Wpatrywał się w czarną plamę, w którą rozmywał mu się nocny obóz jego klanu. Już tak spokojny. Wołania zwierząt skończyły się wraz z chłodniejszymi powiewami wiatru, kończąc toki i rechowiska. Teraz nie tylko on i Łuna, ale i wszyscy partnerzy świata natury zamilkli, odwrócili się od siebie i poszli w swoje strony. Ich miłość zginęła. Zabił ją głód i mróz.
Wciąż o niej myślał i wciąż nie potrafił przestać. Może to był ten właściwy grzech – działanie na przekór nie tylko innym, ale i sobie; ciągłe brnięcie w bagno, gdy błoto sięgało już za kark. Wiedział przecież, że to, co między nimi kiedyś było, już na zawsze zostało stracone. Czasy beztroski były już za nimi. Godzili się na te warunki, zawsze mając myśl z tyłu głowy, że działali wbrew kodeksowi wojownika i mogło to ich w końcu dopaść. Dopadło. A teraz, gdy powinien zacisnąć zęby i pójść do przodu, miał wrażenie, że zastygł w miejscu jak głaz.
Minęło już kilka księżyców. Wschód słońca temu klany udały się na zgromadzenie, pierwsze, na którym ich zabrakło. Chociaż... Może tylko on był na nim nieobecny. Klan Klifu mógł być niczego nieświadomy. Może Źródlana Łuna kontynuowała teraz życie zwykłej wojowniczki, gdy on siedział przykuty do obozu i jednej, smętnej roli. Jak sobie radziła z ich rozłąką? Powtarzała się nieustannie myśl o tym, co musiała sobie pomyśleć, gdy on nagle zniknął. Jak zdradzona i zaniepokojona musiała być w tamtym momencie. Odkąd jednak przypomniał sobie jeszcze jeden szczegół, on zajął całą jego głowę.
Ten kot, o którym mu opowiadała... Ten "kolega", który czaił się na nią jak łowca na swoją zwierzynę... Ten nieodwzajemniony admirator, o którego był zapewniany, że nie powinien się martwić...
Co było z tym wojownikiem teraz, gdy on zszedł z głównego planu? Źródlana Łuna była już sama i wolna, bez względu na to, czy w jej domniemaniu Szałwiowe Serce został przyłapany, czy ją porzucił. Przynajmniej jedna z przeszkód stojących pomiędzy nią a tym kotem zniknęła. Mogła poszukać w nim pocieszenia albo narzędzia niemej zemsty... A on, skoro żywił już do niej uczucia, nie zastanawiałby się dwa razy. Szałwiowe Serce uderzyła fala obrzydzenia na samą myśl, że mógłby zostać tak zastąpiony. Ona by mu tego nigdy nie zrobiła. Obiecywała mu to nawet na jednym z ostatnich spotkań. Mówiła, że tamten admirator nic dla niej nie znaczy I wierzył jej, chciał wierzyć, miał taką nadzieję... A ta myśl i tak go nie opuszczała. Co, jeśli. Co, gdyby. Już na ostatnim zgromadzeniu zachowywała się dziwnie, jakby nie zdradzała mu całej prawdy. Brzmiała, jakby nie była pewna, czy powinna o tym mówić. Przez ile księżyców wiedziała, że ten ktoś był w niej zakochany? Jak długo trzymała to w tajemnicy? Dlaczego?
Zgromadzenie. Jak dziwnie było znów postawić łapę na Bursztynowej Wyspie... Przepełnionej masą obdrapanych skór, różnokolorowych futer i zapachów, które mimo że bliskie, zdawały się dziwnie odmienne od tych, do których przywykł. Gwar rozmów zagłuszał puls krwi w jego uszach. W łapach pojawiła się drżąca niepewność z poczucia, że nie powinien tu być. Jednak był. Sam w środku tłumu kotów, których nie znał, których pysków nie mógł nawet dojrzeć. Gdy podnosił na nich wzrok, szczegóły twarzy widziane przez niego kątem oka rozmywały się całkowicie. Byli obcy.
Postawił krok w przód, by fala futer rozstąpiła się przed nim na dwie różne strony, odkrywając gołą skałę. Szałwiowemu Sercu trudno było powiedzieć dlaczego. Uprzejmie robili dla niego przejście, czy może odsuwali się, by ten odmieniec ich nie skaził muśnięciem sierści?
Poszedł dalej.
Blada, okrągła jak zwinięta w kłębek mysz tarcza księżyca oświetlała mu drogę. Jej blask tworzył wstęgi światła łagodnie opadające na kocie grzbiety. Przestał już zwracać uwagę na osoby wokół, starając się rozpoznać ich tożsamość. Stawały się zamgloną poświatą. Nawet ich rozmowy nie wydawały się dla jego ucha ciekawe. Gdyby tylko dłużej się zastanowił i gdyby nadstawił ucha, spostrzegłby, że były bełkotem skrzętnie złożonym tak, by przypominał wypowiadanie prawdziwych wyrazów. Jak inny język, na tyle podobny, by wydawał się komfortowy, lecz na tyle odległy, by nie rozumieć z niego zupełnie nic.
Mijał te koty, idąc prosto przed siebie wolnym, wręcz zmęczonym krokiem. Jego ogon niemal sunął za nim po ziemi. Głowę wypełniały myśli, lecz żadnej z nich nie rozumiał i na żadnej nie potrafił skupić się dłużej. Był w tej wędrówce jakiś cel, lecz on sam nie potrafił go nazwać.
Gdzieś na obrzeżach uszu, może w tej małej kieszonce na małżowinie, schowany był dźwięk wybijający się ponad wszystko inne. W nosie wirowała woń bardziej znajoma niż wszystkie inne. Coś migotało. Ponad tłum unosiła się łuna udającego się na spoczynek słońca. Nagle zrozumiał, co tu robił. Musiał ją znaleźć, jeśli chciał porozmawiać. Jak inaczej miał spędzić zgromadzenie?
Bursztynowa Wyspa ciągnęła się daleko. Nie był pewien, jak wiele kroków już postawił, lecz mimo tego z żadnej strony nie pokazywał mu się horyzont. Ostrów zamienił się w morze. Morze wojowników, które nigdy nie miało się skończyć. Każda kocia skóra, którą widział, była inna od poprzedniej, lecz wraz z tym widokiem pojawiało się poczucie, że już kiedyś się z nią spotkał. Księżyce temu? Chwilę temu? Nie potrafił stwierdzić. Tak szybko, jak tylko o tym pomyślał, tak też całkowicie o tym zapomniał.
Gdzieniegdzie w obrazie przed nim zaczęły pojawiać się pewne luki. Brakowało kotów, które wcześniej zapełniały każdy malutki skrawek wolnego terenu. Niebo zdało się bliższe, a gwiazdy jaśniejsze. Rozmowy cichsze, nie tyle, co przemieniały się w szepty, co oddalały od swojego biernego słuchacza. Oznaczało to, że był już blisko.
Szedł aż do samego końca, zatrzymując się dopiero, gdy wyrosła przed nim wcześniej niezauważona para kotów. Wraz z łapami, stanęło i jego serce, które nagle zagotowało się i zaczęło bulgotać od środka.
Ona i tamten... Byli tu razem.
Spleceni tak, jak oni zwykli się wtulać w swoje futra.
Z tymi samymi uśmiechami.
Równie odprężeni i zadowoleni nawet nie z samej rozmowy, co swojej wzajemnej obecności tuż obok.
Dzielący pocałunek...
Szałwiowe Serce szarpnął gwałtownie głową, by kątem oka dojrzeć stojącą za nim postać i szyderę wymalowaną na jej pysku. Jej rdzawe kosmyki sierści były ostatnią rzeczą, którą zobaczył, zanim rzeczywistość nie zamieniła się w czarną plamę – tę samą jak ta, w którą wpatrywał się chwilę temu beznamiętnie. Znów pozostał tylko mrok i pustka, w której świszczał wiatr.
Ocknął się nagle, rozglądając wokół, by upewnić się, że nikt nie zauważył jego drzemki na warcie. Nawet nie zauważył momentu, gdy odpłynął w sen. Straszny sen... Może prawdziwy koszmar... Wizję minionej rzeczywistości...
Gdy otworzył ślepia, miał wrażenie, że nawet gwiazdy spoglądały na niego złowrogo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz