Pod koniec Pory Opadających Liści, jeszcze przed atakiem na Księżycową Łapę
Dębowa Łapa stał właśnie przy stercie ze zwierzyną i rozmawiał ze swoim przyjacielem – Tygrysią Łapą, który właśnie pokazywał mu nowe chwyty, których nauczyła go Gęsiorkowy Trzepot. Rudzielec miał właśnie wyskoczyć i w powietrzu pokazać cięcia pazurami, które podobno – jak mówił Tygrysia Łapa – miały aż świszczeć. Osobiście wątpił, by tamten mógł coś takiego osiągnąć w tak krótkim czasie, jednak może się jednak mylił? Raczej nie powinien wątpić w swojego przyjaciela? Nieprawdaż?
Nagle do obozu wszedł patrol, na którym znajdowała się jego ulubienica – Słotna Łapa. Kotka od razu zwróciła jego uwagę i Dębowa Łapa wcale nie przywiązywał większej uwagi na Tygrysią Łapę, który, jak szalony pokazywał skomplikowane ruchy, których dzisiaj się uczył na treningu.
– Cześć Słotna Łapo~ – zamruczał, uśmiechając się w stronę uczennicy, która jak grzeczna kicia przyszła do swoich kolegów. – Widzę, że coś cię się nóżki trzęsą. Mamusia cię przeciorała po lesie, co?
Przysiadła przy kolegach, słysząc przywitanie Dębowej Łapy. Mimo zmęczenia uśmiechnęła się do niego szeroko, mrużąc odrobinę oczy. Słysząc dalsze słowa, zachichotała. W sumie tak można było tak powiedzieć.
– Ale za to wiem przynajmniej już mam nowy sposób na koty, za którymi nie przepadam, i przy okazji mogłabym to wykorzystać podczas walki, jeśli bym potrzebowała – pochwaliła się dumnie, poruszając zaczepnie ogonem. Stukała nim o ziemię nieregularnie.
Dębowa Łapa poruszył wąsami z zaciekawieniem.
– Chętnie byśmy zobaczyli te twoje ruchy Słotna Łapo. Myślisz, że nimi byłabyś w stanie pokonać Wilgową Łapę?
Szczerze chciałby bardzo zobaczyć, jak radzi sobie Słotna Łapa na treningach, a w szczególności w boju. Sam nie był pewien, jak mu by szło, gdyż zdawał sobie sprawę, że nie jest najszybszy.
"Przynajmniej nie jest łatwo mnie przewrócić" – dodał w myślach.
Słotna Łapa postawiła uszy, usłyszawszy odpowiedź srebrnego. Uśmiechnęła się szeroko, unosząc podbródek.
– Jasne! Wilgowa Łapa pewnie nawet by się nie obronił – miauknęła pewnie, chichrając się. – Dębowa Łapo, jak chcesz, mogę pokazać ją na tobie, wtedy byłoby też lepiej to widać i nie musiałabym tłumaczy – zaproponowała, spoglądając na kocura.
Dębowa Łapa ani chwili nie poświęcił na przemyślenie umowy.
– Jasne! Spróbuj pokazać to na mnie!
Stanął w pozycji, jaką robił każdy uczeń na szkoleniu walki.
Przyjaciółka nie musiała prosić drugi raz, o odpowiedź. Kotka nie szczypała się w pokazaniu ruchów bitewnych, których nauczyła ją matka. Mimo zmęczenia, jakie było widać po niej, jej szybkość oraz zwinność były zadziwiające. Dzięki technice, którą opanowała, bez większego problemu podcięła łapy Dębowej Łapy, tak że kocur upadł z łoskotem na ziemię. Było to godne podziwu, szczególnie że go i kotkę dzieliło trochę wagi oraz wzrostu. On był od niej o wiele większy oraz cięższy, a jednak tamta zdołała go posłać na ziemię w bardzo krótkim czasie.
– Wow, ale to było ekstra! – powiedział, wstając z ziemi.
– Oczywiście, że było to superaśne! Wszystko, czego uczy mnie moja mama, jest przydatne i wygląda ekstrawagancko! – zaśmiała się tamta, jednocześnie otrzepując go z ziemi i kurzu.
Kocur zauważył, że kotka wypowiedziała jego ulubione określenie. Ekstrawaganckie musiało być wszystko, co miało do czynienia z Dębową Łapą, a on sam starał się zadziwiać pozostałych swoją wyjątkowością. Poza tym, czy to nie był przypadek, że kotka użyła tego określenia? Musiała spędzać z nim dużo czasu do takiego stopnia, że zaczęła rozmawiać tak jak on!
Resztę dnia spędzili we troje przy stercie ze zwierzyną, co jakiś czas przepuszczając koty, które chciały zabrać dla siebie jakiś kąsek. Rozmawiali, obgadywali i śmieli się wniebogłosy. Dębowa Łapa za to oślepiał swoim blaskiem ową dwójkę uczniów, naprowadzał ich na nowe tematy rozmów oraz przedstawiał im śmieszne żarty, przez co dołączyła jeszcze do nich Tropiąca Łapa. W końcu przegonił ich Blade Lico do legowiska wojowników, by przydali się na coś i wymienili mech w posłaniach. Na nieszczęście białego wojownika, nawet nudna robota nie zdołała przyćmić blasku Dębowej Łapy oraz jego duszy towarzystwa. Uczniowie szybko uporali się z zadaniem i zadowoleni powrócili do plotkowania na polanie, gdzie na czele ich grupki stał Dębowa Łapa, który był cały w skowronkach.
Porywisty Dąb siłował się właśnie z Ognikową Słotą między drzewami, a ich oczy cieszył piękny widok na Spaloną Zatoczkę. Ciepłe promienie słońca przebijały się przez gęstwinę i oświetlały ich futra, a śpiew ptaków akompaniował ich końskim zalotom. Wiedząc, że jest silniejszy, udał, że nie ma siły, by to szala zwycięstwa przechyliła się na stronę wojowniczki. Upadł miękko na trawę, a pyłki wybiły się w powietrze po to, by zaraz zostać zabrane przez leciutki wiaterek, który nawiedzał czasami ten las.
– O nieee! Pokonała mnie wszechmocna Ognikowa Słota! Co ja teraz biedny zrobię! – zaczął teatralnie udawać samotnika.
W brązowych oczach kotki pojawiły się psotne iskierki i zaśmiała się z jego aktorzenia. Ta zabawa musiała jej się naprawdę podobać, gdyż wyrwała kilka źdźbeł trawy i włożyła je za jego ucho.
– Masz taką długą sierść, że mogłabym ci wplatać tyle rzeczy do twojego futra. Byłbyś chodzącym krzykiem mody. Takim lalusiem.
Swoją łapą złapał ją za przegub przedniej łapy i spojrzał prosto w jej pysk. Czy miał wrażenie, że się rumieni? A może to on sobie coś wyobrażał… Jednak nie zamierzał zaprzestać na tym. Chciał jej więcej.
– Byłbym twoim lalusiem. – zauważył, tym razem ze szczerym uśmiechem, nie tym aroganckim, który denerwował wszystkich dookoła, którzy nie umieli ujarzmić jego osoby i temperamentu.
Szylkretka zauważyła tę szczerość, była zbyt bystra. Również posłała mu uśmiech i po chwili zastanowienia położyła się na jego puchatym brzuchu, przymykając do tego swoje piękne brązowe oczy.
Zaskoczony pozwolił rozlać się przyjemnemu ciepłu po jego ciele. Nie spodziewał się takiego gestu ze strony Ognikowej Słoty, czy to była ich pierwsza chwila bliskości? Bez stojących nad nimi mentorami, bez większych afer?
"Czy czasem nie robili takich rzeczy partnerzy? Czy ona jest tą jedyną?"
Swoimi łapami otulił szylkretkę w niedźwiedzim uścisku i cicho mrucząc, pozwolił im odpocząć, co jakiś czas sprawdzając, czy tamta przypadkiem nie ucięła sobie drzemki. Nie dogryzał jej, nie śmiałby przerwać tej chwili cielesności i bliskości, jaki wykrzesała z siebie szylkretka. Był to pierwszy raz, kiedy na tak długo zamknął swój pysk i był tak naprawdę miły dla kogoś innego.
– Powinniśmy wracać. – To Ognikowa Słota, jako pierwsza przerwała ciszę – Za długo nas nie ma w obozie, a jeszcze nic nie upolowaliśmy.
Ich długi przytulas minął. Puścił szylkretkę, a ta niczym łania zeskoczyła na trawę, wysoko stawiając swoje łapy.
– Nie ma na to już czasu. Musimy wracać.
Skinął jej głową i posłusznie ruszył za kotką w stronę obozu. Ich futra przesiąkły zapachem drugiego, a nastroje dopisywały, szczególnie Ognikowej Słocie, która w powrocie do obozu zaczęła mu opowiadać kawały oraz żarty, które usłyszała od innych. On natomiast zastanawiał się, jak powinien się zapytać kotki, czy mogliby zostać partnerami. Przecież, taka bliskość i tyle czasu, ile ze sobą spędzali, zobowiązywała do czegoś. Czy nie byłoby to przepiękne? Jednakże ugryzł się w język, poczeka do nocy, kiedy to położą się w na własnych posłaniach. Nawet w legowisku wojowników mieli swoje leża blisko. Mógłby wtedy zapytać się niej, czy również coś do niego czuje. Nawet jeśli miało być to zauroczenie, on postarałby się te uczucie rozpalić, by kotka naprawdę go pokochała.
Weszli rozbawieni do obozu, a pierwszym kotem, który ich przywitał, była zła Zalotna Krasopanii. Starsza szylkretka ciskała w nich swoje ostre zdania, które godziły w serca obojga młodych kotów. Zrugani od łap do czubka uszu, kotka wzięła na pogadankę Ognikową Słotę. Obie zniknęły w wyjściu, a on jedynie mógł odprowadzić je wzrokiem.
Jakie było jego rozczarowanie, kiedy z planu wyjawienia swojego uczucia, wyszły nici. Wszystko to było sprawką Zalotnej Krasopanii, która musiała przeczytać jego myśli i odgrodziła jego posłanie od tego, na którym spała Ognikowa Słota. Starsza szylkretka perfidnie wepchała swoje leże pomiędzy ich dwójkę i jak tylko nadarzyła się okazja, tak miała ich na swoim oku.
Ciężko było mu się pogodzić z przegraną. Mógł spytać się Ognikowej Słoty, czy zostałaby jego partnerką w lesie, kiedy byli na swoją wyłączność, a teraz jego jedyna okazja przeminęła. Dobrze wiedział, że Zalotna Krasopanii nie pozwoli mu na żadne zbliżenie się do jej przyszywanej córki, a Ognikowa Słota była jej zbyt posłuszna, by mogła się postawić swojej matce.
Porywisty Dąb westchnął przeciągle i położył się na posłaniu, zwijając się ciasno w kłębek. Nie zamierzał dotykać choćby jednym włoskiem przebrzydłej Zalotnej Krasopanii.
Porywisty Dąb leżał znudzony na swoim posłaniu. Nie mógł robić absolutnie nic, a każda zmiana pozycji powodowała ogromny ból kończyn, które nie tak dawno złamał na Drodze Grzmotu.
– Proszę Porywisty Dębie, oto twoje śniadanie. – podszedł do niego Stroczkowa Łapa, który podobno znalazł dla Świetlików nowy obóz.
Porywisty Dąb jeszcze go nie widział, gdyż jego rany nadal się nie zagoiły, a w Świetlikach nie było kota, który mógłby go przenieść taki kawał drogi.
– Dzięki młody – odpowiedział uczniowi ze znudzoną miną.
Jednakże tamten się nim nie przejął. Podał mu mysz, która pachniała Szczawiowym Sercem, pewnie wojownik musiał ją upolować. Następnie Stroczkowa Łapa przyniósł zawiniątko, które położył tuż obok nóg Porywistego Dębu.
– A to są zioła i zmiana opatrunku, na twoje połamane nogi. – powiedział kocurek bardziej do siebie, niż do niego. – Za chwilę powinna przyjść tutaj Jarzębinowy Żar i zmienić ci opatrunek.
Kiwnął młodszemu krótko głową. Kocurek został uczniem medyczki, a na jego nieszczęście to jako jedyny miał połamane obie łapy. Pewnie musiał być całkiem niezłą okazją dla Jarzębinowego Żaru wraz z Stroczkową Łapą, gdyż młodziak ćwiczył na nim zmiany opatrunków w przypadku poważnych złamań.
"Przynajmniej będzie coś z tego młodego… Niech się naćwiczy" – pomyślał gorzko, a jego mina bardziej zrzedła, kiedy zauważył idącą w jego kierunku Jarzębinowy Żar. – "Czas męczarni i ćwiczeń, pora zacząć…"
Nagle do obozu wszedł patrol, na którym znajdowała się jego ulubienica – Słotna Łapa. Kotka od razu zwróciła jego uwagę i Dębowa Łapa wcale nie przywiązywał większej uwagi na Tygrysią Łapę, który, jak szalony pokazywał skomplikowane ruchy, których dzisiaj się uczył na treningu.
– Cześć Słotna Łapo~ – zamruczał, uśmiechając się w stronę uczennicy, która jak grzeczna kicia przyszła do swoich kolegów. – Widzę, że coś cię się nóżki trzęsą. Mamusia cię przeciorała po lesie, co?
Przysiadła przy kolegach, słysząc przywitanie Dębowej Łapy. Mimo zmęczenia uśmiechnęła się do niego szeroko, mrużąc odrobinę oczy. Słysząc dalsze słowa, zachichotała. W sumie tak można było tak powiedzieć.
– Ale za to wiem przynajmniej już mam nowy sposób na koty, za którymi nie przepadam, i przy okazji mogłabym to wykorzystać podczas walki, jeśli bym potrzebowała – pochwaliła się dumnie, poruszając zaczepnie ogonem. Stukała nim o ziemię nieregularnie.
Dębowa Łapa poruszył wąsami z zaciekawieniem.
– Chętnie byśmy zobaczyli te twoje ruchy Słotna Łapo. Myślisz, że nimi byłabyś w stanie pokonać Wilgową Łapę?
Szczerze chciałby bardzo zobaczyć, jak radzi sobie Słotna Łapa na treningach, a w szczególności w boju. Sam nie był pewien, jak mu by szło, gdyż zdawał sobie sprawę, że nie jest najszybszy.
"Przynajmniej nie jest łatwo mnie przewrócić" – dodał w myślach.
Słotna Łapa postawiła uszy, usłyszawszy odpowiedź srebrnego. Uśmiechnęła się szeroko, unosząc podbródek.
– Jasne! Wilgowa Łapa pewnie nawet by się nie obronił – miauknęła pewnie, chichrając się. – Dębowa Łapo, jak chcesz, mogę pokazać ją na tobie, wtedy byłoby też lepiej to widać i nie musiałabym tłumaczy – zaproponowała, spoglądając na kocura.
Dębowa Łapa ani chwili nie poświęcił na przemyślenie umowy.
– Jasne! Spróbuj pokazać to na mnie!
Stanął w pozycji, jaką robił każdy uczeń na szkoleniu walki.
Przyjaciółka nie musiała prosić drugi raz, o odpowiedź. Kotka nie szczypała się w pokazaniu ruchów bitewnych, których nauczyła ją matka. Mimo zmęczenia, jakie było widać po niej, jej szybkość oraz zwinność były zadziwiające. Dzięki technice, którą opanowała, bez większego problemu podcięła łapy Dębowej Łapy, tak że kocur upadł z łoskotem na ziemię. Było to godne podziwu, szczególnie że go i kotkę dzieliło trochę wagi oraz wzrostu. On był od niej o wiele większy oraz cięższy, a jednak tamta zdołała go posłać na ziemię w bardzo krótkim czasie.
– Wow, ale to było ekstra! – powiedział, wstając z ziemi.
– Oczywiście, że było to superaśne! Wszystko, czego uczy mnie moja mama, jest przydatne i wygląda ekstrawagancko! – zaśmiała się tamta, jednocześnie otrzepując go z ziemi i kurzu.
Kocur zauważył, że kotka wypowiedziała jego ulubione określenie. Ekstrawaganckie musiało być wszystko, co miało do czynienia z Dębową Łapą, a on sam starał się zadziwiać pozostałych swoją wyjątkowością. Poza tym, czy to nie był przypadek, że kotka użyła tego określenia? Musiała spędzać z nim dużo czasu do takiego stopnia, że zaczęła rozmawiać tak jak on!
Resztę dnia spędzili we troje przy stercie ze zwierzyną, co jakiś czas przepuszczając koty, które chciały zabrać dla siebie jakiś kąsek. Rozmawiali, obgadywali i śmieli się wniebogłosy. Dębowa Łapa za to oślepiał swoim blaskiem ową dwójkę uczniów, naprowadzał ich na nowe tematy rozmów oraz przedstawiał im śmieszne żarty, przez co dołączyła jeszcze do nich Tropiąca Łapa. W końcu przegonił ich Blade Lico do legowiska wojowników, by przydali się na coś i wymienili mech w posłaniach. Na nieszczęście białego wojownika, nawet nudna robota nie zdołała przyćmić blasku Dębowej Łapy oraz jego duszy towarzystwa. Uczniowie szybko uporali się z zadaniem i zadowoleni powrócili do plotkowania na polanie, gdzie na czele ich grupki stał Dębowa Łapa, który był cały w skowronkach.
* * *
Kiedy oboje zostali wojownikami.
Porywisty Dąb siłował się właśnie z Ognikową Słotą między drzewami, a ich oczy cieszył piękny widok na Spaloną Zatoczkę. Ciepłe promienie słońca przebijały się przez gęstwinę i oświetlały ich futra, a śpiew ptaków akompaniował ich końskim zalotom. Wiedząc, że jest silniejszy, udał, że nie ma siły, by to szala zwycięstwa przechyliła się na stronę wojowniczki. Upadł miękko na trawę, a pyłki wybiły się w powietrze po to, by zaraz zostać zabrane przez leciutki wiaterek, który nawiedzał czasami ten las.
– O nieee! Pokonała mnie wszechmocna Ognikowa Słota! Co ja teraz biedny zrobię! – zaczął teatralnie udawać samotnika.
W brązowych oczach kotki pojawiły się psotne iskierki i zaśmiała się z jego aktorzenia. Ta zabawa musiała jej się naprawdę podobać, gdyż wyrwała kilka źdźbeł trawy i włożyła je za jego ucho.
– Masz taką długą sierść, że mogłabym ci wplatać tyle rzeczy do twojego futra. Byłbyś chodzącym krzykiem mody. Takim lalusiem.
Swoją łapą złapał ją za przegub przedniej łapy i spojrzał prosto w jej pysk. Czy miał wrażenie, że się rumieni? A może to on sobie coś wyobrażał… Jednak nie zamierzał zaprzestać na tym. Chciał jej więcej.
– Byłbym twoim lalusiem. – zauważył, tym razem ze szczerym uśmiechem, nie tym aroganckim, który denerwował wszystkich dookoła, którzy nie umieli ujarzmić jego osoby i temperamentu.
Szylkretka zauważyła tę szczerość, była zbyt bystra. Również posłała mu uśmiech i po chwili zastanowienia położyła się na jego puchatym brzuchu, przymykając do tego swoje piękne brązowe oczy.
Zaskoczony pozwolił rozlać się przyjemnemu ciepłu po jego ciele. Nie spodziewał się takiego gestu ze strony Ognikowej Słoty, czy to była ich pierwsza chwila bliskości? Bez stojących nad nimi mentorami, bez większych afer?
"Czy czasem nie robili takich rzeczy partnerzy? Czy ona jest tą jedyną?"
Swoimi łapami otulił szylkretkę w niedźwiedzim uścisku i cicho mrucząc, pozwolił im odpocząć, co jakiś czas sprawdzając, czy tamta przypadkiem nie ucięła sobie drzemki. Nie dogryzał jej, nie śmiałby przerwać tej chwili cielesności i bliskości, jaki wykrzesała z siebie szylkretka. Był to pierwszy raz, kiedy na tak długo zamknął swój pysk i był tak naprawdę miły dla kogoś innego.
– Powinniśmy wracać. – To Ognikowa Słota, jako pierwsza przerwała ciszę – Za długo nas nie ma w obozie, a jeszcze nic nie upolowaliśmy.
Ich długi przytulas minął. Puścił szylkretkę, a ta niczym łania zeskoczyła na trawę, wysoko stawiając swoje łapy.
– Nie ma na to już czasu. Musimy wracać.
Skinął jej głową i posłusznie ruszył za kotką w stronę obozu. Ich futra przesiąkły zapachem drugiego, a nastroje dopisywały, szczególnie Ognikowej Słocie, która w powrocie do obozu zaczęła mu opowiadać kawały oraz żarty, które usłyszała od innych. On natomiast zastanawiał się, jak powinien się zapytać kotki, czy mogliby zostać partnerami. Przecież, taka bliskość i tyle czasu, ile ze sobą spędzali, zobowiązywała do czegoś. Czy nie byłoby to przepiękne? Jednakże ugryzł się w język, poczeka do nocy, kiedy to położą się w na własnych posłaniach. Nawet w legowisku wojowników mieli swoje leża blisko. Mógłby wtedy zapytać się niej, czy również coś do niego czuje. Nawet jeśli miało być to zauroczenie, on postarałby się te uczucie rozpalić, by kotka naprawdę go pokochała.
Weszli rozbawieni do obozu, a pierwszym kotem, który ich przywitał, była zła Zalotna Krasopanii. Starsza szylkretka ciskała w nich swoje ostre zdania, które godziły w serca obojga młodych kotów. Zrugani od łap do czubka uszu, kotka wzięła na pogadankę Ognikową Słotę. Obie zniknęły w wyjściu, a on jedynie mógł odprowadzić je wzrokiem.
* * *
Ciężko było mu się pogodzić z przegraną. Mógł spytać się Ognikowej Słoty, czy zostałaby jego partnerką w lesie, kiedy byli na swoją wyłączność, a teraz jego jedyna okazja przeminęła. Dobrze wiedział, że Zalotna Krasopanii nie pozwoli mu na żadne zbliżenie się do jej przyszywanej córki, a Ognikowa Słota była jej zbyt posłuszna, by mogła się postawić swojej matce.
Porywisty Dąb westchnął przeciągle i położył się na posłaniu, zwijając się ciasno w kłębek. Nie zamierzał dotykać choćby jednym włoskiem przebrzydłej Zalotnej Krasopanii.
* * *
Aktualne, kilka dni po ucieczce Świetlików z terytorium Klanu Wilka
Porywisty Dąb leżał znudzony na swoim posłaniu. Nie mógł robić absolutnie nic, a każda zmiana pozycji powodowała ogromny ból kończyn, które nie tak dawno złamał na Drodze Grzmotu.
– Proszę Porywisty Dębie, oto twoje śniadanie. – podszedł do niego Stroczkowa Łapa, który podobno znalazł dla Świetlików nowy obóz.
Porywisty Dąb jeszcze go nie widział, gdyż jego rany nadal się nie zagoiły, a w Świetlikach nie było kota, który mógłby go przenieść taki kawał drogi.
– Dzięki młody – odpowiedział uczniowi ze znudzoną miną.
Jednakże tamten się nim nie przejął. Podał mu mysz, która pachniała Szczawiowym Sercem, pewnie wojownik musiał ją upolować. Następnie Stroczkowa Łapa przyniósł zawiniątko, które położył tuż obok nóg Porywistego Dębu.
– A to są zioła i zmiana opatrunku, na twoje połamane nogi. – powiedział kocurek bardziej do siebie, niż do niego. – Za chwilę powinna przyjść tutaj Jarzębinowy Żar i zmienić ci opatrunek.
Kiwnął młodszemu krótko głową. Kocurek został uczniem medyczki, a na jego nieszczęście to jako jedyny miał połamane obie łapy. Pewnie musiał być całkiem niezłą okazją dla Jarzębinowego Żaru wraz z Stroczkową Łapą, gdyż młodziak ćwiczył na nim zmiany opatrunków w przypadku poważnych złamań.
"Przynajmniej będzie coś z tego młodego… Niech się naćwiczy" – pomyślał gorzko, a jego mina bardziej zrzedła, kiedy zauważył idącą w jego kierunku Jarzębinowy Żar. – "Czas męczarni i ćwiczeń, pora zacząć…"
<Ognikowa Słoto? Tęsknisz za mną? Czekam, aż nasze drogi się znów przetną.>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz