nadal przed odejściem Bursztyna
Gdy byli młodsi, ale oboje znajdowali się już poza żłobkiem, ich wspólne treningi były dla niej zawsze rozluźniające. Bursztynowa Łapa nieustannie traktował wszystko jako rywalizację, a ona, ilekroć to nie okazywałaby się od niego słabsza w danej konkurencji, potrafiła czerpać przyjemność z samego widoku jego radości po zwycięstwie. Przy nim łatwiej było jej zapomnieć o własnych brakach.Z Oskrzydlonym Ognikiem sprawa wyglądała z lekka inaczej. On akurat były często zniesmaczony poczynaniami młodszego rudzielca. W końcu Bursztynowa Łapa zdawał się nie brać treningów na poważnie, w przeciwieństwie do Żywicy, nadmiernie przejmującej się każdym niepowodzeniem. Nie była ani silna, ani szczególnie wytrzymała, a pędzenie po otwartych przestrzeniach, z którego Burzacy wręcz słynęli, najwyraźniej nie leżało w jej naturze.
Dołowało ją to tym bardziej, że ojciec nieraz zapewniał ją, iż nie ma nic przyjemniejszego od wiatru targającego futrem, gdy pędzi się przed siebie niemal na oślep. Dla Żywicy takie biegi oznaczały jednak coś zupełnie innego. Zamiast przyjemnego chłodu czuła przede wszystkim własne płuca, które zdawały się rozpaczliwie domagać większej ilości powietrza, oraz łapy, coraz cięższe z każdym kolejnym krokiem. Zamiast cieszyć się biegiem, odliczała w myślach chwile do końca i zastanawiała się, ile jeszcze wytrzyma.
Jakże wielki był więc jej zawód, gdy Oskrzydlony Ognik wyciągnął ją z legowiska i zamiast skierować się w stronę spokojniejszego polowania, powitał ją słowami, które zabrzmiały niemal jak wyrok.
— Dzisiaj mniej polowania, a więcej biegania — oznajmił, a mina, jaka pojawiła się na jej pysku, niemal dorównywała tej, którą przyjęłaby, gdyby ktoś właśnie oznajmił jej, że zabił jej ojca.
Smętnie człapała za kocurem, gorączkowo rozważając każdą możliwą wymówkę. Bolała ją łapa? Ogon? Może jednak była chora? Zakaszlała, próbując wybadać, czy mentor zwróci uwagę na jej wątpliwy stan zdrowia. Owszem, spojrzał w jej stronę, lecz zamiast zawrócić albo chociażby zwolnić, przyspieszył kroku, jakby jej kaszel tylko utwierdził go w przekonaniu, że trzeba ją zmusić do większego wysiłku.
Tempo, które narzucił na początku, uznawała jeszcze za znośne. Stąpała nieco koślawo, ale oddech pozostawał względnie spokojny, a łapy wciąż słuchały jej bez większych protestów. Dopiero gdy przed jej oczami zaczęły rozpościerać się coraz bardziej otwarte przestrzenie, zrozumiała, że skończyła się wszelka nadzieja na łagodny trening.
— Może jakaś rozgrzewka najpierw? — odezwała się cicho.
Rudy uśmiechnął się i pokręcił głową.
— Nie bronię ci porozciągać się, jednak samo dojście tu powinno wystarczająco przygotować cię do dalszej części. Nie chcę słyszeć, że bolą cię łapy — uprzedził, jakby jej wcześniejsze myśli zostały przez niego w pełni odczytane.
Westchnęła cierpiętniczo i lekko się przeciągnęła, wyciągając przed siebie przednie łapy. Jeszcze poprzedniego dnia była bliska płaczu, przekonana, że jest zbyt słaba, by zostać wojowniczką, a jej rodzice mogą jedynie wstydzić się za córkę, która tak kiepsko radzi sobie z treningiem. Najgorsze było jednak to, że sama nie wiedziała, jak miałaby to zmienić. Wiedziała, co stanowi problem, widziała swoje słabości, a mimo to wciąż tkwiła w tym samym miejscu.
— Będziesz biegła pierwsza i nie zatrzymuj się, dopóki nie powiem. Będę zaraz za tobą. Nie powinno być to zresztą dla ciebie problemem, na wspólnych treningach z Bursztynową Łapą nie szło ci najgorzej — zauważył z pomrukiem, a ona tylko uśmiechnęła się z zakłopotaniem. Obecność brata akurat zawsze dodawała jej otuchy. Bez niego każdy trening wydawał się cięższy, a każda porażka bardziej dotkliwa.
Skupiła się przez chwilę na wilgoci pod łapami, chłodzie przenikającym między palce i nieprzyjemnym uczuciu stania w miejscu. To wystarczyło, by w końcu ruszyła. Uciekała przed szczypaniem zimna, przed ciężarem własnych myśli i przed świadomością, że Ognik obserwuje każdy jej krok. Słaba kondycja dość szybko dała o sobie znać, lecz zmęczenie okazało się bardziej pochłaniające niż możliwość dalszego użalania się nad sobą. Każdy kolejny krok wymagał od niej coraz więcej wysiłku, ale przynajmniej nie miała już siły roztrząsać tego, jak bardzo nie nadawała się do biegania.
Wiatr szarpał jej futrem i wcale nie przynosił upragnionego ochłodzenia. Zamiast tego rozpraszał ją i utrudniał skupienie na drodze. Co jakiś czas mrużyła oczy, gdy pod powieki wpadały drobinki piasku niesione przez powiewy. Uszy przywierały jej do czaszki, a oddech stawał się coraz głośniejszy i bardziej urywany.
Zwolniła dopiero wtedy, gdy przed jej oczami wyrosła Droga Grzmotu. Niepewnie obejrzała się na mentora i ze zdziwieniem zauważyła, że znajdował się znacznie dalej, niż mogła się spodziewać. Przez chwilę przemknęła jej nawet myśl, że może wreszcie zrezygnował.
— Co teraz? — zapytała, przestępując z łapy na łapę. — Koniec? — mruknęła z nadzieją.
— Za marzenia nie karają, Żywico — odparł spokojnie. — Teraz to samo, tylko w drugą stronę.
Mina natychmiast jej zrzedła. Po raz kolejny kaszlnęła, tym razem z nadzieją, że może chociaż w ten sposób udowodni mu, iż nie ma już sił, jednak jego spojrzenie pozostało nieugięte. Skończyło się więc na tym, że znowu musiała ruszyć. Tym razem znacznie wolniej, a Ognik niemal deptał jej po ogonie, bo nie była już w stanie utrzymać rozsądnego tempa.
Trasa wydawała jej się dwukrotnie dłuższa niż wcześniej. Kiedy w końcu znajomy teren zaczął pojawiać się przed jej oczami, poczuła ulgę tak wielką, że nie próbowała nawet udawać, iż ma jeszcze trochę sił. Po prostu opadła na ziemię i ciężko dysząc, rozciągnęła się na chłodnym podłożu. Futro miała przyklejone do boków, a klatka piersiowa unosiła się gwałtownie przy każdym oddechu.
Za plecami usłyszała westchnienie Ognika, ale nie była w stanie zrobić nic ze swoją wątpliwą kondycją. Sama wiedziała, że nie było dobrze. Przez chwilę leżała nieruchomo, próbując uspokoić oddech i nie myśleć o tym, ile jeszcze takich treningów czeka ją przed zakończeniem nauki.
— Kiepsko to widzę — mruknął, na co tylko przełknęła głośniej ślinę, starając się ustabilizować oddech. — Chodź, zapolujemy jeszcze i dam ci na dzisiaj spokój. Bądź co bądź musisz mieć na uwadze, że młodsza już nie będziesz, a twój wiek... Nie możesz być tak długo uczennicą.
Skinęła tylko głową. Do tej pory starała się o tym nie myśleć, ale widok coraz to młodszych uczniów w legowisku, którzy opuszczali je znacznie szybciej niż ona, był co najmniej dołujący. Mimo wszystko sam wstyd nie wystarczał, by nagle znaleźć w sobie siłę do dalszego działania. Żywica chciała zostać wojowniczką. Chciała wreszcie przestać być tą słabszą, tą, której łapy nie nadążają za resztą. Tyle że samo pragnienie nie czyniło jej silniejszą, a ona wciąż nie wiedziała, jak przełamać tę granicę.
[1013 słów]
[biegi długodystansowe]
[biegi długodystansowe]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz