Kocimiętkowy Wir zastrzygła uszyma.
— Jakie?
— Nie wiem, czy widziałaś, jak zachowuje się ostatnio… Tropiąca Łaska — zaczęła, a jej wąsy zadrżały nerwowo. — Ale jeśli tak, to… Co o niej myślisz? Jakaś dziwna jest ostatnio, nie wiem, czy mi się to podoba, czy nie. Byłam pewna, że jest na mnie obrażona z powodu przegranej walki, a tu proszę…
Przez moment ruda siedziała cicho, analizując słowa swojej koleżanki, a także próbując sobie przypomnieć zachowanie czekoladowej szylkretki. W końcu stwierdziła:
— Faktycznie, ostatnio zachowuje się niecodziennie. Wiesz, może się w tobie zakochała? — zachichotała, uśmiechając się szeroko. — Przepowiedziałam już miłość Gąbczastej Łapie i Szczawiowemu Sercu! I coś czuję, że Tropiąca Łaska może mieć coś ku tobie… albo chociaż twojej matce, patrząc na to, jak się przy niej zachowuje — dodała, przewracając oczami.
Nadciągający Pomrok zamrugała kilkakrotnie, jednocześnie zawstydzona i chyba trochę zażenowana.
— Nie? No dobra, nie będę już o tym wspominać…
* * *
Zgromadzenie
Kocimiętka rozejrzała się wokół, ale na szczęście wśród Klifiaków nie dostrzegła znajomego kremowego futra. “Pewnie boi się teraz tu postawić” – pomyślała, odchodząc gdzieś na bok wyspy.
Przysiadła koło czekoladowo-białej kotki (bo przynajmniej tak pachniała) z Owocowego Lasu i postanowiła się przywitać:
— Cześć! Podoba ci się na zgromadzeniu? — zagadała do młodszej.
Ta spojrzała na nią i zamrugała kilka razy. Gdy zdała sobie sprawę z tego, że rozmawia z kotką z Klanu Wilka, skuliła się lekko.
— N… Nie — odpowiedziała na pytanie. — Jest tu strasznie dużo kotów...
Kocimiętka spojrzała na młodszą z przebłyskiem troski w oczach, który jednak szybko ulotnił się z nich bez śladu. Ruda uśmiechnęła się lekko, jakby chciała dodać otuchy kotce z Owocowego Lasu.
— No, to prawda. Ja się jednak cieszę z tego, że mogę poznać inne koty, wiesz? — stwierdziła. — Choć powiem ci, że nie każde zgromadzenie mnie urzekło… Na poprzednim dowiedziałam się o czymś, o czym nie chciałabym wiedzieć — mruknęła ponuro pod nosem, powoli kręcąc głową.
Kotka znów spojrzała na rudą i kiwnęła głową na jej stwierdzenie.
— Och, byłaś na wcześniejszych zgromadzeniach? — zainteresowała się nagle. — Jak to wygląda?
Zielonooka wzruszyła ramionami.
— Wiesz, różnie — odparła, mrużąc delikatnie oczy. — Niekiedy jest fajnie; można spotkać jakiegoś ciekawego kota, przeprowadzić z nim miłą, interesującą rozmowę… A niekiedy dowiadujesz się, że twój ojciec zdradził twoją mamę! — zażartowała, śmiejąc się nieco nerwowo.
Myśl o tamtej nocy wciąż rozpalała w niej nienawiść, a także smutek. Nie wierzyła, że Królicza Prawda mógł dopuścić się czegoś takiego. Tym bardziej że zawsze wydawało jej się, iż był dobry… że by ją zrozumiał, że mogliby się dogadać. Ale najwyraźniej się myliła.
Owocniaczka zamrugała kilka razy, jakby nad czymś myśląc. Po chwili odwróciła wzrok w bok.
— To wcale nie zachęca, żebym przychodziła tu częściej — mruknęła pod nosem i przez moment znów błądziła w swojej głowie, ale zaraz znów spojrzała na rudą.
— Jesteś z Klanu Wilka, prawda? — zapytała. — Jak to tam... wygląda?
Kocimiętka skinęła głową.
— A jestem! Wiesz, wcale nie różni się tak bardzo od innych klanów. Prawie całe nasze tereny to las — odpowiedziała, szczerząc zęby. — Mamy więc sporo cienia.
Po chwili przechyliła lekko głowę.
— Lepiej ty mi powiedz, jak jest u was, w Owocowym Lesie. Słyszałam, że oprócz wojowników macie też jakieś inne rangi, prawda?
— T… Tak. Mamy rangi. — przyznała, po czym omiotła wzrokiem wyspę. — Mamy zwiadowców. Oni skupiają się na patrolach, jeśli się nie mylę. — Przez moment czekoladowo-biała zamilkła, zamyślając się. — Mamy wojowników, oni nas bronią. — Uśmiechnęła się do siebie. — No i stróży. Ja się na niego uczę. — przyznała, spuszczając wzrok. — Naszym zadaniem jest zadbanie o obóz od wewnątrz.
Zielonooka zachwyciła się rolami w Owocowym Lesie.
— To świetnie! Czyli każdy znajdzie coś dla siebie? — zapytała, jakby nie do końca w to wierząc. — W klanach jesteś po prostu zmuszony do bycia wojownikiem! No albo medykiem, ale ich jest przecież niewielu. To fajnie, że u was jest inaczej — przyznała, poruszając wibrysami z ekscytacji. Przez moment zaczęła się zastanawiać, na jaką rangę sama by się szkoliła, gdyby trafiła do owocowej społeczności.
Gdy spojrzała w stronę czekoladowo-białej kotki, tej już nie było. No nic – może przytłoczyła ją ilość kotów wokół i poszła w jakieś bardziej ustronne miejsce.
Rudofutra nie zamierzała jednak rezygnować z dalszego udziału w zgromadzeniu. Podniosła się z miejsca i zaczęła przeciskać się przez tłumy, rozglądając się za kimś, z kim mogłaby porozmawiać. W końcu przystanęła przy wojowniku ze swojego klanu. Wilczy Skowyt wyglądał na nieco zmęczonego; może uda jej się wciągnąć go w rozmowę, zanim tu uśnie!
— Hej, hej! Kocimiętka do Wilczego Skowytu; jesteś tu jeszcze, czy już odpływasz? — zachichotała, siadając obok niego. — Wszystko w porządku? Może źle się czujesz, co? Słuchaj, wiem, jak to jest. Na poprzednim zgromadzeniu myślałam, że padnę trupem na środku tej wyspy!
Kocur momentalnie podskoczył z miejsca. Jego uszy stanęły dęba, ogon również, a futro całe się najeżyło.
— Jeju… Kocimiętko! Nie strasz mnie tak! — krzyknął, a jego głos zadrżał. — Czuje się dobrze, nic mi nie jest. Potrzebuję tylko iść spać od razu, gdy wrócę ze zgromadzenia. Mam też inne obowiązki niż proste życie w klanie — mruknął, po czym ziewnął, otwierając szeroko pysk. Jego futro oraz ogon opadły spokojnie.
— Jak twoja siostra? Dobrze sobie radzi? — zapytał i usiadł.
Ruda zignorowała pytanie o Makową Łapę, bo bardziej jej uwagę przykuło wcześniejsze stwierdzenie Wilczego Skowytu.
— Naprawdę? — uniosła brew, przyglądając się wojownikowi podejrzliwie. — Czym jeszcze zajmujesz się oprócz polowania i walki? Ostatnio coś często znikasz z obozu! Tak, zauważyłam to! Teraz już się nie wykręcisz! — dodała półżartem, półserio. Nie chciała go oskarżać, ale im dłużej nad tym myślała, tym bardziej wydawało jej się, że… może miałoby to jakiś sens.
Wilczy Skowyt zrobił dosyć nieciekawą minę, przez moment milcząc. Dopiero gdy namyślił się nad wymówką, oznajmił:
— Bo ja chodzę na takie ważne misje i… zbieram zioła dla medyczki. W Porze Nagich Drzew powinna mieć ich jak najwięcej, więc chodzę i dla niej zbieram! — Uśmiechnął się, lekko zakłopotany, na co ruda parsknęła śmiechem.
— To żeś poleciał! Nie wierzę ci, ale niech ci będzie… Widzę, że zmęczenie miesza ci już w głowie — zaśmiała się, delikatnie trącając czekoladowego wojownika. — Tylko proszę, naprawdę nie chcę, byś tu zasnął! Nie będę cię nieść… Więc jeśli rano obudzisz się dalej tutaj, to się nie zdziw!
Wilczek skrzywił się na reakcje rudej
— Ej! Nie śmiej się! Nie kłamie! — oburzył się. — Nic mi nie miesza w głowie! Skoro mi nie wierzysz, to nie musisz! — Owinął ogonem swoje łapy, ignorując dalsze słowa kotki. Po chwili jednak postanowił się odezwać. — Nie zasnę tu, o to się nie martw kiciu. — Wyglądał na złego i zmęczonego jednocześnie; jego ton zmienił się na chłodniejszy.
— Kiciu? Skąd ci się to wzięło, staruszku! — zaczęła drążyć, nieco rozbawiona. — Czyżbyś pomylił mnie z jakąś twoją… tajemniczą córką?
Ciekawe, czy Wilczy Skowyt w końcu pęknie, czy może naprawdę nie znalazł sobie nikogo poza klanem…
Brązowy kocur napiął mięśnie, jakby już był gotów wysunąć pazury i przywalić rudej. Otrząsnął się i odpowiedział
— Nie mam, żadnej tajemniczej córki! Słyszysz w ogóle to, co ty mówisz!? Nigdy nie byłbym z żadnym kotem! Tym bardziej nie chciałbym córki! Wolałbym syna, bo bałbym się, że wyrośnie na takiego kleszcza jak ty! — prychnął zdenerwowany. Uderzał ogonem o ziemię, wzbijając kurz i opadłą sierść innych kotów w powietrze. — A może ty masz tajemniczego kocura, z którym każdego popołudnia wygrzewasz się w jakiejś norce, hm? — dodał rozgniewany.
Kocimiętka nadęła policzki w oburzeniu i gdy już miała coś mruknąć, nagle przerwał jej dźwięk głosu Nikłej Gwiazdy:
— Niestety, dziś nie rozpoczynam swej przemowy radosnymi wieściami — odrzekł i zrobił pauzę, by upewnić się, że wszystkie koty są na nim skupione.
Ruda od razu spojrzała w jego stronę, ignorując wcześniejsze ostre słowa Wilczego Skowytu.
— Nie tak dawno okazało się, że Klan Wilka własnym mlekiem wykarmił grupę zdrajców! Uciekli oni jak najzwyklejsi tchórze, pozostawiając swoje dzieci, partnerki, całe rodziny! — mówił donośnie. — To jednak nie wszystko. Te same koty dopuściły się najgorszych morderstw na własnych pobratymcach i spiskowały z parszywymi samotnikami, by doprowadzić do śmierci naszych wojowników. — Skrzywił się.
Zielonookiej serce zabiło mocniej. Wiedziała o ucieczce, ale gdy słyszała o niej z perspektywy burego przywódcy, coś w niej drżało.
— Te koty odwróciły się od przodków, od kodeksu, od własnego klanu, który wykarmił ich i przez księżyce zapewniał schronienie. Zależy mi, aby wszystkie klany czujniej obserwowały swoje granice. Nie wiemy, gdzie ci zdrajcy odeszli, ale nadal mogą stanowić zagrożenie. Skoro są w stanie posunąć się do morderstwa na kocie, z którym dzielili wcześniej legowisko, to co mogą zrobić obcym wojownikom? Nie chcemy, by ktokolwiek łączył ich z naszym klanem. — Kocur obserwował przez chwilę zbiorowisko, które mocno się poruszyło.
Ktoś z tłumu zawołał, że kocur powinien wyjawić tożsamość zbiegów, by inne klany wiedziały na kogo uważać. Nikła Gwiazda szybko spełnił to życzenie:
— Było ich kilkoro. Rysi Trop, niebieska kotka z kremowymi pasmami i brązowymi oczami, Miodowa Kora, liliowy kocur z krótkim ogonem, Kosaćcowa Grzywa, prawie całkiem okryty bielą, jedynie ze srebrzystymi uszami i ogonem, nasza własna medyczka, Jarzębinowy Żar o pstrokatym, szylkretowym futrze, biało-brązowy Szczawiowe Serce, płowy szylkret zwany Poziomkową Polaną, czarny Mglisty Sen o długiej brodzie, Zapomniana Koniczyna o niebiesko-białym futrze i wychudzonej budowie, Porywisty Dąb o srebrzysto czekoladowej okrywie oraz najmłodszy, najprawdopodobniej zmanipulowany przez pozostałych, Stroczkowa Łapa, kremowo biały kocurek! — skończył zmęczony.
Kocimiętkowy Wir była przerażona wieściami, jakie wygłosił ich przywódca. Delikatnie szturchnęła Wilczka, zapominając, że ten jeszcze przed chwilą zaczął ją obrażać.
— Okropieństwo… — wyszeptała drżącym głosem. — Nie wierzę, że mogli dopuścić się takich czynów! A przecież wydawało mi się, że Szczawiowe Serce i Stroczek to porządne koty…
Kocur westchnął
— A ja myślałem, że Miodowa Kora to też porządny wojownik. Walczyłem z nim na wojnie z Klanem Klifu. Jak bracia. — Spuścił łeb w dół. — Najwidoczniej tak musiało być, Klan Gwiazdy wybrał im taką ścieżkę.
Ruda zjeżyła futro.
— Nie! — wymamrotała cicho, zaciskając szczękę. — To oni sami wybrali taką ścieżkę, porzucając wiarę w naszych Przodków!
To ostatnie zgromadzenie, na którym jest! Za każdym razem, gdy próbuje dobrze się bawić i nawiązać kontakty z innymi kotami… coś musi się zepsuć!
— Mam nadzieję, że przybędzie nam nowych kociąt w klanie. Musimy być silni, Klan Klifu mógłby to wykorzystać i się na nas odbić po ostatniej wojnie. Ale i tak Klifiacy nie mają z nami szans! — mruknął do rudej.
Gdy usłyszała słowa czekoladowego, na jej licu ponownie pojawił się chytry uśmiech.
— Tak? To skoro wcale nie masz żadnej niuni poza klanem, to czemu nie znajdziesz sobie kogoś u nas, skoro tak bardzo ci zależy, by zasilić nasze szeregi? — zachichotała. Wilczy Skowyt nie przyjął tego zbyt dobrze.
— A nawet jeśli mam to, co cię to obchodzi czy mam jakąś niunię poza klanem, czy nie, kiciusiu! Taka mądra to sama znajdź sobie przystojnego kawalera i miej 10 kociaków! Klanowi się bardzo spodoba! — fuknął.
— Fuj! — wyrzuciła z siebie bez zastanowienia. — Nawet mi nie sugeruj, żebym była z… kocu-
Urwała, udając nagły odruch wymiotny.
Gdy doszła do siebie, burknęła:
— Jeszcze trafiłby mi się taki ciołek jak ty!
— Hah! Jedna kotka się cieszy, że trafiła na takiego ciołka jak ja! A gdyby ona była tobą… Chyba bym wolał się zrzucić z klifu! W dodatku jesteś ruda! — burknął.
— Mówisz, że jakaś kotka na ciebie leci? To nawet większe kłamstwo, niż ta twoja bajeczka o zbieraniu ziół dla medyczki... — wytknęła mu.
— Tym razem nie kłamie! Kleszczu jeden ty! Jest taka biała! I ładna! I lepsza i mniej markotna niż ty! — Najeżył futro na plecach. — A bajeczki to pewnie tam swojej siostrze wciskasz, aby myślała, że ma świetną siostrzyczkę!
— W Klanie Wilka nie ma białych kotek, więc... złapałam cię na gorącym uczynku! No, chyba że sugerujesz mi, że miałeś romans z Kwitnącym Kalafiorem, co... jest nawet gorsze! — miauknęła oburzona. — Jesteś obleśny! Przecież ona mogłaby być twoją babcią!
— A może są białe kotki! Ale jesteś na tyle ślepa, że nie widzisz nic oprócz swojej bańki! Poza tym… Nie jestem tobą, aby w takich kotkach gustować! A ty jesteś w dodatku jeszcze gorsza, bo takie rzeczy nasuwają ci się na myśl!
Słowa Wilczego Skowytu coraz bardziej w jej uszach przypominały bezsensowny bełkot.
— Dobra, wiesz co? Pozwalam ci zasnąć, bo widzę, że bez odpoczynku ciężko będzie z tobą dalej rozmawiać. — Przewróciła oczami. — Bredzisz jak kociak, który dopiero co nauczył się mówić, a tak się składa, że z mlekiem matki wyssał i głupotę...
Czekoladowy zamknął oczy i westchnął, próbując się uspokoić.
— A tobie by się przydały chyba zioła na głowę — mruknął cicho i poruszył się niespokojnie. — Mam nadzieję, że twoja siostra będzie porządniejsza i nie będzie nękała starszych od siebie tak, jak ty to robisz, ruda kupo futra... — dodał.
— Rety! Przestań ciągle wspominać o mojej siostrze! — warknęła, jeżąc futro na karku. — Uwziąłeś się na nią jak pchła! Jak nie starsze, to młodsze, co? — wkurzyła się.
— Aż tak młodych nie lubię! Jest po prostu lepsza od ciebie! A ty skończ tak kłapać, jak mewa tym pyskiem! Zaraz ci odleci od tego gadania. I pamiętaj, złość piękności szkodzi, więc się tak nie denerwuj! Bo to ciebie na stare lata kalafiorem będę nazywać — zaśmiał się.
— Phi! O ile tych starych lat dożyjesz! — burknęła. — Ja mam się nie wkurzać, a to ty zachowujesz się tak, jakby ci żyłka pękła!
— Zaraz tobie pękną, ale kości w łapach! — wkurzył się. — A najlepiej to wracaj tam, skąd przybyłaś, zapchlona samotniczko!
— Moja matka jest z Klanu Wilka! — oburzyła się. — Gdybyś słuchał uchem, a nie zadem, to może byś wiedział, że Dyniowa Skórka zniknęła z tego klanu nie z własnej woli!
— Z Klanu Wilka? Hm... ale to ty urodziłaś się jako samotniczka! Twoja stara matka mnie nie obchodzi! Pewnie wy wszystkie rude w tej rodzinie jesteście takie same!
— Jesteś dziecinny! Skończyły ci się argumenty i próbujesz wmieszać w dyskusję kolor mojego futra! Żałosne! — splunęła. — Sam jesteś brązowy! Brązowy jak paskudne błoto i... — urwała, mrużąc oczy.
— Błoto przynajmniej do czegoś się przydaje! I moje futro jest lepsze! W ciemności mnie nie widać. A co chciałaś dalej powiedzieć, hm? Dokończ, słucham kiciu!
— Każdy kot dobrze skrywa się w ciemności, głupku! — stwierdziła. — A ty nawet nie jesteś czarny, żeby się chwalić doskonałym kamuflażem w ciemności!
— Księżyc będzie w ciemności rozjaśniał twoje futro! A moje mniej! Takie ciężkie, by to zrozumieć? Aż taka głupia jesteś?
Ta zniewaga aż prosiła się o polanie krwi, lecz Kocimiętka w porę się powstrzymała. “Szkoda gadać. Z takim nie dojdziesz do porozumienia” – pomyślała i w końcu odwróciła się do niego tyłem, uciekając gdzieś między tłum kotów. Jak tylko wrócą do obozu, skończy z tym baranem! Jeszcze będzie ją błagał o litość!
* * *
— Pomrrrrrok! — zawołała półszeptem, podchodząc do wojowniczki. Ta od razu zwróciła w jej stronę swoje brązowe ślepia. — To zgromadzenie było dla mnie tragiczne! Rozmawiałam z Wilczym Skowytem; ten rybi flak zaczął obrażać mnie i moją rodzinę, rozumiesz to? Jest potworny! —kontynuowała ściszonym głosem, tak by Wilczy Skowyt, który dreptał gdzieś na tyłach, jej nie usłyszał. — Rozmawiałaś z nim kiedyś? Jest straszny! Nie powiesz, że nie!
<Pomrok? Ale rozumiesz mnie, co nie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz