Bruk podczas chlebkowania obok Drobinki, która gada jakieś dziwne rzeczy w nieznanym mu języku, pomyślał sobie: "Może by tak przełamać strach przed rybami? Nieee, no nie ma sensu". Odrzucił tę myśl i poszedł się dalej bawić z Drobinką, która wyglądała z uderzenia na uderzenie serca coraz dziwniej, brzmiała i wyglądała, a dokładniej jej pyszczek zaczynał przypominać karasia? Bruk zaczął się bać (nasz kochany budulec wielu polskich chodników boi się ryb). Jak chciał się zapytać jego siostry, czy wszystko w porządku, lecz jedyne co usłyszał to ciche „bul bul”.
W tamtym momencie wpadł w szał — biegał, krzyczał, machał łapami na wszystkie strony, bał się do takiego stopnia, że aż wskoczył do pobliskiej kałuży i zaczął jeszcze bardziej panikować, aż w końcu przyszła Orchidea i uspokoiła go, uświadomiła, że jego siostra dalej jest kotem, nie rybą. Stwierdziła również, że Bruk powinien iść spać. Posłuchał się, lecz nie mógł spać, co jest dla niego bardzo dziwne, nietypowe, ponieważ przeważnie zasypia nawet, jak bawi się z siostrą, a teraz nic — cały czas przejmował się tym, co zobaczył tego dnia i nie potrafi od widzieć ryby w swojej siostrze.
W końcu udało się, poszedł spać i przyśniło mu się coś bardzo dziwnego.
Kociak pojawił się nad rzeką, wzdłuż której prowadził chodnik z kostki brukowej. Bruk więc szedł po twardym, zimnym podłożu, które nie było dla niego przyjemne, lecz nagle usłyszał głos zza pleców, który mówił: „Cześć Bruk, tutaj obróć się”. Po tym, jak Bruk spojrzał za siebie, zobaczył gigantyczny chodzący chodnik, który mówił dziwnym języku, który brzmiał dokładnie, jak przerzucamy gruz. Jedyne co zrozumiał to: „Smacznej rybki”. Kocur na samo słowo ryba już był wystraszony, ale na szczęście zapomniał o tym chwilę po rozstaniu z chodnikiem. Bardziej przejmował się wtedy pięknym motylem, który wleciał do wody, a więc Bruk wskoczył za nim, aby się mu dokładniej przyjrzeć, lecz jak się można domyślić, pod wodą nie było żadnego motyla, ale było co innego — ryba. Pod wodą była ryba, więc nasz niezbyt inteligentny przyjaciel znowu zaczął panikować, przez co znaczą się topić, ale wyciągnęła go ciemna postać — coś, co wyglądało jak zdechłe ryby ściśnięte w dużego kota. Bruk powoli zaczynał łapać, co się dzieje oraz wiedział, że to musi być sen, a więc odezwał się do postaci, która była zbudowana z padliny i w tamtym momencie się obudził.Chwilę po przebudzeniu się wstał i przeciągnął w legowisku. Nudziło mu się niemiłosiernie, więc stwierdził, że pobawi się z Drobinką, dlatego też poszedł w te pędy zacząć zabawę poprzez na skoczenie na swoją siostrę i taktyczne uderzanie jej łapami. Ta również miała ochotę na zabawę i tak tłukli się aż do zachodu słońca.
[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]
Przez panikę, która go okiełznana, czuł się, jakby był ofiarą transu. Czuł się jak w gęstej mgle. Zagubiony, przerażony... Jedyne co słyszał to krew dudniącą w jego liliowo białych uszach, przyozdobionych uroczymi pędzelkami. Nagle wśród tego całego chaosu wyłoniła się tego mama — Orchidea. Wyraz jej pyszczka był zatroskany, a w głosie czaiła się nuta rozbawienia, zmartwienia, ale i czułości. Jej miękki głos był dla niego ukojeniem.
— Co się stało kochanie? — spytała, łagodnie przyciągając syna do siebie.
— Mame, Drobinka strasznie wygląda, bardzo się jej boję... O-ona... Ona wygląda jak ryba, a-a jak chciałem się do niej odezwać, to nie usłyszałem, jak zwykle słodkiego i cichego głosu, a straszne i przerażające "bul bul"... Mame zrób coś, ja się boję ryb! Nie słyszałaś o Padlinie? Nie chce skończyć tak jak on! — odpowiedział
Liliowa kocica z czułością jak to na matkę przystało, zaczęła gładzić nastroszoną sierść kocięcia swoim długim, aksamitnym ogonem. Na jej pyszczku pojawił się smutny, niewielki uśmiech.
— Znałam go. Nie jakoś bardzo... Ale dobrze. Był mentorem twojego wujka i mojego brata, czyli wujka Pumy. Był dość... Specyficzny. Za młodu trochę się go bałam, ale po czasie dało się jakoś przyzwyczaić do jego sposobu bycia. Tylko zastanawia mnie jedno... Kto ci o nim naopowiadał? Jesteś jeszcze maluchem, nie musisz zaprzątać tym swojej małej główki... No, ale nie ważne, a przynajmniej na teraz. Jesteś ze mną bezpieczny, nie bój się maleństwo...
Ruchy matki były kojące i można by w tej sytuacji porównać je do wichury, która powoli zwalnia, zmieniając się w wiatr, a później — w delikatny, uspokajający świst. Jej ślepia tliły się milionem barw, pod wpływem promieni słonecznych, które na nie padały. Iskrzyła w nich matczyna troska, której nie można było pomylić z niczym innym.
Kociak bardzo uspokoił się pod wpływem dotyku matki, a jego sierść z najeżonej przeszła do młodego, pięknego i gładkiego futerka. Tak jak na kociaka przystało.
— Dziękuję mamusiu... — Bruk podziękował Orchidei, mrucząc to w jej ciepłe i pachnące futerko na klatce piersiowej. Ta woń była tak kojąca... Mleko, łąka, kwiaty, beztroska...
— Nikt nie potrafi pomóc drugiemu kotu tak jak ty, wiesz?
Kocica łagodnie się uśmiechnęła.
— Dziękuję kwiatuszku... — mruknęła w odpowiedzi niemal szeptem, a jej postawa stała się niemal promienna.
— To tylko dzięki tobie, twojej siostrzyczce i mamusi, wiesz? Wy dajecie mi siłę, by iść dalej przez mgłę w głąb lasu... Idę w nieznane, mając was w serduszku. Ono bije dla was...
Kotka przyłożyła swój pyszczek do głowy synka, wsuwając swój nos w jego futro na główce. Jej pomarańczowe oczy powoli się zamknęły, a gdzieś z głębi wychodziło ciche mruczenie.
— Kocham was najbardziej na świecie... Przypominacie mi takie trzy słoneczka górujące na niebie, oświetlając cały mój świat...
Orchidea zobaczyła, jak jej syn przeciągle ziewa w jej uścisku. Raz po raz zaczęła ciągnąć językiem po jego główce, synchronizując te ruchy z biciem swojego serca, w które on z zafascynowaniem się wsłuchiwał.
— Nigdy nie byłam szczęśliwsza... Mam ciebie, Drobinkę i Pieczarkę... Niczego więcej mi nie trzeba…
Kiedy kocię usłyszało słowa mamy, główka sama zaczęła mu opadać pod wpływem jej języka, robiąc się wyjątkowo ciężka. Nawet nie zorientował się, a w pewnym momencie oczka Kostki Brukowej same się zamknęły. Kociak zasnął w ciepłych i przytulnych objęciach swojej kochanej mamy, wciąż wsłuchując się w ten rytm. Odpłynął w swojej ulubionej, ukochanej pozycji. Na chlebek. Chwilę później Orchidea również zapadła w głęboki sen, nie opuszczając swojego Bruko-chlebko syna ani o wąs.
[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]
Słońce już prawie zaszło za korony drzew Owocowego Lasu, zostawiając po sobie taki pomarańczowo-fioletowy rozmazany ślad na niebie, jakby ktoś machnął pędzlem i stwierdził: „Eh, będzie, jakoś to wyglądać”. W trawie chrupały jakieś owady, a powietrze pachniało tym typowym, wieczornym chilloutem, który aż prosi się o jakieś głupoty — i oczywiście Bruk to wyczuł pierwszy.
Wyskoczył zza kamienia tak nagle, że sam się prawie potknął o własne łapy, bo przecenił swoje możliwości. Futro miał nastroszone w każdym możliwym kierunku, wyglądał jak kot, który właśnie porwał prąd, ale jeszcze nie zdecydował, czy mu się to podoba, czy nie.
— Drobinka! — ryknął, tak głośnym, że ptaki w pobliskich krzakach podskoczyły. — Podbijaj tu no!
Drobinka podniosła głowę z miną „Serio…?”, bo właśnie bawiła się listkiem i to była najlepsza rzecz na świecie w tamtym momencie. Jej ogonek poruszył się powoli jak wskaźnik, który mówi: "Lepiej, żeby to było warte mojej uwagi".
— Co tym razem? — zapytała tonem, który brzmiał jak pół westchnienie, pół groźba. — Bo jak to znowu jakieś twoje „super odkrycie”, które później trzeba gonić po całej polanie…
Bruk dumnie wyciągnął coś spod siebie.
— Patrz. — I prezentuje kulkę z trawy.
Normalną. Taką, jaką robi każdy kociak, który z nudów zaczyna turlać byle co.
Drobinka zmrużyła oczy tak mocno, że wyglądała, jakby próbowała przeskanować obiekt wzrokiem rentgenowskim.
— Ty tak serio…?
— Halo, nie śmiej się! — Bruk już oburzony. — To nie byle jaka kulka! Ona jest… wyjątkowa.
— Aha. Wyjątkowa jak twoje „zaufaj mi, wiem co robię”? — mruknęła.
Bruk pchnął kulkę łapą w jej stronę.
— No, zagraj ze mną, nie bądź taka.
Drobinka chciała tylko trącić delikatnie, ot tak, żeby mieć to z głowy, ale oczywiście los chciał inaczej. Kulka wystrzeliła jak pocisk, odbiła się od jednego kamyczka, potem od drugiego, zrobiła absurdalną pętlę w powietrzu i walnęła Bruka prosto w nos.
— AU! — wrzasnął tak, że aż motyl odleciał. — WIDZISZ?! Ona ma swoje zdanie!
— Ona ma twoje krzywe kopnięcie — poprawiła go Drobinka, ale w jej głosie czaił się taki cichy, ledwo zauważalny śmiech. Nie przyznałaby się do tego, ale to nawet było trochę zabawne.
Zanim zdążyli się dalej kłócić o fizykę kulki trawiastej, usłyszeli znajomy dźwięk.
Ten dźwięk, który potrafił zmrozić krew, ustawić łapy w szeregu i sprawić, że każdy psotny kociak zaczyna w myślach robić listę grzechów.
Ich mama.
— Bruk! Drobinka! — zawołała z tej swojej klasycznej pozycji „już wiem, że narozrabialiście, pytanie tylko jak bardzo”.
Bruk spojrzał na Drobinkę jak na kota, który go właśnie zdradził.
— No pięknie. Teraz będzie na mnie.
— Bo to jest twoja wina — odpowiedziała spokojnie, poprawiając futerko jak dama szykująca się na przesłuchanie.
— Ej! Ty też się bawiłaś!
— A ty zacząłeś.
Bruk zaczął warczeć pod nosem coś niezrozumiałego, ale wyglądał przy tym bardziej jak kot z załamaniem nerwowym niż jak groźne stworzenie z lasu.
Drobinka ruszyła pierwsza, idąc z dumą, jakby nic nie mogło jej zachwiać. Bruk człapał za nią, próbując wyglądać niewinnie, choć w jego przypadku niewinność kończyła się gdzieś po pierwszych trzech sekundach życia.
Zatrzymali się tuż przed mamą.
<Mame?>
[1480 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz