BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Kres panowania Judaszowcowej Gwiazdy kryję się niemal a rogiem; wszyscy o tym wiedzą. Nie każdy jest jednak gotowy na zmiany, które nadejdą po odejściu aktualnego lidera na Srebrną Skórkę. Nastroję w Klanie Klifu są na pierwszy rzut oka dobre i spokojne; konflikt z Klanem Wilka zdążył powoli odejść w zapomnienie, nawet jeśli tereny nie zostały jeszcze odzyskanę, a burzliwa sytuacja z samotniczkami zdaję się być już jedynie koszmarem przeszłych księżyców. Po nocach jednak słychać szepty... Duża część Klanu Klifu nie jest przychylna swojej zastępczyni, która już zdaje się przygotowywać do wprowadzenia się do nowego legowiska. Koty snują domysły, rozmawiają, krytykują nie tylko Pikującą Jaskółkę, ale i nie odpuszczają na starość Judaszowcowej Gwieździe, który nie słynie z podejmowania decyzji, które przypadają do gustu ogółowi. Może się wydawać, że rodzina, której zapisane miało być w gwiazdach uratowanie nadmorskich kotów, nie jest jednak tak pobłogosławiona, jak uważano. Konflikt lidera ze swoim przybranym synem Mirtowym Lśnieniem, a również tajemnicze kocięta, których doczekała się jego adoptowana córka Źródlana Łuna... To wszystko pokazuję kruchość i niestabilność rzekomej gwiezdnej opatrzności. Ciemne cienie rzucane są na tereny Klanu Klifu, a widok spadającego powoli mewiego pióra może być ostatnim, co będzie ci dane dostrzec. Niczym mroczny omen, ptaki krążą nad Klifiakami, czyhając na nich jak na swoje bezbronne ofiary. Atakują niespodziewanie, szybko i z niesamowitą wytrwałością; bezpiecznym nie jest nawet najbardziej doświadczony wojownik - w walce z drapieżnikami życie stracił Promieniste Słońce. Czy Klan Klifu zdoła odzyskać wewnętrzną stabilność? Czy krzyki skrzydlatych drapieżników przestaną w końcu zwiastować śmierć? Czy koty powrócą na drogę, którą rzekomo oświetla Klan Gwiazdy?

W Klanie Nocy

Wiele księżyców zajęło, by Klan Nocy podniósł się z zgliszczy po strasznej powodzi. Niestety i w tym czasie wśród szuwarów nie mogło być spokojnie, gdyż w szeregach wojowników żył zdrajca i morderca. Jego czyny prędzej czy później ujrzały światło dzienne, a rudy wojownik, niejaki Pluskający Potok, dostąpił egzekucji z wyroku Spienionej Gwiazdy oraz reszty klanu. Sam czyn stracenia wykonał Szałwiowe Serce, książę i zarazem potomek nowej liderki klanu. Kolejnym hucznym wydarzeniem było przekazanie władzy dotychczasowej liderki. Klan stanął przed wyborem zagłosowania na Mandarynkowe Pióro bądź Algową Strugę, które dotychczas pełniły rolę zastępczyń. W demokratycznym głosowaniu wojownicy wybrali srebrną kotkę jako nową liderkę. Spieniona Gwiazda odeszła na zasłużoną emeryturę, gdzie ostatnie chwile swojego życia spędziła z bliskimi kotami. W noc zgromadzenie, kiedy to przodkowie zstąpili na ziemię w blasku pełni, odeszli z trzema duszami, których ciała zostały znalezione wtulone w siebie nawzajem. W tej cichej śmierci klan pożegnał Spienioną Gwiazdę, dotychczasową piastunkę Kotewkowy Powiew, która niejednego z wojowników wychowała za kociaka, oraz Kolcolistne Kwiecie. Klan jednak nie mógł długo opłakiwać starszych, gdyż na ich językach znajdowało się imię pewnej czekoladowej szylkretki i to kolejnej wśród najmłodszych członków. Niektórzy uważają, że to zły omen od gwiezdnych przodków, którzy jakoby ostrzegali Nocniaków, by Ci nie wystawiali ich przychylności na próbę.
Szybko jednak klanem wstrząsnęła wieść o kolejnej zdradzie, tym razem ze strony członka rodu. Błękitna Laguna wyjawił z gałęzi sumaka sekret swojego brata. Całemu klanu obwieścił, iż point od księżyców spotyka się z kaleką wojowniczką z Klanu Klifu, a na potwierdzenie słów księcia, Porywisty Sztorm wspięła się na sumak i przyznała, że na własne oczy widziała, jak oskarżony kierował się w stronę granicy z Klanem Klifu. "Zdrajca" został uziemiony z zakazem opuszczania obozu na czas nieokreślony, lecz nie wiadomo czy to ostateczna kara, jaka spotka kocura, czy dopiero jej początek. Czy w klanie zapanuje upragniony spokój? Jakie liderka ma plany względem klanu, mając w swych łapach władzę?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Owocowym Lesie!
(Brak wolnych miejsc!)

Zmiana pory roku już 3 maja, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

31 marca 2026

Od Szkwalnej Łapy (Ulewnego Szkwału)

Czuł się niezręcznie, wiedząc, że dzisiaj ostatni raz spał w legowisku uczniów, ostatni raz ścielił legowiska i ostatni raz zasiadał z uczniami, dzieląc się językami.
– Słyszeliście o tym, że Czyhająca Marena czy tam Murena spotyka się z Wężynowym Kłem? Pewnie Wężynie nie starcza jeden kot z immunitetem królewskim, to dobiera się do drugiego! – ta stara kotka jednak miała tupet, miała talent do owijania każdego królewskiego kota wokół palca. Czy to było legalne? Zdenerwowała tym pewnie Mandarynkową Gwiazdę i ta nie zrobiła jej synowi znaku lotosu, temu Flamingowi. Szkwał był dosyć z tym głośny, jedząc swego suma, ale nie przejął się tym, że ktoś inny mógł to usłyszeć.
– A czasem Wężyna już nie jest z Błękitną Laguną? To chyba się zalicza pod zdradę, myślicie, że on o tym wie? – spytała Liliowa Łapa, jedząc okonia obok Lawendowej Łapy i Urodziwej Łapy, z prawej strony kotki była właśnie Lawenda, a z lewej Szkwał. Lawendowa Łapa prawie wypluła leszcza, którego żuła w pysku.
– Wy i wasze fantazje! Może po prostu Wężynowy Kieł chce się zapoznać bliżej z rodziną swego partnera? Dotychczas rozmawiała tylko z Mandarynkową Gwiazdą, teraz widać, że otwiera się też na inne znajomości – a on był latającą rybą! Ta szemrana szylkretka robiła dramaty w środku rodziny królewskiej. Gdyby nie zrobiła czegoś złego, co zraniło Mandarynkową Gwiazdę, choć sam nie wiedział co, to by nie była na jego celowniku. Bowiem kto śmiał obrażać rodzinę królewską, obrażał i jego!
– Nie bądź tego taka pewna, zanim się obejrzysz, to Murenę też poderwie i wtedy dostanie większą karę niż brak lotosu na czole jego syna. Może praca z czekoladowymi kotami? Ta kara sama w sobie jest przeklęta! – Urodziwa na słowa swojego brata przekręciła oczami.
– Klanie Gwiazdy, znowu to samo... – kotka położyła łapę na twarzy z zażenowaniem w oczach. Niby mieli nie rozmawiać o czeko kotach, ale nie mógł się powstrzymać, musiał czegoś nienawidzić, by życie było piękne.
– No co! One naprawdę są przeklęte! Nie bez powodu mówią, że ich kolor bierze się od błota. Może przenoszą nieznane choroby? Nikt jeszcze nie tykał Fląderki, więc nie wiemy, co skrywa w sobie! Ale nie będziemy się głowić, co przenosi. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek to testował, nawet najgorszemu wrogowi bym tego nie życzył. Zamiast tego zgadnijcie kto dziś opuszcza legowisko uczniów. Możecie nawet strzelać – był ciekawy czy się domyślą, że zostanie dziś wojownikiem, bo nie mówił im tego.
– Niedźwiedziówkowa Łapa? – strzeliła Lawendowa Łapa. W sumie ona trochę była już terminatorką i powinna już zostać wojowniczką, by zasilić szeregi. Nie o nią jednak mu chodziło, machnął głową przecząco, jedząc swoją rybę.
– No to nie ma co strzelać, żadne z nas raczej się dziś nie mianuje. Gdyby Morszczynowa Łapa lub Senna Łapa byli nadal w legowisku uczniów to bym stawiał na nich. Może ci chodzi o Rezedową Łapę? – mruknęła Szafirka, będąc zakłopotana jak reszta kotek, z którymi siedział. Cóż, chyba będzie musiał się ujawnić.
– Widzisz, siostro! Nawet Rezedowa Łapa nie zazna dzisiaj takiego zaszczytu! Jedynym kotem, który będzie mianowany na środku obozu bę-...
– Witajcie młodziaki, co tam u was i u mojego przyszłego wojownika! – Szkwalna Łapa nie zdążył skończyć tego, co miał na myśli, bo oczywiście jego ojciec się wtrącił, liżąc go po głowie.
– Ughhh, tato! Zepsułeś niespodziankę! – niebieski kocur się napuszył, robiąc się cały czerwony. Jak on śmiał! Teraz wszyscy wiedzieli, tylko że nie od niego.
– E tam. Nic nie poradzę, że mój synek zostanie pełnoprawnym wojownikiem Klanu Nocy, a niedawno kładłem cię w żłobku spać! Byłeś taki malutki! – Złocisty Widlik rozklejał się, a Szkwał robił się coraz bardziej czerwony ze wstydu.
– Tato, na serio, nie rób mi siary przy reszcie – chciał się przypomnieć, że nie chciał być traktowany jak kociak w towarzystwie rodzeństwa i innych znajomych. To było bardzo upokarzające, czy każdy rodzic tak robił swoim dzieciom? Powinno to być uznane za znęcanie się.
– Już dobrze, mój wojowniku! Przyszedłem tylko luknąć na was, a teraz idę do żłobka zabawiać kociaki – uśmiechnięty piastun odszedł od grupy młodzieży, znikając w wejściu do żłobka. Trzy kotki patrzyły na niego w ciszy, pewnie zaskoczone faktem, że dzisiaj będzie mianowany.
– Gratulacje, Szkwale! Nie mogę się doczekać twojego mianowania. – miauknęła Lawendowa Łapa, Szkwał się uśmiechnął, zapominając o tym, co wcześniej było.
– Ja też! Też bym nie chciała tego przegapić – dodała Liliowa Łapa. Cieszył się, że kotki mu gratulowały, miał nadzieję, że rzeczywiście bliskie mu koty zobaczą, jak awansuje.

***

Czuł, że jego mianowanie się opóźnia, jakby przywódczyni, siedząc ciągle w swojej norze zapomniała o nim. Co, jeśli w ogóle nie zostanie wojownikiem dzisiaj? Może nim naprawdę nie zostanie? Chodził z jednego kąta obozu do drugiego. Owszem, Mandarynkowa Gwiazda wydawała się wyłączona z życia klanowego po niektórych incydentach, ale nie był czekoladowym kotem, nie był kimś, kogo można było wsadzić na własną wyspę jako zdrajcę. Był wiernym kotem, który kochał swój klan, rodzinę królewską i swoich bliskich z przyjaciółmi. Pokazywał to za każdym razem, gdy wstawał za dnia aż do nocy, gdy spał i tak z każdym dniem, nie marudził, gdy musiał iść na trening czy wyczyścić legowiska w obozie, robił wszystko sumiennie, chodząc jak w zegarku. Kocur nie chciał się czuć ignorowany przez głowę rodziny królewskiej. Gdyby Mandarynkowa Gwiazda go mianowała na wojownika, mógłby więcej zrobić dla klanu, niż robił wcześniej, tylko musiała mu dać szansę, musiała! Patrzył w ziemię, czując się w jakiś sposób winny że jego przywódczyni nie chciała go mianować, a może był inny powód? Może się dowiedziała, że wygadał, że znaleźli ciało tej jakiejś medyczki z Klanu Klifu? Nie, to nie to! Przecież gdyby się dowiedziała, to by dawno by był jakimś więźniem. Przeklął się w myślach za tą głupotę co zrobił. Już sam nie wiedział przez siebie, czemu członkini rodu królewskiego nie chciała wyjść ze swego legowiska.
Jakiś szelest?! Co to? Kocur obrócił głowę, widząc Mandarynkową Gwiazdę, która z gracją wspinała się na drzewo.
– Niech wszystkie koty, które umieją polować na ławicę i sprawnie pływać zbiorą się na zebranie klanu! – jej twarz była kamienna i opanowana, młody kocur przełknął ślinę, idąc z innymi kotami na zebranie klanu. Ustawił się na środku, by być widocznym dla Mandarynki i ich spojrzenia się spotkały. Oby to było jego mianowanie, a nie coś gorszego.
– Ja, Mandarynkowa Gwiazda, przywódca Klanu Nocy, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam go wam jako kolejnego wojownika – nastała lekka pauza, a Szkwał bardziej się wyprostował, jakby miał stać na baczność. Jak dobrze, że to jednak była tylko jego ceremonia. – Szkwalna Łapo, czy przysięgasz przestrzegać kodeksu wojownika i chronić swój klan nawet za cenę życia? – spytała go liderka, a on już wiedział, co powiedzieć.
– Przysięgam, na Klan Gwiazdy – chciał, żeby przysięga była idealna, także wierzył, że przysięgając w imię Klanu Gwiazdy będzie mu łatwiej spełnić to postanowienie za pomocą gwiezdnych przodków, którzy czuwali nad nim.
– Mocą Klanu Gwiazdy nadaję ci imię wojownika. Szkwalna Łapo, od tej pory będziesz znany jako Ulewny Szkwał. Klan Gwiazdy ceni twoją lojalność i pracowitość oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Nocy – rozejrzał się wokół siebie, a wszyscy zaczęli skandować jego imię.
– Ulewny Szkwał! Ulewny Szkwał! – cały klan go witał jako nowego wojownika Klanu Nocy, w tym jego najbliżsi. Złocisty Widlik wydawał się z niego dumny, jak i jego siostry, Lawendowa Łapa i Urodziwa Łapa. Obok nich też zobaczył Liliową Łapę i Przypaloną Łapę wraz z innymi, którzy z uśmiechem wymawiali jego nowe imię. Uśmiechnął się tylko, obiecując sobie, że będzie najbardziej lojalnym wojownikiem klanu.

Od Oświeconej CD. Śpiewajacej Łapy

Dziś dwunożna Oświeconej zabrała ją potworem na spacer. Dwunożna często zabierała kotkę poza swoje gniazdo, co bardzo jej się podobało. Spacerowanie z istotą wyższą sprawiało jej wielką przyjemność i napawało ją dumą, pomimo tego, że musiała chodzić na lince. Lubiła też patrzeć na to, jak domowniczka kazała swojemu psu (który też był zabierany na dwór) robić to, co jej się podoba. Widok potulnej, przymilającej się do domowniczki bestii był komiczny. Dziś jednak sprawa wyglądała nieco inaczej. Samica dwunogów zabrała ją do lasu, na tereny Klanu Burzy. Domowniczka zapewne nie zdawała sobie sprawy z tego, że na tych terenach zamieszkiwała banda brudnych, wychudłych zapchleńców. Oświecona bardzo cieszyła się z tego, że nie była już zapchleńcem. Teraz jej życie wyglądało zupełnie inaczej. Jej posłanie było niezwykle miękkie, ciepłe i zawsze suche, nie groziły jej dzikie zwierzęta, zawsze dostawała jedzenie pod sam nos a dwunożna bardzo o nią dbała. Gdyby natrafiła na patrol Klanu Burzy, przynajmniej miałaby co pokazać. Jej linka i szelki, jak nazwały je inne pieszczochy, miały na sobie błyszczące kamienie, a po niedawnej wizycie u magicznego dwunożnego jej sierść nabrała blasku i w niektórych miejscach stała się tęczowa. To musiała być jakaś tajemnicza moc domowników. Żaden inny kot nie wyglądał tak wspaniale, jak Oświecona. Idąc na lince, kotka cały czas węszyła w poszukiwaniu zapachu Burzaków. Niestety, po chwili go poczuła. A co najgorsze, czuła też tą okropną Śpiewająca Łapę. Gdy patrol zauważył spacerowiczów, przystanął, by ich obserwować, Oświecona dumnie wypięła pierś, ustawiając się tak, by jej nowe kolorowe znaczenia i linka były doskonale widoczne. Niech przynajmniej Śpiewka zazdrości tego, jak pieszczoszka teraz wyglądała. A jeśli zapragnie się na nią rzucić, dwunożna na pewno załatwi sprawę.

<Śpiewająca Łapo?>

Od Gołąbka do Borowika

Dziś mamusia po raz pierwszy pozwoliła Gołąbkowi zjeść trochę zwierzyny. Kociak bardzo cieszył się, że nareszcie będzie mógł jeść tak jak duże koty. Ciekawe jak smakuje zwierzyna? Czy jest podobna do smaku mleka? A może smakuje jak zioła? Mleko i zioła były jedynymi smakami, jakie do tej pory poznał Gołąbek. No, może poza rzeczami, które czasem podgryzał, gdy mama nie patrzyła. Gołąbek spojrzał na leżąca przed nim mysz. Miała bardzo ciekawy zapach, którego kociak nie był w stanie dokładnie opisać. Gdy wpatrywał się w małe ciałko zwierzyny, uznał, że odmówi modlitwę do Wszechmatki. To w końcu dzięki niej kocurek mógł dziś napełnić swój brzuszek. Gołąbek zamknął oczy, wymyślając najlepszą modlitwę, na jaką było stać małego kociaka.
— Kochana, wspaniała Wszechmatko. Dziękuję ci za dar tej myszy i za to, że mogę ją zjeść. To bardzo miło, że dajesz nam zwierzynę, żebyśmy nie byli głodni. Proszę spraw, by dusza tej myszy była szczęśliwa. Jesteś wszechmocna i jesteś super i bardzo cię kocham. Pozdrawiam, Gołąbek — dodał swoje imię, na wypadek, gdyby Wszechmatka zapomniała, jak się nazywa. Miała przecież tyle imion do spamiętania!
Kociak wgryzł się w mięso myszy. Jej smak zupełnie go zaskoczył. Mysz była bardzo soczysta, lekko gorzkawa, ale jednocześnie słodka. Gołąbek jeszcze nigdy nie jadł nic tak smacznego. Gdy skończył posiłek, spod legowiska wyciągnął kwiatki, które dostał od mamy i udekorował nimi szczątki myszy. Uznał, że w ten sposób uhonoruje jej śmierć i sprawi, że jej duszy będzie mniej przykro. Kociak był tak zajęty dekorowaniem, że nie zauważył, że przyglądał mu się jego brat, Borowik.

<Borowiku?>

Od Szkwalnej Łapy

Noc

Pora Opadających Liści, która teraz nadeszła, była lepsza od poprzedniej Pory Zielonych Liści. Sprawiała ona, że każdy zwyczajny wojownik tracił chęci, by jakikolwiek dzień nazwać wspaniałym, względem pogody. Nie raz bywało, że koty, które nie schowały się w cieniu, mdlały od nielitościwego ciepła, które serwowało słońce. Na szczęście, gdy odeszła, nikt już za nią nie tęsknił, a początek Pory Spadających Liści był dosyć przyjemny i słoneczny. Nie to, co poprzednik, który swoim skwarem wysuszał nawet rośliny.
Szkwalna Łapa sobie smacznie spał w swoim posłaniu, jak każdy uczeń. Pewnie prześpi tę noc jak każdą, i obudzą go promienie słońca przebijające się przez ramy legowiska. Terminator poczuł, że coś go lekko szturcha, co to było u licha?! Słabo wybudzony ze zmrużonymi oczami obrócił się do kogoś, kto go szturchał. To był czarny kot.
– HUH? – Nie umiał rozpoznać kto to, do końca nie chciało mu się otwierać oczu, był zbyt wybity ze snu.
– To ja, Mewi Puch, musimy iść nad rzekę, chodźmy – czemu mieli iść? Paliło się czy co?! Niechętnie wstał, po czym poszedł za Mewim Puchem. Był środek nocy i jeszcze chciało mu się wstawać? To chyba było jakieś przebudzenie, które zadziało się w jego mentorze. Księżyc był wysoko w górze, a dwa kocury już wyszły z obozu.

***

Przepłynęli przez kilka wysepek, docierając w okolice lasku, lecz nie do niego szli. Podążali za nurtem wody, który płynął w stronę jeziora, oddzielającego Klan Nocy od Klanu Burzy. Można było zobaczyć jak księżyc, wysoko wiszący na niebie nie dawał żadnego światła, przez co było ciemno. Tylko gdzie oni szli? Mewi Puch raczej zwykle prowadził spokojny i odklejony tryb życia, był bardziej dziennym kotem niż nocnym, tak więc co skusiło jego mentora, by go wyrwać ze snu w środku nocy?
– Przyszłom tu z tobą, by dać ci specjalne zadanie – Mewa popatrzył w wodę, a w nim pojawiło się jego zaspane odbicie, jakby sam nie chciał wstawać.
– A niby jakie to zadanie, skoro mnie wyciągasz w środku nocy? – zapytał Szkwalna Łapa.
– Chciałobym, żebyś upolował jedną rybę, nic więcej. Będzie to trudniejsze niż za dnia, bo tu nie zobaczysz za bardzo nawet ich cienia. Jeśli wykonasz moje zadanie, zanim zajdzie słońce to czeka cię niespodzianka – niespodzianka? Mewi Puch brzmiał dosyć podejrzanie, ale Szkwalna Łapa postanowił się podjąć tego nietypowego zadania.
– Dobrze, zrobię to, Mewi Puchu. Wyrobię się, nawet zanim księżyc zajdzie – dość pewnie przysunął się bliżej wody. Obrócił się za siebie, widząc, że wojownik patrzy na niego, a następnie na wodę. Jedyne co widział, to odbijające się drzewa liściaste i ciemne niebo. Chyba to wyzwanie rzeczywiście nie było jakieś łatwiutkie. Musiał w takim razie polegać na innych zmysłach niż wzrok. Musiał się zdać na drganie wody. Każdy ruch w wodzie pozostawiał po sobie lekkie fale, które były wyczuwalne jako drgania na powierzchni i dla słuchu, gdzie mógł usłyszeć, gdy coś nadpływało, pozostając przy tym czujnym. Niebieski fińczyk natężył słuch i zamoczył łapę na płytkim gruncie, by poczuć drgania, jeszcze nie polował w nocy, więc to było dla niego coś nowego. Większość wojowników polowała w dzień, a nie podczas nocy.
Klanie Gwiazdy, ześlij mi jakąkolwiek rybę tutaj. Czuję, że to wyzwanie od mojego mentora jest ważne, wspomóż mnie” modlił się do przodków, jednak nie usłyszał ani nie poczuł obecności ryby. Ogarnął go lekki stres. Obrócił się znowu do Mewiego Puchu, wyglądał, jakby miał prawie zasnąć, ale nie zamykał oczu. Patrząc na niego, nie mógł tak się poddać, czuł, że wyrywanie go w środku nocy nie było jakąś dziecinadą. Znowu obrócił się w stronę rzeki, czekając na zwierzynę wodną w ciszy i skupieniu. Możliwe, że przodkowie mogli usłyszeć jego wołanie, bo nagle woda zadrgała leciutko, co dotarło do samych łap kocura. Drganie wody pochodziło z jego lewej strony, nastawił więc bardziej uszy, słysząc, że coś nadpływa. Starszy uczeń przygotował swoje wszystkie mięśnie, a następnie ryzykując wszystko, wymierzył intuicyjnie, gdzie była lokalizacja ryby i skoczył w jej kierunku. Jak skoczył, to tak plusnęło! Szkwał czuł, że w pazurach ma coś śliskiego, co się wierci. Zdał sobie sprawę, że złapał nie z tej strony rybę, miał na widok właściwie jego ogon, który go policzkował. Terminator jednak ignorował uderzenie rybiego ogona, gryząc rybę w plecy. Szkwalna Łapa zauważył, że znowu miał do czynienia z sandaczem. Pamiętał, jak w wieku sześciu księżycy pierwszy raz nauczył się polować na ryby i taka sztuka go sterroryzowała. Był jednak już większy, więc ryba nie zeżre mu twarzy, tak jak zrobiła mu to poprzednio.
Zacieśnił mocniej pazury na łuskach ryby i mocniej wgryzł się w jej grzbiet, sprawiając, że większa ilość krwi zaczęła ulatniać się ze stworzenia. Sandacz jeszcze walczył, ale gdy tylko Szkwalna Łapa ją przygniótł swoim ciałem, to ryba zdechła z uduszenia. Wycieńczony kocur wyciągnął rybę z wody, po długiej szarpaninie z nią pokazując ją Mewiemu Puchowi.
– Dobra robota, wracamy – Mewi Puch powiedziało dość krótko, widać było, że już chciało spać. Nie dziwił mu się, też po szarpaninie z rybą by się wtopił w swoje legowisko, chcąc spać do popołudnia.

***

Uczeń wstał leniwie ze swojego legowiska, zwykle wstawał punktualnie ze wschodem słońca. Walka z dużą rybą jednak go wykończyła, przez co wstał później. Wyszedł z legowiska uczniów, rozglądając się za Mewim Puchem. Zwykle bywał w obozie, ale nie było go. Zauważył Siwą Czaplę, może on będzie wiedział gdzie jego mentor?
– Witaj, Siwa Czaplo, wiesz może gdzie Mewi Puch? – miał nadzieję, że może też śpi lub poszedł na patrol, a ten niepotrzebnie się martwił.
– Poszedł dawno do legowiska Mandarynkowej Gwiazdy. Chciał z nią pogadać o czymś – porozmawiać? Czy on coś nabroił lub zrobił coś złego? Przecież starał się być dość sumiennym uczniem.
– Dziękuje, Siwa Czaplo, poczekam na niego – położył się na jakiejś skale, spoglądając na drzewo liderki z niecierpliwością.

***

Zmieniał pozycję z boku na bok, pewnie dyskusja Mewiego Puchu i Mandarynkowej Gwiazdy była bardzo żywa. Zmierzył jeszcze leniwym wzrokiem norę liderki, gdy nagle wyszedł z niej Mewi Puch, idąc w jego stronę. Wyglądał na dosyć zadowolonego.
– Witaj, mój uczniu! Jak ci się spało? – fajnie, że pytał o jego samopoczucie, ale może pierwsze, co by mógł wyjaśnić, to co robił tak długo w legowisku Mandarynkowej Gwiazdy?
– A dobrze mi się nawet spało, nie było najgorzej, a o czym rozmawiałeś z przywódczynią tak długo? – “No powiedz w końcu!” krzyczał w myślach.
– Właśnie chciałem cię powiadomić o tym, że dłużej już nie będziesz musiał być uczniem. Rozmawiałom z Mandarynkową Gwiazdą o tym, że jesteś już gotowy zostać wojownikiem. Opanowałeś dużo rzeczy w krótkim czasie, co mnie zadziwia, niektórzy uczniowie jeszcze parę księżyców ciągną swoją edukację. Tylko jest kilka wyjątków, które się mianują w wieku dziesięciu księżyców, bo raczej przeciętne koty mianują się w wieku dwunastu księżyców lub trochę później, choć to już zależy od danego kota. Przeszedłeś też test, który ci dałom, a nie był łatwy. Dlatego, gdy go przeszedłeś, to wiedziałom, że jesteś już gotowy – to już nie musiał być terminatorem?! Był bardzo zaskoczony. Nie spodziewał się, że dostanie tak pozytywne wieści. Już się bał, że Mewi Puch powie mu coś w stylu, że ma szlaban. Zwłaszcza że chyba nie pamiętał, żeby przechodził jakiś test? Choć nie był pewny.
– Bardzo się cieszę z tego, ale o jaki test ci chodzi?
– Pamiętasz to specjalne zadanie, które ci dałom? To był twój test wojownika, tylko nazwałom to inaczej. Główkowałom długo co ci dać, polowanie samemu w dzień byłoby zbyt proste, więc wymyśliłom, że wezmę cię wieczorem na łowienie ryb, bo jeszcze nie robiliśmy tego w środku nocy. Chciałom sprawdzić, jak się zachowasz, gdy to, co widzisz za dnia, nagle jest dla ciebie niewidzialne. Jednak jesteś bystry i zamiast polegać tylko na wzroku, użyłeś innych zmysłów, by złapać zwierzynę. Także gratulacje, za kilka wschodów słońca twoje mianowanie! – to była ta mała niespodzianka po zrobieniu tego specjalnego zadania? To było raczej duże zaskoczenie dla niego. Zwłaszcza że za kilka dni już nie będzie terminatorem, nie będzie już musiał wykonywać tych uczniowskich obowiązków i wychodzić z obozu tylko za pośrednictwem dorosłego kota. Podszedł do Mewiego Puchu i go objął.
– Dzięki za wszystko, Mewi Puchu – czuł jakąś bliską więź między swym mentorem, był dla niego nie tylko nauczycielem, ale i też jakby drugim ojcem? Nie myślał o tym dużo, ale to mentorzy też spędzali jakiś czas ze swoimi mentorami, dawali im cząstkę siebie. Na pewno, gdy będzie już wojownikiem, będzie miał w sobie jakąś cząstkę czarnego kocura. Ono tylko się uśmiechnęło.
– Jestem z ciebie dumne, czuję się nawet prawie, jakbym miało drugiego syna, którego nigdy nie miałom – po skończonej pogawędce zajęli się swoimi obowiązkami.

Od Trzcinowego Szmeru CD. Złocistego Widlika

Ułożyła się obok Złocistego Widlika i skinęła mu głową.
— Od dawna nie chorowałam. Zdrowie mi dopisuje, a jak u ciebie? Widzę, że nasza ostatnia rozmowa okazała się owocna. Byłeś wtedy małym kociakiem, a teraz? Teraz jesteś dorosłym kocurem, który wykonuje znakomicie swoją robotę — pochwaliła kocura i odgryzła pierwszy kęs zwierzyny.
Złocisty Widlik zaśmiał się na jej komentarz.
— Teraz oprócz piastuna jestem też ojcem — odparł rozbawiony, a jednocześnie rozczulony. — Małe urwisy — rzekł i pokręcił lekko łebkiem.
Również zamruczała z rozbawienia.
— Miałam okazje już zostać zaczepiona przez Szkwałka. Jest z niego prawdziwy urwisek. Będą dobrymi wojownikami Klanu Nocy. Czuje się trochę, jak babcia, chociaż jeszcze nie miałam dzieci.
Piastun uśmiechnął się na wzmiankę o Szkwale. Kocurek bardzo mocno podzielał jego zdanie i to sprawiało, że czuł ulgę.
— Nie masz tam kogoś na oku? No wiesz, jesteś piękna i wciąż młoda. Na pewno masz jakiegoś adoratora lub adoratorkę — rzekł zupełnie szczerze.
— Kiedyś miałam, teraz jednak widzę, że kandydat do wzięcia spędza dużo czasu z Kropiatkową Skórką — powiedziała smutno, mając na myśli Zmierzchającą Falę. — Może kiedyś znajdę kogoś. Szczerze chciałabym mieć własne, rodzone kocięta... — Przyznała trochę zawstydzona. — Blisko jestem z Niezapominajkową Nadzieją, jednak z nią nie mogłabym mieć swoich kociąt.
Nagle poczuła, jak kocur otulił ją ogonem.
— Rozumiem cię, ja również kiedyś chciałem mieć rodzone kocięta, ale widząc moje dzieci, już wiem, że nie krew definiuje, a więzy. Niemniej mam nadzieję, że uda ci się mieć własne kociaki — wymruczał ciepło.
Zamruczała na pocieszenie od młodszego.
— Masz rację, jednak z każdym dniem staję się coraz starsza, a rodzina wokół mnie jest albo na wyspie, albo są martwi, albo uznani za zdrajców. Chciałabym dać nadzieję i udowodnić Klanowi Nocy, że krew, która płynie w moich żyłach, nie definiuje tego, że kot jest zdrajcą. Po prostu chcę mieć kociaki, bym miała jakiś sens w życiu.
Piastun westchnął i tylko mocniej otulił ją ogonem. Po jego pysku mogła stwierdzić, że Złocisty Widlik całkowicie ją rozumie.
— Kociaki z miłości tak? — spytał, przenosząc wzrok na kocięta w tle.
Zapadła chwilowa cisza. Miała wrażenie, że kocur chciałby coś dopowiedzieć, jednak wolał się powstrzymać.
— Z miłości... — powtórzyła za młodszym. — Raczej dla szczęścia i przedłużenia krwi.
Skinął lekko łebkiem.
— Rozumiem, ale co jeśli twoją bratnią duszą jest Niezapominajkowa Nadzieja? Wiem, że chciałabyś mieć kocięta z własnej krwi, ale znajdki nie są gorsze. Ja również nie mógłbym być ojcem, ale dzięki Szafirce, Lawendzie i Szkwałowi jestem. Nie chcę być niemiły. Chciałbym po prostu byś i to wzięła pod uwagę — wymruczał ciepło.
Pokręciła jedynie głową. Nie chciała czyichś dzieci, chciała mieć swoje.
— Nie wykluczam takiej opcji, jednak z Niezapominajkową Nadzieją nawet nie jesteśmy jeszcze razem. Powinnam przeczekać i zobaczyć, co z tego wyjdzie... Jednak za ten czas mógłby się nadarzyć inny kandydat na ojca kociąt.
— Rozumiem, jak mówiłem, masz jeszcze czas. Miłość to najważniejsza sprawa, którą trzeba przemyśleć. Trzeba mieć pewność, że to właśnie temu kotu chcemy oddać serce. Wierzę, że znajdziesz swoją miłość. Życzę ci tego z całego serca — wymruczał. — A powiedz, co u twojego ucznia? Rezedowa Łapa, prawda?
Szczerze nie chciała poświęcić się drugiemu kotu. Nikomu nie chciała w pełni oddać serca, by mieć kocięta. Chciała dzieci, ale tylko dla siebie. Nie potrzebowała do szczęścia drugiej połówki. Za wiele zachodu ze znajdowaniem kogoś, z kim mogłaby założyć rodzinę.
— Tak, mam pod swoimi skrzydłami Rezedową Łapę. Dobrze sobie radzi, nawet po śmierci własnej siostry. Treningi odciągają go od roztrząsania niepotrzebnych myśli. Niedługo pójdę do Mandarynkowej Gwiazdy, żeby ta go mianowała.
Zamyślił się na moment, ale zaraz oczy mu zalśniły, gdy sobie coś przypomniał.
— Pamiętasz, jak zapytałem się ciebie czy chciałabyś mieć ucznia? Wtedy nie byłaś pewna, a teraz jak jest? — spytał pogodnie. Odsunął od niej lekko ogon, bo chyba zbyt długo naruszał jej przestrzeń.
Otrząsnęła się, czując nieprzyjemny dreszcz.
— Bycie mentorem jest dość dziwne... Nie wiem, czy nie powinnam być dla niego bardziej ostra, czasami myśli, że może mnie owinąć wokół pazura, jednak zawsze się myli. Jeśli bycie mentorem, to ciągłe rywalizowanie z uczniem, to jestem w tym całkiem dobra.
Wysłuchał jej. Piastun jeszcze nigdy nie miał ucznia, więc w tej sprawie był tak zielony, jak wodorosty na jego ogonie.
— Wiesz? To jest jak z kociakami. Niektóre kruszyny potrzebują stanowczości, a inne wręcz przeciwnie. Podejście trzeba dostosować pod charakter. Przynajmniej takie jest moje zdanie. Niemniej jeśli niedługo jest gotów do mianowania, wypełniłaś rolę mentorki wręcz po mistrzowsku — wymruczał.
— Miło mi to słyszeć.
Nie zdążyli nacieszyć się dalszą rozmową, kiedy kocięta się obudziły i zaczęły kwilić głośno. Obejrzeli się na małe kuleczki, które wierciły się na posłaniu.
— No to koniec twojej przerwy, Złocisty Widliku. Musisz chyba wracać do pracy. Następnym razem cię odwiedzę, kiedy będę miała chwilę wolnego, obiecuję — dotknęła go nosem w policzek, jakby był jej dorosłym synem lub bratankiem. — Jeśli upały będą łaskawsze i znajdę jakąś kaczkę, to w żłobku zrobimy ucztę, a kocięta będą miały frajdę z kaczych piórek.
Kocur zamruczał uradowany.
— To naprawdę wspaniały pomysł.
Nie rozmawiali dalej, wyszła od razu na polanę, a do jej nosa dotarł znajomy zapach. Była to woń Zmierzchającej Fali mieszająca się z zapachem Kropiatkowej Skórki. Tę dwójkę można było zobaczyć ze sobą częściej niż osobno.
Trzcinowy Szmer pokręciła głową, mając mieszane uczucia. Z jednej życzyła im szczęścia, gdyż to właśnie oboje byli jej dobrymi przyjaciółmi, a z drugiej czuła zazdrość. Też chciała mieć partnera oraz ogłaszać wszystkim, że spodziewa się kociąt. Chociaż, czy nie była to jej chwilowa faza?

***

Początek Pory Opadających Liści

Zawiało w obozie popołudniowym chłodem, a ona właśnie wróciła z patrolu łowieckiego, na którym była zakochana para, jaką byli Kropiatkowa Skórka wraz ze Zmierzchającą Falą. Jeszcze nie byli oni oficjalnie parą, jednak niektóre Nocniaki zaczęły zauważać, że coś iskrzy między tą dwójką.
Chcąc poplotkować o zakochanej parze, złapała uklejkę w pyszczek i popędziła do żłobka, by zobaczyć się ze Złocistym Widlikiem. Nie było w obozie Żmijowcowej Wici, więc musiała troszkę podręczyć piastuna.
— Cześć, Złocisty Widliku! Mam dla ciebie plotkę! Chcesz usłyszeć? — zamruczała podekscytowana, na co Wężynowy Kieł podniosła głowę, również zaciekawiona, co za wieści przyniosła do żłobka.

< Złocisty Widliku? Chyba niedługo będziesz się opiekował następnymi szkrabami! 🐈💕>

Od Przebiśniegu CD. Mewy

Przeanalizujmy, co się stało.
Mewa została zabrana przez sieciarza Przebiśniegu, bo je pomylił. Wiadomo, że były podobne, a on stary chyba wystarczająco, że stracił węch. Przebiśnieg jednak zaczęła się coraz bardziej męczyć. Nie pomagała pogoda, która tego dnia była średnia. Głowa zaczynała ją boleć, a coraz zimniej się robiło. To zdecydowanie czas, aby wrócić do ciepłego pomieszczenia. Ciężko jeszcze jej było nazwać to miejsce domem. Gdyby tylko jej nie pomylił, lisie łajno.
Na szczęście gniazdo jej sieciarza nie było jakoś w głębi domostw, więc oby Mewa nie miała problemów z powrotem, bo Przebiśnieg nie była w stanie jej odprowadzić.
Im bliżej była, tym bardziej się zastanawiała – jak miała tego dokonać, aby ją wydostać?
Zazwyczaj, gdy ją sieciarz zabierał, to zamykał gniazdo. Nie bez powodu ją zabierał w końcu, a Mewa wtedy bez problemu mogłaby wyjść. Trzeba będzie przeanalizować, gdy już tam dotrze.
"Chyba się rozchoruje" – pomyślała niezadowolona. Przez przebywanie w domu sieciarza przez Porę Nagich Drzew nie zbudowała odporności. Czyżby zamieniała się w rasowego pieszczocha? Ta myśl aż zaczęła ją dręczyć. Wstyd przeszedł jej aż do uszu.
Gdy dotarła na podwórko domostwa, zaczęła się rozglądać. Co trzeba tu zrobić… wszystkie wejścia raczej były zamknięte. Machnęła ogonem niezadowolona.
Musi być jakiś sposób, aby ją wyciągnąć stamtąd. Jakoś niezbyt widziało jej się mieć nowego towarzysza.
Aż wpadła na pomysł. Może i to prawda, że pies nie był często wyprowadzany głównym wejściem, ale za to na podwórko tak, wypuszczany. Wystarczy wtedy poczekać, aż sieciarz będzie chciał go wypuścić… albo przyspieszyć proces. Będzie musiała chyba aż się upokorzyć, ale przynajmniej wejdzie szybciej do ciepłego pomieszczenia, bo choroba zaczęła jej dawać większą motywację do tego.
Podeszła do okna i zaczęła się o nie łasić i przebierać łapkami, chcąc zwrócić uwagę kogokolwiek na siebie. Zobaczyła przy okazji, jak Mewa się chowa przed wszystkimi. Nie dziwiła jej się, ale jako dorosła kotka powinna mieć chyba więcej odwagi w sobie, co?
Przebierała tak łapami przez długi czas, aż w końcu mięśnie odpuściły. Musiała się położyć, ale na szczęście ktoś ją zauważył – sieciarz. Otworzył okno i wpuścił ją, a Mewa, gdy tylko to zobaczyła, to wystrzeliła przez nie.
"O to chodziło" pomyślała i zamknęła oczy.
Obudziła się dopiero później, a dokładniej w miejscu, które już znała – obcinacz.
Nie lubiła tu chodzić, a jasność świateł przeszkadzała jej otworzyć oczy do końca, nie miała jednak siły nawet narzekać. Obcinacz zaczął ją oglądać dokładnie, ale jak zwykle nie mogła zrozumieć mowy sieciarzy. Sama sobie jednak była zdziwiona, że aż tak nie miała siły na sprzeczanie się.
Dostała jakieś rzeczy do jedzenia, które sieciarz wkładał jej do pyska. Po czasie poczuła się lepiej, powoli dochodziła do siebie. Szkoda tylko, że wcześniej nie reagowała na swoje objawy.
Długo siedziała w gnieździe. Aż w końcu, gdy wyszła, czuła się jak nowo narodzona. Za oknem zaczęły pojawiać się złote liście.
Dawno nie widziała Mewy, a miała wrażenie, że zapach z rzeczy tutaj już dawno opadł.
Postanowiła tam się przejść do nich, zanim zimna pora nadejdzie. Oby Mewa miała się dobrze po ich ostatnim spotkaniu, bo jakoś zawsze, gdy widziała Przebiśnieg, to coś się działo.

<Mewo?>
wyleczeni: Przebiśnieg

Od Chomiczej Łapy

Na wrzosowiskach Pora Nagich Drzew była nieznośna, jedynym schronem przed promieniami słońca były legowiska. Otwarte tereny miały swoje wady, a to była jedna z nich. Zwierzyna była bardziej widoczna, aczkolwiek trzeba było płacić tym, że nie było tu schronienia przed jakąkolwiek pogodą... deszczem czy zbytnim ciepłem. Nadszedł dzień łowów lisa. Chomik się cieszyła, choć czuła na sobie spojrzenia pobratymców, które ją mierzyły od samych łap po czubek grzywki. Nie lubiła tego. Jakby te koty nie miały co robić – pomyślała. Po dłuższej chwili z okna Kamiennej Wieży wychylił się pysk Zawodzącego Echa.
– Chomicza Łapo, Wydmowa Łapo – zwrócił się do dwóch kotek, po chwili przenosząc wzrok jednak również na Zwiewny Mak oraz Kocięcy Rozumek z kiwnięciem łbem. – Mam nadzieję, że gdy wrócicie do obozu, lis nie będzie już jednym z naszych problemów, a wy udowodnicie swoją wartość i staniecie się pełnoprawnymi wojowniczkami.
Zamilkł na moment i strzepnął ogonem.
– Macie już jakiś plan? – czy miała jakiś plan? No chyba miała, przynajmniej miała jakiś obraz działania, wręcz dosyć prosty.
– Co do planu, ja postaram się wywabić lisa z nory. Gdy tylko lis wyjdzie, to reszta go zaatakuje i przejdziemy już do przeganiania drapieżnika. Następnie gonimy go, póki nie będziemy pewni, że przekroczył granicę naszego terenu – plan idealny dla niej.
– Podoba mi się plan Chomiczej Łapy! – miauknęła Kocięcy Rozumek radośnie, kiwając głową. Wydmowa Łapa też skinęła głową na jej plan co do lisa. Większość była zgodna, co ją cieszyło. Nawet sam zastępca Króliczej Gwiazdy wydawał się zadowolony z jej planu działania. Ruchem ogona wskazał wyjście z obozu, a koty zasłaniające wszystko, się rozstąpiły.
– Niech Klan Gwiazdy będzie z wami – żwawym krokiem Chomicza Łapa wraz z grupą opuściła obóz, idąc korytarzem z ciekawskich kotów. Gdy wyszła w końcu z obozu, westchnęła ciężko, idąc w okolice miejsca, w którym droga grzmotu przecinała się z rzeką na południu terenów Klanu Burzy. To właśnie miejsce wskazała Wścibska Łapa, w którym miał przebywać rudzielec.
Szła w swoim tempie, choć inni wydawali się spieszyć, to ona nie. Chciała zaoszczędzić energii na spotkanie z lisem, który terroryzował Klan Burzy. Ich czwórka szła przed siebie. Widziała, że jej bratanica była blisko, więc zagadała do niej.
– Jak się czujesz, z tym że będziemy walczyć z lisem? Nie musisz się jak coś wielce stresować, większość wezmę na siebie. Nie chciałabym, byś ucierpiała. W końcu jesteśmy rodziną, a rodzina stoi po swojej stronie – zagadała Zwiewny Mak.
– Wiem, wiem... po prostu to moja pierwsza taka walka. Ale będziemy walczyć razem, ciociu. Nic nam nie będzie – cieszyła się, że jedno z kociąt Świerszczowego Skoku miało serce, nie to, co ta sama mysia strawa.
– Też w to wierzę, choć nie powinniśmy za bardzo myśleć, że lis będzie łatwy do pokonania, bo nas to zgubi. Kiedyś jak byłam młoda, też myślałam, jak ty, ale życie mnie nauczyło, żeby nie ignorować żadnego przeciwnika, którego masz przed nosem. Inaczej się spotkasz z konsekwencjami swojej nieuwagi – oczywiście mówiła tu o Przeplatkowym Wianku, stara jędza. Gorsza od tego lisa, do którego szli. Gdyby jej matka była lisem, to by ją rozszarpała.
Zauważyła, że Mak rozglądała się za czymś. Znalazła coś? Też pokręciła głową, ale nic nie znalazła. Chociaż... zauważyła jak jej koleżanka, Wydmowa Łapa, stanęła jak wryta. Zatrzymała się, by się przyjrzeć, czemu stanęła. Zauważyła z bezpieczniej odległości kopiec i Kocięcy Rozumek, która wpadła na kremową kotkę z impetem. To chyba było to, czego szukali. Nora lisa.
– Zostań tu, a ja tam pójdę, jak zakładał plan. Przekaż reszcie, że już powoli mają się przygotować. Ja idę go wybawiać z tej ciemnicy – zanim Mak zdążyła powiedzieć cokolwiek, to już Chomik skierowała w stronę nory, omijając Wydmową Łapę z Kocięcym Rozumkiem. Nawet nie usłyszała pytania Wydmowej Łapy, które było skierowane w jej stronę, bo oddaliła się już od niej. Kotka weszła do nory, w ciemności już myśląc, że spotka tę rudą gadzinę, ale oprócz smrodu nic tu nie było.
– Gdzie u licha jest ten sierściuch?! – wykrzyknęła swoją myśl zdziwiona i zdezorientowana. Kotka chciała się wrócić, ale na kogoś wpadła i odskoczyła. Ciemno było, więc nie było widać niczego. – Kto ty jesteś? Zbyt ciemno jest, bym teraz rozmyślała, kim jesteś. Musimy przekazać grupie, że tu nie ma lisa, jak zakładaliśmy.
– Kocięcy Rozumek! – miauknęła radośnie Kocięcy Rozumek. Dlaczego ona się cieszyła, jakby miała pięć księżyców? Przecież byli w norze lisa, a nie w ładnym miejscu wypoczynkowym.
– Znalazłaś coś ciekawego? – spytała rudaska.
– Tylko jakiś smród – nagle poczuła na łapie coś włochatego, okazało się, że to były kosmyki lisiego futra.
– I futro lisa i w sumie tyle, idziemy – odparła, wychodząc z tunelu.
– Na pewno lisa? – dociekała, również wychodząc na zewnątrz.
– Nie, twojej matki, wiesz? – będąc już na powierzchni, podeszła do stojących daleko dwóch kotek, Zwiewnego Maku i Wydmowej Łapy. – Jest trudniej, niż przypuszczałam, tego lisa nie ma w norze, więc może być wszędzie – nie pisała się na długie szukania lisa, ale czego się nie robiło dla odzyskania wojowniczego imienia...
– Moja matka ma za jasne futro – odparła krótko ruda koteczka, ale Chomik niespecjalnie się tym przejęła. Wydawałoby się, że trzeba było gdzieś indziej szukać tego lisa, bo skoro nie był w swojej norze, to mógł przemieścić się gdziekolwiek chciał! To zajęłoby jej dłużej, niż była więźniarka zakładała na początku. Lis postanowił jednak im ułatwić zadanie i znajdował się blisko kotów, czego nie zauważyli wcześniej. Odskoczyli ze strachu, ale lis tylko zawarczał, będąc najbliżej Zwiewnego Maku i Wydmowej Łapy. Wszyscy byli zbyt przerażeni i zszokowani, by coś zrobić... na razie. Kocięcy Rozumek jednak podeszła bliżej Chomika.
– Chomiku, rusz swój zadek! – czy ten bachor wolał się kłócić niż coś robić samemu? Zignorowała jej głupią docinkę i podbiegła do lisa zaatakować, widząc, że lis chciał już zaatakować jej siostrzenicę, w końcu niewiele brakowało. Machnęła łapą, by go zadrapać, ale spudłowała. Lis położył po sobie uszy, po czym kłapnął szczęką do przodu, aby chwycić jej łapę. Lis jednak też spudłował, jak ona. Jego zgryz wylądował obok niej. Chomik na wszelki wypadek odsunęła łapę od drapieżnika. Już chciał jej łapy! Ale nie, zamiast łapy da mu łomot! Była już gotowa zaatakować porządnie, ale Kocięcy Rozumek machnęła łapą z wysuniętymi pazurami w stronę drapieżcy, które przejechały po jego policzku.
Lis tylko wydał z siebie warkot, gryząc Kocięcy Rozumek w jej grube futro. Dobrze, że nie w coś innego, bo by było gorzej. Do pomocy doszły Zwiewny Mak i Wydmowa Łapa, Chomik myślała, że uwolnią Rozumek. Mak zadała tylko mniejszą szramę lisowi, natomiast Wydma skoczyła na niego, lecz rudzielec zatopił zęby na jej barku, szarpiąc ją. Od kiedy było ich więcej, to lis działał agresywniej, będąc bardziej zdezorientowanym. Widziała, że Wydma była szarpana najbardziej, więc skoro skupienie celu poszło na nią, to Chomicza Łapa postanowiła zaatakować lisa od tyłu. Skoczyła więc na jego tył, ale nie złapała go. Spadła na cztery łapy. Lis oczywiście tylko na nią zawarczał, ale nic więcej. Czy to coś mogłoby już zdechnąć? Ten lis już był denerwujący. Gdy ona spudłowała już drugi raz, to Kocięcy Rozumek zdążyła trafić lisa w bok, przez co Wydma mogła poczuć wolność, bo lis poleciał do rudej kotki, oczywiście tej, której nie trafił. Rudzielec za to postanowił co innego już szarpnąć. Gdy Zwiewny Mak chciała zaatakować jego ucho, to ten ugryzł jej łapę. Chomicza Łapa wtedy tak się przeraziła, że jej futro stanęło dęba. Na szczęście Wydmowa Łapa przywaliła mu w policzek, przez to lis skupił na nią uwagę po raz któryś. Nie było lepiej ani trochę. Lis nie chciał zdechnąć. Chciała pomóc kotom i próbowała drapnąć lisa w bok, ale nie trafiła. Czy na Klan Gwiazdy mogłaby choć raz trafić to coś?! Swoim wspaniałym atakiem tak zainteresowała lisa, że ten postanowił przyczepić sobie pazury w jej bok, jeżdżąc po jej skórze. Uczennica syknęła głośno. Nie dość, że nie trafiła ani razu w tego lisa, to jeszcze on w nią trafił, ale już porządnie. Czy ktoś jej zamierzał pomóc? Widziała, że Kocięcy Rozumek biegła w jej stronę, ale poślizgnęła się po trawie, sprawiając, że nawet drapieżnik popatrzył na nią z politowaniem. Chomik liczyła na pomoc specjalisty, miała już nadzieję, że Zwiewny Mak lub Wydmowa Łapa spławią tego lisa od niej.
Chciała już przywalić temu lisowi, żeby jej bok zostawił, ale rudzielec puścił ją i zaczął zawodzić, próbując się wyrwać. Przyjrzała się bardziej i zauważyła, że Zwiewny Mak szarpała jego nogę, jeszcze Wydmowa Łapa chciała coś zrobić, ale nie udawało jej się to, cokolwiek planowała. Chomik już była naprawdę wkurzona, nie trafiła go ani razu! Tym razem poczuła, że to jej szansa. Wysunęła pazury, przejeżdżając nimi o bok lisa. Lis tylko zawył z wyczerpaniem. To był słodki odgłos zwycięstwa nad mordercą Kołysankowej Łapy. Wyglądał jakby chciałby uciec, nawet już nie zamierzał atakować, tylko szykował się do odwrotu, lecz nagle Kocięcy Rozumek rzuciła się na kark rudego, po czym wyrwała mu całą warstwę skórną z pleców. Lis zesztywniał. Przestał się szarpać, opadając bezwładnie na ziemię pomiędzy kotkami, z jego gardła na trawę poczęła ściekać krew. Jego oczy stały się tak białe, że Chomicza Łapa mogła się w nich przejrzeć. Chociaż miała czuć radość to czuła, że zawiodła. To ona miała go zabić, a nie Kocięcy Rozumek! Następnym razem, gdy będzie jakiś inny lis, to go zabije.
Chomicza Łapa stała w zamyśleniu nad ciałem.
– Idziesz, Chomicza Łapo? – spytała Wydmowa Łapa, reszta też zdawała się czekać tylko na nią.
– Tak, oczywiście, ja was dogonię – kremowa kotka tylko kiwnęła głową, idąc teraz za innymi. Chomicza Łapa, gdy tylko nikt nie patrzył, wyrwała największy kieł z pyska lisa i poszła za resztą.

Od Kukiełki (Pajęczej Nici) CD. Pacynki (Niedźwiedziówkowej Łapy)

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Kilka księżyców temu, dzień zgromadzenia

Ciepły, wieczorny wiatr muskał delikatnie lico Pajęczej Nici, gdy powoli sunęła przez Bursztynową Wyspę.
Dzień zgromadzenia nadszedł znacznie szybciej, niż by się tego spodziewała — los zesłał jej kolejną szansę na odnalezienie Ballady.
Przechyliła łeb, omiatając wzrokiem zgromadzone koty. Znów nigdzie nie mogła znaleźć siostry — czyżby spotkała ją jakaś okropność? Ciężko stwierdzić. Minęło tyle czasu od ich ostatniego spotkania, że powoli traciła nadzieję.
Przystanęła na moment, a jej wzrok spoczął na... dziwnie znajomej sylwetce. Serce zamarło jej w piersi. Kto to? Pręgowane, bure futro, para brązowych ślepi, szerokie barki... Niemożliwe.
Przepchnęła się przez tłum kotów i dopadła do stojącej tyłem kocicy. Unosiła się przy niej delikatna woń Klanu Nocy. Szarpnęła ją za futro na ogonie; nie przejmowała się, czy zdenerwuje burą. Musiała tylko przyjrzeć się jej mordce i upewnić się, że to nie ten kot, o którym myślała...
Gdy kocica odwróciła się, na jej pysku widniał grymas.
— Ty...! — wydusiła po chwili i uniosła brwi w zdumieniu. — Kukła? Na Marionetkę! Co ty tu robisz?
Kukła otworzyła szerzej oczy i zrobiła gwałtowny krok w tył. Co... co to miało znaczyć?
— Pacynka? — wymamrotała z niedowierzaniem. — Co ja tu robię? To ty... ty miałaś być w domu!
Ciężko było określić, ile myśli przebiegało teraz przez jej małą łepetynkę. Co to wszystko miało znaczyć? Gdzie Ballada?
— Nie mogłam zostać w tej brudnej piwnicy! — oburzyła się siostra, poruszając wibrysami. — Naszą ciotkę zabili, a Pararela i tak młodsza już nie będzie! Nie mogłam gnić w tamtym miejscu i marnować swój potencjał! — kontynuowała, poruszając ogonem na boki. Jednak po chwili spędzonej w ciszy bura nieco się rozluźniła. — Ale, hej! Teraz przynajmniej możemy znowu trzymać się razem, jak siostry! Jak… jak za dawnych czasów!
Gapiła się na siostrę z niedowierzaniem. Jak długo przebywała na terenach klanu? Dlaczego o niczym jej nie powiedziała? Czy w ogóle próbowała ją odnaleźć?
— I nic mi nie powiedziałaś? Czekałam na znak od ciebie w tym... tym zapchlonym Klanie Klifu, z tymi zdradzieckimi kotami... — Obniżyła nieznacznie głos, smagając ogonem powietrze. — Zostawiłaś mnie!
Uśmiech zszedł Pacynce z twarzy szybciej, niż się na niej pojawił. Przecięła ogonem powietrze i spojrzała na szylkretową z poważną miną.
— Już się tak nie pusz! — burknęła. — Gdybym tylko wiedziała, że jesteś w Klanie Klifu, już dawno spróbowałabym się z tobą skontaktować! — oznajmiła oburzona. — Ale nawet nie miałam jak! Z początku żyłam z dala od twojej przynależności, a gdy już trafiłam do Klanu Nocy, byłam w nim uwięziona przez kilka księżyców! Niby jak miałam cię odnaleźć?
Oh.
Uspokoiła się odrobinę. Opuściła ogon i wlepiła wielkie ślepia w pysk siostry.
— Czyli nie wiesz, co u Ballady? Ale na pewno wiesz, co poczniemy teraz z planem Marionetki, bo ona wszystkie sekrety wyjawiła właśnie tobie... — Spojrzała na kocicę, jakby czekając na jej potwierdzenie, ale spotkała się tylko z milczeniem.
— Nie powiedziałabym, że nie wiem, co u Ballady... — przyznała kocica, uśmiechając się nerwowo.
— Czyli... spotkałaś się z nią? Och, to cudownie! — Mordka jej pojaśniała. — Zdziwiona byłam, bo długo jej nie widziałam... Dobrze wiedzieć, że wszystko u niej w porządku! Czyżby dostała jakąś karę i nie mogła opuszczać obozu?
— Spotkałam, to prawda... — przyznała Pacynka. — Ale, cóż... jeśli zjednoczenie się z Marionetką nazywasz karą, to... tak, tak... dostała karę…
Oh.
Całe światło zdawało się opuścić jej mordkę. Wgapiła się w Pacynkę pustymi oczami.
—...Że co?
Poczuła dziwny ciężar w klatce piersiowej, gdy powoli zaczynała sobie uświadamiać, co mogły oznaczać słowa siostry.
— No... — bąknęła, po czym nachyliła się nad uchem siostry i szepnęła:
— Burzacy... Burzacy... oni ją zabili!
Burzacy.
Wstrzymała oddech. Ciężar, spoczywający na jej barkach, był teraz niemal nie do zniesienia.
— Ja... jak to? Dlaczego? — wyszeptała.
Odsunęła się nieco od szylkretowej kotki, a w jej oczach pojawiła się gorycz.
— To nie miejsce na takie rozmowy... Spotkajmy się za kilka dni na granicy. Tam opowiem ci o wszystkim — miauknęła tajemniczo.
Szylkretka skinęła niepewnie łbem.
— W porządku.

─── ⋆⋅ ☾⋅⋆ ───

Piasek przesypywał się pomiędzy jej paliczkami, gdy ze znużenia przebierała łapą. Od dnia zgromadzenia, niemal codziennie czekała przy granicy z Klanem Nocy w oczekiwaniu na spotkanie z Pacynką. Dotąd nie udało jej się spotkać siostry, ale nie traciła nadziei — z niecierpliwością wyczekiwała burej na granicy.
Dlatego też, gdy usłyszała zbliżające się w jej stronę kroki, niemal natychmiast uniosła łeb w kierunku źródła dźwięku.

<Pacynko? To ty?>

Od Bursztyna

 Szum nadszedł niezwykle szybko, jak fala. Najpierw pociemniało niebo przez chmury niesione wiatrem gwałtownym, później zrobiło się cicho, a na końcu nadciągnęła ściana deszczu i grzmot, który z początku dawał znać o sobie gdzieś w oddali, teraz natomiast przyszedł wprost pod wejście do żłobka, jak nieproszony gość, wnosząc błoto do domu i domagając się rosołu. Kocurek od razu mógł stwierdzić, że burza to jeden z jego ulubionych momentów pory zielonych liści. Była dziwnie oczyszczająca. Wielkie wichry, huragany, wiatr wyjący i świszczący, gałązki na zewnątrz, które tańczyły tak, jak im zagra ta potężna siła natury. Niektórzy, jak siostra Żywica, lubili ten czas spędzić u boku matki w ciszy, wsłuchując się w przyjemny szum i ewentualnie podrygując w przestrachu, gdy grzmot rozdzierał chmurne niebo. Jeszcze inni spali, opowiadali sobie historie albo próbowali zrobić coś innego pożytecznego, przez co dzień nie byłby zmarnowali. Byli też ci, co się zamartwiali, by grom nie spadł na nich w akcie kary, znaku, czy przez czysty przypadek. Był również i Bursztyn, który właśnie pomimo ostrzeżeń rodziców postanowił wyzwać burzę na pojedynek. Dziwaczny był to widok naprawdę, gdy wokół szalała burza, a ze żłobka wyczłapało jakieś liche, chuderlawe coś, dzielnie brnąc w tym błocie i zacinającym deszczu ku płaskiemu pieńkowi robiącemu za dach żłobka, a celem jego, był szczyt. Płaski, mokry i śliski, na którym stanął płomień piekielny (dość przygaśnięty i marny). 
- Ha ha ha... - zaśmiał się złowrogo, pociągając nosem i zamaszystym ruchem pełnym sigma vibe wycierając długiego gluta. - Oto ja, burzo... twój nemezis... - wymruczał tajemniczo i złowrogo, swoim gremlinim, kocięcym głosem. Można się już teraz domyślać, jak paskudny będzie, gdy kocurek wstąpi w wiek dojrzewania. Teraz jednak również był nie za piękny. Z dzikim uśmiechem i wodą zlewającą mu się z pyska, uniósł głowę ku niebu, wypinając pierś i stawiając ogon na sztorc, by wydawać się większy, a w swojej głowie, rzeczywiście, był niezwykle potężnym i niepokonanym wojownikiem, chociaż dla realnych przeciwników nie różnił się teraz niczym od przemoczonej skarpetki. - TWÓJ ARCYWRÓG! PRZYJMUJ MOJE WYZWANIE, TCHÓRZU! TO JA, BURSZTYN PIERWSZY BĘDĘ TYM, KTÓRY CIĘ POKONA! DAWAJ, TY ZAPCHLONY GROMIE! HE! NIE BOJĘ SIĘ CIEBIE, MOŻESZ MI SKOCZYĆ, POCAŁOWAĆ W MOJĄ PIĘKNĄ, RUDĄ (...)-
- (...) Bursztyn chodźmy już... jest mi zimno - mniej odważna kulka która wyszła tu jak wierny cień za bratem, teraz nie wyglądała wcale na zadowoloną czy bojowo nastawioną. Była natomiast tak samo przemoknięta jak stojący w górze, przemoknięty opos, z tą różnicą, że w oczach migotały raczej iskierki strachu niż zapału do walki. No i zamiast sama wygłaszać wielkie mowy, to je przerywała. 
- No i po co wychodziłaś, jak się boisz? Ale to dobrze, widzę w tobie zapał, przezwyciężaj swój strach, Żywica! Wystaw czoła ku przygodzie i wichurom! Pokaż tym grzmotom, że powinny się ciebie bać! 
- Ale ja nie chcę... - i to wcale nie tak, że powiedziała, że się boi... tylko, że jej zimno. Cóż, dla jej brata było to niemal to samo, w końcu czy odczuwanie ziąbu to nie tylko jakaś wymówka żeby nie powiedzieć wprost, że się czegoś boi? Sam może drżał jak strachliwa kwoka, ale na pewno nie miał zamiaru tego powiedzieć na głos. 
- To (...) - zaczął, chociaż niedane było mu dokończyć. 
- Bursztyn! Co ty robisz? Złaź stamtąd szybko! - oho, chyba ktoś zdołał z nudów wyciągnąć głowę z legowiska, żeby zerknąć, kto się tak wydziera na zewnątrz. I przy okazji powiadomić Dzwonka, który teraz przyglądał się sytuacji z legowiska wojowników, w ciężkim niedowierzaniu, podczas, gdy ze dwie, może trzy ciekawskie głowy należące do innych kotów wyglądały zza niego, kierując swój wzrok wprost na dwójkę rudych kociąt. Nie zdawały się zaskoczone, a jedynie zaciekawione, może niektóre nawet znużone. W końcu to nie pierwszy raz, gdy młody coś głupiego odwalał, wrzeszcząc, biegając, rzucając się pod czyjeś łapy i ogólnie zwracając na siebie uwagę przez swoje małpie tańce. I kocię już zdawało sobie sprawę z tego, że nie powinno być na zewnątrz i że najpewniej dostanie z tego powodu wykład, dlatego też na głos ojca drgnął lekko, przekręcając głowę w kierunku srebrnego, nieco zdezorientowany, zastanawiając się na szybko, jak się z tego wszystkiego wytłumaczyć. 
- Tata? - wyrzucił z siebie w momencie, w którym mokry liść plasnął mu z impetem w pysk, a gdy uniósł łapę, by go zdjąć, zawiało, zagrzmiało, a gdy jego trzy pozostałe na podłożu łapy straciły równowagę, to rudzielec z nastroszoną (albo przynajmniej byłaby nastroszona gdyby nie była tak mokra i ciężka, że przypominała w rzeczywistości mopa) sierścią runął w dół pniaka. 
- WoAH! - bum! Z szeroko rozstawionymi łapami przed sobą, wylądował pyskiem prosto w błotnej kałuży, słysząc pluszczące kroki ojca jeszcze zanim otworzył oczy. I już wiedział, już czuł, że mama nie będzie zadowolona, gdy został chwycony za kark, a darmowy transport przeniósł go szybko do wnętrza żłobka. 

◂𓂃٭⋆☼⋆٭𓂃▹

Dostał reprymendę, ale nie to było najgorsze. Żywica się rozchorowała i doskonale wiedział, dlaczego. Nie bez powodu dorosłe koty unikają ulew, więc tym bardziej kociaki powinny ich unikać, sęk w tym, że Bursztynowi nic nie było. Przez chwilę może tylko bardziej intensywnie pociągał nosem, ale nic poza tym, natomiast kotka oberwała za nich oboje. 
- Tak się kończy wychodzenie w deszcz. Postarajcie się nie wypuszczać kociąt na zewnątrz... dałem jej kilka ziół, na razie niech odpoczywa. Najlepiej bez wrzasków - Zawilcowa Korona nie musiał wcale patrzeć na Bursztyna, by ten wiedział, że mówił specjalnie o nim. Właśnie o nim. Ma nie wierzgać, nie ryczeć i nie narażać siostry na dodatkowe niebezpieczeństwo bo już i tak był na tyle nieodpowiedzialny, że naraził nie tylko siebie, ale też bliską mu osobę. I były to słowa (skompresowane) które usłyszał od taty, gdy tłumaczył, dlaczego wychodzenie na zewnątrz podczas burzy to nie jest najlepszy pomysł, chociaż ubrał to w o wiele lżejsze i wyrozumiałe słowa, które powinny były dotrzeć do młodego bez zbędnego ranienia uczuć. I całkiem niepotrzebnie, bo zostały i tak zranione w inny sposób! 
- Żywica... - mruknął w stronę zwiniętej w kulkę kotki przejęty, jednak szybko został odciągnięty przez Dzwonka. 
- Dajmy jej trochę odpocząć, dobrze? Słyszałeś, co mówił Pan Medyk? Może wydawać się gburowaty, ale na pewno chce jak najlepiej dla Żywicy, więc posłuchajmy się mądrzejszych. Nie chcesz się pobawić trochę w zagryzanie latających kulek mchu? A jak Żywica wyzdrowieje, to będziesz mógł się pochwalić wynikami. 
- Ale...! - zaczął, przerywając w połowie. Może ma rację? Ciężko było to kocurkowi przyznać, szczególnie, że skoro tata ma rację, to znaczy, że pewnie ten sztywny medyk też ma rację. Zerknął ostatni raz na schorowaną, srebrną kulkę, zanim w końcu się poddał. - No dobrze... chodźmy! Ale będziemy się bić! 
- Tsiiii - przypomniał Dzwonek, przystawiając sobie łapę do pyska, na co Bursztyn od razu drgnął, przypominając sobie, że przecież siostra potrzebuje odpoczynku, a nie darcia się do ucha, jak to właśnie zrobił. Rzucił w jej kierunku krótko wzrokiem. 
- Ale będziemy się bić! - powtórzył głośnym, ale szeptem, na co tata od razu uśmiechnął się, zgodnie kiwając głową, pozwalając, by młodszy z zadowoleniem podreptał w przód z wyprzedzeniem. Nie można było też ukryć, że Bursztyn liczył, że po tym odpoczynku Żywica od razu wyzdrowieje. Jakie więc też było jego rozczarowanie i zawód, kiedy po skończonej bijatyce na śmierć i życie (został wyłaskotany za wsze czasy) okazało się, że Żywica wciąż jest chora i w dodatku wcale jej się nie polepszyło jak zakładał. 
- Hej... przyniosłem ci wroga do pogryzienia, żebyś też miała swój udział... pokonaliśmy dzisiaj złe, podziemne krety - miauknął cichutko, przysuwając pod nos kotki zmaltretowaną kulkę mchu, kładąc się zaraz obok bliziutko, by popatrzeć, jak ta uśmiecha się lekko, zanim znów zapadła w sen. 

Bursztyn został adoptowany!

 


Od Wzorzystej Dali CD. Psotnego Nietoperza

Przed asking out Niebiańskiej Poświaty

Uśmiechnęła się. Oczywiście, że miała ochotę zjeść kraba z koleżanką!
– Jasne!
Obie kotki zabrały się do wyłuskiwania kawałków mięsa z pancerza. Podczas posiłku oczywiście rozmawiały. Od dyskusji o najładniejszych kwiatach po wyzywanie Bukowej Korony od gburów i chwalipięt.
– Hej, Wzorek, kto ci się tak właściwie podoba? – zagaiła Psotka. – Nigdy nic o tym nie mówisz, kiedy jesteśmy z innymi.
Szylkretka położyła po sobie uszy. Co miała powiedzieć? “Nie wiem”? To brzmiało, jakby była kociakiem! Co miała zrobić? Rozejrzała się przez chwilę panicznie po obozie, aż nie wpadła na pomysł. Uśmiechnęła się.
– Berek! – wykrzyknęła, pacnęła łapą czarno-białą i rzuciła się do ucieczki. Wyminęła inne koty w obozie, ignorując narzekanie starszych i wybiegła z obozu. Starsza koleżanka jednak nie pozostawała w tyle. Wzorek nie miała szans na ucieczkę gdzieś dalej. Bardzo szybko skręciła więc prosto na plażę. Tam biegła aż do momentu, kiedy fale zaczęły obmywać jej łapy. Gwałtownie zahamowała i spróbowała się obrócić, żeby zobaczyć, gdzie jest jej towarzyszka, ale została przez nią przygnieciona. Obie kotki, śmiejąc się, zaczęły turlać się po plaży. Kiedy już się zmęczyły, wstały i otrzepawszy futra z piasku, usiadły obok siebie, żeby wyrównać oddech. Ich oczy pokierowały się w stronę ostatniego promienia słońca, kryjącego się za horyzontem. Wzorek bardzo szybko jednak odwróciła głowę ponownie w kierunku Psotki.

<Psota?>

Od Śpiewającej Łapy


Tak wiele śmierci i to wszystko wina jednego kota. Gdyby tylko jej pozwolono, sama zgłosiłaby się do unieszkodliwienia Świerszczowego Skoku, który rozbił harmonię klanu, była pewna, że dałaby radę go unieszkodliwić, w końcu co w tym trudnego? Nie mogła zdawać sobie sprawy z ciężaru, jaki by na niej spoczywał ani koszmarów nocnych, które pewnie tylko by się nasiliły, urozmaicając zwyczajne koszmary dotyczące zawalających się tunelów. Coraz częściej zaczęła mieć również wrażenie, że z jej rodziną jest coś nie tak, a nie zrozumcie jej źle, już wcześniej bowiem coś przeczuwała, jednak z wiekiem zaczęła dostrzegać pewien wzór i coraz trudniej było jej określić, czy wciąż jest córeczką mamusi, za którą podąża z bezgranicznym zaufaniem i uniesionym ogonem, czy jednak w jej matce również jest problem i przez to Śpiewka również obrywała. Dzień w dzień starała się być jak najlepsza, chodziła na treningi, spisywała się jak najlepiej, brała dodatkowe zajęcia, jeśli czegoś nie umiała, zaraz wiedzę uzupełniała, nawet odwiedzała kronikarzy a wszystko po to, by błyszczeć na tle klanu. Może nie miała łatwego charakteru, ale przynajmniej była kimś, na kim można było polegać i brać przykład. Kimś, kto może usłyszeć ,,powinieneś być bardziej jak Śpiewająca Łapa, ona już dawno odrobiła swoje zadania domowe, a ty?". Nie narzekała zazwyczaj na ilość pracy, przynajmniej nie głośno, była idealnym przykładem idealnego klanowicza, niemal książkowy przykład osoby ,,jak ubrać się na rozmowę o pracę". 
A mimo wszystko, mimo wszystko łatka która do niej przyległa ciągnęła się niemiłosiernie, a wszystko postanowiła zrzucić na pewną część rodziny. Chociaż, czy nie całej? Jej lojalność zaczynała powoli kruszeć i z moralnego punktu widzenia, strasznie przez to cierpiała. Czemu Świerszcz postanowił zabić swoją matkę, partnerkę i jeszcze w dodatku syna? Czemu wykrzykiwał jakieś obrzydliwe rzeczy, jeszcze w dodatku w kierunku do medyka? Żeby to jeszcze był jakiś podrzędny kot, ale to medyk, na gwiezdnych! Gdy ogłaszano wszystko z wieży, zaczynała aż drżeć z oburzenia, już omijając fakt, że Królicza Gwiazda wcale nie postanowił się zjawić. Pozbawiono ich wojowników. Pozbawiono jej cioci i lepszego kuzyna, klan jest przez to osłabiony, a wszystko przez wadliwego wojownika! Głupcy! Wszędzie byli głupcy o problemach psychicznych! 
- Jak tak dalej pójdzie, będziemy najsłabszym klanem - warknęła po cichu do stojącej obok Równonocnej Łapy, która jedynie kiwnęła głową krótko, za bardzo zszokowana tym co się stało, by myśleć rozsądnie o przyszłości i o polityce. 

[385 słów]

[8%]

Od Kuniego Strumyczka

Przeszłość, pora Zielonych Liści... 

Letnia bryza, ciepła i miękka niczym dotyk dawno zapomnianego snu, igrała z jej szylkretowym futrem, rozchylając pojedyncze kosmyki sierści i niosąc ze sobą zapachy rozgrzanej ziemi, sosnowej żywicy oraz dalekiej, ledwie wyczuwalnej woni wody. Kuni Strumyczek siedziała niedaleko wejścia do obozowiska, w miejscu, gdzie cień krzewów splatał się z plamami słonecznego światła, tworząc na ubitej ziemi mozaikę migotliwych kształtów, i wpatrywała się w bezkresny błękit nieba, jakby próbowała odnaleźć w nim odpowiedź na pytanie, którego sama jeszcze nie potrafiła nazwać.
Jej pomarańczowe oczy połyskiwały delikatnie, odbijając złote refleksy dnia, a w ich głębi czaiło się coś więcej niż zwykła zaduma — była tam iskra niespożytej energii, niepokój, który nie wynikał z lęku, lecz z nadmiaru życia, z pragnienia działania, które nie znajdowało jeszcze swojego ujścia. Każdy mięsień jej ciała zdawał się być gotowy do ruchu, napięty niczym struna, a jednak pozostawała nieruchoma, pozwalając, by chwila rozciągnęła się wokół niej niczym leniwa rzeka.
Westchnęła cicho, niemal bezgłośnie, jakby nie chciała zakłócić harmonii poranka, lecz zaraz potem parsknęła krótkim, ciepłym śmiechem, który zniknął równie szybko, jak się pojawił, rozpływając się w powietrzu. Myśl, która właśnie przemknęła przez jej umysł, była jednocześnie zabawna i zdumiewająca — kiedy właściwie osiągnęła siedemdziesiąt księżyców? Jeszcze nie tak dawno, gdy była nieporadną koteczką, wydawało jej się, że taki wiek oznacza niemal kres drogi, że to czas, w którym łapy stają się ciężkie, a spojrzenie kieruje się raczej ku wspomnieniom niż ku przyszłości.
A jednak teraz, siedząc na skraju obozowiska, czuła się zupełnie inaczej — jej serce biło silnie i pewnie, a radość, cicha, lecz uporczywa, rozlewała się w niej niczym ciepło słonecznego promienia. Była pełna życia, pełna gotowości, by ruszyć naprzód, by jeszcze raz — i jeszcze wiele razy — poczuć pod łapami miękką ściółkę lasu i smak świeżo upolowanej zdobyczy.
Uniósłszy lekko łeb, skierowała spojrzenie ku wyjściu z obozowiska, gdzie plusk wody oraz zieleń lasu zdawały się niemal ją nawoływać. “Być może powinnam zapolować” — pomyślała, a myśl ta zakiełkowała w niej niemal natychmiast, rozrastając się w przyjemne poczucie celu. Dodatkowa płotka albo tłusta knieć, połyskująca jeszcze wilgocią poranka, zawsze były mile widziane na stercie zwierzyny, która stanowiła serce życia obozu.
A jednak przez krótką chwilę jeszcze zwlekała, pozwalając, by wiatr przesunął się po jej futrze, a śpiew ptaków rozniósł się głębiej w uszach. Niedługo wstanie, ruszy oraz zapoluje, lecz chciała na kilka ostatnich uderzeń serca zanurzyć się nieco w myślach… Zarówno tych lekkich i przyjemnych, jak i bardziej zaskakujących oraz głębokich.

Event Wielkanocny!

SEKRETNY ZAJĄC!


Na czym polega "Sekretny Zając"?
Sekretny Zając jest zabawą inspirowaną eventem "Sekretny Mikołaj" (Secret Santa) i polega na zrobieniu wielkanocnego prezentu-niespodzianki dla wylosowanej przez siebie osoby.
Forma prezentu jest dowolna! Może być to rysunek, wiersz, rzeźba, jak i każda inna forma sztuki. Najistotniejsze jest to, aby prezent przedstawiał postać (lub postacie) wylosowanej osoby!

Jak wziąć udział w evencie?
Aby wziąć udział w evencie, należy zgłosić się w komentarzu pod postem, podając przy tym nazwę na discordzie/gmaila oraz postacie (najlepiej z podaniem grupy, do której należą), które mają wziąć udział w evencie (zarówno grywalne, martwe, opiekowane, jak i wybrane NPC!).
Czas na zgłoszenie się do eventu kończy się 02.04 o godzinie 23:59.
W dniu 3.04 uczestnicy otrzymają wiadomość, komu mają zrobić jajeczną niespodziankę!

Do kogo i do kiedy należy odsyłać prace?
Czas na odesłanie prac na konto jableczniczek (dc) / japkostuff@gmail.com, kończy się 18.04 o godzinie 23:59, a prezenty zostaną ujawnione 20.04!

Czym grozi nieodesłanie pracy w podanym terminie?
Osoby, które nie odeślą pracy na czas, otrzymają bana na branie udziału w przyszłych eventach, przez co zostają z nich wykluczone aż do odwołania.
Zasada ta nie dotyczy osób, które z przyczyn prywatnych nie będą mogły wziąć udziału w evencie. W takiej sytuacji należy zgłosić to do administracji, przynajmniej 4 dni przed 18.04.

Powodzenia i dobrej zabawy!
Wszelkie pytania należy kierować do organizatora eventu - Japka!

30 marca 2026

Od Czajki

Nie wiedział, co było gorsze: pogłębiający się letarg spowodowany dawnym zniknięciem Osetka z Owocowego Lasu, śmierć Orzeszka, czy nagłe pojawienie się dwójki kociąt, a bardziej jednego, które nosiło imię jej traumatycznej przeszłości. Niebieski starał się jak mógł, co poranek znajdywać jakiekolwiek chęci do ruszenia się z posłania w koronie drzewa, by później jakby nigdy nic wykonywać swoje obowiązki, jednak z każdy przemijającym dniem, czuł, jak zaczyna cofać się w czasie — stan zawieszenia, który ostatni raz towarzyszył mu w czasie jego szkolenia na zwiadowcę, powrócił. Strach o własne życie, na które czai się ktoś za drzewem lub krzewem, może i było to irracjonalne, biorąc pod uwagę, że liliowy wojownik zmarł księżyce temu, lecz bury kociak, który niedawno zawitał w żłóbku, stał się źródłem. Przez to też rzadko kiedy miał odwagę pójść do Gąski i zobaczyć co u niej lub chociaż nieco ją odciążyć, gdyż ciągła opieka nad dwójką kociąt mogła być męcząca po jakimś czasie — chociaż szylkretka za każdym razem zdawała się promienieć przez tę dwójkę niezdarnych kulek futra. W dodatku kocur mógł zauważyć, że siostra raczej nie ma mu za złe tych rzadkich odwiedzin i po części zdaje sobie sprawę, jakie to może być ciężkie dla zwiadowcy z jego niezbyt przyjemnymi wspomnieniami z innym kocurem, który nosił imię Borowik.
Brązowooki nie był jedynym, którym wstrząsnęła śmierć ojca, jednakże ten nie był raczej dobrym materiałem na kogoś, kto mógłby drugiego kota pocieszyć lub wspierać, dlatego też z bólem serca starał się unikać rozmów z Guziczkiem na ten temat. Niebieski powoli zaczął się od każdego odcinać, co w sumie nie było niczym trudnym, zważając na fakt, iż kontakt z Kajzerką był ograniczony przez dziwne choróbsko panujące w legowisku starszyzny, Gąska miała na głowie kocięta, a sam Guziczek miał Kurkę, z którym spędzał większość czasu. Jedynie Czajka pozostał sam na tym padole łez, będąc jedynym niepasującym elementem w tym wszystkim. Czuł jakby był jedynie przeszkodą dla innych, zawiódł każdego możliwego kota i jedynie jakieś niewielkie wewnętrzne siły trzymały go w Owocowym Lesie, który na nowo stał mu się obcy.

Od Zwęglonej Łapy Do Makowej Iluzji

Po zgromadzeniu, w obozie

Szylkretka po dotarciu do legowiska o późnej porze, padła na posłanie, błagając Gwiezdnych, by Kryształowa Łapa straciła wszelkie pokłady chęci do dalszych rozmów i oddała się w objęcia snu, podobnie jak to chciała uczynić sama żółtooka. Jednakże srebrna miała inne plany i kiedy tylko zajęła własne gniazdo z miękkiego mchu, zalała dymną masą pytań, głównie związaną o odczucia po pierwszym ich zgromadzeniu.
— Czego chciał od Ciebie Sowi Zmierzch? — To pytanie sprawiło, że żółte ślepia rozszerzyły się, a sama szylkretka nagle zamarła. Przecież co miała odpowiedzieć? Oczywiście, że prawdę, jednak czy musiała także dzielić się informacją o niecodziennych podziękowaniach ze swojej strony?
— On, cóż… — zaczęła, starając się jakoś dobrać słowa. — Poinformował mnie, że z rana chce mnie zabrać na patrol, bym poznała każdy skrawek naszych granic.
Po odpowiedzi na pytanie Kryształowej Łapy, jej wąsy minimalnie drgnęły, na co niebieskooka nieco zmrużyła swoje jasne ślepia, jakby doszukując się w słowach siostry pół prawdy.
— W takim razie już Cię nie męczę pytaniami! — oznajmiła nagle, nieco zbyt głośno, gdyż srebrna po chwili otrzymała kilka uciszających syknięć pod swoim adresem, jednakże zbytnio się tym nie przejęła. — Dobranoc Zwęglona Łapo.
— Dobranoc Kryształowa Łapo.
Pomimo życzenia sobie dobrej nocy, to ta okazała się mało przyjemna dla szylkretki, będąc męczoną przez poczucie winy, przez nie wyjawienie całej swojej rozmowy z mentorem. Przecież nigdy nie miała żadnych tajemnic przed swoją siostrą, jednak teraz pojawiły się obawy, że ta mogłaby się od niej odwrócić. Może brzmiało to niedorzecznie, gdyż Kryształowa Łapa nie była tego typu kotem, jednak strach przed jej utratą był silniejszy od zdrowego rozsądku.
Nieprzespana noc to niezbyt dobre posunięcie, biorąc pod uwagę wyruszenie na długi patrol niemal ze wschodem słońca, lecz myśli krążące w głowie Węgiel nie dawały jej spokój przez cały ten czas. Przejęta wymyślała możliwe scenariusze, gdyby nieco inaczej poprowadziła rozmowę z niebieskooką, która teraz tuż obok niej spokojnie leżała, nabierając sił na nowy dzień, który tak nieubłaganie zbliżał się wielkimi krokami. Szylkretka ciężki westchnęła, zwijając się w kłębek, jakby miało to sprawić, że cały świat o niej zapomni, a ona sama znajdzie się w kompletnie innym miejscu.
Żółtooki nie przespała choćby chwili, więc z widoczną niechęcią podniosła się z miękkiego posłania, które przez noc zdawało się być niczym z cierni, by następnie opuścić legowisko uczniów i zająć miejsce obok wejścia do niego w oczekiwaniu na pojawienie się Sowiego Zmierzchu. Kocur długo nie kazał na siebie czekać, zauważając w ostatnich dniach, że jego uczennica była typem kota, który wolał być wcześniej niż przyjść na styk lub co gorsza, spóźnić się.
— Witaj Zwęglona Łapo, mam nadzieję, że posłuchałaś moich słów.
Szylkretka widocznie się spięła, co nie uszło uwadze starszego, który nieco zmrużył swe ślepia, oczekując na odpowiedź ze strony dymnej.
— Dzień dobry Sowi Zmierzchu. Ja ten… cóż… — Z trudem kolejne słowa opuszczały jej biały pyszczek.
— Zwęglona Łapo — powiedział twardo, dając jasno do zrozumienia, by uczennica nawet nie próbowała kłamać.
— Kryształowa Łapa nieco mnie zagadała, a później nie mogłam zasnąć — westchnęła, spuszczając wzrok na swoje łapy. Czuła jak wstyd zaczyna ją palić żywym ogień od środka, a na język pojawiał się powoli posmak żółci. Zbyt dobrze wiedziała, że zawiodła swojego mentora nawet w tak błahej sprawie, jak sen i dbanie o siebie.
— W takim tempie to nic nie osiągniemy, a ty zostaniesz wygnana z klanu, chcesz tego? — spytał chłodno, czym nieco zdziwił młodszą, gdyż nie zdarzyło się jeszcze, by w taki sposób się do niej zwracał.
— Nie… — wydukała cicho pod nosem.
— Chcesz tego? — powtórzył, oczekując, że ta odpowie głośniej.
— Nie. — Wedle oczekiwań jej głos był bardziej hardy i słyszalny, co wywołało pomruk aprobaty ze strony wojownika.
— W takim razie zaczniesz być bardziej asertywna, szczególnie wobec Kryształowej Łapy, a teraz ruszamy.
Nie czekając na młodszą, ruszył ku wyjściu z obozu, będące tunelem w ciernistej ścianie. Szylkretka ciężko przełknęła ślinę, a z nimi słowa swojego mentora, by ruszyć za nim. Nie chciała zyskiwać więcej na swojej pewności i asertywności, obawiając się o relacje z niebieskooką uczennicą. Wolała uniknąć możliwego oddalenia się od niej jeszcze bardziej niż obecnie przez osobne treningi. Nawet jeśli była świadoma tego, że Sowi Zmierzch robi to dla jej dobra, jednakże jej dobrem było dobro Kryształowej Łapy.
Zwęglona Łapa nieco niczym zbity pies podążała za wojownikiem, słuchając z uwagą o granicach, choć starszy opowiadał jej o tym w dniu, kiedy wróciła cała i zdrowa z lasu, by zostać mianowaną na ucznia, a następnie odbyć dość długą rozmowę z mentorem. Była wdzięczna w duchu, że trafił jej się tak cierpliwy kocur, gdyż nie wyobrażała sobie mieć treningów z Cienistą Zjawą, który pod swoją opieką miał niebieskooką młódkę, o którą dymna ciągle zamartwiała się, szczególnie kiedy nie było jej u boku niewinnej siostry. Przy każdej możliwej chwili w duchu modliła się do Gwiezdnych, by ci mieli w opiece srebrną — Węgiel nie obchodziło własne zdrowie, psychika, najważniejsze było bezpieczeństwo cętkowanej i gdyby musiała, to poświęciłaby się, oddając szponom Mrocznej Puszczy.
Przez chwilę pogrążona w myślach, nie dostrzegła momentu, kiedy zaczęła się niebezpiecznie zbliżać do granicy terytorium klanu i o mało, co nie postawiła łapy po stronie Klanu Klifu. Dopiero niespodziewane szarpnięcie do tyłu spowodowało, że ta zaprzestała bujania w obłokach i w pełni skupiła się na trasie oraz słowach. Liliowy nie skomentował jej zachowania, jednak jego wzrok wyrażał więcej niż tysiąc słów i młódka zdawała sobie sprawę, że następnym razem Sowi Zmierzch nie będzie tolerować więcej braku skupienia.
Dymna nie była pewna, ile tak wędrowali, lecz kiedy zawitali na nowo w obozie, jej pusty żołądek nieprzyjemnie zaciskał się w supeł z głodu. Zielonooki za to nie wyglądał, jakby miał zaraz paść z powodu braku śniadania — spokojnie podszedł do stosu, wybierając nieco większą piszczkę, by ta mogła w pełni uciszyć jego pusty żołądek. Szylkretka postąpiła podobnie, wybierając dla siebie średniej wielkości drozda, z którym skierowała się do zacienionego kąta pod ścianami okalającymi obóz. Zwęglona Łapa już brała się za wyrywanie pierwszych piór z ptaka, kiedy to zauważyła, jak ruda młoda wojowniczka zmierza w jej kierunku. Jej futro było przyozdobione płatkami czerwonego kwiecia, zapewne maku, nawiązującego do jej imienia — żółtookiej było dość łatwo spamiętać imiona niektórych kotów, które w jakiś sposób wyróżniały się pośród Wilczaków. Makowa Iluzja była w gronie nielicznych wojowników, którzy wplatali coś w swe futra.
Ruda, zauważając uczennice, przystanęła, nieco skołowana jej obecnością.
— Chyba zajęłam twoje miejsce, j-już mnie nie ma — wydukała młodsza, biorąc drozda w zęby, mając zamiar podnieść się z zacienionego fragmentu trawy i przenieść się gdzie indziej.

<Makowa Iluzjo?>
[1056 słów]

[21%]

Od Śpiewającej Łapy do Rybiej Łapy (Oświeconej)


Dzień byłby naprawdę piękny, gdyby nie niektóre osobniki. Jeśli miałaby jakoś określić i opisać wszystkie koty w klanie, to na pewno nieliczne byłyby jej ulubieńcami. Oczywiście na szczycie był Zawodzące Echo (bo sam lider niezbyt liderował), później medycy, kronikarze i przewodnicy, a wśród nich Cyklonowe Oko którego szczerze podziwiała, oraz jej mentorka oczywiście. Miała również całkiem dobrą relację z Równonocną Łapą... eh, gdyby tylko nie zadawała się z tym pokracznym dziwadłem z krzywym pyskiem, byłoby idealnie. No i byli jeszcze kuzyni, którzy... cóż, nie należeli do topki na liście i jeśli miała być szczera, w ogóle się na niej mogli nie znajdować, a jak się miało za chwilę okazać, jedna z córek Poczciwego Dziwaczka (w przeciwieństwie do swojej siostry), również miała zaraz wylecieć. Śpiewająca Łapa właśnie dreptała przez obóz, jak zwykle z uniesionym wysoko ogonem, wymieniając sobie w głowie wszystkie obowiązki i planując co zrobi potem, gdy to nagle coś na nią chamsko wpadło i jeszcze miało czelność pyskować. Stanęła, otrzepała się i już po chwili zlokalizowała przeszkodę. 
- Suń się z drogi! - ojej? Dolne powieki uniosły się ostrzegawczo, gdy syknięto w jej stronę. Tak, zdecydowanie powinna wylecieć z listy normalnych (zrozum przez to: uległych) kotów. Najpierw Śpiewkę staranowano, a potem jeszcze nawet nie przeproszono? Wtedy może by wybaczyła temu żywemu błędowi medycznemu, jednak w tym wypadku... 
- Ah? Przepraszam, chyba nie dosłyszałam, co tam miauczysz? Coś mówiłaś? Coś o przeprosinach? - nie ruszyła się z drogi, świergotając milutko, chociaż kto ją znał wiedział, że było w tym ostrzeżenie. Nie chciała też źle wypaść przed innymi kotami w klanie w tej sytuacji i postanowiła... dać niemądrej flądrze jedną szansę. Rybia Łapa miała jeszcze okazję przeprosić i się wycofać, by nie robić sceny w obozie...
- Nie będę rozmawiać z kimś o tak zamkniętym umyśle jak twój! - Rybkowa Łapa dumnie wypięła pierś, robiąc krok do przodu, co tylko zmniejszyło jej osobę w oczach Śpiewającej Łapy. Czy ona naprawdę była starsza? Zielone oczy zlustrowały niebieską z góry na dół, końcowo zatrzymując się ze znużonym wyrazem na jej pysku. Zamkniętym? Może miała zamknięty umysł, jednak przynajmniej go miała, w przeciwieństwie do niektórych. Czyżby Rybią Łapę upuszczono na głowę, gdy była jeszcze dzieckiem? 
- Ojej, chyba jednak się nie zrozumiałyśmy~ ,,Przepraszam, Śpiewająca Łapo, że cię staranowałam"~ Popatrz, to nie takie trudne, Rybia Łapo... Czyżby ten paskudny kikut pomieszał ci w głowie? Jesteś pewna, że nie powinnaś odwiedzić medyka? - spytała tym samym tonem, nieco zatroskanym... ale głośniejszym, korzystając z okazji, że koty gromadziły się w obozie, a nieopodal grzali się starsi wojownicy. Może nawet zabierze ją publicznie jakiś medyk? To by był wspaniały widok.
- Nie mam zamiaru chodzić do tego szarlatana. Nie będzie mi zatruwać umysłu swoimi ziółkami - warknęła Rybkowa Łapa - Mam wrażenie, że tylko ja w tym klanie mam zdrowy rozsądek. Ale jeśli chcesz, nadal wierz sobie w te głupie bajeczki. Wy wszyscy jesteście ślepi na prawdę! 
- Czyżby upały padły ci na-znaczy, ekhm, czyżby upały spowodowały u ciebie przegrzanie? - Śpiewka była widocznie zmieszana. Może wraz z utratą ogona kotka utraciła również piątą klepkę i zamiast jej poszukać, postanowiła wsadzić głowę w mrowisko? Miałoby to sens. Pierwotnie zakładała, że kotka jest po prostu prostackim przedstawicielem jakiegoś plebsu niewychowanego, jednak z czasem i rozmową zaczynała dochodzić do wniosku, że rzeczywiście było coś z nią nie tak. Uszkodzony produkt, wadliwy, stwarzający niebezpieczeństwo dla reszty społeczeństwa, którego trzeba było się natychmiastowo pozbyć. Te myśli frunęły z niebywałą prędkością przez głowę kotki, gdy tak patrzyła przez zwężone źrenice na starszą. - Jeśli nie chcesz iść do medyków, to może masz zamiar uleczyć się słońcem? Jestem jednak pewna, że akurat tego masz już nadmiar. Medycy naprawdę mogą ci pomóc... klan nie potrzebuje obłąkanych kotów, dlatego nalegam - przyjęła swój wyrozumiały ton. Nie potrzebowała teraz dramy w klanie, niech wyjdzie na tą rozważną, chociaż nawet nie musiała się starać, bo Rybia Łapa odwalała całą robotę w byciu szaloną. Co ta Zwiewny Mak z nią robiła? Czy nie widzi, że jej uczennica zaczyna wariować i należy ją naprostować?
- Nie jestem obłąkana - syknęła Rybka -A jeśli kiedykolwiek miałabym się leczyć, to tak, już wolałabym słońce. Przynajmniej ono utworzone było przez wyższe siły, a te suche zielska już nie! A poza tym, pewnie mają w sobie jakieś trucizny.
- Każda rzecz, jeśli w nadmiarze, może robić za truciznę, o czym ty mówisz? Rybia Łapo, naprawdę weź się w garść, to nie jest śmieszne, przecież nie jesteś rośliną! - powiedziała już bardziej stanowczym tonem. Ten kot chce się zabić. Znaczy, nie, żeby Śpiewka się tym przejmowała, nie znała dobrze Rybiej Łapy a skoro głupi chce się zabić to niech się głupiemu pozwala, przynajmniej będzie mniej błędnych członków w klanie, którzy mogą zaburzyć harmonię i funkcjonowanie. Takiego czegoś najlepiej się pozbyć, zanim złoży jaja. - Nalegam na odwiedzenie medyka, od słońca, szczególnie o tej porze, można jedynie dostać przegrzania.
- Nie zamierzam z tobą dłużej dyskutować! - Rybia Łapa znów przepchnęła się do przodu, celowo popychając Śpiewającą Łapę, która z trudem powstrzymała chęć wyrwania jej reszty kikuta z kupra. Zamiast tego odprowadziła ją wściekłym wzrokiem, wzięła głęboki oddech i z zatroskanym uśmiechem przydreptała do siedzącej nieopodal grupy, by przedyskutować to wydarzenie, planując już osobno w myślach, co podłożyć do legowiska Rybiej Łapy. Nie była też wcale zdziwiona, gdy starsza podczas mianowania uciekła z własnej ceremonii. Bardziej szokującym było, że w ogóle ją do niej dopuszczono. Nie tęskniła natomiast wcale a jedynie cieszyła się i z uśmiechem słuchała ogłoszeń, mając nadzieję, że jednak nigdy nie będzie musiała znowu oglądać tego obłąkanego pyska. 

<Rybia Łapa? Może kiedyś się jeszcze spotkają>
[894 słów]

[18%]

Nowi Członkowie Klanu Gwiazdy, Pustki oraz Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!




JAGODOWE MARZENIE
Przyczyna odejścia: Decyzja właściciela
Przyczyna odejścia: Zamordowanie przez Świerszczowy Skok; zagryzienie

Odeszła do Klanu Gwiazdy!



Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Zamordowanie przez Świerszczowy Skok; utopienie

Odeszła do Pustki!



TRZMIELI PYŁEK
Przyczyna odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna odejścia: Wykrwawienie się

Odszedł do Klanu Gwiazdy!

Powód odejścia: Decyzja administracji
Przyczyna śmierci: Egzekucja
Zasłużenie: Wielokrotne morderstwo

Odszedł do Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd!




Od Wdzięcznej Firletki

Jej wzrok spoczywał na pysku Zawilcowej Korony. Jego klatka piersiowa nadal unosiła się w rytm nierównych oddechów, a z rany na szyi ściekała krew.
Zdążyła jedynie przycisnąć kłębek pajęczyn do poszarpanej skóry, zanim po obozie rozszedł się krzyk. Głos Kminkowego Szumu odbił się od kamiennych ścian legowiska. Na Klan Gwiazdy, kto jeszcze postanowił się mordować?
— Ja- Um. Proszę, nie ruszaj się stąd.
Drżącymi łapami założyła opatrunek, pośpiesznie tamując krwawienie, zanim z szeroko otwartymi oczyma wysunęła głowę na zewnątrz.
Świerszczowy Skok stał na środku obozu. Przywołane rozgardiaszem koty odsuwały się od niego jak oparzone, pomijając przytrzymującego go w miejscu Rudą Lisówkę i oddychającego ciężko Kminka.
— Zdrajca! — powtórzył rudy. Wyglądał, jak gdyby powstrzymywał się przed doskoczeniem kocurowi do gardła. — To wszystko Twoja wina!
Pomiędzy wojownikami rozległy się szepty. Później szepty zamieniły się w oskarżenia i wskazywanie pazurami. Firletka wcisnęła łapy głębiej w wydeptaną trawę, oglądając się przez ramię na Zawilca. Po jej grzbiecie przeszedł dreszcz. Wszystko?

"On nigdy... Aż tak daleko się nie posunął."

Co jeszcze, oprócz znęcania się nad jej byłym uczniem, przegapiła?
Dopiero po chwili jej spojrzenie padło na dwie kupy szylkretowego futra, leżące u łap Trzmielego Pyłku i Wydmowej Łapy. Tuż przed nimi Oskrzydlony Ognik i Dryfujący Fluoryt nawoływali do Zawodzącego Echa, przepychając się przez koty stojące w obozie. Czym prędzej wybiegła z legowiska i zbliżyła się do przybyłego patrolu… Z miny Wydmy mogła wyczytać, że oglądanie wojowniczek będzie jedynie formalnością.
Zawodzące Echo wychylił się z okna Kamiennej Wieży.
— Co się stało?
Zapadła cisza.
— Znaleźliśmy je nad rzeką — oznajmiła Fluoryt drżącym głosem. — Niedaleko granicy z Klanem Nocy, ale… Brakowało tam ich zapachu. Przeplatkowy- Przeplatkowy Wianek z głową w wodzie — urwała, biorąc głęboki oddech — a Jagodowe Marzenie tuż obok.
Zastępca nie zeskoczył na dół, wpatrując się jedynie w koty z góry. Firletka podniosła wzrok; wręcz widziała przesuwające się w jego głowie myśli. Powoli skinął głową i spojrzał na wojowniczkę, a później na Ognika.
— Czy wyglądało to na winę trzeciego kota?
— Tak — odpowiedział rudy kocur bez wahania.
Echo przymknął oczy i odwrócił pysk od zwłok, do których dopadły teraz pojedyncze koty, opłakując bliskich. Jak gdyby odsuwając tę sprawę na bok, machnął łapą, po czym spojrzał na stojący nadal po środku obozu Świerszczowy Skok.
— Świerszczowy Skoku — rozpoczął, zwracając się do kocura, pilnowanego teraz nie tylko przez Lisówkę, ale i Sójczy Błękit. — Nie spodziewałem się po tobie takiego zachowania, ale nie oznacza to, że nie dotkną cię jego konsekwencje.
Przymknął na moment oczy i wziął głęboki oddech, jak gdyby przygotowywał się do czegoś.
— Czy… Czy wiesz cokolwiek o śmierci Przeplatkowego Wianka i Jagodowego Marzenia? — cały czas wpatrywał się w pysk szarego kocura, jak gdyby próbował wyczytać z niego całą prawdę. Firletka nie mogła się nie zgodzić; trudno było nie próbować łączyć faktów w spójną całość. — Czy byłeś w nią zamieszany?
Wzrok Świerszczowego Skoku przeniósł się na okno wieży, jednak szybko przeskoczył na zgromadzone koty.
— Jak śmiecie zabierać moją zasłużoną nagrodę?! — syknął kocur, zwracając swój wzrok na Rudą Lisówkę, który stał na jego drodze do legowiska medyka. Zamiast do zastępcy, bądź nawet do klanu, swoje następne słowa zdawał kierować się do kryjącego się w środku uzdrowiciela. — Wszystko było idealne, póki on postanowił to wszystko zniszczyć. Moglibyśmy… Nie! Byliśmy szczęśliwi, więc skąd nagle ta zmiana?
Wszystkie szumy w tłumie całkowicie ucichły.
— Czyżby ona zdążyła Ci coś wpoić do twej głowy? Nie stanie ona nam na drodze ponownie już nigdy, więc możemy o niej zapomnieć, Zawilcu. Możemy zapomnieć o wszystkich i być wreszcie szczęśliwi razem. Nie możesz całe życie się chować, Zawilcowa Korono!
Świerszcz wykonał krok w stronę wieży; w tym samym momencie z pyska Lisówki uciekł głośny, ostrzegawczy syk.
— Pozbyłem się problemu. Czyż tego nie chciałeś?! Czyż nie chciałeś być wolny?! Dałem Ci taką możliwość, a ty ją odrzucasz. Czyżby… — Zamilkł na chwilę, jednak po chwili z jego pyska wydostał się cichy śmiech. — Więc tak to jest. Niech Klan Gwiazdy będzie mi świadkiem, gdziekolwiek nie pójdziesz, gdziekolwiek nie schowasz się Zawilcu, to ja Cię znajdę. Żywy czy martwy, kiedyś zaciągnę również Ciebie do Mrocznej Puszczy, gdzie nikt nie będzie w stanie zabrać Cię ode mnie.
Jej gardło zacisnęło się. Przez ile czasu za Zawilcem podążał tak chory kot? Ile razy Zawilec musiał słuchać jego gróźb, czuć niechciane łapy na jego ciele? Od ilu księżycy Świerszcz nie dawał mu spokoju?
Kminkowy Szum wyrywał się do przodu, zatrzymywany jedynie przez szczęki innego kota zaciśnięte na jego ogonie. Echo, ignorując rudego wojownika, spoglądał w dół w wyraźnym szoku.
— Ja... Świerszczowy Skoku- — zaczął, jednak zdawał się nie być w stanie znaleźć odpowiednich słów. Wziął głęboki oddech i zamiast tego skierował się do ogółu Burzaków. — W naszych szeregach znalazł się kolejny kot, który zagraża bezpieczeństwu nam i naszych bliskich. Wszelkie dowody pozostawione na miejscu zbrodni, jak i to hojne wyznanie, na to wskazują.
Przez jego pysk przebiegł bolejący grymas.
— Jestem kolejny raz zmuszony podjąć niełatwą decyzję. Świerszczowy Skoku, na czas bliżej nieokreślony zostajesz zdegradowany do rangi więźnia. Sójczy Błękit oraz Burzowe Chmury zabiorą cię do jednego z wolnych dołów, w którym oczekiwać będziesz na dalszy osąd — tu przerwał, unosząc spojrzenie na niebo. Z bliska dało się dojrzeć, jak jego łapy drżą delikatnie. — Lecz jestem pewien, że ani pozostawienie cię w naszych łaskach, ani wygnanie, abyś posmakował trudności życia na własną łapę, nie będą tutaj odpowiednim wyborem.
Nie trudno było się domyślić, do czego to aluzja. Czy Klan Burzy będzie świadkiem kolejnej egzekucji? Czy na łapach i zębach przypadkowych wojowników ponownie pojawi się krew zdrajcy?

***

Starała się zająć czymś drżące łapy, aby nie dać się pochłonąć całej tej sytuacji. Aby nie zacząć się zastanawiać, od kiedy Zawilec był tak traktowany.
Podała zioła Lotosowemu Pąkowi, co jakiś czas spoglądając na swojego byłego ucznia. Jego boki unosiły się w miarowym oddechu, a pysk wciśnięty był w puch posłania; ten dzień musiały go wyczerpać, zarówno emocjonalnie, jak i fizycznie. Musiała się powstrzymywać przed sprawdzaniem opatrunku na jego szyi co parę uderzeń serca. Zamiast tego skierowała się z powrotem w stronę składziku.
— Wdzięczna Firletko?
Podniosła głowę na głos Zawodzącego Echa. Nie siląc się na słowa, zamruczała jedynie pod nosem.
— Przyszedłem zobaczyć, co z Zawilcową Koroną.
Jej barki zesztywniały nieznacznie. Schowała resztę medykamentów i odwróciła się w stronę zastępcy.
— Zamierzasz postąpić tak samo, jak kiedyś z Wielenim Szlakiem — miauknęła, wymijając pytanie.
Echo wykrzywił pysk w grymasie. Wbił wzrok w sylwetkę śpiącego asystenta, jak gdyby chciał wyczytać z niej to, czego ona nie chciała mu powiedzieć. Po paru uderzeniach serca westchnął.
— Czy mam jakiś inny wybór?
Końcówka jej ogona zadrżała.
— Czy twoi wojownicy nie mają już wystarczająco dużo krwi na łapach?
— Będą ją mieli niezależnie od tego, jaką decyzję podejmę.
Zamilknął na moment.
— Wiesz, co się stało, gdy tylko zyskali szansę na osądzanie winnych samemu. Co się stało ze Skowronkowym Odłamkiem.

Bezwładnie leżące po środku obozu ciało jej brata. Krew barwiąca pożółkłą trawę, ściekająca z jego brzucha, łap, gardła…

Zacisnęła ślipia. Oczywiście, że wiedziała, co się stało ze Skowronkiem. Oczywiście, że wiedziała, że nie wiele potrzeba, aby sytuacja się powtórzyła.
— Słuszna uwaga — wymamrotała po chwili.
Nie chcąc patrzeć na współczującą minę, która znalazła się na pysku Echa, odwróciła się do niego tyłem. Jej łapy prędko znalazły rozsypane po posadzce nasiona maku; zajęła się zbieraniem ich ziarenko po ziarenku na jeden z liści, jednak jej uszy nadal zwrócone były w kierunku kocura.
— Jutro wieczorem wyślę z nim Burzowe Chmury, Kminkowy Szum i Trzmieli Pyłek — miauknął. — Bądźcie proszę gotowi, gdyby coś poszło… Nie tak, jak powinno.

***

Ostanie słowa Trzmielego Pyłku rozbrzmiewały w jej uszach, podczas gdy jego ciało stygło pod jej łapami.
Potrząsnęła łbem i zamrugała, odganiając łzy. Odsunęła się o krok, pozostawiając wojownika na posłaniu i wymijając sterczący obok Kminkowy Szept. Racja. Odłożyła na bok pajęczyny, których nie zdążyła wykorzystać, i przybrała neutralny wyraz pyska.
— Wełnista Mszyco- Proszę, zajmij się tym — mruknęła cicho, obrzucając spojrzeniem wnętrze legowiska i wskazując łapą na bliżej nieokreślony kierunek. — Weź do pomocy któregoś z wojowników, aby wynieśli ciało na czuwanie… Później przygotuję go do pochówku.
Z tymi słowy wysunęła się z legowiska. Zaczęła rozglądać się za Zawodzącym Echem oraz Burzowymi Chmurami – nie wyczuła obecności zastępcy w Kamiennej Wieży. Zbliżyła się do wyjścia z obozu, spoglądając na stojącą na warcie wojowniczkę.
— Zawodzące Echo? — zwróciła się do Skrzydlatej Płomykówki.
— Po południu udał się do Wędrującego Nieba — oznajmiła kotka, skinąwszy nieznacznie głową na powitanie. — Pewnie nadal przebywa w Grocie Pamięci.
— Dziękuję.

***

W drodze do groty natknęła się na Burzowe Chmury. Po upewnieniu się, że wojownik nie odniósł żadnych poważnych ran puściła go dalej, a sama wsunęła się do dobrze już znanego jej tunelu. Jej uwadze nie umknęły przyciszone głosy dobiegające z jaskini.
W Grocie Pamięci mrok zdawał się być jedynie odrobinę mniej gęsty. Ostatnie promienie słońca wpadały do środka przez otwór w sklepieniu i odbijały się od tafli wody Oka. Pierwszy zauważył ją Wędrujące Niebo; mimo tego, że patrzyło na nią ślepe oko, to jego uszy zwróciły się w jej kierunku na pierwszy odgłos kroków. Po jej grzbiecie przeszedł dreszcz.
Zawodzące Echo odwrócił się dopiero po paru uderzeniach serca.
— Trzmieli Pyłek odszedł polować z przodkami — miauknęła wprost, stając w pewnej odległości od kocurów. — Jego obrażenia były zbyt rozległe.
Zastępca zdawał się skulić w sobie. Z jego pyska wyrwało się ni to westchnienie, ni to jęk – podczas gdy Wędrujące Niebo zmierzył go surowym spojrzeniem.
— Domyślam się, że nie taki był Twój plan — kontynuowała. — Obiecywałeś życie jednego kota, a straciliśmy dwa.
— Co innego miałem zrobić? Dać mu chodzić wolno? Kazać klanowi karmić go, aż starość sama nie zaciśnie łap na jego gardle?
Ogon Echa zaczął przesuwać się po kamiennym podłożu.
— Burzowe Chmury miał sobie z tym poradzić. Ma już wprawę — ciągnął dalej, krzywiąc się na własne słowa. — Ale Świerszczowy Skok stawiał opory. Kminkowy Szum dał się ponieść… Ja-Mogłem się tego spodziewać. Nie chciał puścić jego ciała.
Zamrugała, obserwując, jak ciało zastępcy drży nieznacznie. Przez jej umysł przebiegła myśl, aby po powrocie podsunąć mu do legowiska jedno czy dwa ziarenka maku. Otworzyła pysk, czując, jak jej język zamienia się w ciężki, bezużyteczny mięsień.
— Klan Burzy pełen jest kotów tylko czekających na okazję, aby zacisnąć szczęki na gardle przyjaciela.
Przeniosła wzrok na falującą taflę Oka.
— Lub wroga — dodała po chwili. — Każdy księżyc jedynie to udowadnia.
Wędrujące Niebo z westchnieniem podniósł się na łapy, powoli kierując się w stronę wgłębienia, które kronikarze nazywali swoim legowiskiem. Tego wieczora było ono puste.
— Następnym razem, gdy zdecydujesz się przerwać kocie życie — miauknął zachrypniętym głosem, zwracając się do Echa — upewnij się, że to ty będziesz dźwigać tego konsekwencje.

wyleczony: Lotosowy Pąk