BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkę

W Klanie Klifu

Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?

W Klanie Nocy

Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.
Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot w Klanie Klifu!
(brak wolnych miejsc!)

Znajdki w Owocowym Lesie!
(brak wolnych miejsc!)

Miot u samotników?!
(trzy wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 7 grudnia, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!

02 stycznia 2026

Od Niebiańskiej Łapy

— Cześć, Niebiańska Łapo! — zaświergotała Przepiórcza Wichura głosem lekkim jak poranna bryza, w którym brzmiał entuzjazm niemal zbyt jasny jak na tak wczesną porę. — Dziś chciałabym pokazać ci, jak wspinać się na drzewa… a jeśli starczy nam czasu, być może pokażę ci nawet, jak otwierać kraby.
Obóz powoli budził się do życia. Koty zbierały się na patrole, a z legowiska starszych wydobywały się pierwsze, niepozbawione ospania ziewy. Niebiańska Łapa, skulona nad resztkami śniadania, delektowała się każdym kęsem wróbla z niemal pedantyczną uwagą — pióra były starannie odrzucone na bok, a samo mięso zjadane powoli, jakby rytuał ten miał ją uchronić przed nadmiarem bodźców, które niosło ze sobą nowe przedpołudnie.
— Podekscytowana? — zapytała mentorka, pochylając się nieco bliżej.
Uczennica przełknęła ostatni kawałek, czując jeszcze ciepły smak krwi na języku, po czym uniosła wzrok tylko na tyle, by spojrzeć na Przepiórczą Wichurę kątem oka. Szeroki, szczery uśmiech cynamonowej wojowniczki — ten sam, który zdawał się nie gasnąć nawet w najbardziej ponurych chwilach — był dla Niebiańskiej Łapy niemal najbardziej irytującą rzeczą, z jaką przyszło jej się mierzyć. A irytowało ją naprawdę wiele: zbyt głośne rozmowy, zbyt szybkie decyzje, zbyt łatwe zadowolenie, zbyt durne pytania…
— Tak… mhm. — wymruczała cicho, pozwalając sobie na ledwie zauważalne przewrócenie oczami. W jej piersi wezbrało znajome ukłucie zniecierpliwienia, ostre niczym cierń. Ile jeszcze księżyców? — przemknęło jej przez myśl. Ile jeszcze poranków spędzonych na słuchaniu entuzjastycznych zapowiedzi, ile ćwiczeń, które — w jej mniemaniu — już dawno powinna mieć opanowane? Kiedy Judaszowcowa Gwiazda w końcu uzna, że nadszedł właściwy moment na mianowanie?
Westchnęła krótko i przeciągnęła językiem po zmierzwionym futerku na piersi, wygładzając je z drobiazgową starannością. Nie rozumiała, dlaczego Przepiórcza Wichura w ostatnim czasie stała się taka… towarzyska. Mentorka coraz częściej próbowała nawiązać z nią cieplejszą, bardziej osobistą relację, jakby sama bliskość miała wypełnić dystans, który Niebiańska Łapa pielęgnowała w sobie z niemal artystyczną precyzją. Ostatnio Przepiórka przechodziła samą siebie — żartowała, zachęcała, mówiła o „radości nauki”, jakby to była rzecz oczywista.
— Więc… gotowa? — zamiauczała cynamonka, gdy tylko upewniła się, że uczennica skończyła posiłek. Jej ogon poruszał się energicznie, zdradzając niecierpliwe oczekiwanie. — Obiecuję ci, wspinaczka będzie najstraszniejszą rzeczą, jaka ci się przydarzy… ale też i najfajniejszą.
Niebiańska Łapa podniosła się powoli, prostując łapy z godnością, jakby każdy jej ruch był częścią starannie zaplanowanego obrazu. Szczerze? Wolałaby po prostu mieć ten dzień za sobą. Przejść przez kolejne, głupie szkolenie, nauczyć się kolejnej rzeczy i po prostu zanurzyć się w ciepłym poslaniu przez resztę dnia…
Przepiórcza Wichura ruszyła ku wyjściu z obozowiska lekkim, sprężystym krokiem, jakby ziemia sama uginała się pod jej łapami z uprzejmą gotowością. Co kilka chwil zerkała przez ramię na swoją uczennicę — nie badawczo, nie z zawodową czujnością mentorki, lecz z niemal dziecięcą radością, która zdawała się rozświetlać jej spojrzenie jaśniej niż poranne słońce. Ten widok działał na Niebiańską Łapę niczym drobny cierń wbity tuż pod skórę: niewielki, a jednak uporczywy.
Uczennica podążała za nią wolno, z uniesioną głową i starannie wyprostowaną sylwetką, jakby każdy krok był świadomym wyborem, a nie podążaniem za czyimś przewodnictwem. Jej ruchy miały w sobie chłodną powściągliwość, podszytą dumą, której nie zamierzała ani ukrywać, ani łagodzić. Wiedziała przecież, że była gwiazdą, celebrytką dla tych wszystkich szarych, zwyczajnych kotów…
Gdy tylko Przepiórka odwracała wzrok, Niebiańska Łapa posyłała jej krótkie, nieprzychylne spojrzenia — ostre, niemal oskarżycielskie, jakby samą myślą chciała przebić radosną aurę mentorki. Było w tym coś osobliwie satysfakcjonującego: świadomość, że Przepiórcza Wichura nie ma najmniejszego pojęcia o niechęci, a może nawet o zniesmaczeniu, jakim Niebo ją darzyła. Ta niewiedza była cichym triumfem, sekretem pielęgnowanym z niemal nabożną starannością.
Minęły tunel prowadzący ku wyjściu z obozowiska; echo porannych rozmów stopniowo milkło za ich plecami. Po drugiej stronie świat zdawał się oddychać pełniej. Łąki zdawały ciągnąć się, co jakiś czas ustępując drzewom oraz krzakom, a wiatr, delikatny, lecz odczuwalny i wszechobecny, poruszał trawami oraz drgał liśćmi.
Wkroczyły w bardziej zalesioną część terenów klanu, gdzie drzewa stały bliżej siebie, a światło słońca opadało na ziemię w porozrywanych smugach, tańczących między liśćmi. Powietrze było chłodniejsze, kłując Niebo w futro i przesiąkając pod opuszki łap.
Przepiórcza Wichura zwolniła, a następnie zaczęła krążyć między drzewami, unosząc głowę i badając pnie z widocznym namysłem. Zatrzymywała się co kilka kroków, oceniając ich wysokość, grubość, rozstaw gałęzi; jej spojrzenie ślizgało się po korze, jakby szukało odpowiedzi na pytanie, którego nie wypowiadała na głos. Zastanawiała się długo — czy drzewo będzie wystarczająco stabilne, by unieść ciężar dwóch kotów; czy gałęzie nie okażą się zdradliwie kruche; czy pień pozwoli na pewny chwyt łap. Niebiańska Łapa obserwowała ją z rosnącym zniecierpliwieniem, nie mogąc oprzeć się myśli, że cały ten namysł jest przesadny — ona sama już dawno dokonałaby wyboru.
W końcu Przepiórka zatrzymała się przy jednym ze starych dębów. Jego pień był masywny, popękany wiekiem, a nisko osadzone, solidne gałęzie rozpościerały się niczym zaproszenie — lub wyzwanie.
— No dobrze..! — zamiauczała mentorka, odwracając się w stronę uczennicy z ożywieniem, które ani na chwilę nie straciło swojej intensywności. — Słuchaj mnie uważnie, w porządku? To, co teraz powiem, będzie bardzo ważne, jeśli chcesz się wspinać na drzewa.
Niebiańska Łapa uniosła lekko podbródek i skierowała spojrzenie na dąb, a nie na Przepiórkę, jakby już sam widok drzewa był ważniejszy od słów, które miały paść. W jej wnętrzu poruszyła się jednak czujność — cicha, skupiona, gotowa wychwycić każdy szczegół. Jeśli miała się uczyć, zrobi to dokładnie. Jeśli miała słuchać, zapamięta każde słowo. A jeśli miała wspiąć się na najwyższą gałąź to… las jeszcze się przekona, jak wysoko potrafi sięgnąć Niebiańska Łapa.
— Pamiętaj, by pazury zatopić głęboko w korze, bo ta potrafi czasem… Po prostu odpaść. Zwykle zaczynamy od zatopienia przednich łap; sięgamy jak najdalej potrafimy, a potem dołączamy tylne łapy — zaczęła tłumaczyć Przepiórka. — Pamiętaj, by nie odrywać wszystkich łap na raz… Nawet nie wiesz, ile ta rada oszczędziłaby mi wstydu, gdy ja zaczynałam!
Niebo kiwnęła krótko głową, po czym przeniosła wzrok na mentorkę, tym razem uważnie przypatrując się jej, jak gdyby ta skrywała w swoich oczach klucz do najgłębszych sekretów.
— Z początku wszystko może ci iść powoli i uciążliwie. Jednak z odrobiną ćwiczeń zaczniesz wspinać się szybciej i szybciej. Chcesz spróbować?
Niebiańska Łapa nie odpowiedziała od razu. Przez krótką chwilę trwała w bezruchu, jakby rozważała nie samo pytanie, lecz wszystkie możliwości, które kryły się w jego cieniu. Jej spojrzenie powróciło do pnia dębu — chropowatego, pooranego bruzdami, noszącego ślady czasu i burz — a w jej piersi odezwało się znajome napięcie, nie tyle strach, co ambicja domagająca się ujścia. Skoro przyszło jej stanąć u stóp drzewa, nie zamierzała traktować tego jak zwykłego ćwiczenia.
— Oczywiście — odparła w końcu, spokojnie, niemal chłodno, choć w jej głosie pobrzmiewała nuta determinacji, której nie próbowała ukrywać.
Uniosła przednie łapy i przez ułamek chwili zawahała się — nie z niepewności, lecz z potrzeby precyzji. Dopiero gdy znalazła odpowiednie miejsce, zatopiła pazury głęboko w korze, pozwalając, by ich czubki wczepiły się w drewno z cichym, satysfakcjonującym trzaskiem. Chłód pnia przeszył jej opuszki, a szorstkość powierzchni zmusiła ją do skupienia się na każdym, nawet najmniejszym ruchu.
— Spokojnie… — mruknęła Przepiórka zza jej pleców, tonem łagodnym, lecz czujnym. — Daj drzewu poznać twój ciężar.
Niebiańska Łapa przesunęła jedną z tylnych łap, szukając stabilnego oparcia, a następnie drugą, uważając, by nie oderwać wszystkich naraz. Jej ciało napięło się w harmonijnym wysiłku, mięśnie pracowały równo, jakby od dawna czekały na taką próbę.
Pierwszy odcinek pnia okazał się trudniejszy, niż przewidywała. Kora miejscami kruszyła się pod naciskiem pazurów, zmuszając ją do szybkich poprawek, drobnych korekt, które wytrącały ją z rytmu. Zatrzymała się na moment, przyciskając pierś do drewna, by uspokoić oddech i zebrać myśli. Wstyd nie miał tu miejsca — był tylko cel. Perfekcja. Albo osiągnie szczyt, albo będzie wąchać glebę.
— Dobrze — odezwała się Przepiórka, w jej głosie zabrzmiała szczera aprobata. — Nie spiesz się. Poczuj, gdzie pień jest pewniejszy.
Niebiańska Łapa uniosła głowę. Z tej wysokości ziemia wydawała się już nieco dalsza, a świat — odrobinę mniejszy. Coś w niej drgnęło: cicha satysfakcja, szybka i ostra jak błysk światła między liśćmi. Ruszyła dalej, tym razem płynniej, pozwalając, by instynkt zaczął współpracować z wyuczonym ruchem. Jej pazury odnajdywały szczeliny niemal same, a ciało stopniowo przestawało drżeć, zamiast tego wykonując pewne ruchy.
Dotarła do pierwszej, grubej gałęzi i zawisła na niej przez moment, po czym sprawnie podciągnęła się, lądując na stabilnym konarze. Przystanęła, ogonem równoważąc ciężar, i spojrzała w dół.
Przepiórcza Wichura patrzyła na nią z dołu, z tym samym rozjaśnionym spojrzeniem, które Niebiańska Łapa tak uparcie ignorowała — lecz tym razem nie odwróciła wzroku. W jej oczach nie było już irytacji, a jedynie skupienie i coś jeszcze… poczucie, że odniosła sukces.
— No dobra… Nieźle! Szczerze? Gdy ja byłam uczennicą, szło mi to dużo dłużej! Dobra w to jesteś! — uśmiechnęła się Przepiórka. — Poczekaj. Dołączę do ciebie, a potem wspólnie wejdziemy jeszcze wyżej, gotowa?


***


Wieczór nadchodził powoli, z niemal demonstracyjną niechęcią, jakby dzień nie chciał jeszcze ustąpić miejsca nocy. Cienie wydłużały się niepostrzeżenie, osiadając na futrach kotów niczym chłodna, poranna mgiełka, która zamiast wilgoci niosła ze sobą ciszę i ukojenie. Nad linią drzew niebo przygasało, przechodząc od bladego błękitu w głębokie granaty, a pierwsze gwiazdy — nieśmiałe, lecz czujne — zaczynały wyłaniać się z mroku niczym rozsypane okruchy światła.
Księżyc unosił się wysoko, ogromny i jasny, przypominając wszechwidzące oko gwiezdnych przodków, zawieszone nad światem żywych w niemym czuwaniu. Jego blask był zimny, biały jak śnieg pory Nagich Drzew, a jednak łagodny — spływał na ziemię i na koty wszystkich klanów, otulając ich sylwetki srebrzystą poświatą, niby obietnicą opieki.
Niebiańska Łapa trwała w milczeniu, przypatrując się Przepiórczej Wichurze, która zbliżała się w jej stronę miękkim krokiem. Jej własne myśli krążyły spokojnie, ułożone w równych liniach, jakby zmęczenie dnia wygładziło ostre krawędzie emocji. Mentorka zatrzymała się tuż przed nią i spojrzała na liliową uczennicę ciepłym, niemal rozczulonym wzrokiem, w którym nie było ani krzty oceny — jedynie szczera radość. Uśmiechnęła się szeroko, od ucha do ucha, po czym skinęła głową z entuzjazmem, który zdawał się nie gasnąć nawet pod ciężarem zapadającej nocy.
— Więc… gotowa na otwieranie krabów? — zapytała głosem typowym dla siebie, lekkim i pełnym ekscytacji. — Nie mogę się już doczekać, aż w końcu ci to pokażę! Będzie super, obiecuję. Nawet jeśli rozłupywanie skorupiaków nie brzmi tak fajnie, jak myślisz.
Niebiańska Łapa nie odpowiedziała od razu. Zamiast tego przejechała starannie językiem po zmierzwionym futerku na jednej z łap, wygładzając je z pedantyczną dokładnością, jakby ten drobny gest miał przywrócić jej wewnętrzny porządek. Westchnęła cicho, niemal niesłyszalnie. W jej oczach pojawiła się wyraźna niechęć, zmieszana z delikatnym, ledwie skrywanym obrzydzeniem — uczuciem, które skrzywiło jej pyszczek w subtelnym grymasie.
Wciągnęła powietrze nosem, ostrożnie, jakby spodziewała się, że już teraz dotrze do niej ciężki, słonawy smród krabów. Rozsądek podpowiadał jej jednak, że to niemożliwe; doskonale wiedziała, że los poskąpił jej zdolności węchu. A mimo to wyobraźnia, podsuwając obrazy pękających skorup i wilgotnego piasku, sprawiła, że poczuła na języku niemal wyimaginowany posmak morza.
— Czy… Będę musiała się przy tym brudzić..? — spytała. — Niedawno skończyłam pielęgnacje futra i…
— Zapewniam cię, brudne futro będzie tego warte! To będzie wyborna zabawa! — przerwała jej mentorka, po czym żywo machnęła ogonem. — No już, nie marudź! Chodź.
Westchnęła krótko. No tak. Jeśli miała się tego nauczyć, nauczy się. Nawet jeśli oznaczało to brudne łapy, pękające pancerze i doświadczenie, które z całą pewnością nie znajdzie się wysoko na liście jej ulubionych zajęć.


***


— Najważniejsze to cierpliwość — zaczęła mentorka, jakby wygłaszała prawdę równie starą co sam las. — Kraby są twarde. I z tego powodu nie zawsze są łatwe do rozbicia.
Niebiańska Łapa zmrużyła lekko oczy. Już sam widok skorupiaka wywoływał w niej nieprzyjemne napięcie — coś pomiędzy niechęcią a głębokim dyskomfortem. Jego pancerz połyskiwał chłodno, obco, a drobne odnóża poruszały się nerwowo, wydając ciche, irytujące dźwięki. “Nieeleganckie stworzenia” — pomyślała z przekąsem.
Przepiórka jednym, pewnym ruchem przycisnęła kraba łapą, a następnie uderzyła w pancerz ostrym kamieniem. Skorupa pękła z suchym trzaskiem, bez zbędnego hałasu czy zamieszania.
— Widzisz? — rzuciła wesoło. — Nie siła, a dokładność. Teraz ty.
Uczennica podeszła wolno, z wyraźnym namysłem. Jej kroki były ostrożne, niemal ceremonialne. Przez chwilę stała nieruchomo, wpatrując się w kraba, jakby próbowała zrozumieć dlaczego akurat ona musi teraz pochylać się nad jakimś durnym, martwym kawałkiem zwierzyny. Na moment zastanawiała się, jak właściwie powinna rozbić zwierzę, dokładnie analizując przy tym jego kształt oraz wygląd. Potem sięgnęła po kamień, obracając go w łapie, testując jego ciężar i krawędzie.
“Skup się. To tylko kolejna umiejętność. Nic więcej.” — powiedziała sobie w myślach.
Przycisnęła skorupiaka łapą, starając się nie dopuścić do drżenia mięśni. Pierwsze uderzenie było zbyt lekkie — kamień ześlizgnął się po pancerzu.
— Spokojnie — odezwała się Przepiórcza Wichura, łagodnie. — Znajdź miejsce, gdzie skorupa jest najsłabsza.
Niebiańska Łapa zacisnęła szczęki. Poprawiła ułożenie łapy, uniosła kamień wyżej i tym razem uderzyła z większą precyzją. Rozległ się cichy trzask — pancerz ustąpił, pękając wzdłuż cienkiej linii. Uczennica cofnęła się odruchowo o pół kroku, po czym ponownie nachyliła się nad zdobyczą.
W jej oczach nie było triumfu, lecz skupiona ulga. Udało się. Nie elegancko, nie idealnie — ale skutecznie.
— Widzisz? — Przepiórka uśmiechnęła się szeroko. — Każdy krab uczy czegoś nowego.
Niebiańska Łapa spojrzała na rozłupaną skorupę, potem na swoje łapy, pobrudzone piaskiem i wodą. Skrzywiła pyszczek, ale tym razem w geście bliższym rezygnacji niż obrzydzeniu.
— Nie powiem, że to… przyjemne — mruknęła cicho. — Ale rozumiem sens.

[2141 słów, otwieranie krabów + wspinaczka na drzewa]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz