracia, Lipa i Skra.
- Lipa? – spytała lekko drżącym głosem – O-on tam jest?
- Oczywiście i bacznie ci towarzyszy oraz wspiera w trudnych chwilach, a gdy i ty dołączysz do Klanu Gwiazdy, spotkacie się na wspólnym polowaniu pośród gwiezdnych łąk i polan oraz drzew.
Jaskółcza Łapa przyglądała się w tylko sobie znany punkt. W końcu zerwała się i ogniem w oczach spojrzała na swoją mentorkę.
- Zostanę, więc jak najlepszą wojowniczką aby móc kiedyś do niego dołączyć i abyśmy razem polowali!
- Spokojnie – zaśmiała się – Aby się to spełniło musisz ukończyć trening oraz zapoznać z kolejną zasadą.
- Jaką? Nic mnie nie zniechęci!
- Nie możesz zabijać innych kotów.
Zielonooka przyglądała jej się z szeroko otwartymi oczami.
- Tyle? Łatwo pójdzie! – po chwili spojrzała w oczy Zroszonego Nosa – a ty kogoś zabiłaś?
Złotooka się wahała. Nie wiedziała, czy powinna wspominać o tamtej nocy, gdy to przez przypadek zabiła Cienia – przyrodniego brata Srebrnego Deszczu. Szybko się pozbierała ale nadal pozostał ślad w jej duszy.
- J-ja… ja – westchnęła – tak, zabiłam kota.
<Jaskółcza Łapo?>
08 stycznia 2018
Od Zroszonego Nosa
Wojowniczka przeciągnęła się. Strzepnęła w futerka resztki mchowego posłania. Usiadła i rozpoczęła poranną pielęgnację.
Dzisiaj odbyć się miał jej pierwszy trening z Jaskółczą Łapą. Chociaż łączyły ich więzy krwi to prawie w ogóle nie poznała zielonookiej. Liczyła, że dzięki razem spędzonemu czasowi, nadrobi tą zaległość.
Wyszła z legowiska wojownika, prawie po brzuch zapadając się w śniegu. Przez noc przybyło białego puchu. Zakłopotana wykaraskała się ze zdradliwej pułapki i otrzepała się.
Przeczesała wzrokiem polanę i zdziwiła się, gdy spostrzegła siedzącą przed legowiskiem uczniów swoją terminatorkę, rozmawiającą ze swoim rodzeństwem. Podeszła w momencie, gdy akurat trójka o czymś szeptała.
- Witaj Jaskółcza Łapo – przywitała się – I wy Popielato i Orla Łapo.
- Cześć Zroszony Nosie – odpowiedziała mentorce radośnie, dwójka uczniów kiwnęła głowami na powitanie.
- Gotowa na pierwszy trening? – spytała.
- Co za pytanie? Oczywiście, że tak! – uczennica natychmiast się podniosła i żwawym krokiem pognała do tunelu.
Nie zdążyła nawet dopytać uczennicy czy zdążyła cokolwiek zjeść przed szkoleniem. Szylkretowa kotka tryskała taką energią i pewnością siebie, że nawet Gwiezdny Klan nie mógłby stanąć jej na drodze.
^*^*^*^*^*^*
Zroszony Nos zdecydowała się, że wpierw ją oprowadzi po terytorium. Zaczęły od granicy z Klanem Klifu. Jaskółcza Łapa wielokrotnie wyprzedzała swoją mentorkę. Z jednej strony cieszyła się widząc jak kotka zafascynowana obserwuje otoczenie ale z drugiej strony nie chciała aby na wczesnym etapie aż tak się wyrywała. Nigdy nie wiadomo co się kryje za śnieżną zaspą.
- Jaskółcza Łapo zwolnij! – kotka zatrzymała się nagle, a mało nie upadając pyszczkiem w śnieg.
- Dlaczego? – spytała zaciekawiona – Przecież jesteśmy na terytorium Klanu Wilka, więc inne klany nam nie zagrażają.
- Mylisz się. Czasem koty z innych klanów naruszają granicę, rzadko w pojedynkę. Poza tym, w lesie nie mieszkają tylko i wyłącznie koty, zaczynając od zwierzyny a kończąc na lisach czy borsukach. Nigdy nie wiadomo, co kryje się za śnieżną zaspą.
Jaskółcza Łapa nic nie odpowiedziała. Nie chciała gasić jej zapału swoimi uwagami ale naprawdę nie wiedziałaby, co by zrobiła, gdyby kotce coś się przytrafiło z powodu jej niekompetencji.
Doszły do Głębokiej Ścieżki. Zielonooka otworzyła szeroko oczy na widok szerokiej i głębokiej przepaści.
- Co to? – spytała z szeroko otwartymi oczami.
- Głęboka Ścieżka – odpowiedziała jej siadając.
- Adekwatna nazwa – stwierdziła uczennica.
- Nawet bardzo, tylko, żeby ci nie przyszło do głowy próbować ją przeskoczyć – przymrużyła powieki.
- Przecież tylko mysi móżdżek by próbował przez to przeskoczyć! Nawet ja wiem, że to niemożliwe, chociaż jakbym podrosła.
- Nawet dorosły wojownik by nie dał rady.
Zielonooka pokiwała głową ze zrozumieniem i ruszyła dalej, żwawym krokiem. Zroszony Nos przypomniała sobie scenę, gdy to uczeń Płonącego Grzbietu – Czarna Łapa postanowił spróbować swoich sił i skoczył w przepaść. Nie było mowy aby kocurek to przeżył. Postanowiła, że kiedyś wspomni o tym swojej uczennicy ale nie teraz. Wolała jej nie straszyć na początku szkolenia.
Zrównała się z nią i chciała już jej coś powiedzieć ale młodsza siostra wypruła do przodu. Zroszony Nos pokręciła głową z dezaprobatą i pognała za nią.
- A więc to tędy mogą przechodzić! – stwierdziła triumfalnie.
Kota wpatrywała się w przewalone drzewo, które swoją długością idealnie się wpasowało w szerokość Głębokiej Ścieżki.
- A, co myślałaś, że próbują skakać? – spytała.
- Na początku ale, gdy dokładnie się przyjrzałam to stwierdziłam, że albo musi być gdzieś przejście albo ten klan nie jest dla nas zagrożeniem, chociaż wspominałaś coś o tym, że mogą przekraczać granicę. Więc jasnym stało się dla mnie, że którędyś muszą mieć możliwość przeprawiania się.
Zroszony Nos była pod wrażeniem inteligencji Jaskółczej Łapy. Bez problemu połączyła słowa mentorki z zaistniałą sytuacją i utworzyła logiczną całość.
- Masz dobry i szybki tok myślenia. Taka umiejętność przydałaby się niektórym wojownikom – oczy kotki błysnęły po usłyszeniu pochwały – Tak, to tędy przeprawiają się koty z Klanu Klifu. Nazywa się to Przeprawa, nic niezwykłego ale łatwo spamiętać.
- Przeprawa, Klan Klifu – mamrotała kotka pod nosem.
Zroszony Nos postanowiła, że wrócą przez obóz Klanu Wilka aby coś przegryzły.
- Choć, teraz dokładnie zwracaj uwagę na otoczenie. Pokaże ci drogę do naszego obozu i przy okazji kilka bardziej charakterystycznych miejsc.
^*^*^*^*^*^*
Jaskółcza Łapa jadła wraz z Popielatą Łapą niedaleko spiżarni. Zroszony Nos chciała dać jej chwilę przerwy, gdyż potem miała zamiar ją oprowadzić jeszcze przy granicy z Klanem Burzy. Nie widziała nigdzie Srebrnego Deszczu ze swoim uczniem – Orlą Łapą. Miała nadzieję, że mimo iż obojgu przybyło obowiązków to będę mieli jeszcze czas dla siebie nawzajem, miała plan aby niedługo wybrać się na wspólny trening z nimi.
Zauważyła ruch przed sobą. Jaskółcza Łapa stała przed nią, jeszcze oblizując się po posiłku.
- Odpoczęłaś? – spytała z nutką troski w głosie.
- Nawet się nie zmęczyłam! – odpowiedziała z delikatnym grymasem, pewnie spodziewała się treningu walki albo polowania.
- Jeszcze zdążysz się namęczyć, nie martw się. Chodźmy, chcę ci przed zachodem słońca jeszcze pokazać granicę z Klanem Burzy.
<Jaskółcza Łapo?>
Dzisiaj odbyć się miał jej pierwszy trening z Jaskółczą Łapą. Chociaż łączyły ich więzy krwi to prawie w ogóle nie poznała zielonookiej. Liczyła, że dzięki razem spędzonemu czasowi, nadrobi tą zaległość.
Wyszła z legowiska wojownika, prawie po brzuch zapadając się w śniegu. Przez noc przybyło białego puchu. Zakłopotana wykaraskała się ze zdradliwej pułapki i otrzepała się.
Przeczesała wzrokiem polanę i zdziwiła się, gdy spostrzegła siedzącą przed legowiskiem uczniów swoją terminatorkę, rozmawiającą ze swoim rodzeństwem. Podeszła w momencie, gdy akurat trójka o czymś szeptała.
- Witaj Jaskółcza Łapo – przywitała się – I wy Popielato i Orla Łapo.
- Cześć Zroszony Nosie – odpowiedziała mentorce radośnie, dwójka uczniów kiwnęła głowami na powitanie.
- Gotowa na pierwszy trening? – spytała.
- Co za pytanie? Oczywiście, że tak! – uczennica natychmiast się podniosła i żwawym krokiem pognała do tunelu.
Nie zdążyła nawet dopytać uczennicy czy zdążyła cokolwiek zjeść przed szkoleniem. Szylkretowa kotka tryskała taką energią i pewnością siebie, że nawet Gwiezdny Klan nie mógłby stanąć jej na drodze.
^*^*^*^*^*^*
Zroszony Nos zdecydowała się, że wpierw ją oprowadzi po terytorium. Zaczęły od granicy z Klanem Klifu. Jaskółcza Łapa wielokrotnie wyprzedzała swoją mentorkę. Z jednej strony cieszyła się widząc jak kotka zafascynowana obserwuje otoczenie ale z drugiej strony nie chciała aby na wczesnym etapie aż tak się wyrywała. Nigdy nie wiadomo co się kryje za śnieżną zaspą.
- Jaskółcza Łapo zwolnij! – kotka zatrzymała się nagle, a mało nie upadając pyszczkiem w śnieg.
- Dlaczego? – spytała zaciekawiona – Przecież jesteśmy na terytorium Klanu Wilka, więc inne klany nam nie zagrażają.
- Mylisz się. Czasem koty z innych klanów naruszają granicę, rzadko w pojedynkę. Poza tym, w lesie nie mieszkają tylko i wyłącznie koty, zaczynając od zwierzyny a kończąc na lisach czy borsukach. Nigdy nie wiadomo, co kryje się za śnieżną zaspą.
Jaskółcza Łapa nic nie odpowiedziała. Nie chciała gasić jej zapału swoimi uwagami ale naprawdę nie wiedziałaby, co by zrobiła, gdyby kotce coś się przytrafiło z powodu jej niekompetencji.
Doszły do Głębokiej Ścieżki. Zielonooka otworzyła szeroko oczy na widok szerokiej i głębokiej przepaści.
- Co to? – spytała z szeroko otwartymi oczami.
- Głęboka Ścieżka – odpowiedziała jej siadając.
- Adekwatna nazwa – stwierdziła uczennica.
- Nawet bardzo, tylko, żeby ci nie przyszło do głowy próbować ją przeskoczyć – przymrużyła powieki.
- Przecież tylko mysi móżdżek by próbował przez to przeskoczyć! Nawet ja wiem, że to niemożliwe, chociaż jakbym podrosła.
- Nawet dorosły wojownik by nie dał rady.
Zielonooka pokiwała głową ze zrozumieniem i ruszyła dalej, żwawym krokiem. Zroszony Nos przypomniała sobie scenę, gdy to uczeń Płonącego Grzbietu – Czarna Łapa postanowił spróbować swoich sił i skoczył w przepaść. Nie było mowy aby kocurek to przeżył. Postanowiła, że kiedyś wspomni o tym swojej uczennicy ale nie teraz. Wolała jej nie straszyć na początku szkolenia.
Zrównała się z nią i chciała już jej coś powiedzieć ale młodsza siostra wypruła do przodu. Zroszony Nos pokręciła głową z dezaprobatą i pognała za nią.
- A więc to tędy mogą przechodzić! – stwierdziła triumfalnie.
Kota wpatrywała się w przewalone drzewo, które swoją długością idealnie się wpasowało w szerokość Głębokiej Ścieżki.
- A, co myślałaś, że próbują skakać? – spytała.
- Na początku ale, gdy dokładnie się przyjrzałam to stwierdziłam, że albo musi być gdzieś przejście albo ten klan nie jest dla nas zagrożeniem, chociaż wspominałaś coś o tym, że mogą przekraczać granicę. Więc jasnym stało się dla mnie, że którędyś muszą mieć możliwość przeprawiania się.
Zroszony Nos była pod wrażeniem inteligencji Jaskółczej Łapy. Bez problemu połączyła słowa mentorki z zaistniałą sytuacją i utworzyła logiczną całość.
- Masz dobry i szybki tok myślenia. Taka umiejętność przydałaby się niektórym wojownikom – oczy kotki błysnęły po usłyszeniu pochwały – Tak, to tędy przeprawiają się koty z Klanu Klifu. Nazywa się to Przeprawa, nic niezwykłego ale łatwo spamiętać.
- Przeprawa, Klan Klifu – mamrotała kotka pod nosem.
Zroszony Nos postanowiła, że wrócą przez obóz Klanu Wilka aby coś przegryzły.
- Choć, teraz dokładnie zwracaj uwagę na otoczenie. Pokaże ci drogę do naszego obozu i przy okazji kilka bardziej charakterystycznych miejsc.
^*^*^*^*^*^*
Jaskółcza Łapa jadła wraz z Popielatą Łapą niedaleko spiżarni. Zroszony Nos chciała dać jej chwilę przerwy, gdyż potem miała zamiar ją oprowadzić jeszcze przy granicy z Klanem Burzy. Nie widziała nigdzie Srebrnego Deszczu ze swoim uczniem – Orlą Łapą. Miała nadzieję, że mimo iż obojgu przybyło obowiązków to będę mieli jeszcze czas dla siebie nawzajem, miała plan aby niedługo wybrać się na wspólny trening z nimi.
Zauważyła ruch przed sobą. Jaskółcza Łapa stała przed nią, jeszcze oblizując się po posiłku.
- Odpoczęłaś? – spytała z nutką troski w głosie.
- Nawet się nie zmęczyłam! – odpowiedziała z delikatnym grymasem, pewnie spodziewała się treningu walki albo polowania.
- Jeszcze zdążysz się namęczyć, nie martw się. Chodźmy, chcę ci przed zachodem słońca jeszcze pokazać granicę z Klanem Burzy.
<Jaskółcza Łapo?>
07 stycznia 2018
Od Zroszonego Nosa C.D Srebrnego Deszczu
Chłodne powietrze wbiło w nią swoje lodowate szpony, powodując dreszcze.
Otworzyła oczy, przy okazji ziewając. Obóz spowijała ciemność.
Dzisiejszej nocy, księżyc przykryły chmury, zwiastujące kolejne opady
śniegu. Słyszała spokojne oddechy pozostałych wojowników. Brakowało
dwóch kotów – Srebrnego Deszczu i Szepczącego Wiatru. O ile kocura
przed snem widziała to niebieskooka kotka przepadła jej ze wzroku już
jakiś czas temu. W tamtej chwili pewnie by pomyślała o próbie
odnalezienia dawnej przyjaciółki ale jej umysł zaprzątała inna myśl –
Gdzie się podział Srebrny Deszcz? Kiedy kładła się spać, mogła przysiąc,
że czuła jak ten wtula się w jej sierść.
Przeciągnęła się, wbijając pazury w chłodną ziemię. Wyszła, czując pod łapami chłodny śnieg. Miała już dosyć Pory Nagich Drzew, ciągle mróz, głód i przygnębienie. Wyczekiwała Pory Nowych Liści niczym uschnięty kwiat deszczu. Śnieg także jej zaczynał przeszkadzać. Przylepiał się do futra, które momentalnie stawało się wilgotne, zostawiało się w nim zdradliwe ślady… zaraz, zaraz. Ślady!
Jeśli Srebrny Deszcz wyszedł niedawno, mogła go wytropić po śladach! Spojrzała na odciski łap, które prowadziły do tunelu w murze obozu. Zaczęła podążać za nimi w nadziei, że ją doprowadzą kocura.
^*^*^*^*^
Gdyby Klan Gwiazd przesłał jej jakąś wizję tego, co zobaczyła zabrałaby ze sobą kogoś. Było już za późno jednak. Widziała Srebrny Deszcz, otoczony przez grupkę cuchnących kotów z obrożami na szyi. Wśród nich rozpoznał jego ojca – Smołę. Poznała go po tych zielonych niczym trawa oczach. Błagała Gwiezdnych o wsparcie, o jakiś pomysł, który uratowałby ją i kocura z tej sytuacji bez uszczerbku na zdrowiu, któregokolwiek z nich.
Słyszała szyderstwa słane ku niemu ze strony kotów. Dla nich on był żałosną imitacją dzikiego kota. On wysłuchiwał ich dzielnie ale jego drgający ogon zdradzał, że się denerwował. Naprawdę potrzebowała dobrego pomysłu. Mogłaby teraz pobiec do klanu ale jakby to wyglądało? Srebrny Deszcz nie miał ran ani starganego futra, więc nie mogłaby im wmówić, że został zaatakowany przez grupę samotników. Poza tym, wydałaby się wtedy sytuacja sprzed wielu księżycy, gdy to we dwójkę przegnali natarczywego ojca kocura. Przymknęła powieki zakłopotana. Co miała zrobić? Nie mogła tak po prostu się zdradzić, bo skończyłaby jako karma dla wron. Przydałby się jakiś logiczny plan.
Jej uwagę przykuła szylkretowa kotka z różową obrożą. Odłączyła się od grupy i wyszła, prawdopodobnie na jakiś mini-patrol, sprawdzić zapewne okolicę. Źrenice Zroszonego Nosa rozszerzyły się. Nagle do jej głowy wpadł dosyć niepewny plan ale do jego wykonania potrzebowała drugiego kota z klanu.
Wiedziała już kogo poprosi ale wpierw musiała obezwładnić tamtą kotkę. Zaczęła się za nią skradać, uważnie stąpając po śniegu, który w każdej chwili mógł ją zdradzić. Samotniczka nie dbała o dyskrecję a raczej nie potrafiła jej sobie zapewnić. Każdy jej krok kończył się głośnym skrzypnięciem i głośnym przekleństwem. Kiedy znalazła się na długość zająca od niej, skoczyła na nią i przednimi łapami wcisnęła jej głowę w biały, lodowaty puch. Szylkretowa wierciła się przez jakiś czas jeszcze ale w końcu znieruchomiała. Zroszony Nos złapała ją za kark i zaciągnęła pod najbliższe drzewo. Zaryzykowała stosując tą metodę. Niepokoiła się o fakt, że mogła ją udusić ale boki kotki unosiły się rytmicznie. Żyła.
Znalazła jakąś starą borsuczą norę. Upewniła się, że zapach był stary, ułożyła ciało intruzki i pognała w podskokach do obozu.
^*^*^*^*^
- Tato, obudź się – szturchała kocura, który mamrotaniem zdradzał, że nie za bardzo miał ochotę wstawać – Tato!
- C-co? – mruknął zaspany – Zroszony Nos? O-o co chodzi?
- Chcę abyś ze mną gdzieś poszedł ale wpierw obiecaj, że cokolwiek tam zobaczysz lub usłyszysz nikomu nie powiesz, dobrze?
- A cóż to takiego ważnego – szepnął, powoli się podnosząc, przy okazji ukazując rządek białych zębów podczas ziewnięcia – że mam zachować dyskrecję?
- Dowiesz się na miejscu, ale mogę ci zaufać prawda?
- Oczywiście, ale wiedz, że mam złe przeczucia.
^*^*^*^*^
Łososiowy Pysk dreptał przy jej boku. Rozbudził się podczas drogi. Milczał, jakby oczekując aż sama córka mu wyjawi czego od niego chce. Wiedziała, że wiele ryzykowała mieszając w to innego kota ale sama nie dałaby rady.
W końcu doszli do odpowiedniej nory. Kotka ruchem ogona kazała poczekać ojcu na odległość. Ten posłał jej zaniepokojone aczkolwiek spokojne spojrzenie. Wstawiła głowę do nory, obawiając się, że mogłaby nie zastać tam szylkretki a jej plan wziąłby w łeb. Poczuła jednak futro pod nosem i bijący od niego odór Drogi Grzmotu. Zniesmaczona chwyciła za kępkę futra i wyciągnęła wciąż nieprzytomną samotniczkę.
Pręgowany kocur wygiął się w łuk, gdy zobaczył kotke. Zasyczał i pusząc futro jakby powiększył się dwukrotnie.
- Kto to jest?! Co się dzieje Zroszony Nosie?! – odsłonił zęby.
- Nie mam pojęcia kim ona jest ale musisz wiedzieć, że Srebrny Deszcz ma kłopoty – miauknęła spokojnie, chcąc dać ojcu do zrozumienia, że nie pora na agresję.
- Kłopoty? Jakie?
- Długo by opowiadać ale w lesie jest grupka samotników i…
- Czemu nie powiadomiłaś Milczącej Gwiazdy? – przerwał jej – Zmobilizowała by klan i wypędziłaby tą bandę łobuzów!
- Ech to nie takie proste.
W skrócie opowiedziała Łososiowemu Pyskowi o Smole, ojcu Srebrnego Deszczu i ich wcześniejszym spotkaniu. O tym, co mogłoby oznaczać dla jej partnera, gdyby ktokolwiek z klanu poza nimi się o tym dowiedział.
- Nie wiesz, co by powiedziała Milcząca Gwiazda, ostatnio złagodniała, okazałaby pewnie wyrozumiałość – gładził nastroszone futro na grzbiecie i szyi – Chociaż z drugiej strony rozumiem twoją lojalność wobec Srebrnego Deszczu. Cieszę się, że to właśnie mi to powiedziałaś, wiem, że ufasz mi jak córka winna zawierzać ojcu.
- Mam w końcu fantastycznego ojca – podeszła bliżej i liznęła kocura w nos – I mogę na nim polegać.
- Zawsze do usług.
Akurat szylkretowa zaczęła się wybudzać. Jęknęła, stęknęła aż w końcu zaczęła coś mamrotać.
- C-co się stało? – pytała zdezorientowana, próbując się podnieść – Co…
Zroszony Nos nie dała jej dokończyć wgryzła jej się w grzbiet i powaliła, przy okazji upychając grudkę śniegu w pyszczek. Przyszpiliła ją do podłoża i wysyczała wściekle do ucha:
- Słuchaj mnie uważnie zgniła, kupo futra. Znalazłaś się na terytorium Klanu Wilka. Powinnam cię za to zabić ale dam ci szansę odejść – zdziwiła się słysząc swój groźnie brzmiący ton ale miała nadzieję, że był wystarczająco poważny aby kotka uwierzyła.
- Nnn-ie b-je s-iię cebe ty – mówiła z trudem przez śnieg włożony w pysk ale powoli biała masa topiła się w jej pysku, więc mówiła coraz wyraźniej – Mój ojciec jak tylko się d-dowie to cię zabije.
- Nie rozśmieszaj mnie. Myślisz, że przerazi mnie jakiś zapchlony samotnik?
- Jest z moimi braćmi, wystarczy, że zawołam a przyjdą i cię wypatroszą. Zrobią z ciebie padlinę!
- Ilu ich jest? Pięciu? Dziesięciu?
- Trzynastu a razem z moim ojcem czternastu – kotka chciała zgrywać pewną siebie ale powoli wyczuwała jej narastający lęk, w końcu nie widziała swojego napastnika.
- Nie bądź śmieszna – parsknęła – Klan Wilka ma drugie tyle wojowników a ja wysłałam swojego towarzysza do obozu aby sprawdził okolicę, czy nie ma więcej takich intruzów jak ty – kiwnęła na Łososiowy Pysk aby nic nie mówił.
- C-co? – wydukała z przerażeniem.
- Jestem jednak litościwa i mogę ci dać szansę ich ostrzec.
Kotka zaczęła drżeć. Bała się. Zroszony Nos osiągnęła zamierzony cel.
- To jak będzie?
- Odejdziemy i nigdy nie wrócimy, przysięgam!
- Niech będzie, dzisiaj mam akurat dobry dzień.
Wypuściła ją. Ta natychmiast się podniosła i pognała na złamanie karku, przed siebie, nie oglądając się. Miała nadzieję, że kotka odnajdzie swoich po zapachu.
- Groźna z ciebie kotka ale wciąż nie wiem skąd wytrzasnęłaś pomysł, że Klan Wilka ma aż tylu wojowników.
Zroszony Nos podeszła do ojca i wyjaśniła mu swój plan. Kocur zgodził się na niego, z wahaniem należy dodać, i oboje zmierzali w kierunku, gdzie banda bezdomnych kotów otoczyła srebrnego kocura.
^*^*^*^*^
Kiedy doszła, zauważyła, że przed Smołą kuli się przed chwilą wypuszczona kotka. Szybko się uporała z odnalezieniem ich. Opowiadała z przerażeniem w oczach. Srebrny Deszcz natomiast przyglądał się temu i przysłuchiwał oczami wielkimi jak spodki.
Westchnęła i przedarła się przez gąszcz gołych krzewów. Wszystkie koty zwróciły na nią uwagę. Smoła przyglądał jej się z zainteresowaniem aż z obrzydliwym uśmiechem na pysku zaśmiał się.
- O… niedoszła ukochana Srebra, czyżbyś znowu bawiła się w bohaterkę?
- Odejdźcie stąd inaczej poznacie czym jest gniew Klanu Wilka i Klanu Gwiazd.
Zgromadzone koty przyglądały się kpiąco. Szylkretowa stanęła na równe łapy i przerażonymi oczami spoglądała na nią.
- Chodźmy! Ojcze, ich klan przewyższa nas liczebnością i siłą! – błagała mając łzy w oczach.
- To tylko gadanie. Skoro są tacy potężni to niech wylezą ze swoich kryjówek i staną do równej walki – wyzywająco wysunął pazury.
- Ostrzegałam was ale nie skorzystaliście.
Ledwie widocznie poruszyła końcówką ogona. Udając smutek spuściła głowę. Wtedy wkoło drobnej polanki odezwały się syki, kocie warczenia i liczne kroki zdradzane trzaskającym śniegiem. Samotnicy skulili się jakby aż w końcu jeden po drugim zaczęli z przerażeniem uciekać. Mimo wściekłych syków Smoły na polanie nie ostał się nikt poza nim i złotookim, czarnym kocurem.
- Ty! – warknął czarny i skoczył na nią ale zgrabnie wyminęła jego cios i kopnęła go tylną łapą w bok. Kątem oka zobaczyła jak Smoła biegnie ku niej ale zza krzewów wyskakuje Łososiowy Pysk i ora pazurami jego grzbiet.
Srebrny Deszcz ocknął się z szoku i ruszył na swojego ojca, pomóc starszemu wojownikowi w walce. I dobrze, miała przeczucie, że poradzi sobie z tą czarną, wychudłą kupą futra.
Kocur podniósł się i tym razem ostrożniej przymierzał się do ataku. Jego czerwona obroża zdobiona była kłami różnych zwierząt, pewnie napotkanych psów i kotów, złowrogo prezentowała się na jego sz yi. Okrążał ją aż w końcu znowu wyskoczył i tym razem lekko zahaczył pazurem o jej nos ale gdy zapadł się po brzuch w zdradzieckim śniegu ona zaatakowała. To, co się stało później trwało dosłownie uderzenie serca. Złapała go za kark i usłyszała jak coś chrupnęło. Kocur miauknął z bólu i przez chwilę się miotał aż w końcu jego ciało znieruchomiało. Rzuciła go na śnieg. Trójka walczących kotów spojrzała na nią z wytrzeszczonymi oczami.
- Cień, nie! – czarny kocur chciał się ruszyć ale podrapana łapa skutecznie mu to uniemożliwiała.
Przybliżyła się do niego z iskrami w oczach.
- Wtedy nazwałeś mnie słabą i miałeś rację, byłam słaba – wysyczała – Ale jak widzisz uczę się na swoich błędach, i tym razem nie zawahałam się zabić i nie zawaham się zabić także ciebie.
Smoła starał się zachować dumnie ale wiedział, że przegrał. Podniósł się i ponownie kulejąc, ostatni raz spojrzał to na ciało swojego towarzysza to na Srebrny Deszcz aż zniknął im z pola widzenia. Odczekali jakiś czas, aż adrenalina wszystkim opadła. Dopiero teraz Zroszony Nos zdała sobie sprawę, że zabiła. Ciężar wkradł się na jej duszę. Miała nadzieję, że Klan Gwiazdy jej to wybaczył i uznał to za konieczność samoobrony.
Srebrny Deszcz, z kilkoma niegroźnymi zadrapaniami, ale bez poważnych ran podszedł do ciała martwego kota i obwąchał je. Łososiowy Pysk przytulił się do córki. Widziała, że podobnie jak jej partner nie ucierpiał zbyt poważnie w walce. Milczeli przez jakiś czas. Dopiero Srebrny Deszcz przełamał ciszę.
- Jak? – spytał wciąż spoglądając zszokowany na Zroszony Nos – Gdzie klan?
- To wszystko to był podstęp – mówiła lekko drżącym głosem – Za te dźwięki odpowiadał Łososiowy Pysk, aż się dziwię, że uwierzyli.
- Widać, że odwaga i inteligencja nie jest ich atutem – powiedział dumnie jednouchy kocur – Bez obrazy dla ciebie Srebrny Deszczu.
Kotka bez słowa podeszła i wtuliła się w futro swojego partnera. Cały drżał a nawet słyszała przez chwilę, że łkał.
- Wybacz, jeśli był ci drogi a-ale ja musiałam to zrobić – miauknęła błagalnie.
<Srebrny Deszcz? Trochę długie wyszło .-.>
Przeciągnęła się, wbijając pazury w chłodną ziemię. Wyszła, czując pod łapami chłodny śnieg. Miała już dosyć Pory Nagich Drzew, ciągle mróz, głód i przygnębienie. Wyczekiwała Pory Nowych Liści niczym uschnięty kwiat deszczu. Śnieg także jej zaczynał przeszkadzać. Przylepiał się do futra, które momentalnie stawało się wilgotne, zostawiało się w nim zdradliwe ślady… zaraz, zaraz. Ślady!
Jeśli Srebrny Deszcz wyszedł niedawno, mogła go wytropić po śladach! Spojrzała na odciski łap, które prowadziły do tunelu w murze obozu. Zaczęła podążać za nimi w nadziei, że ją doprowadzą kocura.
^*^*^*^*^
Gdyby Klan Gwiazd przesłał jej jakąś wizję tego, co zobaczyła zabrałaby ze sobą kogoś. Było już za późno jednak. Widziała Srebrny Deszcz, otoczony przez grupkę cuchnących kotów z obrożami na szyi. Wśród nich rozpoznał jego ojca – Smołę. Poznała go po tych zielonych niczym trawa oczach. Błagała Gwiezdnych o wsparcie, o jakiś pomysł, który uratowałby ją i kocura z tej sytuacji bez uszczerbku na zdrowiu, któregokolwiek z nich.
Słyszała szyderstwa słane ku niemu ze strony kotów. Dla nich on był żałosną imitacją dzikiego kota. On wysłuchiwał ich dzielnie ale jego drgający ogon zdradzał, że się denerwował. Naprawdę potrzebowała dobrego pomysłu. Mogłaby teraz pobiec do klanu ale jakby to wyglądało? Srebrny Deszcz nie miał ran ani starganego futra, więc nie mogłaby im wmówić, że został zaatakowany przez grupę samotników. Poza tym, wydałaby się wtedy sytuacja sprzed wielu księżycy, gdy to we dwójkę przegnali natarczywego ojca kocura. Przymknęła powieki zakłopotana. Co miała zrobić? Nie mogła tak po prostu się zdradzić, bo skończyłaby jako karma dla wron. Przydałby się jakiś logiczny plan.
Jej uwagę przykuła szylkretowa kotka z różową obrożą. Odłączyła się od grupy i wyszła, prawdopodobnie na jakiś mini-patrol, sprawdzić zapewne okolicę. Źrenice Zroszonego Nosa rozszerzyły się. Nagle do jej głowy wpadł dosyć niepewny plan ale do jego wykonania potrzebowała drugiego kota z klanu.
Wiedziała już kogo poprosi ale wpierw musiała obezwładnić tamtą kotkę. Zaczęła się za nią skradać, uważnie stąpając po śniegu, który w każdej chwili mógł ją zdradzić. Samotniczka nie dbała o dyskrecję a raczej nie potrafiła jej sobie zapewnić. Każdy jej krok kończył się głośnym skrzypnięciem i głośnym przekleństwem. Kiedy znalazła się na długość zająca od niej, skoczyła na nią i przednimi łapami wcisnęła jej głowę w biały, lodowaty puch. Szylkretowa wierciła się przez jakiś czas jeszcze ale w końcu znieruchomiała. Zroszony Nos złapała ją za kark i zaciągnęła pod najbliższe drzewo. Zaryzykowała stosując tą metodę. Niepokoiła się o fakt, że mogła ją udusić ale boki kotki unosiły się rytmicznie. Żyła.
Znalazła jakąś starą borsuczą norę. Upewniła się, że zapach był stary, ułożyła ciało intruzki i pognała w podskokach do obozu.
^*^*^*^*^
- Tato, obudź się – szturchała kocura, który mamrotaniem zdradzał, że nie za bardzo miał ochotę wstawać – Tato!
- C-co? – mruknął zaspany – Zroszony Nos? O-o co chodzi?
- Chcę abyś ze mną gdzieś poszedł ale wpierw obiecaj, że cokolwiek tam zobaczysz lub usłyszysz nikomu nie powiesz, dobrze?
- A cóż to takiego ważnego – szepnął, powoli się podnosząc, przy okazji ukazując rządek białych zębów podczas ziewnięcia – że mam zachować dyskrecję?
- Dowiesz się na miejscu, ale mogę ci zaufać prawda?
- Oczywiście, ale wiedz, że mam złe przeczucia.
^*^*^*^*^
Łososiowy Pysk dreptał przy jej boku. Rozbudził się podczas drogi. Milczał, jakby oczekując aż sama córka mu wyjawi czego od niego chce. Wiedziała, że wiele ryzykowała mieszając w to innego kota ale sama nie dałaby rady.
W końcu doszli do odpowiedniej nory. Kotka ruchem ogona kazała poczekać ojcu na odległość. Ten posłał jej zaniepokojone aczkolwiek spokojne spojrzenie. Wstawiła głowę do nory, obawiając się, że mogłaby nie zastać tam szylkretki a jej plan wziąłby w łeb. Poczuła jednak futro pod nosem i bijący od niego odór Drogi Grzmotu. Zniesmaczona chwyciła za kępkę futra i wyciągnęła wciąż nieprzytomną samotniczkę.
Pręgowany kocur wygiął się w łuk, gdy zobaczył kotke. Zasyczał i pusząc futro jakby powiększył się dwukrotnie.
- Kto to jest?! Co się dzieje Zroszony Nosie?! – odsłonił zęby.
- Nie mam pojęcia kim ona jest ale musisz wiedzieć, że Srebrny Deszcz ma kłopoty – miauknęła spokojnie, chcąc dać ojcu do zrozumienia, że nie pora na agresję.
- Kłopoty? Jakie?
- Długo by opowiadać ale w lesie jest grupka samotników i…
- Czemu nie powiadomiłaś Milczącej Gwiazdy? – przerwał jej – Zmobilizowała by klan i wypędziłaby tą bandę łobuzów!
- Ech to nie takie proste.
W skrócie opowiedziała Łososiowemu Pyskowi o Smole, ojcu Srebrnego Deszczu i ich wcześniejszym spotkaniu. O tym, co mogłoby oznaczać dla jej partnera, gdyby ktokolwiek z klanu poza nimi się o tym dowiedział.
- Nie wiesz, co by powiedziała Milcząca Gwiazda, ostatnio złagodniała, okazałaby pewnie wyrozumiałość – gładził nastroszone futro na grzbiecie i szyi – Chociaż z drugiej strony rozumiem twoją lojalność wobec Srebrnego Deszczu. Cieszę się, że to właśnie mi to powiedziałaś, wiem, że ufasz mi jak córka winna zawierzać ojcu.
- Mam w końcu fantastycznego ojca – podeszła bliżej i liznęła kocura w nos – I mogę na nim polegać.
- Zawsze do usług.
Akurat szylkretowa zaczęła się wybudzać. Jęknęła, stęknęła aż w końcu zaczęła coś mamrotać.
- C-co się stało? – pytała zdezorientowana, próbując się podnieść – Co…
Zroszony Nos nie dała jej dokończyć wgryzła jej się w grzbiet i powaliła, przy okazji upychając grudkę śniegu w pyszczek. Przyszpiliła ją do podłoża i wysyczała wściekle do ucha:
- Słuchaj mnie uważnie zgniła, kupo futra. Znalazłaś się na terytorium Klanu Wilka. Powinnam cię za to zabić ale dam ci szansę odejść – zdziwiła się słysząc swój groźnie brzmiący ton ale miała nadzieję, że był wystarczająco poważny aby kotka uwierzyła.
- Nnn-ie b-je s-iię cebe ty – mówiła z trudem przez śnieg włożony w pysk ale powoli biała masa topiła się w jej pysku, więc mówiła coraz wyraźniej – Mój ojciec jak tylko się d-dowie to cię zabije.
- Nie rozśmieszaj mnie. Myślisz, że przerazi mnie jakiś zapchlony samotnik?
- Jest z moimi braćmi, wystarczy, że zawołam a przyjdą i cię wypatroszą. Zrobią z ciebie padlinę!
- Ilu ich jest? Pięciu? Dziesięciu?
- Trzynastu a razem z moim ojcem czternastu – kotka chciała zgrywać pewną siebie ale powoli wyczuwała jej narastający lęk, w końcu nie widziała swojego napastnika.
- Nie bądź śmieszna – parsknęła – Klan Wilka ma drugie tyle wojowników a ja wysłałam swojego towarzysza do obozu aby sprawdził okolicę, czy nie ma więcej takich intruzów jak ty – kiwnęła na Łososiowy Pysk aby nic nie mówił.
- C-co? – wydukała z przerażeniem.
- Jestem jednak litościwa i mogę ci dać szansę ich ostrzec.
Kotka zaczęła drżeć. Bała się. Zroszony Nos osiągnęła zamierzony cel.
- To jak będzie?
- Odejdziemy i nigdy nie wrócimy, przysięgam!
- Niech będzie, dzisiaj mam akurat dobry dzień.
Wypuściła ją. Ta natychmiast się podniosła i pognała na złamanie karku, przed siebie, nie oglądając się. Miała nadzieję, że kotka odnajdzie swoich po zapachu.
- Groźna z ciebie kotka ale wciąż nie wiem skąd wytrzasnęłaś pomysł, że Klan Wilka ma aż tylu wojowników.
Zroszony Nos podeszła do ojca i wyjaśniła mu swój plan. Kocur zgodził się na niego, z wahaniem należy dodać, i oboje zmierzali w kierunku, gdzie banda bezdomnych kotów otoczyła srebrnego kocura.
^*^*^*^*^
Kiedy doszła, zauważyła, że przed Smołą kuli się przed chwilą wypuszczona kotka. Szybko się uporała z odnalezieniem ich. Opowiadała z przerażeniem w oczach. Srebrny Deszcz natomiast przyglądał się temu i przysłuchiwał oczami wielkimi jak spodki.
Westchnęła i przedarła się przez gąszcz gołych krzewów. Wszystkie koty zwróciły na nią uwagę. Smoła przyglądał jej się z zainteresowaniem aż z obrzydliwym uśmiechem na pysku zaśmiał się.
- O… niedoszła ukochana Srebra, czyżbyś znowu bawiła się w bohaterkę?
- Odejdźcie stąd inaczej poznacie czym jest gniew Klanu Wilka i Klanu Gwiazd.
Zgromadzone koty przyglądały się kpiąco. Szylkretowa stanęła na równe łapy i przerażonymi oczami spoglądała na nią.
- Chodźmy! Ojcze, ich klan przewyższa nas liczebnością i siłą! – błagała mając łzy w oczach.
- To tylko gadanie. Skoro są tacy potężni to niech wylezą ze swoich kryjówek i staną do równej walki – wyzywająco wysunął pazury.
- Ostrzegałam was ale nie skorzystaliście.
Ledwie widocznie poruszyła końcówką ogona. Udając smutek spuściła głowę. Wtedy wkoło drobnej polanki odezwały się syki, kocie warczenia i liczne kroki zdradzane trzaskającym śniegiem. Samotnicy skulili się jakby aż w końcu jeden po drugim zaczęli z przerażeniem uciekać. Mimo wściekłych syków Smoły na polanie nie ostał się nikt poza nim i złotookim, czarnym kocurem.
- Ty! – warknął czarny i skoczył na nią ale zgrabnie wyminęła jego cios i kopnęła go tylną łapą w bok. Kątem oka zobaczyła jak Smoła biegnie ku niej ale zza krzewów wyskakuje Łososiowy Pysk i ora pazurami jego grzbiet.
Srebrny Deszcz ocknął się z szoku i ruszył na swojego ojca, pomóc starszemu wojownikowi w walce. I dobrze, miała przeczucie, że poradzi sobie z tą czarną, wychudłą kupą futra.
Kocur podniósł się i tym razem ostrożniej przymierzał się do ataku. Jego czerwona obroża zdobiona była kłami różnych zwierząt, pewnie napotkanych psów i kotów, złowrogo prezentowała się na jego sz yi. Okrążał ją aż w końcu znowu wyskoczył i tym razem lekko zahaczył pazurem o jej nos ale gdy zapadł się po brzuch w zdradzieckim śniegu ona zaatakowała. To, co się stało później trwało dosłownie uderzenie serca. Złapała go za kark i usłyszała jak coś chrupnęło. Kocur miauknął z bólu i przez chwilę się miotał aż w końcu jego ciało znieruchomiało. Rzuciła go na śnieg. Trójka walczących kotów spojrzała na nią z wytrzeszczonymi oczami.
- Cień, nie! – czarny kocur chciał się ruszyć ale podrapana łapa skutecznie mu to uniemożliwiała.
Przybliżyła się do niego z iskrami w oczach.
- Wtedy nazwałeś mnie słabą i miałeś rację, byłam słaba – wysyczała – Ale jak widzisz uczę się na swoich błędach, i tym razem nie zawahałam się zabić i nie zawaham się zabić także ciebie.
Smoła starał się zachować dumnie ale wiedział, że przegrał. Podniósł się i ponownie kulejąc, ostatni raz spojrzał to na ciało swojego towarzysza to na Srebrny Deszcz aż zniknął im z pola widzenia. Odczekali jakiś czas, aż adrenalina wszystkim opadła. Dopiero teraz Zroszony Nos zdała sobie sprawę, że zabiła. Ciężar wkradł się na jej duszę. Miała nadzieję, że Klan Gwiazdy jej to wybaczył i uznał to za konieczność samoobrony.
Srebrny Deszcz, z kilkoma niegroźnymi zadrapaniami, ale bez poważnych ran podszedł do ciała martwego kota i obwąchał je. Łososiowy Pysk przytulił się do córki. Widziała, że podobnie jak jej partner nie ucierpiał zbyt poważnie w walce. Milczeli przez jakiś czas. Dopiero Srebrny Deszcz przełamał ciszę.
- Jak? – spytał wciąż spoglądając zszokowany na Zroszony Nos – Gdzie klan?
- To wszystko to był podstęp – mówiła lekko drżącym głosem – Za te dźwięki odpowiadał Łososiowy Pysk, aż się dziwię, że uwierzyli.
- Widać, że odwaga i inteligencja nie jest ich atutem – powiedział dumnie jednouchy kocur – Bez obrazy dla ciebie Srebrny Deszczu.
Kotka bez słowa podeszła i wtuliła się w futro swojego partnera. Cały drżał a nawet słyszała przez chwilę, że łkał.
- Wybacz, jeśli był ci drogi a-ale ja musiałam to zrobić – miauknęła błagalnie.
<Srebrny Deszcz? Trochę długie wyszło .-.>
Subskrybuj:
Posty (Atom)