W oddali ujrzał malutkie drzewa. Z jego perspektywy wyglądały niczym mrówki. Obejrzał się przez ramię i prędko zauważył, że nie ma nigdzie jego mentora. Serce burasa się zapadło, gdy gorączkowo zaczął węszyć i nasłuchiwać za kocurem. Nigdzie nie mógł go znaleźć! Czy powinien wrócić się do obozu? Może źle zrobił, że w ogóle się rozkojarzył? Powinien był trzymać się tego, co działo się wokół niego i tylko niego, a nie wszystkiego wokół… ach!
Nagle dojrzał blisko siebie rudo-białego kocura o niebieskich, wpadających w zieleń oczach. Nieznajomy miał długą, ostro zakończoną grzywkę, która przysłaniała mu oko. Nie było mu tak niewygodnie? Widział wyraźnie? Przypalona Łapa zjeżył się, czując od niego obcy zapach. To musiał być Burzak! Spokojnie… spokojnie, Kasztanku… przecież nie przekroczył granicy, więc nie powinien być problematyczny, prawda…? Dopóki nie zamierzał go skrzywdzić, dopóki nie kradł im zwierzyny, dopóki trzymał się własnej strony terenów, to powinno być wszystko w porządku. Czasem zdarzało się, że patrole dwóch sąsiednich klanów na siebie wpadały, takie interakcje nierzadko kończyły się dość neutralnie i bez większych kłopotów. Po prostu się mijali bez większych zastrzeżeń.
Brązowooki nie miał pojęcia, kim był ten cały “Bąbel” jednak nie wiedział nawet, co mogło to oznaczać. Czy to było jakieś przezwisko na koty jego pokroju? Już wolałby chyba szczur, te by przynajmniej zrozumiał i jasno wymalowałby obraz w głowie tego, jak postrzegał go nieznajomy i o dziwo… młodszy od niego uczeń. Oczy burasa zogromniały, gdy przyglądał się dalszym poczynaniom nieznajomego. Wsłuchiwał się w każde jego słowo.
Pierzasta Łapa… Przypalona Łapa się nie mylił, więc był z Klanu Burzy. Woń królików oraz wrzosowisk unosiła się ze szczupłego ciała sąsiada, jego futro było zadbane i śliskie, a łapy długie. Był wręcz stworzony do klanu, z którego pochodził.
Przypalona Łapa zamyślił się na chwilę. Oczywiście, że znał Szkwalną Łapę. Był to jego kolega… a może przyjaciel? Pokiwał głową.
— Tak… czy coś się z nim stało? Znasz go? — zapytał z lekkim niepokojem Pierzastą Łapę, co było dość lekkomyślne, przecież to buras przebywał z nim w jednym obozie, a nie biało-rudy. Może poznali się na zgromadzeniu? Wtedy, kiedy łaciaty popadł w panikę i nic więcej nie liczyło się dla niego, oprócz kojącego zapachu Urodziwej Łapy?
— To mój ziomek! Jeśli jest gdzieś blisko, to zawołaj go może, co? Chciałbym z nim porozmawiać — point próbował go zachęcić.
— Nie… nie ma go, jestem tylko ja i mój mentor. Mogę mu przekazać, jeśli chcesz mu coś powiedzieć — silił się na spokojny ton. Pierzasta Łapa machnął parokrotnie łapą, jakby chciał w ten sposób przekazać; “ach, to nieważne!”.
— Czyli jednak chcesz rozmawiać. Wspaniale! Polowałeś już na króliki? Nie, pewnie u was w Klanie Nocy jecie tylko ryby… — parokrotnie przesunął łapą po swojej gęstej, długiej grzywce, jakby próbował ją wystylizować. Przypalona Łapa siedział tak jak wryty, patrząc na nieznajomego. — No, powiedz coś, przecież nie będę tylko ja gadał! Skoro jesteśmy sąsiadami, to powinniśmy się poznać, nie sądzisz? — rudy poruszył ogonem, posyłając szeroki uśmiech buremu.
Przypalona Łapa odrobinę się zmieszał, spuszczając wzrok na parę uderzeń serca. Łapą przesunął po gruncie pod sobą, zataczając nim kółeczka w ziemi.
— Aach, ja nie jestem wcale ciekawym kotem. Ostatnio nauczyłem się łowić ryby i jako tako pływać, ale nie jestem w tym jakiś idealny… — powiedział niezbyt wylewnie, czując się dziwnie odsłonięty. Gdyby był łysy, byłby prawdopodobnie cały czerwony z powodu nerwów oraz stresu, jaki go w obecnej chwili zżerał.
— Jestem pewien, że Klan Burzy poluje na króliki lepiej, niż wy wszyscy na te swoje ryby — zaśmiał się, nagle zmieniając ton rozmowy, w jakim zmierzała do tej pory. Nocniak spojrzał na kocura ze skonfundowaniem. To było dość odważne i szczerze… nietypowe stwierdzenie, bo niby dlaczego miał tak mówić, po co? I skąd miał tę dziwną pewność, skoro raczej nigdy nie widział, jak polowali, najprawdopodobniej?
— Tak myślisz o też Szkwalnej Łapie…? — wymsknęło się buremu z pyszczka. Skrzywił się, czując frustrację tym, że nie potrafił trzymać języka za zębami. To była jedna z tych sytuacji, kiedy powinien, a jednak… nie potrafił zrozumieć, dlaczego rudy nagle stał się taki może… niezbyt przyjemny? Przed oczami dymnego pojawiły się mroczki, zrobiło mu się nagle słabo. Bał się, że rozmówca zaraz na niego skoczy i go rozszarpie.
— Szkwalna Łapa to wyjątek, oczywiście! W końcu to mój ziomek, ja się nie zadaję z frajerami — powiedział dumnie Pierzasta Łapa, unosząc pysk ku górze i kładąc łapę na wypiętej, puchatej piersi. Po chwili się wyprostował ponownie, przybliżając do Przypalonej Łapy, kładąc mu łapę na ramieniu i parokrotnie stukając go lekko po barku i chichocząc, jakby nie powiedział tego śmiertelnie poważnie. Łaciaty zachichotał z nim nerwowo, chociaż czuł, że jego niepokój się zwiększał z każdym kolejnym słowem Burzaka. Po chwili zielonooki otarł łapę o futro starszego, jakby bał się, że się czymś zarazi, jakby była brudna i potrzebował ją otrzepać z nadmiaru brudu. Futro Przypalonej Łapy w tamtym miejscu uniosło się odrobinę. Czuł wszystko. Był obrzydliwy? Brzydził się go?
— No… dobrze, prawda, prawda… — przyznał mu w końcu rację, choć niechętnie. Tak było po prostu łatwiej i może uniknąłby ewentualnych nieprzyjemności.
<Pierzasta Łapo, może ty lepiej mów>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz