Ostatnio Żagnica wymyślił sobie patrol z innym uczniem, który także się szkolił na wojownika. Tym razem było nieco inaczej, gdyż zamiast patrolu miał mieć wspólny trening ze swoim liliowym bratem, który podobnie jak on też raczej nie miał fizycznych predyspozycji do zostania wojownikiem. A jednak jakoś oboje zostali przydzieleni do swoich mentorów, którzy raczej mieli nie lada wyzwanie, by wyszkolić tak ich dwójkę, aby nie odstawali od reszty — choć i tak już się wyróżniali z racji innej budowy ciała, która bardziej się nadawała na zwiadowcę.
— Które z was to wymyśliło? — spytał niespodziewanie vana, z którym czekał na przybycie pozostałej dwójki kotów.
— Co? — rzucił starszy, jakby wyrwany z zamyślenia, nie rozumiejąc tego, o co pyta jego smukły uczeń.
— Ty czy Orchidea wpadliście na pomysł wspólnego treningu? — sprecyzował, przenosząc wzrok na kocura. Wcześniej jego oczy były skupione na tętniącą życiem polanę, próbując dostrzec dwójkę liliowych kotów.
“Ciekawy zbieg okoliczności” — przeszło mu przez myśl, kiedy uświadomił sobie, że zarówno jego brat, jak i partnerka Pieczarki mają ten sam kolor sierści. Choć w sumie jego i Żagnicę łączył kolor oczu, gdyż oboje posiadali żółte ślepia.
— Orchidea — odpowiedział wojownik, choć w jego głosie było coś, co zdecydowanie było przeciwieństwem entuzjazmu. Na ten szczegół, czekoladowy zmrużył oczy, jakby to miał mu pomóc coś dostrzec, jakiegoś drugiego dna w tej wypowiedzi. Żagnica za mało kim przepadał, a większość jako tako tolerował, ale w tym przypadku miał wrażenie, że coś jest na rzeczy. Jakoby cokolwiek, co między nimi było, teraz nieprzyjemnie zwisało w powietrzu, czekając na ujawnienie się niewtajemniczonym.
Woląc nie drążyć tematu, wrócił wzrokiem na polanę akurat w momencie, gdy pośród kotów wyłoniły się dwie sylwetki. Jedną z nich doskonale znał, gdyż z Purpurą obcował dobre parę księżyców w żłobku, a teraz na drzewie, gdzie mieściło się legowisko uczniów. Nie miał z bratem jakiś bliższych relacji, choć może to było normalne po opuszczeniu kociarni? W końcu oboje byli zajęci treningami, lecz Smuga miał wrażenie, że z Kroplą jest mu znacznie łatwiej utrzymać częstszy kontakt niż właśnie z kocurem.
Kiedy Ci byli wystarczająco blisko, czekoladowy skinął głową w ich stronę na powitanie, oboje odwzajemnili ten gest, choć starsza zrobiła to z widocznym uśmiechem na pysku. Kątem oka dostrzegł pojawiający się grymas na pysku swoje mentora na przywitanie. Z każdą chwilą jego ciekawość rosła, choć wolał nie drażnić vana swoimi pytaniami o to, było widać, że już wystarczająco źle działa na niego obecność Orchidei. Młodszy domyślił się, że to ona była źródłem tego wszystkiego, w końcu Żagnica raczej nie miał okazji obcować jakoś bardziej z Purpurą i to w takim stopniu, by ten naraził się wojownikowi.
Żagnica bez słowa podniósł się z dotychczasowego miejsca, dając znak do wymarszu, ruszył w stronę wyjścia. Smuga od razu uczynił podobnie, doganiając go w paru krokach, by iść z nim ramię w ramię, nie przejmując się faktem, czy pozostała dwójka ruszyła za nimi. Dopiero kiedy ciszy szmer toczącej się rozmowy dobiegł do jego uszu, utwierdzając w tym, że Orchidea z Purpurą podążają za nimi. Czekoladowy po dłuższej chwili spojrzał na mentora w niemym pytaniu, dokąd zmierzają.
— Nie patrz tak — mruknął jedynie kocur.
— To powiedz, dokąd idziemy — odparł, kątem oka spoglądając na dwójkę liliowych kotów za nimi. Starsza nadal z przyjaznym uśmiechem kierowała słowa do swojego ucznia, który z uwagą jej słuchał, chłonąc każdą możliwą wiedzę. Na ten widok czekoladowy jedynie przewrócił oczami, jakby ta ckliwa scena przyprawiała go o widoczną niechęć w postaci chwilowego grymasu na jego pysku. Fakt ten nie uszedł uwadze vanowi, który uśmiechnął się w swój charakterystyczny sposób mówiący, że może coś jeszcze ze Smugi będzie.
— Przez Konający Buk na Rozlewisko lub Cmentarz Potworów — odpowiedział, co wywołało niespodziewaną reakcję ze strony młodszej wojowniczki.
— Co? Przecież Konający Buk jest śliski i kruszy się w niektórych miejscach pod łapami! Już nawet nie mówię o Rozlewisku! Ty chcesz te kociaki skazać na śmierć? — spytała z przestrachem o życie uczniów, zagradzając drogę Żagnicy.
“No i wybuchło” — pomyślał, czując, jak atmosfera między nimi staje się gęsta i napięta niczym mięśnie łowcy gotowego do ataku.
W międzyczasie van musiał się zatrzymać, głównie z powodu kotki, która stanęła tuż przed nim, nie pozwalając iść dalej. Smuga zatrzymał się nieco wcześniej, a Purpura, dopiero gdy stanął tuż obok brata, by z boku obserwować to całe widowisko.
— Ty siebie słyszysz? Nazywasz ich kociakami, chociaż już wcale nimi nie są. Ptasi móżdżek z Ciebie — syknął, jeżąc swoją krótką sierść. — Oni przestali być kociakami wraz z dniem mianowania na uczniów — zauważył, podnosząc głowę z widoczną pogardą.
— My też tu jesteśmy — zauważył liliowy uczeń, któremu zostało posłane wrogie spojrzenie Żagnicy.
— Pilnuj swojego ogona — dodał wojownik.
— No co? To akurat prawda — wtrącił się czekoladowy, trzymając w tym momencie stronę brata. — Także może weźmiecie nasze zdanie pod uwagę?
— A jeże latają — prychnął starszy, wracając wzrokiem na kotkę, a następnie ją wyminąć. — Robisz z żuka borsuka — dodał w jej stronę, by następnie dać znać ogonem, że ruszają dalej.
Smuga pokornie podążył za mentorem, wyczuwając aż z daleka jego rozdrażnienie zachowaniem Orchidei, która w tym czasie podeszła do Purpury.
***
Finalnie nie przekroczyli nawet Konającego Buku, zmieniając nieco kierunek na Śliwowy Gaj. Widać było, że wojownik nie chciał odbywać kolejnej ostrej wymiany zdań z liliową, więc postanowił skierować ich grupę do fragmentu lasu, gdzie głównie rosły drzewa śliwowe, od których się wzięła nazwa. Smuga nie wiedział, co planują ich mentorzy, lecz Orchidea była widocznie zadowolona z tego, że van ustąpił ze swoim pomysłem. Żaden z uczniów wolał się już nie wtrącać i nie poruszać tematu tamtej rozmowy, jakoby wyczuwając, że może się to źle skończyć.
W końcu starszy z wojowników się zatrzymał, a po chwili tuż obok niego stanęła kotka. Van od razu zrobił dwa kroki w bok, by nie być tak blisko liliowej. Zdecydowanie było widać jego wręcz wrogość wobec Orchidei. Ta po chwili zaczęła tłumaczyć przebieg wspólnego treningu, wspominając fakt, że oboje nie mogą polegać na sile, jak inni wojownicy lub szkolący się uczniowie, dlatego wymyślili tymczasową zamianę mentorami w walce. W końcu i Purpura i Smuga mniej więcej znali styl walki swoich nauczycieli dlatego potrzebowali takiej odmiany. Na pysku czekoladowego pojawił się grymas niezadowolenia, gdy pomyślał, że przyjdzie mu pojedynkować się z liliową. Nic do niej zbytnio nie miał, lecz poczuł się zdecydowanie urażony, kiedy ta wcześniej określiła jego i brata mianem kociąt.
***
Do przewidzenia było to, że bicolor z nieskrywaną satysfakcją dogryzał mentorce brata, która nie wiedziała zbytnio jak zareagować, gdyż każde jej słowa były komentowane w kąśliwy sposób. Zdecydowanie było widać, że charakter ma po Fidze, a Żagnica dodatkowo podszlifował jego cięty język.
Powrót do obozu odbył się w nieco mniej napiętej atmosferze, przynajmniej dwójki na czele pochodu, gdyż van o dziwo okazywał dumę i chwalił swojego ucznia, mówiąc, że aż zbyt dobrze słyszał jego komentarze oraz co jakiś czas zauważał znaczną poprawę w walce prowadzonej przez Smugę. Czekoladowy sam był z siebie dumny, że doszło do chwili, gdzie Żagnica pokazuje więcej niż swoje niezadowolenie nim. W obozie każdy ruszył w swoim kierunku, choć dzień dla pary kocurów się jeszcze nie skończył, gdyż mieli wziąć udział jeszcze w patrolu granicznym.
Smuga, chcąc wykorzystać czas wolny do tego, ruszył do stosu, przecinając drogę Wiciokrzewowi, omal nie wpadając na niego
— H-Hej! — Niespodziewanie usłyszał za sobą młodszy, zatrzymując się w miejscu, by spojrzeć na uzdrowiciela, który nieśmiało pokonał dzielącą ich odległość — N-nie było żadnych na-nawrotów bólu? — zapytał.
— Skoro od tamtego czasu nie odwiedziłem waszego legowiska to raczej łatwo się domyślić — zauważył, jakby to było oczywiste. Na te słowa wątłej budowy uzdrowiciel nieco się speszył, na co młodszy przewrócił oczami. — Inaczej. Od tamtej pory jestem zdrów, także nie masz co się martwić. Rzadko to mówię, ale jestem wdzięczny, że mimo wszystko przekonałem do zjedzenia tych no…
— J-jagody jałowca? — podsunął niepewnie nazwę.
— Jeśli to było to, to tak. Akurat miałem iść coś wziąć dla siebie ze stosu, korzystając z czasu przed patrolem. Może zechcesz zjeść razem? — oznajmił, robiąc niewielkie kroki w stronę topoli, w której mieli legowisko uzdrowiciele, a wyżej w gałęziach lider. Właśnie tam między żłobkiem a drzewem mieściło się miejsce, gdzie Owocniacy odkładali upolowane piszczki dla kociej społeczności.
<Wiciokrzewie?>
[1323 słowa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz