Osetek cieszył się z tego, ale nie mógł wyrzucić z głowy dziwnego wrażenia, że to tylko cisza przed burzą. Ziemniak może i przestał mu dokuczać, ale coraz częściej znikał w legowisku starszyzny. To… niby też nic dziwnego – Rokitnik w końcu musiał być już bardzo stary, może potrzebował więcej pomocy, a może… oboje planowali coś wielkiego. Coś… ostatecznego.
Czy chcieli go zabić?
Osetek wzdrygnął się, podnosząc wzrok na Wiciokrzewa. Byli teraz sami w lecznicy; Poranek i Purchawka zajmowali się czymś innym, poza legowiskiem uzdrowicieli.
— Hej… — mruknął, próbując zwrócić uwagę liliowego.
Zielone oczy mentora szybko zwróciły się ku niemu. Osetek kontynuował:
— Zauważyłeś coś dziwnego w zachowaniu Ziemniaka? Nie dokucza mi… prawie wcale. Nie powiedział nic nawet wtedy, gdy potknąłem się obok niego o kamień. Cisza. Ale za to zaczął częściej odwiedzać tego… Rokitnika. Myślisz, że coś planują? — zapytał niepewnie.
Ogon Wiciokrzewu zadrżał.
— Mo-może… Rokitnik jest ju-już po prostu sta-stary i… Zie-Ziemniak poświęca cały swój cza-czas na opiekę nad… n-nim. Może wie, że Ro-Rokitnik za niedługo o-odejdzie i dlatego jest smu-smutny i… przygnębiony — wydukał, po czym wbił spojrzenie w składzik. — W-wiem, że się nie lu-lubicie, ale może mó-mógłbyś go podpyta-
— Ani słowa więcej! — przerwał mu Osetek, marszcząc brwi. — Nie zamierzam z nim rozmawiać. On zepsuł mi pierwsze księżyce spędzone w Owocowym Lesie i do tej pory wciąż systematycznie je rujnował. Nawet za dwie ryjówki i trzy szyszki nie zagadałbym do niego z własnej woli — oburzył się, choć nie na Wiciokrzewa za samą propozycję rozmowy z Ziemniakiem, lecz na czekoladowego. — Jeśli naprawdę jest taki smutny przez stan Rokitnika, to na to zasługuje. Trzeba się było nie kolegować z takim… manipulującym, starym ścierwojadem — burknął, po czym zaraz polizał się kilkakrotnie po białym futerku na piersi.
— Może… przesadziłem. Ale rozumiesz, z nimi na karku po prostu nie da się wytrzymać w Owocowym Lesie… — miauknął w końcu, gdy już nieco ochłonął.
Spojrzał znów na mentora, a w jego oczach dostrzegł dziwny błysk. Może wstyd. Może żal.
— Prze-przepraszam… Mo-mogłem poszukać two-twojej rodziny, zamiast za-zabierać cię tutaj… — westchnął liliowy, zawijając ciasno ogon wokół łap. — Mu-musiałeś tu przejść przez tak wie-wiele… — kontynuował.
Osetek spiął mięśnie, milcząc.
— To nieprawda… Gdyby nie ty, mógłbym wtedy umrzeć z zimna, mógł mnie zaatakować lis, cokolwiek, naprawdę. To ja byłem głupi. To ja jak tchórz uciekłem od rodziców, rodzeństwa — stwierdził smętnie.
Przez następnych kilka uderzeń serca kocury siedziały w milczeniu, wpatrując się w swoje własne łapy. Gdyby któryś kot to zauważył, pewnie pomyślałby, że właśnie kogoś opłakują, że przeżywają żałobę.
— Chcesz się przejść? — zaproponował w końcu Osetek. Dotarło do niego, że mają chyba kilka spraw do wyjaśnienia, do obgadania. Wiedział, że gdy miał jakiś problem, prawie zawsze mógł zwrócić się do mentora. Nie czuł się więc niekomfortowo.
— Ja-jasne — odparł liliowy, podnosząc się powoli z miejsca.
Osetek siedział przed lecznicą, omiatając wzrokiem obozową polanę i koty, które na niej przebywały. Widział Gąskę, Figę, Cierń i wiele, wiele innych kotów zajmujących się swoimi sprawami. Niektóre rozmawiały, inne – tak jak on – obserwowały wszystkich wokół, a jeszcze inne właśnie posilały się jakąś piszczką lub myły futerko. Owocowy Las tętnił życiem, co Osetek obserwował z dumą i radością. Może nie zawsze czuł się tu chciany, ale powoli zaczynał uważać się za część tej społeczności. Lubił pomagać tutejszym i słuchać ich przeróżnych opowieści. Kiedyś usłyszał nawet o wielkiej bitwie z ogromnym, drapieżnym ptakiem. Sęp. Tak na niego mówili.
Czarno-biały, siedząc tak, nawet nie zauważył momentu, w którym podszedł do niego Ziemniak. Był już wieczór, większość kotów szykowała się do snu. Wiele z nich ziewało, mościło się na posłaniach – Ziemniak natomiast stał tuż przed nim, z położonymi po sobie uszami i wzrokiem pełnym skruchy.
— Cześć, stary… — przywitał się rzewliwie. — Zdałem sobie sprawę z tego, że to, co robiłem, było bardzo złe i nieodpowiednie. Przez cały ten czas… nie zasługiwałeś na to wszystko. Na te wyśmiewania, zaczepki — kontynuował łamiącym się głosem. Ziemniak wyglądał tak, jakby zaraz miał wybuchnąć płaczem.
Osetek poruszył się niespokojnie. Czuł się przytłoczony, kompletnie zaskoczony. Co jemu przyszło do głowy? Czarno-biały nigdy nie pomyślałby, że wojownik mógłby chcieć go przeprosić.
— Wiem, że nie zasługuję na wybaczenie po tym wszystkim, ale gdybyś chociaż przeszedł się ze mną na chwilę poza obóz, żebym mógł ci to wszystko wyjaśnić bez ciekawskich uszu, byłbym wdzięczny… Nie oczekuję, że od razu mnie polubisz, to jest spoko. Ale musisz mi uwierzyć, że wstyd zżera mnie od środka, gdy myślę o tym, do czego się dopuściłem… — wyjaśniał dalej.
Uczeń czuł, że mogła to być jakaś zasadzka – ale prawda była taka, że Ziemniak mówił tak szczerze, iż Osetkowi szybko opadła czujność. Czy czekoladowy naprawdę mógł mieć powody, o których chciał opowiedzieć czarno-białemu? Wszystko wskazywało na to, że tak.
— Ja… — wydukał niepewnie. — Cóż, chyba nie mam nic do stracenia. Jeśli ulży ci, gdy porozmawiasz ze mną na osobności, to możemy pójść… — kontynuował, czując, że właśnie popełnił największy błąd swojego życia. No, może drugi największy. Pierwszym była, rzecz jasna, ucieczka od rodziny.
Oba kocury opuściły obóz. Ciekawe, czy ktoś w ogóle ich zauważył? Już się ściemniało, koty były zajęte własnymi czubkami nosa. Czy ktokolwiek poświęcił choć cząstkę uwagi temu, że dwa koty, które jeszcze przed chwilą nienawidziły się z całego serca, właśnie wspólnie opuszczały bezpieczny azyl?
Dotarli w okolice Konającego Buku. Ziemniak nie odezwał się do Osetka ani słowem, co sprawiało, że serce młodszego biło coraz szybciej z każdym krokiem. Właściwie dudniło mu w klatce tak głośno, że czarno-biały miał wrażenie, jakby całe jego ciało pulsowało. Słońce schodziło coraz niżej, większość stworzonek chowała się już po norach.
W końcu wojownik przystanął, naprężając mięśnie. Osetek zatrzymał się kilka długości wąsa za nim i obserwował, jak Ziemniak tkwił w miejscu, skąpany jednocześnie w cieniu i nikłym świetle.
— To było łatwiejsze, niż myślałem, że będzie, wiesz? A jednak. Jesteś potwornie łatwy do zmanipulowania — zakpił Ziemniak, a wtedy młodszy usłyszał dźwięk wysuwanych pazurów. Źrenice w zielonych ślepiach natychmiast zwęziły się do kształtu cieniutkich, sosnowych igiełek.
— Nie… — wymamrotał, robiąc krok w tył. — To ty jesteś łatwy do zmanipulowania! — rzucił. W jego głosie słychać było niepewność i zakłopotanie. Czy to naprawdę była tylko pułapka?
Nim zdążył rzucić się do biegu, Ziemniak zwinnie obrócił się i przygwoździł go do ziemi.
— Zamknij się, przybłędo! Nic o mnie nie wiesz! — warknął, marszcząc nos i, tym razem ze złości, kładąc po sobie uszy.
— Wiem tyle, że dałeś się owinąć wokół palca Rokitnikowi i to mi wysta-
Nie dokończył. Czekoladowy zamachnął się łapą. Rozbryzgnęła się krew; Osetek poczuł piekący ból na powiece, a także lepką ciecz spływającą po policzku. Ziemniak zranił go w oko, co sprawiło, że po ciele młodszego rozlała się adrenalina. Zapominając o bólu i poczuciu zdrady, napiął mięśnie i z całej siły kopnął tylnymi łapami w brzuch napastnika.
Wojownik parsknął, upadając ciężko na ziemię. Tym razem to Osetek przygwoździł go do gleby, choć łapy drżały mu niekontrolowanie. Był słabszy – wiedział o tym. Był przygotowany na falę bólu rozchodzącą się od brzucha, lecz Ziemniak zrobił coś innego. Szarpnął głową i zacisnął swoje silne szczęki na łapie młodego.
— Zostaw mnie, kleszczu! — pisnął Osetek, wierzgając się, by oswobodzić się z uścisku. — Dlaczego to robisz! Czego ode mnie chcesz!? — krzyczał rozpaczliwie, aż w końcu czekoladowy go puścił.
Łapa bolała. Wręcz pulsowała bólem. Zielonooki szybko przekonał się, że gdy tylko stawiał ją płasko na ziemi, było jeszcze gorzej.
Owocniak szybko się podniósł, stając twarzą w twarz z Osetkiem.
— Czego chcę? Żebyś przestał marnować nasze jedzenie i żebyś stąd odszedł, przybłędo! Jesteś tylko marnującym zwierzynę szkodnikiem i wciąż nie wierzę, że Pieczarka pozwoliła ci zostać! A potem jeszcze oddała ci w twoje zapchlone łapy zdrowie całego klanu! — warknął gniewnie, robiąc krok w stronę czarno-białego.
— To nieprawda… Ty tak nie myślisz! — rzucił Osetek, a w jego oczach zakręciły się łzy. — To Rokitnik ci to wmówił! Wmówił ci tak, bo jest okropnym kotem! Bo nienawidzi Wiciokrzewa! Nienawidzi uzdrowicieli! — krzyczał i krzyczał, lecz do Ziemniaka nic z jego słów nie docierało.
W końcu zmęczył się i, wykorzystując chwilową nieuwagę czekoladowego, odwrócił się, by rzucić się w pośpiechu w stronę obozu. Przez moment pomyślał, że jest już uratowany, lecz wtedy poczuł, jak pazury wojownika rozdzierają skórę na jego plecach. Zatrzymał się gwałtownie i odwrócił głowę tylko po to, by dostrzec dzikie, pełne nienawiści spojrzenie przeciwnika.
— Nie wracasz do obozu! Nie pozwolę ci na to! — oznajmił, po czym sprawnym ruchem znalazł się przy Osetku i złapał go za kark.
Czarno-biały widział tylko, jak obraz przed jego oczami zaczyna wirować, a potem jak tuż obok pojawia się wartka rzeka.
Cudem zatrzymał się na brzegu, nie wpadając do lodowatej wody. Obejrzał się wokół, myśląc, że Ziemniak zaraz wróci, by go dobić, jednak czekoladowego już tam nie było. Osetek widział tylko, jak żółtooki biegnie w stronę azylu.
Resztkami sił podniósł się i doczłapał do Konającego Buku. Musiał stąd odejść. Jak najdalej. Jak najszybciej.
Czy chcieli go zabić?
Osetek wzdrygnął się, podnosząc wzrok na Wiciokrzewa. Byli teraz sami w lecznicy; Poranek i Purchawka zajmowali się czymś innym, poza legowiskiem uzdrowicieli.
— Hej… — mruknął, próbując zwrócić uwagę liliowego.
Zielone oczy mentora szybko zwróciły się ku niemu. Osetek kontynuował:
— Zauważyłeś coś dziwnego w zachowaniu Ziemniaka? Nie dokucza mi… prawie wcale. Nie powiedział nic nawet wtedy, gdy potknąłem się obok niego o kamień. Cisza. Ale za to zaczął częściej odwiedzać tego… Rokitnika. Myślisz, że coś planują? — zapytał niepewnie.
Ogon Wiciokrzewu zadrżał.
— Mo-może… Rokitnik jest ju-już po prostu sta-stary i… Zie-Ziemniak poświęca cały swój cza-czas na opiekę nad… n-nim. Może wie, że Ro-Rokitnik za niedługo o-odejdzie i dlatego jest smu-smutny i… przygnębiony — wydukał, po czym wbił spojrzenie w składzik. — W-wiem, że się nie lu-lubicie, ale może mó-mógłbyś go podpyta-
— Ani słowa więcej! — przerwał mu Osetek, marszcząc brwi. — Nie zamierzam z nim rozmawiać. On zepsuł mi pierwsze księżyce spędzone w Owocowym Lesie i do tej pory wciąż systematycznie je rujnował. Nawet za dwie ryjówki i trzy szyszki nie zagadałbym do niego z własnej woli — oburzył się, choć nie na Wiciokrzewa za samą propozycję rozmowy z Ziemniakiem, lecz na czekoladowego. — Jeśli naprawdę jest taki smutny przez stan Rokitnika, to na to zasługuje. Trzeba się było nie kolegować z takim… manipulującym, starym ścierwojadem — burknął, po czym zaraz polizał się kilkakrotnie po białym futerku na piersi.
— Może… przesadziłem. Ale rozumiesz, z nimi na karku po prostu nie da się wytrzymać w Owocowym Lesie… — miauknął w końcu, gdy już nieco ochłonął.
Spojrzał znów na mentora, a w jego oczach dostrzegł dziwny błysk. Może wstyd. Może żal.
— Prze-przepraszam… Mo-mogłem poszukać two-twojej rodziny, zamiast za-zabierać cię tutaj… — westchnął liliowy, zawijając ciasno ogon wokół łap. — Mu-musiałeś tu przejść przez tak wie-wiele… — kontynuował.
Osetek spiął mięśnie, milcząc.
— To nieprawda… Gdyby nie ty, mógłbym wtedy umrzeć z zimna, mógł mnie zaatakować lis, cokolwiek, naprawdę. To ja byłem głupi. To ja jak tchórz uciekłem od rodziców, rodzeństwa — stwierdził smętnie.
Przez następnych kilka uderzeń serca kocury siedziały w milczeniu, wpatrując się w swoje własne łapy. Gdyby któryś kot to zauważył, pewnie pomyślałby, że właśnie kogoś opłakują, że przeżywają żałobę.
— Chcesz się przejść? — zaproponował w końcu Osetek. Dotarło do niego, że mają chyba kilka spraw do wyjaśnienia, do obgadania. Wiedział, że gdy miał jakiś problem, prawie zawsze mógł zwrócić się do mentora. Nie czuł się więc niekomfortowo.
— Ja-jasne — odparł liliowy, podnosząc się powoli z miejsca.
* * *
tw: walka
Czarno-biały, siedząc tak, nawet nie zauważył momentu, w którym podszedł do niego Ziemniak. Był już wieczór, większość kotów szykowała się do snu. Wiele z nich ziewało, mościło się na posłaniach – Ziemniak natomiast stał tuż przed nim, z położonymi po sobie uszami i wzrokiem pełnym skruchy.
— Cześć, stary… — przywitał się rzewliwie. — Zdałem sobie sprawę z tego, że to, co robiłem, było bardzo złe i nieodpowiednie. Przez cały ten czas… nie zasługiwałeś na to wszystko. Na te wyśmiewania, zaczepki — kontynuował łamiącym się głosem. Ziemniak wyglądał tak, jakby zaraz miał wybuchnąć płaczem.
Osetek poruszył się niespokojnie. Czuł się przytłoczony, kompletnie zaskoczony. Co jemu przyszło do głowy? Czarno-biały nigdy nie pomyślałby, że wojownik mógłby chcieć go przeprosić.
— Wiem, że nie zasługuję na wybaczenie po tym wszystkim, ale gdybyś chociaż przeszedł się ze mną na chwilę poza obóz, żebym mógł ci to wszystko wyjaśnić bez ciekawskich uszu, byłbym wdzięczny… Nie oczekuję, że od razu mnie polubisz, to jest spoko. Ale musisz mi uwierzyć, że wstyd zżera mnie od środka, gdy myślę o tym, do czego się dopuściłem… — wyjaśniał dalej.
Uczeń czuł, że mogła to być jakaś zasadzka – ale prawda była taka, że Ziemniak mówił tak szczerze, iż Osetkowi szybko opadła czujność. Czy czekoladowy naprawdę mógł mieć powody, o których chciał opowiedzieć czarno-białemu? Wszystko wskazywało na to, że tak.
— Ja… — wydukał niepewnie. — Cóż, chyba nie mam nic do stracenia. Jeśli ulży ci, gdy porozmawiasz ze mną na osobności, to możemy pójść… — kontynuował, czując, że właśnie popełnił największy błąd swojego życia. No, może drugi największy. Pierwszym była, rzecz jasna, ucieczka od rodziny.
Oba kocury opuściły obóz. Ciekawe, czy ktoś w ogóle ich zauważył? Już się ściemniało, koty były zajęte własnymi czubkami nosa. Czy ktokolwiek poświęcił choć cząstkę uwagi temu, że dwa koty, które jeszcze przed chwilą nienawidziły się z całego serca, właśnie wspólnie opuszczały bezpieczny azyl?
Dotarli w okolice Konającego Buku. Ziemniak nie odezwał się do Osetka ani słowem, co sprawiało, że serce młodszego biło coraz szybciej z każdym krokiem. Właściwie dudniło mu w klatce tak głośno, że czarno-biały miał wrażenie, jakby całe jego ciało pulsowało. Słońce schodziło coraz niżej, większość stworzonek chowała się już po norach.
W końcu wojownik przystanął, naprężając mięśnie. Osetek zatrzymał się kilka długości wąsa za nim i obserwował, jak Ziemniak tkwił w miejscu, skąpany jednocześnie w cieniu i nikłym świetle.
— To było łatwiejsze, niż myślałem, że będzie, wiesz? A jednak. Jesteś potwornie łatwy do zmanipulowania — zakpił Ziemniak, a wtedy młodszy usłyszał dźwięk wysuwanych pazurów. Źrenice w zielonych ślepiach natychmiast zwęziły się do kształtu cieniutkich, sosnowych igiełek.
— Nie… — wymamrotał, robiąc krok w tył. — To ty jesteś łatwy do zmanipulowania! — rzucił. W jego głosie słychać było niepewność i zakłopotanie. Czy to naprawdę była tylko pułapka?
Nim zdążył rzucić się do biegu, Ziemniak zwinnie obrócił się i przygwoździł go do ziemi.
— Zamknij się, przybłędo! Nic o mnie nie wiesz! — warknął, marszcząc nos i, tym razem ze złości, kładąc po sobie uszy.
— Wiem tyle, że dałeś się owinąć wokół palca Rokitnikowi i to mi wysta-
Nie dokończył. Czekoladowy zamachnął się łapą. Rozbryzgnęła się krew; Osetek poczuł piekący ból na powiece, a także lepką ciecz spływającą po policzku. Ziemniak zranił go w oko, co sprawiło, że po ciele młodszego rozlała się adrenalina. Zapominając o bólu i poczuciu zdrady, napiął mięśnie i z całej siły kopnął tylnymi łapami w brzuch napastnika.
Wojownik parsknął, upadając ciężko na ziemię. Tym razem to Osetek przygwoździł go do gleby, choć łapy drżały mu niekontrolowanie. Był słabszy – wiedział o tym. Był przygotowany na falę bólu rozchodzącą się od brzucha, lecz Ziemniak zrobił coś innego. Szarpnął głową i zacisnął swoje silne szczęki na łapie młodego.
— Zostaw mnie, kleszczu! — pisnął Osetek, wierzgając się, by oswobodzić się z uścisku. — Dlaczego to robisz! Czego ode mnie chcesz!? — krzyczał rozpaczliwie, aż w końcu czekoladowy go puścił.
Łapa bolała. Wręcz pulsowała bólem. Zielonooki szybko przekonał się, że gdy tylko stawiał ją płasko na ziemi, było jeszcze gorzej.
Owocniak szybko się podniósł, stając twarzą w twarz z Osetkiem.
— Czego chcę? Żebyś przestał marnować nasze jedzenie i żebyś stąd odszedł, przybłędo! Jesteś tylko marnującym zwierzynę szkodnikiem i wciąż nie wierzę, że Pieczarka pozwoliła ci zostać! A potem jeszcze oddała ci w twoje zapchlone łapy zdrowie całego klanu! — warknął gniewnie, robiąc krok w stronę czarno-białego.
— To nieprawda… Ty tak nie myślisz! — rzucił Osetek, a w jego oczach zakręciły się łzy. — To Rokitnik ci to wmówił! Wmówił ci tak, bo jest okropnym kotem! Bo nienawidzi Wiciokrzewa! Nienawidzi uzdrowicieli! — krzyczał i krzyczał, lecz do Ziemniaka nic z jego słów nie docierało.
W końcu zmęczył się i, wykorzystując chwilową nieuwagę czekoladowego, odwrócił się, by rzucić się w pośpiechu w stronę obozu. Przez moment pomyślał, że jest już uratowany, lecz wtedy poczuł, jak pazury wojownika rozdzierają skórę na jego plecach. Zatrzymał się gwałtownie i odwrócił głowę tylko po to, by dostrzec dzikie, pełne nienawiści spojrzenie przeciwnika.
— Nie wracasz do obozu! Nie pozwolę ci na to! — oznajmił, po czym sprawnym ruchem znalazł się przy Osetku i złapał go za kark.
Czarno-biały widział tylko, jak obraz przed jego oczami zaczyna wirować, a potem jak tuż obok pojawia się wartka rzeka.
Cudem zatrzymał się na brzegu, nie wpadając do lodowatej wody. Obejrzał się wokół, myśląc, że Ziemniak zaraz wróci, by go dobić, jednak czekoladowego już tam nie było. Osetek widział tylko, jak żółtooki biegnie w stronę azylu.
Resztkami sił podniósł się i doczłapał do Konającego Buku. Musiał stąd odejść. Jak najdalej. Jak najszybciej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz