BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Nocy!
(dwa wolne miejsca!)

Miot w Owocowym Lesie!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 27 września, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naparstnicowa Łapa x Dziki Berberys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naparstnicowa Łapa x Dziki Berberys. Pokaż wszystkie posty

10 lipca 2026

Od Dzikiego Berberysu CD. Serdecznej Naparstnicy

Przeszłość

Właśnie oddzielił się od patrolu łowieckiego, szukając samemu jakichś tropów zajęczaków lub innej zwierzyny. Bardzo lubił polować w samotności, no może wyjątkami były koty, które podzielały jego światopoglądy. Polowanie z Tańcującym Pierzem, Modliszkową Ciszą bądź samym Oskrzydlonym Ognikiem było tylko i wyłącznie przyjemnością. Szkoda tylko, że Krokusowa Kruchość nie była aż tak chętna na wspólne polowania, kotka raczej krzątała się po obozie i pomagała w nim, czyli w sumie robiła to, co każda dobra kocica powinna robić. Przecież dbanie o ognisko domowe było również czymś ważnym, co przynoszenie zwierzyny.
— Hej, Berberysie! — usłyszał radosne mruknięcie.
Kocur odwrócił się i przy granicy zauważył znajomego mu Klifiaka. Nie mógłby pomylić nikogo innego z Serdeczną Naparstnicą. Nikt inny przecież nie był takim niziołkiem. No może oprócz matki owego kocura.
Podszedł do niego i krótko mruknął na przywitanie, jednak młodszy od razu przeszedł do naglącej go sprawy.
— Wydaje mi się, że przebywa u was niejaki Królicza Prawda. Chciałem się dowiedzieć, czy może z nim rozmawiałeś. Może wiesz też, czy przechadza się przy granicach, czy raczej trzyma się bliżej obozu? Chciałbym z nim porozmawiać, ale nie wiem, jak go złapać — zakończył, poruszając niespokojnie ogonem.
— Jedynym królikiem, jakiego znam to parszywy Królicza Gwiazda… — prychnął z odrazą, smagając w powietrzu swoim ogonem.
Serdeczna Naparstnica zmieszany niechęcią Burzaka do własnego lidera, jedynie poruszył zakłopotany wąsami i uciekł wzrokiem, patrząc na połacie łąk Klanu Burzy.
— Nie widziałeś u siebie w klanie kremowego kocura bez ogona? Który akurat dołączył do was w ostatnim czasie? — starał się go nakierować młodszy.
Kot, którego opisywał Naparstnica, przypominał do złudzenia nowego kocura. Dziki Berberys szybko połączył kropki i zmarszczył lekko pysk. Nie mógł ukryć, że nie podobał się mu ów Gasnąca Łapa, definitywnie tutaj nie pasował i widać było u niego Klifiackie maniery, które czasami się ujawniały na patrolach i w chwilach, gdy wszyscy dzielili się językami. Powoli zaczął kiwać głową, udając jeszcze zamyślonego, a oczy protektora zaiskrzyły wszystkimi gwiazdami na niebie.
— Czyli jest u was! — prawie wykrzyczał, ale zawczasu Dziki Berberys zakrył tamtemu pysk.
— Owszem i ma teraz nowe imię. Nazwano go Gasnąca Łapa i uczy się pod uważnym okiem Śniącego Obserwatora. Raczej nie krząta się po całym terytorium Klanu Burzy, uczy go sam przewodnik. Jak już to pewnie gryzą ziemię razem w tych tunelach.
Serdeczna Naparstnica położył zawiedziony uszy po sobie. Pewnie musiało być to coś ważnego, skoro aż postanowił się jego spytać o Gasnącą Łapę. Cóż… Szansa, że oboje się spotkają na granicy, była niewielka, jednak nigdy niezerowa. Szczerze miał nadzieję, że jakoś się spotkają albo Lśniąca Gwiazda na czele z resztą Klanu Klifu przyjdą odebrać swoją zgubę.
— Czy będziesz w stanie mu przekazać, że chcę z nim porozmawiać?
— Owszem, jeśli jest taka szansa, że zabierzecie go z powrotem. Nie potrzebujemy takich jak on w Klanie Burzy — prychnął, chcąc już odejść. — Gdyby tylko Królicza Gwiazda wraz z Zawodzącym Echem nie mieli mrówek w mózgu, to może jakoś by lepiej zarządzali Klanem Burzy… — powiedział już pod nosem, nie licząc na to, żeby Naparstnica go usłyszał.
Machnął na pożegnanie ogonem, nie chcąc być już wypytywany o nic związane z władzą, szczególnie od kota, który nie wiedział, jak to jest być Burzakiem.

***

Osąd nad rebeliantami

Dziki Berberys siedział wraz z oskarżonymi i wpatrywał się chłodnym wzrokiem w kierunku następnego kota, który zdecydował się na zgładzenie jego, Tańcujące Pierze, Nieustraszonego Chomika oraz Gradobijącego Ciernia. Tym kotem nie był nikt inny, a były Klifiak, o którego tak strasznie wypytywał go Serdeczna Naparstnica — Gasnąca Łapa. Kremowy kocur trząsł się cały z emocji i przestraszonym wzrokiem patrzył się po zgromadzonych.
Na samą myśl, że kot, którego nie powinno tutaj być na pierwszym miejscu, właśnie miał prawo zagłosować w ich sprawie, strasznie go podburzyło. Czemu niby miał prawo głosu? Czy właśnie on miał zostać stracony, tylko dlatego, że jakaś łajza z innego klanu sama uciekła do nich? Może to właśnie Klan Klifu starał się złapać Gasnącą Łapę, żeby go wysłać w zaświaty? Cóż za hipokryta. Najlepiej by było, gdyby kremowy wracał wojować z własnymi problemami, a nie zadomawiać się w Klanie Burzy.
Z zamyśleń wyrwał Tańcujące Pierze, który ziewnął przeciągle i się rozciągnął. Wyglądał, jakby zaczął liczyć głosy kotów, które były za ich egzekucją, gdyż nadmiernie wpatrywał się Burzaków po stronie Zawodzącego Echa, która odpowiadała za karę śmierci. Znudzony wstał i zabrał głos, a wszystkie oczy zwróciły się na niego.
— Wdzięczna Firletko i Zawodzący Echu — zaczął uprzejmie. — Zauważyłem, że Kameliowa Łapa, Tojadowa Łapa, Gasnąca Łapa mają prawo wyrażania się o sytuacji naszego klanu, choć wciąż nie zostali wojownikami naszego Klanu Burzy. Poza tym mało księżyców spędzili tutaj, aby jakkolwiek się wyrazić o obecnej sytuacji i są z dwóch innych klanów — omiótł spojrzeniem wymienionych. — Według mnie ich głosy nie powinny być brane pod uwagę. Czy ktoś się ze mną zgadza?
Miał już podnieść łapę, by zgodzić się z rudym, jednak Opadający Rumianek siedzący w tłumie kotów zastrzygł uchem, mrużąc oczy.
— Według mnie twój głos nie powinien być brany pod uwagę. W przeciwieństwie do ciebie oni jeszcze nie zdradzili Klanu Burzy — burknął cicho w kierunku Tańcującego Pierza.
— Ich zdanie powinno również się liczyć, jeśli jest szansa na to, że będą mieli spędzać dni z mordercami pod jednym sklepieniem — Wdzięczna Firletka zmrużyła ślepia.
Natomiast Gasnąca Łapa wywołany do tablicy od razu uniósł uszy, wracając do rzeczywistości. Przez chwilę wpatrywał się w szmaragdowookiego.
— A po co nam w tej sprawie znać sytuację klanu? Każdy kot wie, że za zabójstwo niewinnych kotów należy się kara i nie podlega to dyskusji.
— ...W takim razie pozostawię to w łapach naszego przyszłego przywódcy, Zawodzącego Echa — Tańcujące Pierze jedynie wzruszył ramionami, młodzieniec umiał bardzo dobrze grać niewzruszonego.
Dziki Berberys bawił się przez ten czas pazurami. Wtapiał je w ziemię i obserwował, jak powstają w niej zagłębienia. Z taką samą chęcią rozerwałby teraz skórę na gardle Gasnącej Łapy. Szczerze liczy na to, że nawet jeśli zostanie stracony, to przyjdzie po kremowego kocura Lśniąca Gwiazda i własnymi pazurami wymierzy mu sprawiedliwość.

< Serdeczna Naparstnico? Do zobaczenia kiedyś na jednej z granic twojego klanu >
🍂

22 czerwca 2026

Od Serdecznej Naparstnicy CD. Dzikiego Berberysu

— Dość dużo dołącza do nas nowych kotów. Nie wiedziałem, że u nas jest tak wspaniale… Do was czasem nie doszło kilka Nocniaków albo innych samotników?
Powiedział to takim tonem, że protektor mógł odczuć, jak bardzo Dziki Berberys nie chciał kolejnych nowych gości w Klanie Burzy.
— Co sądzisz o samotnikach oraz uciekinierach z klanu, Naparstnicowa Łapo? — zapytał, nie będąc świadom, że kocur został przez ten czas mianowany na protektora.
Serdeczna Naparstnica uśmiechnął się nerwowo do łaciatego kocura. Coś mu świtało, że jeden z klifiackich wojowników ostatnio uciekł z klanu. Czyżby trafił akurat do Klanu Burzy? Choć Dziki Berberys wspomniał coś o Nocniakach i samotnikach. W takim razie może myślał, że Królicza Prawda, bo tak chyba nazywał się uciekinier, był bezklanowcem?
— Ja? — mruknął po chwili zakłopotany. Nie uważał, by uciekanie z miejsca, do którego nie chciało się należeć, było czymś złym. To znaczy, on sam nie wyobrażał sobie uciec, ale inni? Inni mogli mieć ku temu powód, nie to co on. — Cóż, samotnicy mi nie przeszkadzają, póki nie są agresywni i nie kradną nam zwierzyny — stwierdził, odwracając wzrok od rudego.
— A co z uciekinierami? — naciskał Dziki Berberys.
— Z uciekinierami? No, nie wiem. W każdym razie możesz mieć pewność, że ja nie zamierzam dołączać do Klanu Burzy — zaśmiał się nerwowo, choć teraz sam nie wiedział, czy powinien był to tak ująć. — Choć nie mówię, że jest u was źle! Na pewno macie wszystkiego pod dostatkiem — dodał jeszcze, na co Dziki Berberys zmrużył ślepia.
Przez moment trwali tak w ciszy, dopóki biało-niebieski nie kontynuował:
— Wiesz, czego ja nie lubię najbardziej? Kotów, które zawierają międzyklanowe związki — mruknął, myśląc o swojej matce. Na jej wspomnienie na jego języku pojawił się gorzki posmak. — I które potem jeszcze mają czelność zakładać rodzinę! Po co robić to tym biednym kociętom? Po co skazywać je na życie z jednym rodzicem pod spojrzeniami podejrzliwych pobratymców? — zirytował się.
Dziki Berberys przybrał zmieszany wyraz pyska, lecz niczego nie powiedział.
— Przez takie głupie koty kolejne pokolenia muszą potem cierpieć! Muszą żyć ze świadomością, że zostały skazane na straty tylko przez to, jakiej kotce się urodziły. No powiedz mi, czy to brzmi sprawiedliwie? — kontynuował, aż futro na jego karku się zjeżyło. — No, brzmi czy nie? — fuknął, odwracając wzrok od Burzaka.
— Dobra, dosyć już tego — mruknął w końcu łaciaty, kręcąc głową. — Muszę już wracać do obozu — dodał, po czym zrobił krok w tył.
Naparstnica wciąż ze złości wymachiwał ogonem na boki. Gdy Dziki Berberys odchodził, krzyknął jeszcze za nim:
— Tak w ogóle to się mianowałem! Teraz mam na imię Serdeczna Naparstnica!

* * *

Teraźniejszość

Sprawa śmierci Tawułowej Bryzy spędzała mu sen z powiek. Lśniąca Gwiazda upierał się, że białofutry okazał się zdrajcą, a zamordowanie go było konieczne, lecz protektorowi nie chciało się w to wierzyć. Śmierć nigdy nie powinna być rozwiązaniem. Nawet Gąsienicowy Ogryzek, który podobno zamordował Pikującą Jaskółkę, nie otrzymał tak srogiej kary.
No właśnie, Gąsienicowy Ogryzek. Kolejny powód, dla którego Naparstnica uważał, że Lśniąca Gwiazda nie jest taki święty, za jakiego się podaje. Jego wujek w życiu nie skrzywdziłby nawet muchy, a co dopiero przeprowadził zamach na przywódczynię! To kompletnie się nie kleiło. Poza tym, skoro rudy lider miał być taki świetny, to dlaczego Królicza Prawda postanowił uciec z klanu? I dlaczego Lśniąca Gwiazda skłamał na jego temat podczas zgromadzenia? Kremowy wojownik nigdy nie był niebezpieczny. Nigdy nie urządzał w obozie awantur i nigdy nikogo nie zamordował, próbując później wmówić innym, że tak musiało się stać.
Wszystkie te wątpliwości sprawiały, że w Serdecznej Naparstnicy narastała frustracja. Chciał coś zrobić ze swoimi podejrzeniami. Chciał działać — lecz kim on był, by cokolwiek zmienić? Był tylko krótkonogim, słabym protektorem, który ponadto nie miał zbyt dużej charyzmy i nie nadawał się na mówcę. Lśniąca Gwiazda zmiażdżyłby go jak robaka, gdyby tylko zaczął za bardzo mu podskakiwać.
Ta myśl sfrustrowała go tak bardzo, że kocur aż wcisnął głowę w łapy, a z jego oczu popłynęły ciepłe łzy. Czuł się taki... bezsilny. Zupełnie jak wtedy, gdy jego siostra, Świetlista Walka, upadła i zaczęła się trząść, a on nie wiedział, jak jej pomóc. Miał tylko nadzieję, że Klan Klifu szybko wróci do normalności i obejdzie się bez kolejnych śmiertelnych ofiar.
W końcu od tego cichego płaczu i narastającej irytacji rozbolała go głowa. Na tyle mocno, że nie dało się tego zignorować ani uznać, że za chwilę samo przejdzie. Postanowił więc otrzeć wilgotne futro na pysku i wstać, kierując się do legowiska medyków.
Zastanawiał się przy okazji, czy Jagnięcy Ukłon i Aldrowandowa Łapa wiedzą, kim naprawdę jest Lśniąca Gwiazda, czy może nadal widzą w nim sprawiedliwego lidera. Czy Klan Gwiazdy kontaktował się z nimi w tej sprawie, czy może był bardziej zajęty zsyłaniem klątw na niewinne kocięta?
Serdeczna Naparstnica wsunął głowę do lecznicy i rozejrzał się po wnętrzu skąpanym w półmroku. W końcu dostrzegł parę kobaltowych oczu należących do starszej medyczki.
— Cześć, Jagnięcy Ukłonie. Prosiłbym o coś na ból głowy — mruknął.
Ruda skinęła głową i zaraz podeszła do składzika, wyciągając z niego odpowiednie zioło.
Po chwili rzuciła je pod łapy Naparstnicy, a ten bez wahania je zjadł. Podziękował jej skinieniem głowy, po czym ich spojrzenia spotkały się na kilka uderzeń serca. W końcu medyczka odwróciła się od niego i wróciła na swoje posłanie.
Czy wiedziała, dlaczego wyglądał teraz tak smutno? Nie, na pewno nie. Nie wyglądała na kotkę, która chciałaby wszczynać rewolucję.
Protektor westchnął ciężko i wrócił na swoje posłanie. Czy tylko on uważał, że Lśniąca Gwiazda nie mówi klanowi całej prawdy, czy inni również podzielali jego podejrzenia? Nie dowie się, dopóki nie zacznie pytać pozostałych.
Jednocześnie bał się, że jeśli trafi na niewłaściwego kota i zostanie wydany, może skończyć jak Tawułowa Bryza albo Królicza Prawda. Martwy. Lub oczerniony w oczach kotów ze wszystkich pięciu przynależności.

* * *

Wiedział, że z Tawułową Bryzą już raczej sobie nie porozmawia, chyba że zakradnie się do świętego miejsca, gdzie kontakt z Klanem Gwiazdy jest najsilniejszy. Uważał to jednak za zbyt ryzykowne. Poza tym nie wiedział, jak to wszystko działa i czy w ogóle udałoby mu się nawiązać kontakt z którymkolwiek z przodków. Pozostawał jednak drugi kot, który z pewnością miał jakieś obiekcje wobec rządów Lśniącej Gwiazdy — Królicza Prawda.
Naparstnica domyślał się, że kremowy może przebywać w Klanie Burzy, ponieważ to właśnie Zawodzące Echo podczas zgromadzenia, na którym rudofutry wspomniał o uciekinierze, wyglądał na najbardziej zaskoczonego. Nie wiedział jednak, jak trudne okaże się odnalezienie dawnego wojownika Klanu Klifu i czy w ogóle będzie to możliwe. Nie było wiadomo, czy Królicza Prawda nadal przechadzał się w pobliżu granic, czy może wolał trzymać się od nich z daleka, by uniknąć kłopotów. Mogło też być tak, że dymny zastępca uwierzył słowom Lśniącej Gwiazdy i Królik był teraz więźniem.
No cóż, nie dowie się, dopóki nie zagada do jakiegoś Burzaka.
Tak się złożyło, że jeden z nich — i to całkiem dobrze znany Naparstnicy — zmierzał właśnie w jego stronę. Był to nie kto inny jak Dziki Berberys.
— Hej, Berberysie! — mruknął z niepodobną sobie radością. — Wydaje mi się, że przebywa u was niejaki Królicza Prawda. Chciałem się dowiedzieć, czy może z nim rozmawiałeś. Może wiesz też, czy przechadza się przy granicach, czy raczej trzyma się bliżej obozu? Chciałbym z nim porozmawiać, ale nie wiem, jak go złapać — zakończył, poruszając niespokojnie ogonem.

<Dziki Berberysie?>

Wyleczeni: Serdeczna Naparstnica

24 maja 2026

Od Dzikiego Berberysu CD. Naparstnicowej Łapy (Serdecznej Naparstnicy)

Dziki Berberys podszedł do przestraszonego ucznia o dziwnie znajomych krótkich łapach. Ostrożny, jednak również i zaciekawiony przystanął na granicy.
— Jestem Dziki Berberys. Nie masz z kim rozmawiać w Klanie Klifu, Naparstnicowa Łapo? — przekrzywił łeb, patrząc na malutkiego kota. — Skądś kojarzę cię... Albo twojego krewnego... Za ucznia widziałem kotkę, która starała się polować na naszą zwierzynę, też miała nienaturalnie krótkie łapy, co ty. Czy ona cię przysłała?
Futro na karku Naparstnicy zjeżyło się nieznacznie. Trochę dziwny typ z tego Burzaka.
— Mam... Mam z kim rozmawiać — mruknął, odwracając wzrok od Berberysa. — Ale kto chciałby się ograniczać tylko i wyłącznie do współklanowiczów? — zaśmiał się nerwowo, po czym znów spojrzał na rudo-białego. — I nikt mnie tu nie przysłał. Przyszedłem tu z mentorką, tak o, na spacer. Ale może lepiej powiesz mi, co ty tu robisz?
Zauważył poddenerwowanie kocurka i lekko zmrużył oczy. Nie był pewien, czy powinien mu ufać, chociaż był to zwykły uczeń.
"Ja... Ja bym się ograniczał do jednego klanu" — przyznał szorstko w duchu.
Nie zaśmiał się ani nie wyraził większej chęci bratania się z Klifiakiem. Jednak nie zamierzał być też przesadnie niemiły. Mieli przecież sojusz.
— Ja wyszedłem akurat na polowanie. Korzystam z pogody oraz wiatru. Króliki same się nie złapią. Chociaż chętniej bym zapolował na zająca, jest je trudniej złapać.
Naparstnica skinął głową.
— Słyszałem, że są w stanie porządnie zranić kota! — mruknął, kręcąc głową. — Waleczne te zające. Dobrze, że nie w moich łapach leży wykarmienie klanu — przyznał. Tak naprawdę może i wolałby być tym wojownikiem... ale jego nieszczęsne łapy mu na to nie pozwalały!
— Owszem, jednak nie wątpię w moje umiejętności. Zając tak łatwo mnie nie pokona — odpowiedział dość spokojnie, co nie brzmiało, jak przechwałki jakiegoś pyszałka. — Nie wykarmiasz klanu? Jesteś medykiem? — zastrzygł uchem zaciekawiony.
Nie widział innego wyjścia, jaką drogą mógłby kroczyć ten malec. Chyba że Klan Klifu miał inne drogi szkolenia, o których on nie miał zwyczajnie pojęcia.
— Nie, nie jestem ani medykiem, ani wojownikiem. Pełnię w Klanie Klifu funkcję protektora. To znaczy... jeszcze nie, bo wciąż jestem uczniem, ale za niedługo to się zmieni. Przynajmniej mam taką nadzieję — odparł, poruszając nerwowo końcówką ogona. — Moim zadaniem jest dbać o to, by Klifiacy czuli się dobrze psychicznie. Muszę pocieszać tych zasmuconych i opiekować się tymi, którzy nie są w stanie samodzielnie o siebie dbać. Nic specjalnego.
Zastrzygł uchem zdezorientowany. Może jakby był jeszcze uczniem, to zafascynowałby się opisem roli protektora i z chęcią by korzystał z jego usług. Jednak był już wojownikiem i wszystkie jego problemy, jakie miał, były błahe. Kiedy chciał uwagi, szedł do swoich pobratymców i jakoś przeżył.
— Dość dziwna funkcja w klanie... — przyznał, nadal zastanawiając się nad przydatnością tej roli. — U nas są za to kronikarze i przewodnicy. Są to dość ważne role, chociaż osobiście powiedziałbym, że jedna z nich jest potrzebna, a drugą mogliby zastąpić starsi... Jednak to tylko moje opinie. Pewnie większa część Burzaków przetrzepałaby mi za tą wypowiedź skórę, ale ich tu nie ma i mnie nie słyszą — wzruszył ramionami.
— Skoro są takie role w twoim klanie, więc muszą być potrzebne. Inaczej ich by nie było… — zauważył młodszy kocur.
“Tak, tak, jasne. Jeszcze ci uwierzę.”
Do nich zbliżała się szylkretowa kotka, która musiała być mentorką jego rozmówcy. Pomachała mu ogonem oraz mógł poczuć, jak z kotki tryska ekscytacja. Nie podobało mu się to. Nie chciał się spoufalać z kotami z Klanu Klifu, nawet jeśli byli oni sojusznikami Klanu Burzy.
Zastrzygł uchem i zrobił nietęgą minę. Nie pozwolił nawet kotce podejść, tylko odwrócił się na pięcie i powolnym krokiem ruszył w głąb swojego terytorium.
— Zobaczymy się jeszcze, Naparstnicowa Łapo, na jednym ze zgromadzeń. Teraz jednak nie mam tyle czasu, by gawędzić z tobą oraz z twoją mentorką na granicy — powiedział przez ramię do swojego rozmówcy, którego potraktował dość oschle.
Spojrzał ostatni raz na kocurka, do którego w końcu przyszła jego mentorka, którą chyba kojarzył ze zgromadzeń. Miała chyba na imię Rozkwitający Aster. Nie był pewien, nie rozmawiał aż tak często z kotami spoza Klanu Burzy. Mógł nawet powiedzieć, że zamykał się na inne społeczności kotów. Ważne było dla niego tylko to, co się dzieje w środku obozu Burzaków.

***

Aktualne

Pora Nowych Liści powoli zamieniała się w Porę Zielonych Liści, a w Klanie Burzy dość dużo ostatnio się działo. Do nich dołączały nowe koty, którym Dziki Berberys aż tak nie ufał. Skąd mieli się odnaleźć w codziennym życiu Burzaków, jeśli przynależeli do innych klanów lub byli zwykłymi kłamcami i tak naprawdę byli samotnikami? Najpierw Gasnąca Łapa, a teraz dwóch Nocniaków.
Srebrny van właśnie polował samemu z dala od obozu. Każdy trop kierował go bliżej granicy z Klanem Klifu, co mu się nie podobało. Nie przepadał za tymi kotami. Nie wiedział szczerze sam, skąd brała się jego niechęć do ich sprzymierzeńców. Może jeszcze nie spotkał odpowiedniego kota, z którym mógłby się zaprzyjaźnić? Też była taka opcja.
Wyczuł ślady myszy polnej, której zapach roznosił się na pobliskich kłosach. Kiedy wypatrzył brązowego gryzonia, między trawami, skoczył na nie i szybko pozbawił życia. Kości myszki chrupnęły, a zwierzątko szybko zwiotczało.
— Ładna zdobycz — pochwalił go ktoś, kogo głos kojarzył. Zesztywniał i odwrócił swoją głowę w stronę niskiego kocura, który właśnie podchodził do granicy. — Dawno się nie widzieliśmy, Dziki Berberysie.
Zmierzył Klifiaka podejrzliwym wzrokiem i podszedł do niego, zachowując pewną odległość.
— Tak… To prawda, jednak życie w Klanie Burzy leci dość szybko i nie mam czasu oglądać się na granicy za pogawędkami — odłożył swoją myszkę i uważnie zlustrował swojego rozmówcę. Mógł powiedzieć, że tamten nawet wydoroślał. — Dość dużo dołącza do nas nowych kotów. Nie wiedziałem, że u nas jest tak wspaniale… Do was czasem nie doszło kilka Nocniaków albo innych samotników?
Powiedział to takim tonem, że protektor mógł odczuć, jak bardzo dziki Berberys nie chciał kolejnych nowych gości w Klanie Burzy.
— Co sądzisz o samotnikach oraz uciekinierach z klanu, Naparstnicowa Łapo? — zapytał, nie będąc świadom, że kocur został przez ten czas mianowany na protektora.

< Naparstnicowa Łapo? Czy ty lubisz imigrantów? Przyznaj się! ‼️🛂>

03 kwietnia 2026

Od Naparstnicowej Łapy do Dzikiego Berberysu

Sporo się ostatnio wydarzyło w Klanie Klifu. Jedną z ważniejszych rzeczy był fakt, że Judaszowcowa Gwiazda w końcu odszedł od władzy. Nie odszedł niestety na emeryturę ani nie zginął śmiercią naturalną, ale być może jego śmierć była w tym przypadku konieczna. Nie, żeby Naparstnica go za coś winił, ale powinni już wcześniej rozprawić się z tymi mewami, zamiast pozwalać im na panoszenie się po terenach Klanu Klifu. Jeszcze kilka dni by z tym zwlekali, a kto wie — może i Naparstnica sam padłby ofiarą tych ptaszysk.
Choć musiał zastanowić się, co byłoby lepsze — bycie rozszarpanym przez mewy i uwolnienie innych od siebie, czy życie dalej po to, by nie robić przykrości Postrzępionemu Mrozowi. O ile kotka w ogóle go jeszcze kochała. Pewnie, patrząc na niego, widziała swojego partnera, który ją zostawił… Ciekawe, czy kiedyś myślała o tym, że to Naparstnica powinien umrzeć zamiast któregoś z jego braci. Sreberko czy Irys wyrośliby pewnie na lepsze koty niż on, gdyby tylko mieli na to szansę. Nie byliby przynajmniej tak pokraczni, jak biało-niebieski. Z tego, co pamiętał, żaden z jego braci nie został ukarany krótkimi, nieporadnymi łapkami. Jako jedyni z tego miotu byli normalni — a jednak śmierć postanowiła zabrać ich ze sobą.
Może to też była kara? Może ten cały Klan Gwiazdy chciał patrzeć, jak Postrzępiony Mróz cierpi, obserwując swojego zepsutego syna? Może zostawili go przy życiu tylko dlatego, by jego matka patrzyła mu w oczy i myślała o tym, jaka głupia była, gdy związała się z kimś z innej przynależności? Gdyby tak było, Naparstnica nawet by się nie zdziwił. Jednak czemu to jemu przyszło cierpieć? Przecież nie wybierał, gdzie się urodzi ani komu. Jeśli ci Gwiezdni Przodkowie chcą kogoś karać, to niech karzą winnego. On niczym nie zawinił. Przynajmniej jeszcze, przynajmniej nie otwarcie. Choć za każdym razem, gdy kwestionował słuszność Gwiezdnych, czuł się tak, jakby grzeszył.
Jednak nawet jeśli bał się ich gniewu, nie mógł zaakceptować ich decyzji. Wszystko by oddał, by być zdrowym, aktywnym członkiem Klanu Klifu. By być taki jak Gąsienicowy Ogryzek, Rozkwitający Aster czy nawet ten nieszczęsny Wzburzony Kormoran. Oni nie zmagali się z problemami zdrowotnymi. Dla nich każdy dzień nie był tylko udręką i kwintesencją cierpienia. No, a przynajmniej tak mu się wydawało, bo nie mógł zajrzeć im do głów. Może i mieli swoje własne problemy, ale czy były tak ogromne, jak te jego?
Gdy ta myśl przemknęła przez jego głowę, wcisnął pysk między łapy. “O czym ty myślisz, idioto. Powinieneś być wdzięczny za to, co masz. I powinieneś być nieco bardziej empatyczny, ty bezduszny dupku” — skarcił się w myślach. Nie przeżył w końcu żadnej traumy, więc czemu miałby mieć źle? Nie widział na własne oczy, jak jego pobratymcy umierają, jak leje się krew. Jaki był więc jego problem? Wszystko, co z nim było nie tak, było tylko w jego głowie. Tak, na pewno — tylko w jego głowie. Gdyby nieco zmienił nastawienie, mógłby żyć tak jak reszta kotów. Tylko dlaczego za każdym razem, gdy dochodził do tego wniosku, nic z tym nie robił? Dlaczego nie potrafił za pstryknięciem palca zmienić swoich myśli, swojego postępowania? Czemu wciąż tkwił w tym samym punkcie? Prawie tak, jakby jego mózg i ciało żyły na własnych zasadach, a myśli na innych. Jakby były dwoma różnymi światami, które nie mogą ze sobą współgrać.
Westchnął ciężko, czując wreszcie, jak oczy pieką go ze zmęczenia. Był już późny wieczór i odkąd ułożył się na posłaniu, nie potrafił zasnąć. Dlatego zaczął rozmyślać. Dopóki w końcu to wszystko nie zaczęło go nużyć i powoli zabierać do krainy snów.

ᶻ 𝗓 𐰁

Obudził się równie zmęczony, co wtedy, gdy zasnął. Otworzył oczy, a od razu uderzył w nie silny promień słońca, niemal oślepiający. Naparstnica przymknął ślepia, mamrocząc coś pod nosem z irytacją.
— Jest Pora Opadających Liści! Skąd tu takie słońce? — fuknął, marszcząc brwi. To jakaś paranoja! Ucznia czekał kolejny wyczerpujący, bezsensowny dzień, a to słońce tylko przypominało mu o tym, jakim gburem jest. Był na tyle marudny, że uważał, iż na zewnątrz powinno być wietrznie i ponuro, bo nawet pogoda nie miała się z czego cieszyć.
— Co ty mamroczesz? Jest przecież Pora Zielonych Liści, mysi móżdżku — odezwał się drugi uczeń, który brzmiał podejrzanie podobnie do Wzburzonego Kormorana. Tylko co on robił w legowisku uczniów?
— Weź się stąd, łajnojadzie! Nawdychałeś się wczoraj kocimiętki, czy jak? Wczoraj było zimno, brudno i deszczowo, typowo dla Pory Opadających Liści! — syknął biało-niebieski. — Poza tym, co się panoszysz w legowisku uczniów, skoro jesteś wojownikiem? Chcesz mnie dobić jeszcze bardziej? Spadaj na swoje posłanie, zanim rozniesiesz tu pchły! — denerwował się dalej, czując, jak na karku jeży mu się futro.
— Upadłeś chyba na głowę! Jeszcze jestem uczniem, geniuszu! Nie wiem, jak długo spałeś, ale najwyraźniej nie wystarczająco, skoro wygadujesz takie głupoty! — zaśmiał się Kormoran.
Uczeń na moment zamilkł, wlepiając wzrok we własne łapy. Czy on… cofnął się w czasie? Gdy szedł spać, było mroźnie i groźnie, a teraz wszystko jakby nabrało barw. Oprócz jego życia, rzecz jasna.
— Ugh, daj… daj mi spokój — westchnął, odwracając pysk w przeciwnym kierunku do Wzburzonego Kormorana — a może raczej Zszarzałej Łapy.
Nic z tego nie rozumiał. Czy on śnił? A jeśli śnił, to dlaczego akurat we śnie natknął się na tego idiotę? W Klanie Klifu niewystarczająco było kotów? Z nim nawet nie rozmawiał tak często, nie byli ze sobą blisko! Nie mogła mu się przyśnić jakaś Pietruszkowa Błyskawica albo ktokolwiek inny, z kim Naparstnica lubił chociaż trochę przebywać?
Nie miał szansy na to, by długo pobyć w tym stanie świadomego snu. W końcu jego ciało zrozumiało, że Naparstnica wiedział już, iż żyje w symulacji, i postanowiło zepsuć mu tę zabawę. Szkoda, bo może gdyby miał szansę zostać tu trochę dłużej, to wyszedłby na sam środek obozu i każdemu wygarnął to, o czym nie miał odwagi wspomnieć na głos. Cóż, nie miał oczywiście zbyt wielu zastrzeżeń, bo na ogół starał się być raczej wyrozumiały. Ale do Postrzępionego Mrozu miał kilka problemów… Może nawet więcej niż kilka. Może kilkanaście, może kilkadziesiąt. Jednak kotka wciąż była jego matką, czy tego chciał, czy nie, więc nie chciał mieć z nią złych relacji… przynajmniej w prawdziwym świecie.


ᶻ 𝗓 𐰁

Tym razem, gdy już na serio się wybudził, nie spotkały go słoneczne promienie. Zamiast tego zrozumiał, że otacza go półmrok. Znowu obudził się w środku nocy — i zapewne znów nie będzie w stanie zasnąć aż do samego świtu. Co za nieszczęście!
Tak bardzo nienawidził myśleć, a jednocześnie tak często był zmuszony do tego, by to robić. Bo czego innego mógłby się podjąć? Nie mógł wyjść samemu z obozu ani nie miał z kim porozmawiać, bo każdy normalny kot już dawno spał. Był zmuszony wpatrywać się w skały i walczyć z własnym łbem, by nie załamać się kompletnie. No, o ile tak się w ogóle dało.
Może Naparstnica w rzeczywistości był już na tyle załamany, że bardziej się nie dało?
Nie… Na pewno się dało. Nie osiągnął jeszcze nawet dwudziestu księżyców. Teraz liczył ledwie siedemnaście, co było jedynie czubkiem góry. Zakładał, że z wiekiem będzie jeszcze gorzej — bo zazwyczaj tak właśnie mówili starsi.
Ale skoro teraz było najlepiej, jak mogło być, to czy w ogóle jest sens brnąć dalej? Jeśli nigdy nie ma być lepiej, to strach pomyśleć, jak będzie wyglądało życie kocura, gdy osiągnie on chociażby czterdzieści księżyców.

* * *

Nie mylił się. Odkąd się obudził, nie zmrużył już nawet oka — a gdy tylko słońce wychyliło się zza horyzontu, przyszła po niego jego mentorka, by wziąć go na trening. Tym razem niestety wojowniczy, więc będzie musiał wyjść z obozu i trochę się poruszać, zamiast siedzieć na tyłku i wkuwać teorię do głowy.
Mając ograniczoną mobilność, wolał raczej to drugie, choć też raczej nie podobała mu się wizja znania czegoś na pamięć. Dlaczego Judaszowcowa Gwiazda — lub teraz Pikująca Jaskółka — nie chcieli po prostu wrzucić go do starszyzny, by chociaż trochę mu ulżyć? Sam nigdy by się nie przyznał do tego, że wolałby całymi dniami leniuchować, ale gdyby liderka sama tego zażądała… Cóż, chyba nie miałby wyboru.
Niestety, jak na razie otwarcie nie sprawiał żadnych problemów. Może czasami był trochę oschły i bardziej przybity niż zwykle, ale nie budziło to w nikim podejrzeń. Z jednej strony to dobrze, bo nie chciał niczyjej litości, a z drugiej… czasem pragnął, by ktoś w końcu zauważył jego ból. Może niekoniecznie, by każdy nagle zachowywał się, jakby Naparstnica był tak kruchy, jak suchy liść, ale… by chociaż mieli wobec niego nieco mniejsze oczekiwania i więcej zrozumienia.
To jednak całkiem głupie marzenia. Póki nikomu wprost nie powie, że czuje się jak sowia wypluwka, to raczej nic się nie zmieni. Na litość, czemu każdy w tym Klanie Klifu był tak ślepy! Jeszcze to, że Ćmi Księżyc nie zauważyła jego smutku, można było zaakceptować, tak inni? Przecież mieli oczy. Widywali codziennie Naparstnicową Łapę w obozie. Jakim cudem żaden z nich nie wykazał się empatią i do niego nie zagadał?
Może za dużo od nich wymagał… Może powinien czasem przełknąć swoją gorycz, zacisnąć zęby i udawać, że nie potrzebuje niczyjej pomocy.
Przynajmniej jeśli chodzi o sprawy bardziej… psychiczne. Bo jeśli ma się nauczyć nawigacji w tunelach, zdecydowanie będzie potrzebować jakiegoś przewodnika. Nawet nie jakiegoś — to zadaniem Rozkwitającego Astra było, by pokazała mu, jak się poruszać pod ziemią.
— Więc, Naparstku, wreszcie przyszedł dzień, w którym zanurkujesz w tunelach i nauczysz się w nich nawigować! To bardzo ważna umiejętność, bo tak się składa, że właśnie pod naszymi terenami lecą tunele. Nie każdy klan może się tym szczycić, wiesz? Na przykład taki Klan Nocy. Z tego, co wiem, oni nie korzystają z tuneli — wyjaśniła.
Naparstnicowa Łapa stanął przed wejściem do korytarzy, wpatrując się w czerń, jaka się w nich rozciągała. Wyglądało to całkiem niepokojąco, jeśli miał być szczery. Mógł tylko liczyć na to, że jak już wejdzie do środka, jego wzrok przyzwyczai się do tych ciemności i pozwoli mu na zobaczenie czegoś więcej niż pustki.
— A do czego one tak właściwie służą? — zapytał uczeń, chcąc przedłużyć moment, w którym nie musiał wchodzić do środka. Już czuł ten smród i zimno, które tam panowały. Ponadto musiało być tam strasznie ciasno, a on raczej nie był fanem niedużych przestrzeni.
— Och! Głównie do tego, by w razie zagrożenia się w nich schować. Czasem też zdarza się tak, że zwierzyna się w nich zgubi, a my musimy wiedzieć, jak ją odnaleźć. Musimy mieć w nich przewagę, bo wiesz, gdyby kiedyś zaatakował nas jakichś samotnik, możemy zwabić go do środka i oszukać! — starała się wytłumaczyć z entuzjazmem.
Uczeń tylko prychnął.
— Naprawdę myślisz, że kiedykolwiek byłbym w stanie coś upolować? Albo kogoś pokonać? Z tymi krótkimi łapkami to ja ledwo chodzę! Nawet wróblowi nie byłbym w stanie odebrać życia. To tylko strata czasu; nauka tych wszystkich umiejętności nigdy mi się nie przyda — odparł szorstko, kładąc po sobie uszy.
— Nie mów tak, Naparstku! Wszystko jest możliwe, jeśli wystarczająco w to uwierzysz — mruknęła pokrzepiająco, a jej oczy na moment zalśniły.
— Tu nie ma w co wierzyć… To niemożliwe, bym kiedykolwiek był zdolny do tego, by biec na tyle szybko, by dogonić jakąś mysz czy wiewiórkę. I nawet w tunelach nie mam szans na to, by pokonać w pełni sprawnego kota… — zaczął narzekać, wykrzywiając pysk w niezadowolonym grymasie.
— Może i nie dogonisz zwierzyny, ale wcale nie musisz! Zawsze możesz przecież atakować z zaskoczenia! — próbowała pocieszyć go Rozkwitający Aster.
— A właśnie, że nie mogę! Ja ledwo umiem skakać! Zanim znalazłbym się na tyle blisko zwierzyny, by do niej doskoczyć, już by mnie wyczuła i uciekła! — kłócił się dalej. Teraz już sam nie wiedział, czy robił to po to, by odwlec naukę nawigacji, czy po to, by wylać przed kimś swoje żale. Może jedno i drugie?
— Och, Naparstku… Powinieneś porozmawiać ze swoją mamą. Ona też ma krótkie łapy, a udało jej się zostać wojowniczką! Na pewno chętnie ci wyjaśni, jak radzi sobie z wojowniczymi obowiązkami. — Szylkretka najwidoczniej nie zamierzała odpuścić.
— A może sobie nie radzi? Może tylko udaje, że coś robi? Może tylko sprawia takie pozory? — rzucił sfrustrowany, smagając powietrze ogonem.
Rozkwitający Aster westchnęła zdziwiona.
— Jestem pewna, że Postrzępiony Mróz jest przykładną wojowniczką i stara się na swojej randze! — odparła protektorka, zdumiona podejrzeniami swojego ucznia.
— Przykładną wojowniczką? Dobre sobie… — wymamrotał pod nosem. Jednak nim mentorka zdążyła mu odpowiedzieć, przerwał jej, biorąc w płuca głęboki wdech. — Nieważne. Zacznijmy już trening.

* * *

Kilka dni później

Czuł, że jego mianowanie już tuż-tuż. Rozkwitający Aster coraz częściej zabierała go na treningi i uczyła tych rzeczy, których dotychczas mu nie pokazywała. Dziś na przykład zabrała go nad brzeg morza, by pokazać mu, jak należy otwierać kraby. Musiał przyznać, że nie poszło mu zbyt dobrze polowanie na nie, ale samą umiejętność wyciągania z nich tego, co jadalne, zdawał się opanować niemal do perfekcji. Może jeśli nie wyjdzie mu jako protektor, zacznie zawodowo otwierać te skorupiaki? Dobry żart. Tylko szkoda, że jest żartem.
Gdy wracali do obozu, było jeszcze całkiem wcześnie. Wcześniej niż zwykle, gdy kończyli szkolenie — ale szylkretka chyba zrobiła to specjalnie. Podczas treningu nie marnowała czasu na zbędne dyskusje i pogaduszki, tylko od razu przechodziła do rzeczy. Zupełnie tak, jakby zależało jej na tym, by uwinęli się z tym migiem. Tylko dlaczego? Może umówiła się na jakąś randkę i musiała mieć czas, by się przyszykować?
Naparstnica nie widział, by Aster specjalnie często się przy kimś kręciła. Zazwyczaj rozmawiała raczej z wieloma kotami i z żadnym nie trzymała się bliżej — przynajmniej nie na tyle, by wywiązała się z tego jakaś romantyczna relacja. Ale co on tam o niej wiedział. Była tylko jego mentorką i starał się nie wtryniać za bardzo w jej życie. Nie widział takiej potrzeby.
Zakładał, że gdy już zostanie mianowany na protektora, nie będzie z nią rozmawiał tak często. Nie, żeby jej nie lubił — choć musiał przyznać, że czasem go nieco wpieniała — ale nie mieli wspólnych tematów, o których mogliby rozmawiać.
Wkraczając do obozu, nie rozeszli się w swoje strony tak, jak zwykle. Zamiast tego szylkretka wysunęła się naprzód i zagrodziła mu drogę, uśmiechając się szeroko.
— Chyba się nie zmęczyłeś tym treningiem, co nie? — mruknęła, a jej wąsy zadrżały z rozbawienia. — Nie obrazisz się, jeśli nauczę cię dziś jeszcze kilku ziół, prawda? — dodała, co sprawiło, że nagle trybiki w mózgu Naparstnicy zaczęły pracować.
Więc to po to tak się spieszyła na treningu, tak? A już myślał, że udało mu się szybko odbębnić swoje obowiązki i resztę dnia będzie mógł przeleżeć.
— Nie, nie obrażę… Zresztą to nawet lepiej, bo może szybciej mnie mianują dzięki tym długim treningom — zaśmiał się, choć w jego wykonaniu zabrzmiało to trochę ironicznie.
Mimo wszystko zależało mu na tym, by w końcu zakończyć szkolenie. Nie mógł przecież być gorszy od Wzburzonego Kormorana, czyż nie? Choć i tak już był, bo chociaż był starszy, wciąż był uczniem. To jednak nie jego wina, że musiał szkolić się aż w dwóch dyscyplinach i że borykał się z tyloma problemami!
Gdyby był zdrowym, uprzywilejowanym kotem, też by się pewnie nie obijał na treningach i już dawno nosił nowe imię! Och, gdyby tylko przez resztę życia miał wykonywać coś, wobec czego miał pasję, wszystko wyglądałoby inaczej… O ile w ogóle istniało coś takiego, co sprawiłoby mu radość. Bo jak na razie nie widział siebie ani w roli wojownika, ani medyka, ani protektora — choć każda z tych rang oferowała coś innego.
— W takim razie pójdziemy teraz do Jagnięcego Ukłonu i poproszę ją o kilka ziół. Potem powiem ci ich nazwy i wyjaśnię zastosowanie — ogłosiła Rozkwitający Aster, ruszając w stronę lecznicy.
Niebieskooki bez wahania podążył za nią, już szykując się na te męczarnie, jakimi było zapamiętywanie wszystkich informacji. I tak zapewne nigdy nie przyjdzie mu użyć zioła innego niż kocimiętka na uspokojenie zszarganych myśli… swoich czy może swoich pacjentów — bo bycie protektorem polegało głównie na dawaniu rad swoim pobratymcom i pomaganiu im w tym, by nie skończyli jak on sam.
W chwili, w której uczeń postawił łapę w legowisku medyka, silna ziołowa woń uderzyła w jego nozdrza. Z trudem powstrzymał się przed kichnięciem — nie chciał tu zwracać na siebie uwagi. Przywitał się tylko skinieniem łba z Jagnięcym Ukłonem i obserwował w ciszy, jak jego mentorka wygrzebywała jakieś listki i kwiatki ze składziku.

* * *

Udało mu się wyprosić mentorkę, by poszła z nim na spacer. Nie na trening, nie na patrol — tylko zwykły spacer, by mógł zwiedzić tereny Klanu Klifu, nie martwiąc się o to, że zwierzyna ucieknie mu sprzed nosa. Bycie uczniem w tej kwestii nie było najlepsze, bo nie miało się tej wolności co do wychodzenia poza obóz.
Naparstnicy tym bardziej to przeszkadzało, bo bardzo chętnie zapoznałby się z kotami z innych klanów — a konkretniej z jakimiś Wilczakami, bo ci wzbudzali w nim zaciekawienie. Sam jeszcze nie był pewny, dlaczego tak do nich lgnął, ale wydawali mu się tacy… fajni i tajemniczy.
Byli kimś, kim uczeń pragnął być, ale w rzeczywistości był ich kompletnym przeciwieństwem. Nie był ani chytry, ani przebiegły, ani silny czy nonszalancki. Był tylko zwykłym nieudacznikiem i nieszczęśnikiem, któremu przyszło żyć w Klanie Klifu, którym jeszcze do niedawna rządził staruszek z zanikiem pamięci.
Przynajmniej Klan Burzy nie był lepszy. Królicza Gwiazda też nie wydawał się najsprawniejszym z liderów. Często zachowywał się niemrawo, jakby był nieobecny. Na zgromadzeniach to jego zastępca częściej zdawał się przejmować inicjatywę, ale co Naparstnica mógł wiedzieć o tym, jak sprawy mają się po drugiej stronie granicy?
Może gdyby miał szansę porozmawiać z jakimś Burzakiem, dowiedziałby się co nieco o tym, jak wyglądają sprawy wewnątrz ich obozu… Bo wiadomo — przed innymi klanami każdy stara się pokazać jak najlepiej, ale jak jest naprawdę, wiedzą tylko faktyczni członkowie tych przynależności.
Tak się złożyło, że akurat wraz z Rozkwitającym Astrem znaleźli się na granicy z królikojadami. Co za zbieg okoliczności, że akurat o nich myślał! Skoro już tu był, to może naprawdę przeprowadzi wywiad z pierwszej łapy?
Tylko wpierw musi wypatrzyć po drugiej stronie jakiegoś członka Klanu Burzy, a potem jeszcze przekonać go do tego, że wcale nie jest wrogiem ani żadnym szpiegiem. To… w sumie nie powinno być trudne, biorąc pod uwagę, że Klan Klifu i Klan Burzy mieli ze sobą sojusz i ich relacje były dosyć bliskie.
Z tego, co słyszał, Pchełkowy Skok była rezultatem miotu sojuszniczego między tymi dwoma przynależnościami, a wśród Burzaków chodził jej brat, którego imienia Naparstnica nie kojarzył.
Po jakimś czasie szwendania się w tę i we w tę w końcu biało-niebieski spostrzegł w swoim polu widzenia łaciatego, rudego kota. Był całkiem spory i puchaty, przez co sprawiał wrażenie raczej przyjaznego. No, ale może Naparstnica tak naprawdę się mylił. Nie dowie się, jeśli z nim nie pogada, oczywiście.
Tak więc usiadł na granicy, niczym jakiś pies, i zaczął wpatrywać się w Burzaka naprzeciwko. Nie zamierzał do niego krzyczeć ani jakoś specjalnie go wołać — jeśli go zauważy i tu przyjdzie, to będzie fajnie, ale jeśli zdecyduje się nie interaktować z Naparstnicą, to ten nie zamierzał go za to winić.
Nie każdy chciał rozmawiać z jakimś przykurczonym członkiem Klanu Klifu. Choć znajdowali się i tacy, którzy robili to z przyjemnością — głównie po to, by wytknąć mu to, jak śmieszne ma łapki i jak dziwnie się na nich porusza.
Naparstnica nauczył się już ignorować takie komentarze, ale czasem nie mógł przestać o nich myśleć — bo w końcu, gdyby tylko urodził się normalny, nikt nawet by na niego nie patrzył… Byłby tylko kolejnym, zwykłym, szarym wojownikiem. I może to właśnie było lepsze od życia z ciągłą uwagą innych kotów — i to nie zawsze tą pozytywną.
Naparstnicowa Łapa westchnął ciężko, mrużąc oczy. Wtem jednak spostrzegł, że łaciaty kot zmierza w jego stronę powolnym krokiem, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności Klifiaka w pobliżu.
“No nareszcie! Oby tylko był w miarę miły, bo nie widzi mi się rozmawiać z gburem większym ode mnie” — pomyślał uczeń, samemu w myślach obiecując sobie, że nie będzie dla tego Burzaka kompletnym dupkiem.
Gdy rudo-biały zbliżył się wystarczająco blisko, Naparstnica postanowił odezwać się pierwszy:
— Cześć. Jak się nazywasz? — zaczął, choć z początku poczuł się trochę niezręcznie. Nie lubił zaczynać rozmów, ale czasem trzeba było się poświęcić. — Ja mam na imię Naparstnicowa Łapa. Pewnie cię ciekawi, co robię tak blisko granicy… Musisz wiedzieć, że ja sam nie jestem do końca pewny. Po prostu nie mam wielu znajomych z innych klanów i pomyślałem, że może… — tu urwał, by przełknąć ślinę i zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo się zestresował tą rozmową. — Może… no, uda mi się z kimś dogadać…

<Kolego z Klanu Burzy?>

[3330 słów do treningu wojowniczego i medycznego + otwieranie krabów + nawigacja w tunelach] 

[33% + 33% + 5% + 5%]