Siedział jednak cicho, wciąż w ciszy zbierając baty od starszego kocura. Czuł się trochę żałośnie i nie rozumiał, dlaczego pręgowany tak bardzo uwziął się na niego i Wiciokrzew, ale nie zamierzał nawet pytać. Zresztą i tak nic by to nie dało. Ziemniak wydawał się zbyt tępy na to, by móc przeprowadzić z nim normalną rozmowę. Pewnie skończyłoby się tak jak zawsze. Zostałby zwyzywany, wyśmiany, obrzucony potwornymi wyzwiskami.
Osetkowi obiło się o uszy, że nienawiść wojownika wobec dwójki uzdrowicieli mogła wynikać z tego, że Rokitnik – kimkolwiek on był – wmawiał mu jakieś oszczerstwa na ich temat. Czarno-biały bał się jednak o to pytać. Chyba wolał żyć w niewiedzy, zamiast nienawidzić kolejnego kota, bo nienawiść to rzecz… ciężka. To coś, co zatruwa cię od środka, co pcha do czynów, których normalnie nie chciałbyś wykonać.
Osetek westchnął. W tym momencie przebywał na obozowej polanie, cały spięty, z futrem sterczącym na karku. Był zgarbiony, miał położone po sobie uszy – czułby się bezpieczniej w lecznicy, lecz teraz był jak kamienna rzeźba. Nie potrafił się poruszyć, myśląc jedynie o Ziemniaku i o tym, czy ten zaraz się tu nie zjawi, by po raz kolejny obrzydzić uczniowi dzień. Zdarzało się to na tyle często, że powinien już do tego przywyknąć, a jednak każda kolejna obelga bolała za każdym razem tak samo. Była jak cierń powoli rozdzierający warstwy jego serca.
Czasem myślał, że może lepiej byłoby mu z rodziną, że może powinien wrócić, odnaleźć ich… lecz wtedy przypominał sobie, jak ciężkie brzemię na nim spoczywa. Miał zostać uzdrowicielem, miał być blisko tej całej… Wszechmatki. Poza tym, po spędzeniu z Wiciokrzewem dobrych kilku księżyców, mógł śmiało stwierdzić, że starszy kocur nie przeżyłby zniknięcia Osetka. Był zbyt… niestabilny, zbyt zmęczony tym wszystkim. Zmęczony przede wszystkim Ziemniakiem, z którym Osetek nie mógłby go zostawić sam na sam.
Przemyślenia ucznia zostały przerwane, gdy niewielki, ostry kamyk z hukiem uderzył w jego skroń. Syknął instynktownie, czując ból rozchodzący się we wnętrzu jego głowy. Podniósł pysk i zaczął rozglądać się wokół, choć już w głębi serca wiedział, kto rzucił tym kamykiem. Nie musiał nawet długo szukać – Ziemniak stał nieopodal, z tym samym parszywym uśmieszkiem pełnym drwiny.
Osetek uderzył gniewnie ogonem o ziemię, lecz zaraz odwrócił wzrok od wojownika, mając nadzieję, że ten po prostu mu odpuści. Tak się jednak nie stało; już za moment czarno-biały usłyszał zbliżające się do niego kroki.
— Ej, ty! Gdzie twój zdepresowany tatuś? — rzucił kpiąco, stając przed młodszym.
Osetek nie chciał nawet patrzeć na ten jego plugawy pysk; chyba dostałby odruchu wymiotnego, gdyby tylko to zrobił. Prychnął jedynie cicho, nie poruszając się nawet o milimetr.
— Co jest, udajesz, że mnie nie słyszysz? — zapytał twardo Ziemniak.
— Nie udaję. Moje uszy najwyraźniej filtrują twoje słowa, by do mojego mózgu nie docierały żadne głupoty — stwierdził, w końcu spoglądając prosto w żółte oczy kocura. — Daruj sobie wreszcie. Nic nie wskórasz, zaczepiając mnie co drugi dzień. Czy nie wolałbyś żyć ze mną i Wiciokrzewem w spokoju?
Czekoladowy parsknął śmiechem.
— Ja nie żartuję. Stąpasz po cienkim lodzie, Ziemniaku. Jeśli kiedyś zabraknie Purchawki i Poranka, kto ci pomoże? Kto opatrzy ci rany? Kto poda ci ziółka na ból głowy tak silny, że zapomnisz własnego imienia? — kontynuował, zachowując spokój i powagę. Nie sądził jednak, by cokolwiek z tego, co mówił, dotarło do głowy wojownika. — Wiesz, gdybyś mnie chociaż raz posłu-
— Zamknij się! — wypalił nagle żółtooki, robiąc krok w tył. — Nie myśl sobie, że jako przyszły uzdrowiciel jesteś ważniejszy od innych! Twoim obowiązkiem jest leczenie pobratymców, a twoje groźby nie wywołują na mnie wrażenia — burknął, zaciskając szczękę.
“Cóż, jeśli umrzesz, nie będziesz miał jak przekazać przywódcy, że nie zrobiliśmy nic w sprawie twojego zdrowia. Ja natomiast będę w stanie przekierować narrację tak, by wyszło na to, że starałem się cię ocalić” – chciał miauknąć, choć ostatecznie ugryzł się w język. Gdyby tak powiedział, Ziemniak pewnie nazwałby go chorym psychicznie albo zdrajcą.
Coś w jego oczach musiało jednak zdradzić jego zamiary.
— Gdyby tylko Pieczarka dowiedziała się o tym, że wykorzystujesz swoją posadę do manipulacji, już dawno wyrzuciłaby cię z Owocowego Lasu… podrzutku — oznajmił pewnie czekoladowy, po czym odwrócił się i odszedł od Osetka.
Może przesadził? Może nie powinien tyle mówić? W końcu wcale nie był zły. W razie czego… nie zamierzał zostawiać Ziemniaka na pastwę losu. Był już zmęczony tym ciągłym prześladowaniem; zdawało się, że był w stanie powiedzieć cokolwiek, byle tylko ten głupek się odczepił. Chociaż na moment, krótką chwilę. By uczeń mógł odetchnąć, by nie czuł się oceniany na każdym kroku.
* * *
Ale to nie była prawda. Osetek w życiu nie zrobił nikomu nic złego. Pilnował się, starał się słuchać, nie wychylać. Dlaczego czekoladowy wybrał sobie akurat jego – oraz jego mentora – na obiekt do wyśmiewania? Nic tu się nie kleiło. Osetek nic a nic nie rozumiał. Był zagubiony.
— H-hej, młody — przywitał się z nim Wiciokrzew, stając mu na drodze. Zielonooki zatrzymał się, ale milczał. — Znowu Ziemniak ci do-dokucza…? — dopytał, zmartwiony tym, że jego syn się nie odzywa.
Osetek musiał zmrużyć oczy, by nie rozpłakać się przed liliowym. Nie znosił, gdy Wiciokrzew był smutny, gdy coś go dręczyło. Dlaczego nie mógł po prostu być normalny? Może gdyby był inny, Ziemniak nie miałby do niego problemu.
— Ja… ja nic nie rozumiem. Czy jest coś ze mną nie tak? Czym sobie zasłużyłem na takie traktowanie? — zapytał czarno-biały, podnosząc głowę. Jego oczy były zaszklone, lecz uczeń usilnie próbował nie dopuścić łez do spłynięcia po policzkach. — Czy Ziemniak w ogóle wcześniej cię znał? Czy… czy znaliście się? Łączy was jakaś relacja? Proszę, powiedz mi. Nie będę zły. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego on to robi… Czy to moja wina?
Wiciokrzew zamyślił się na moment, wlepiając wzrok w wyjście z lecznicy. Jego oczy były puste, zmęczone.
— Nie o-obwiniaj się, to nie t-twoja wina — wydukał wreszcie, po czym westchnął ciężko. — Myślę, że mu-musisz szukać o-odpowiedzi… u kogoś i-innego — wyjaśnił, co tylko dodatkowo zdezorientowało ucznia.
— U kogo?
Liliowy znów umilkł, jakby właśnie myślał o czymś, o czym usilnie starał się zapomnieć. Jakby widział jakieś… wspomnienia, które raniły go od środka. Wyglądał tak słabo, tak mizernie, że końcówka ogona Osetka zaczęła nerwowo podrygiwać.
— R-Rokitnik… — wymówił pojedyncze imię, po czym głośno przełknął ślinę. — Mój były me-mentor… To nie k-kot, to po-potwór… — kontynuował, jednocześnie rozglądając się gorączkowo, jakby starszy mógł ich usłyszeć. — On… byłby w sta-stanie nasłać na na-nas młodego, głu-głupiego wojownika… Ła-łatwego do zmanipulowania…
Gdy ostatnie słowo opuściło pysk Wiciokrzewu, do lecznicy weszli Purchawka i Poranek, trzymając w zębach pęki ziół. Osetek odwrócił wzrok w ich stronę i przez moment wszyscy w czwórkę w niezręcznej ciszy patrzyli na siebie nawzajem, dopóki nie rozeszli się po legowiskach, nie zadając żadnych pytań.
* * *
Gdy tak rozmyślał, do lecznicy wszedł srebrny kocur. Był już nieco podstarzały, choć krok miał nienaganny. Biła od niego duma, a w oczach lśniły czarujące iskry.
— Zraniłem się w ogon — wyjaśnił spokojnie, podchodząc do Osetka.
Uczeń przez moment wpatrywał się w żółte oczy pobratymca. Miał wrażenie, że wydają się dziwnie… znajome, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego. Szybko odepchnął od siebie tę myśl – był w końcu uczniem uzdrowiciela i musiał zająć się srebrnym jak najszybciej.
Podszedł do składziku i wyciągnął z niego szczaw. Już mielił go w zębach, idąc w stronę Bukszpanu. Ostrożnie obejrzał jego ogon, a gdy tylko znalazł ranę, delikatnie obłożył ją papką. Następnie owinął wszystko pajęczyną, którą zawsze starał się mieć przy sobie, właśnie na takie okazje.
— Gotowe, możesz już iść — mruknął łagodnie.
Srebrny podziękował mu skinieniem głowy, zawieszając na nim spojrzenie o jedno uderzenie serca za długo, po czym zniknął w świetle dnia. Osetek musiał przyznać, że gdy Bukszpan na niego patrzył, jego żołądek nieprzyjemnie się ścisnął. Miał wrażenie, że żółtooki wykonał ten gest niczym niemą groźbę… a może tylko mu się wydawało.
Nie potrafiąc jednak pozbyć się tego dziwnego wrażenia, podszedł w końcu do Wiciokrzewu.
— Wiesz, słyszałem już o twojej matce, ale… nigdy nie opowiadałeś mi o ojcu. Może czas najwyższy? — zagaił cicho. — Skoro jeszcze go nie poznałem, zakładam, że… nie żyje. Rozumiem, jeśli to dla ciebie bolesne wspomnienie. Nie musisz mi niczego wyjaśniać; jestem po prostu… ciekawy.
<Wiciokrzewie?>
[1533 słów + wyleczenie postaci NPC]
Wyleczeni: Bukszpan
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz