Minęły już niemal dwa księżyce od chwili, gdy Włókniczek przyszedł na świat. Urósł, choć nie tak bardzo, jak inne kocięta w jego wieku, ale każdy dzień wypełniała mu zabawa. Najczęściej ganiał się z kociętami Słodkiej Dziewanny, a właściwie z dwiema jej córkami. Uwielbiał zabawy w klan, niby-walki i zapasy, w których miękkie łapki zderzały się w tumulcie futra i pisków. Był szczęśliwy, tak szczęśliwy, jak tylko może być kociak, który jeszcze nie zna ciężaru świata. Jednak spojrzenia, jakie rzucała mu matka, z każdym dniem stawały się coraz cięższe. Było w nich coś chłodnego, obcego, jakby patrzyła na coś, czego nie potrafiła zrozumieć ani zaakceptować. Coraz częściej krzyczała, by ją wołał, by nie dotykał jej bez słowa, tylko się odezwał. Włókniczek nie pojmował, w czym tkwi problem. Przecież tak bardzo się starał, naprawdę. Nie udawał, nie lenił się; robił wszystko, co było w jego mocy, by jej nie zawieść. Jego koleżankom ze żłobka wcale nie przeszkadzało to, że nie mówił, więc i on sam nie widział w tym nic złego. A jednak serce pękało mu za każdym razem, gdy dostrzegał w oczach matki rozczarowanie. Nawet ojciec patrzył na niego ze smutkiem, którego nie potrafił ukryć. Czy naprawdę był aż tak wielką porażką?
Siedział spokojnie na posłaniu w żłobku, w półcieniu ziemistych ścian, spoglądając ukradkiem na Bazię, kociczkę, z którą jeszcze nigdy się nie bawił. Ona jednak zerkała w jego stronę coraz śmielej, poruszając ogonem w wyraźnym zaproszeniu do zabawy. Włókniczek już miał się podnieść, zebrać w sobie odwagę i do niej podejść, gdy nagle usłyszał za sobą ostry głos.
— Nie ruszaj się! — warknęła Chomik.
Złapała go za kark i położyła, a raczej niezbyt delikatnie upuściła, na ziemię żłobka. Włókniczek rozpłaszczył się na miękkiej ściółce, zaskoczony nagłością tego gestu. Uniósł główkę i zobaczył, jak do wnętrza wchodzi zirytowany, kremowy kocur. Pachniał ziołami i czymś gorzkim, uspokajającym. Włókniczek wiedział, że to medyk, choć nie potrafił sobie przypomnieć jego imienia.
— Więc o co chodzi, Chomiku? — zapytał kocur, unosząc brew i spoglądając na kociaka. Jego głos był obojętny, zmęczony, jakby wyrwano go z ważniejszego zajęcia.
— Zbadaj go! Coś jest z nim nie tak! — wysyczała, popychając syna bliżej uzdrowiciela.
Medyk przewrócił oczami, ale zabrał się do pracy. Obejrzał malca dokładnie, sprawdzając każdy centymetr jego ciała: od grzbietu, przez łapy, aż po gardło. Nachylił się, by posłuchać cichego bicia serduszka, a jego uszy poruszyły się lekko w skupieniu.
— Zawracasz mi głowę. Jest całkiem zdrowy — westchnął w końcu. Podniósł się i już miał odejść, gdy Chomik zastąpiła mu drogę.
— To czemu się nie odzywa?! — krzyknęła. — Inne kocięta w jego wieku już mówią! Niektóre niewyraźnie, ale jednak!
Stanęła tak blisko, że kocur musiał się cofnąć. Wtedy Zawilcowa Korona zerknął podejrzliwie na Włókniczka. Odwrócił się ku niemu i spojrzał mu prosto w oczy.
— Powiedz „mama” lub… ech, nieważne. Cokolwiek — odparł, nastawiając uszy.
Włókniczek otworzył pyszczek, lecz poza zniekształconym miauknięciem nic z niego nie wydobyło się na świat. Kociak nie przejął się tym szczególnie. Uśmiechnął się ciepło, niemal uspokajająco, jednak gdy dostrzegł smutek w oczach medyka, jego własne spojrzenie również posmutniało. Zawilcowa Korona jeszcze raz zajrzał do jego pyszczka, tym razem mniej delikatnie, odciągając wargi, by upewnić się, że wszystko jest w porządku i że niczego nie przeoczył.
— Spróbuj jeszcze raz — nalegał Zawilcowa Korona, pchając go lekko nosem.
Włókniczek ponownie otworzył pyszczek. Serce zabiło mu szybciej, jakby chciało pomóc, wypchnąć dźwięk na zewnątrz. Jednak rezultat był dokładnie taki sam jak wcześniej, cisza, przerwana jedynie słabym, zniekształconym miauknięciem. Kociak cofnął uszy i po raz pierwszy naprawdę zaczął rozumieć, co się dzieje. Naprawdę nie mówił. A przecież w głowie słyszał swój własny, cichy głos. Wyraźny. Prawdziwy. Dlaczego więc nie potrafił go uwolnić?
"No wychodź… proszę… wychodź!" — krzyczał w myślach, rozpaczliwie otwierając pyszczek raz jeszcze. Nic. Łzy zaczęły cisnąć mu się do oczu i spływać po policzkach, kapiąc na ściółkę. Dlaczego nie potrafił? Zawsze myślał, że umie mówić, po prostu nie musi. Teraz dotarło do niego z przerażającą jasnością, że nigdy nie był w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa.
"Ale tata mówił, że jestem jeszcze za mały… " — zapłakał w myślach, błagalnie trącając łapką Zawilcową Koronę. Medyk uniósł głowę i spojrzał na Chomik. Jego wyraz pyska stężał.
— Przykro mi, Chomiku. Włókniczek nigdy nie będzie mógł mówić. Nie wykryłem u niego żadnych…
Nie dokończył. Karmicielka uderzyła w niego bokiem, brutalnie odpychając go na bok.
— Wiedziałam! — wysyczała.
Pchnęła Włókniczka tak mocno, że przewrócił się na plecy, a potem instynktownie skulony przylgnął do ziemi. Jej cień padł na niego ciężko.
— Ty mały kłamco! — warczała, zbliżając się krok po kroku.— Jak mogłeś to przede mną ukrywać?!
Kocurek drżał, kulił się coraz bardziej, a łzy kapały z jego policzków, wsiąkając w miękką ściółkę żłobka. Przecież próbował. Nigdy nie zrobił nic złego. Czy naprawdę był aż tak okropny tylko dlatego, że nie mógł nic powiedzieć? Nie rozumiał tego. Przecież zawsze się starał.
— Uspokój się. To tylko kocię — mruknął Zawilcowa Korona, podchodząc bliżej. Jego sierść lekko się nastroszyła.
— Mówiłeś, że będzie tylko cichym kocięciem, a nie… niepełnosprawnym! — wysyczała Chomik, bijąc ogonem w powietrzu.
— Przesadzasz! — warknął poirytowany uzdrowiciel. — Nic mu nie jest. Jest zdrowy!
— Jak ma zostać kimś wielkim, skoro nawet nie potrafi się przedstawić?! — syknęła, wysuwając pazury i odwracając się w stronę syna.
Gdy była już tuż przy nim, Zawilcowa Korona zagrodził jej drogę.
— Jeśli go skrzywdzisz, Zawodzące Echo wygna cię z klanu — powiedział spokojnie, lecz stanowczo. — To nie jest jego wina.
Zmęczonym wzrokiem omiótł cały żłobek.
— Nie zasługuje na swoje imię! — prychnęła Chomik, zaczynając chodzić w kółko. — Miał być cichy, prawda? A więc to idealne imię. Cisza. Tak się będziesz nazywał!
Zatrzymała się i spojrzała na niego z pogardą.
— Włókniczek miało być imieniem dla wielkiego przyszłego lidera, a nie dla kogoś takiego — wywarczała, po czym położyła się na posłaniu, wrogo spoglądając na syna.
— To szalone! — krzyknął ktoś od wejścia do żłobka.
To był Ruda Lisówka. Stał tam od dłuższej chwili, jakby sparaliżowany tym, co słyszał. Dopiero teraz, jak wybudzony z koszmaru, ruszył w stronę swojej partnerki.
— Nie zasługuje na coś takiego! — warknął rudzielec, gwałtownie machając ogonem i kładąc uszy płasko po sobie.
— Nie ma tu żadnej dyskusji — mruknęła spokojnie Chomik, nawet na niego nie patrząc.
W tym czasie Zawilcowa Korona po prostu wyszedł ze żłobka. Nie powiedział już ani słowa.
Włókniczek, a raczej już Cisza, cofnął się do najdalszego kąta żłobka. Wsunął się w jedną z małych dziur, które wcześniej sam wykopał, i skulony obserwował kłócących się rodziców. Ich głosy były ostre, pełne gniewu, jak zderzające się kamienie. Po chwili dołączył do nich czarny kocur o krótkim ogonie. Cisza nie znał go dobrze, ale jego obecność tylko pogłębiła napięcie. Po krótkiej rozmowie kocur westchnął ciężko i, wyraźnie zrezygnowany, opuścił żłobek. Teraz Chomik i Ruda Lisówka kłócili się ciszej, niemal plując sobie słowami do uszu. Cisza nie mógł już na to patrzeć. Odwrócił wzrok i wcisnął pyszczek głębiej w ziemię. To wszystko było przez niego. Nie był idealny, dlatego matka tak zareagowała. Gdyby był większy, jak Równonoc, gdyby miał silny głos, jak większość kotów… wtedy byłby idealny. Wtedy zasługiwałby na miłość.
Gdy słońce zaszło za horyzontem, a żłobek pogrążył się w ciszy snu, Chomik już spała. Ruda Lisówka podszedł do syna i delikatnie wyniósł go na zewnątrz. Noc była chłodna, a powietrze suche. Położył się na ziemi i przyciągnął kociaka między swoje łapy.
— Nie przejmuj się tym, Włókniczku. Nikt nigdy nie odbierze ci twojego imienia — zamruczał cicho.
Cisza natychmiast machnął łapką, uderzając ojca w pierś. Następnie zakrył sobie pyszczek. Jego uszka zwisały smutno, a łzy cisnęły się do oczu.
— Nie… nie mogę cię tak nazywać — powiedział Ruda Lisówka łamiącym się głosem. Cisza odwrócił się do niego plecami, naburmuszony i zraniony. Przez dłuższą chwilę między nimi panowała cisza. Ruda Lisówka w końcu westchnął.
— Dobrze. Skoro tak chcesz. Ale pamiętaj jedno — dodał spokojniej. — To imię i twój brak głosu nie czynią cię gorszym. A imię „Cisza” można przemienić w największy hałas na świecie.
Wymruczał te słowa, po czym delikatnie polizał synka po główce. Cisza odwrócił się i wtulił w jego futro, wciskając nos w ciepłą klatkę piersiową ojca. Uniósł wzrok ku niebu. Gwiazdy migotały słabo za cienkimi chmurami, jakby obserwowały go w milczeniu.
"Muszę być wyjątkowy w czymś innym" — pomyślał. "Musi mnie coś wyróżniać."
Zostanie najlepszym wojownikiem. Pokona każdego wroga. Złapie każdą zwierzynę. Sprawi, że wszyscy będą o nim mówić. Wtedy matka go pokocha. Wtedy Chomik obdarzy go miłością, której tak bardzo pragnął.
BLOGOWE WIEŚCI
BLOGOWE WIEŚCI
W Klanie Burzy
Klan Burzy znów stracił lidera przez nieszczęśliwy wypadek, zabierając ze sobą dodatkową dwójkę kotów podczas ataku lisów. Przywództwo objął Króliczy Nos, któremu Piaszczysta Zamieć oddał swoje ówczesne stanowisko, na zastępcę klanu wybrana natomiast została Przepiórczy Puch. Wiele kotów przyjęło informację w trudny sposób, szczególnie Płomienny Ryk, który tamtego feralnego dnia stracił kotkę, którą uważał za matkęW Klanie Klifu
Wojna z Klanem Wilka i samotniczkami zakończyła się upokarzającą porażką. Klan Klifu stracił wielu wojowników – Miedziany Kieł, Jerzykową Werwę, Złotą Drogę oraz przywódczynię, Liściastą Gwiazdę. Nie obyło się również bez poważnych ran bitewnych, które odnieśli Źródlana Łuna, Promieniste Słońce i Jastrzębi Zew. Klan Wilka zajął teren Czarnych Gniazd i otaczającego je lasku, dołączając go do swojego terytorium. Klan Klifu z podkulonym ogonem wrócił do obozu, by pochować zmarłych, opatrzeć swoje rany i pogodzić się z gorzką świadomością zdrady – zarówno tej ze strony samotniczek, które obiecywały im sojusz, jak i członkini własnego Klanu, zabójczyni Zagubionego Obuwika i Melodyjnego Trelu, Zielonego Wzgórza. Klifiakom pozostaje czekać na decyzje ich nowego przywódcy, Judaszowcowej Gwiazdy. Kogo kocur mianuje swoim zastępcą? Co postanowi zrobić z Jagienką i Zielonym Wzgórzem, której bezpieczeństwa bez przerwy pilnuje Bożodrzewny Kaprys, gotowa rzucić się na każdego, kto podejdzie zbyt blisko?W Klanie Nocy
Ostatni czas nie okazał się zbyt łaskawy dla Nocniaków. Poza nowo odkrytymi terenami, którym wielu pozwoliły zapomnieć nieco o krwawej wojnie z samotnikami, przodkowie nie pobłogosławili ich niemalże niczym więcej. Niedługo bowiem po zakończeniu eksploracji tajemniczego obszaru, doszło do tragedii — Mątwia Łapa, jedna z księżniczek, padła ofiarą morderstwa, którego sprawcy jak na razie nie odkryto. Pośmiertnie została odznaczona za swoje zasługi, otrzymując miano Mątwiego Marzenia. Nie złagodziło to jednak bólu jej bliskich po stracie młodej kotki. Nie mieli zresztą czasu uporać się z żałobą, bo zaledwie kilka wschodów słońca po tym przykrym wydarzeniu, doszło do prawdziwej katastrofy — powodzi. Dotąd zaufany żywioł odwrócił się przeciw Klanowi Nocy, porywając ze sobą życie i zdrowie niejednego kota, jakby odbierając zapłatę za księżyce swej dobroci, którą się z nimi dzielił. Po poległych pozostały jedynie szczątki i pojedyncze pamiątki, których nie zdołały porwać fale przed obniżeniem się poziomu wód, w konsekwencji czego następnego ranka udało się trafić na wiele przykrych znalezisk. Pomimo ciężkiej, ponurej atmosfery żałoby, wpływającej na niemalże wszystkich Nocniaków, normalne życie musiało dalej toczyć się swoim naturalnym rytmem.Przeniesiono się więc do tymczasowego schronienia w lesie, gdzie uzupełniono zniszczone przez potop zapasy ziół oraz zwierzyny i zregenerowano siły. Następnie rozpoczęła się odbudowa poprzedniego obozu, która poszła dość sprawnie, dzięki ogromnemu zaangażowaniu i samozaparciu członków klanu — w pracach renowacyjnych pomagał bowiem niemalże każdy, od małego kocięcia aż po członków starszyzny. W konsekwencji tego, miejsce to podniosło się z ruin i wróciło do swojej dawnej świetności. Wciąż jednak pewne pozostałości katastrofy przypominają o niej Nocniakom, naruszając ich poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza z krążącymi wśród kotów pogłoskami o tym, że powódź, która ich nawiedziła, nie była czymś przypadkowym — a zemstą rozchwianego żywiołu, mszczącego się na nich za śmierć członkini rodu. W obozie więc wciąż panuje niepokój, a nawet najmniejszy szmer sprawia, że każdy z wojowników machinalnie stroszy futro i wzmaga skupienie, obawiając się kolejnego zagrożenia.
W Klanie Wilka
Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).
W Owocowym Lesie
Dla owocniaków nadszedł trudny okres. Wszystko zaczęło się od śmierci wiekowej szamanki Świergot i jej partnerki, zastępczyni Gruszki. Za nią pociągnęły się śmierci liderki, rozpacz i tęsknota, które pociągnęła za sobą najmłodszą medyczkę, by skończyć na wybuchu epidemii zielonego kaszlu. Zmarło wiele kotów, jeszcze więcej wciąż walczy z chorobą, a pora nagich drzew tylko potęguje kryzys. Jeden z patroli miał niesamowite szczęście – natrafił na grupę wędrownych uzdrowicieli. Natychmiast wyraziła ona chęć pomocy. Derwisz, Jaskier i Jeżogłówka zostali tymczasowo przyjęci w progi Owocowego Lasu. Zamieszkują Upadłą Gwiazdę i dzielą się z tubylcami ziołami, pomocą, jak i również ciekawą wiedzą.W Betonowym Świecie
nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz