Po zagojeniu blizny dostanej przez kunę
Opuścił w końcu towarzystwo medyków, którzy powiedzieli mu, że wszystko już jest dobrze z jego bokiem. Teraz mógł działać w pełni możliwości, właśnie wyszedł złapać jakąś zwierzynę, poczuć się niczym drapieżnik, który musi złapać zwierzynę. Omijał drzewa i krzewy już z lepszą orientacją, choć początkowo to miejsce było dla niego obce. Teraz było mu bardziej znane, przynajmniej wiedział gdzie nie więcej, jest zwierzyna i jakiego rodzaju, chociaż to tyle z pozytywów… rozglądał się w lewo, jak i prawo, było więcej tu drzew liściastych, niż sosen jak to było w Klanie Wilka. Czasem tęsknił za sosnami, za ich cudownym zapachem, drzewa liściaste nawet nie były źle, bo ich liście zmieniają kolory na bardziej ciepłe, Sosny tak nie umiały. Zadziwiał się tak tym pięknym drzewom, ale nie widział zwierzyny, szedł jeszcze chwilę i zauważył coś na drzewie. Dwie sójki, które siedziały wtulone w siebie, Miodowa Kora zwykle kochał patrzeć, jak ptaki się poruszają, żyją, ale ten widok przypomniał mu, że jest samotny. Zazdrościł w jakimś sensie tym ptakom, że mają siebie, na tyle nią pokierowała, że kocur postanowił wejść na drzewo, wystawił pazury i zaczynał się wspinać w stronę sójek. Musiał uważać, by każdy jego ruch był gibki i śmiały, ale to nie był dla niego problem. Liliowy kocur szybko się znalazł na gałęzi i widząc te ptaki, rzucił się na nie, choć jeden miał szczęście i odleciał, ćwierkając przeraźliwie, ale drugi został złapany zębami kocura. Zęby jego wstąpiły się w jego skrzydło jak jakieś ciernie, Miodowa Kora, czując, że mocno trzymał to skrzydło, walił ptakiem o drzewo kilkukrotnie, nieopamiętanie jakby chciałby, żeby ptak się uciszył. Sójka jednak jakby przestraszona błagała swym ćwierkaniem o wolność, o to, by znów polecieć do swego ukochanego. Lecz ten ptak nie miał szczęścia, miał coraz mniej sił, by uciec, Miodowa Kora to wykorzystał, przytrzymując go łapą, puszczając jego skrzydło, które wcześniej było pod uciskiem jego zębów. Wbił pazury w sójkę, orając nimi po ciele ptaka, by się wykrwawił, czerwona ciecz ulatniała się ze zwierzyny, wsiąkając w gałąź i korę drzewa. Po jakimś czasie ptak, który próbował się wyrwać tym razem z jego pazurów, przestał walczyć o swoje życie, a jego ciało stało się zimne, a oczy białe bez żadnego życia. Miodowa Kora stwierdził, że to był tylko głupi ptak, którym i tak ma wykrzywić resztę kotów i tak prędzej czy później by umarł… jakoś tak. Świetlik przyglądał się skrzydłom sójki, takie same pióra nosiła Iskrząca Nadzieja, jej futro było wypełnione ich zapachem, gdy dzielił z nią języki, to zawsze czuł głównie te pierza… Miodek zbliżył się do ptaka, wąchając sójcze pióra, martwego ptaka, wziął dwa najdłuższe pióra ze skrzydeł ptaka, które nie były splamione krwią i ozdobił nimi swoje ramię. Ptaka chwycił do pyska i zszedł z drzewa, ten zapach tych piór tak przypominał o niej, tak trudno było mi przestać o niej myśleć. To było to, co koiło jego myśli i zmysły, gdy nie było jej przy nim. Kocur postanowił jednak iść dalej. Coś znaleźć jeszcze.
***
Wśród liści i krzewów nic nie wystawało, niektóre zwierzyny lepiej się ukryły, właściwie większość. Utrudniało mu to zadanie, ponieważ było tylko kilka przypadków, które nie były uważane i tu zostawały. Właśnie takie coś chciał upolować Miodowa Kora, stąpał po niektórych pomarańczowych liściach, które dopiero co opadły, tak sobie idąc. Wojownik przekręcił oczami, wzdychając, że chyba nic nie znajdzie, szedł więc, sądząc, że po prostu szybko pójdzie do domu. Nagły szelest blisko jego uszu wywrócił go z równowagi, obracał głowę i nagle coś szybko śmignęło, przed jego nosem strasząc go. Nie spodziewał się tego, to było głupie, jak wiewiórka mogła go przestraszyć?! Szybko się ogarnął i biegł w jej stronę, gonił ją jak szalony, widział z daleka tego gryzonia, miał go na zasięgu dwóch długości ogona. Miodowa Kora jednak dostał kolejny raz jakiegoś ataku strachu, bo szybko się zatrzymał, tak biegł za zwierzem, że nie zauważył, że las się skończył i dzieliło go tylko jedno bicie serca od drogi grzmotu. Odsunął się parę kroków, patrząc na gryzonia, który ze spokojem przekroczył tę drogę, idąc do owocowego lasu. Niech to szlak! Patrzył tak na drugą stronę drogi grzmotów, nie był zadowolony, że gryzoń mu uciekł tam, gdzie nie mógł iść. Przekroczenie granicy z Owocowym Lasem nie było dobrym pomysłem. Chociaż może by spróbował? Nie! To głupie i nierozważnie iść na czyjś teren tylko dlatego, że wiewiórka mu uciekła, może rzeczywiście powinien już wrócić? Odwrócił się w stronę lasu, by już iść w swoją stronę, lecz… zza drugiej strony tam, gdzie Owocowy Las usłyszał szelest czegoś, zobaczył po drugiej strony jakiś liliowy ogon, który się przewinął przez chwilę, Miodowa Kora zauważył, że miał na czubku biel.
– Kto tam jest po drugiej stronie?! – Ciekawe czy ktoś mu odpowie, chociaż to może jakieś zwidy? Przecież jak mu nic nie odpowie, to wróci z tą sójką.
< Kimkolwiek jesteś, odpowiedz >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz