— Odłożyłaś wszystko na miejsce? — mruknęła pod nosem, nie udając nawet, że kieruję ślepe oczy na uczennice Pomocnego Wróbelka.
— Je-jeszcze nie, ale zaraz to zrobię! Wzięłam tylko mak, więc nic nie przesuwałam, obiecuję... — zapewniała bardzo gorliwie, a szczerość wręcz wylewała jej się z pyska. Ćma nie miała powodu, aby jej nie wierzyć. Terminatorka była zawsze uważna i pomocna, nigdy nie zostawiała po sobie nieporządku, nigdy nie plątała się pod nogami, jeśli nie było to całkowicie nieuniknione. Pilnie się uczyła i zapamiętywała wszystko najlepiej, jak potrafiła. Była jej prawą łapą, od kiedy Wieczne Zaćmienie odeszła na swoją przedwczesną emeryturę do legowiska starszyzny.
— Dobrze. Nic się nie stało — mruknęła, wciąż nie odrywając pustego wzroku ze swoich pracujących łap, jakby pomagało jej się to skupić. — Nie przepraszaj za niesienie pomocy kotom, które tego potrzebują. Też jesteś od tego w Klanie Klifu, zapamiętaj to. Protektor musi liczyć momentami tylko na siebie, zwłaszcza w takich sytuacjach, kiedy medyk ma łapy pełne obowiązków — wytłumaczyła spokojnie, a Aster słuchała bardzo uważnie, przekrzywiając nieco łebek.
— Oczywiście, Pani Ćmi Księżycu! Będę pilna i uważna, żeby móc jak najwięcej ciężaru zdjąć Pani z grzbietu, zasłużyła Pani na najlepszą pomoc, jaką można zapewnić! — wymruczała gorliwie, wstając na równe łapy i kierując się dziarsko do składziku, gdzie odłożyła pozostałe ziarenka maku. Nawet jeśli była to bardzo niewielka ilość, jedną z pierwszych zasad, których uczono, było szanowanie każdego zioła, nawet najmniejszego i najlichszego. Nawet ono mogło ratować życie. Szylkretowa główka wyjrzała w końcu z zielarni, a głosik terminatorki rozlał się po reszcie lecznicy: — Czy jest jeszcze coś, co mogłabym zrobić? Albo Pan Pomocny Wróbelek, co mogłabym przekazać? Może brakuję jakichś ziół, albo pajęczyn na opatrunki, może przydałby się świeży mech, czy suchy, czy namoczony? — pytała pełna entuzjazmu.
— Potrzebowałabym jaskółczego ziela... — pomyślała głośno medyczka, teraz już stojąc i zbierając mech, na którym wcześniej siedzieli jej pacjenci. — Mchu nie ma co nanosić... Nikt nie został dłużej.
— Na pewno? Jestem już po swoim treningu, więc to nie kłopot. Mogę poprosić innych uczniów o pomoc, więc będzie to prędko załatwione, nie będziemy przeszkadzać! — zapewniła, więc medyczka w końcu skinęła głową. Wślizgnęła się momentalnie do swojego ciemnego składziku, aby nie musieć martwić się uczennicą, która krzątała się niczym mrówka między zużytym mchem.
* * *
Po mianowaniu Astrowej Łapy na protektorkę
Dni stawały się zimniejsze i wietrzne. Atmosfera po znalezieniu zgniłej mewy wciąż nie zdawała się całkowicie uspokoić, zwłaszcza że kocięta Źródlanej Łuny rosły i z każdym wschodem słońca coraz chętniej wyglądały z kociarni, badały wszelkie zakamarki obozu i ogólnie pokazywały się innym członkom Klanu Klifu. Szepty narastały wraz z ciemnieniem mordek i ogonków potomstwa niebieskiej wojowniczki, a co najgorsze, żadne nie stawało się ani troszkę bardziej podobne do Króliczej Prawdy.
Niepokój w sercu Ćmy jednak przybierał inną formę. O ile faktycznie również martwiła się o to, że Klan Gwiazdy kara jej kuzynkę za możliwą zdradę, tak nie mogła wyprzeć myśli na temat siebie i Mżącego Przelotu. Czy mogły zrobić coś nie tak? Czy posunęły się w końcu zbyt daleko? Czy jej całkowicie czyste i nieskalane myślą o zbrukaniu honoru swojego, swojej przyjaciółki, a także Klanu Klifu, zostały w jakiś sposób... zbrukane? Czy to ona powinna zostać ukarana? Czy znak był również skierowany do niej?
Od tamtego pamiętnego poranku sypiała jeszcze gorzej niż poprzednio, co samo w sobie było pewnym cudownym, niemożliwym wręcz zjawiskiem. Dużo myślała o tym, że na spokojne drzemki pozwalała sobie tylko, kiedy jej głowa spoczywała na przednich łapach drogiej koleżanki z Klanu Nocy. Za każdym razem przeklinała siebie i swoją głupotę. To musiało się skończyć. Nie ważne czy faktycznie Przodkowie są temu przeciwni.
— Dzień dobry, Ćmi Księżycu! — Z tych krytycznych względem samej siebie rozmyślań wyrwała ją Rozkwitający Aster. Koteczka w końcu została mianowana, co według Ćmy było niesamowicie dziwne i odłożone w czasie zdecydowanie zbyt mocno, ale nie nie utraciły tej uczniowskiej iskierki entuzjazmu.
— Dzień dobry — odpowiedziała spokojnie, nieco zbyt sennie, aby to ukryć. Zwłaszcza przed kimś tak dociekliwym i przejmującym się dobrostanem innych kotów.
— Wszystko w porządku? Nie brzmisz zbyt dobrze. Pomóc ci w czymś, może chciałabyś porozmawiać, zrobić sobie przerwę? — proponowała kolejne rzeczy, robiąc małe kroczki w głąb lecznicy.
— Nie, ale dziękuje — rzuciła, nie przerywając swojej pracy. — Widze, że świetnie sobie radzisz. Jeśli podchodzisz w ten sposób do każdego kota, nie umiem sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek nie czuł się zaopiekowany w Klanie Klifu — mruknęła. Nie chciała brzmieć nie miło, uszczypliwie, ale z powodu zmęczenie jej głos brzmiał zdecydowanie bardziej chłodno niż zwykle.
<Rozkwitający Aster?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz