Jesienne słońce przebijało się przez pożółkłe korony drzew, rzucając swoje ostre, ciepłe promienie na grzbiety sióstr. Dreszcz przebiegł wzdłuż jej karku, jak gdyby ktoś przesuwał pazurem wzdłuż jej delikatnej skóry – niema groźba, przypomnienie o tym, co stanie się jeszcze tego samego popołudnia.
— Najlepiej będzie, jeśli pozbędziemy się Kwitnącego Kalafiora. Jest słaba, schorowana, a do tego ważna dla naszych grzeszników…
Opuściła spojrzenie na nornicę leżącą u jej łap. Słowa Zalotnej Krasopani rozbrzmiewały pośród jej myśli, powtarzane jak mantra. Kocica mówiła o morderstwie jak o czymś, co było ich powinnością. Czymś normalnym.
— To zaszczyt, że powierzam wam tak istotną misję. Wszystkim prawowitym Wilczakom będzie się żyło lepiej bez zdradzieckiego pyska do wykarmienia. To wy możecie sprawić, że waszym rówieśnikom i pobratymcom będzie żyło się o niebo lepiej.
Zacisnęła szczęki i pochyliła się nad nieszczęsną zwierzyną. Ta wyglądała normalnie, wręcz zachęcająco; obfita, tłusta sylwetka obiecywała syty posiłek. Jednak w oczach Pomrok każdy zmierzwiony włosek na jej ciele krzyczał ostrzeżenia, a uchylone szczęki zwierzęcia zachęcały do zajrzenia pomiędzy rządek zębów i odkrycia ciemnych, lśniących jagód. Łapy świerzbiły ją aby coś zrobić.
Strach począł owijać jej gardło niczym kłujące pędy jeżyn, a futro nastroszyło się. Bez większego namysłu wcisnęła jeden z paliczków do pyska nornicy, popychając truciznę dalej, tam, gdzie nie będzie miała szansy wypaść. Gdzie oko starszej jej nie dojrzy. Uważnie, aby żadnej z nich nie zgnieść ani nie zahaczyć pazurem, wyciągnęła łapę na zewnątrz z obrzydliwym, mokrym dźwiękiem. Skrzywiła się, a jej barki ugięły się, jak gdyby spoczął na nich ciężar jej czynów.
— Pomrok?
Podniosła wzrok na Słotę, stojącą obok pobliskiej kałuży z pytającym wyrazem pyska.
Czy siostra myślała, że się boi? Że stchórzy, że wycofa się i wróci do obozu z podkulonym ogonem? Przełknęła nerwowo ślinę.
— Już, ja- Nieważne — westchnęła, posłusznie podnosząc nornicę za jej kark i podchodząc do wojowniczki.
Łapy Słoty pośpiesznie zakopały w błocie gałązkę, na której jeszcze parę chwil temu rosły jagody. Nie wiedziała, czy były zbyt przesądne, czy zbyt się martwiły… Czy matka powierzyłbym im takie zadanie wiedząc, że mogłaby je spotkać kara? Gniew ze strony władzy?
Również zanurzyła swoje palce w wodzie, obmywając jakiekolwiek resztki trucizny.
— Gotowa? — miauknęła cicho w stronę siostry, jej głos niewyraźny przez trzymaną w szczękach piszczkę.
Słota pokiwała głową, strzepując krople z futra. Postąpiła krok do tyłu, i upewniając się, że dymna za nią podąża, ruszyła w drogę do obozu.
Wzrok pobratymców kłuł ją w skórę, wciskając się pomiędzy kosmyki futra. Oceniając. Wiedziała, że to tylko umysł płata jej figle – nikt nie wiedział, co robią. Końcówki uszu nie przestały jej jednak piec, jakby była kociakiem, który wie, że coś zbroił i tylko czeka na naganę.
Przystanęła przed stosem wraz ze Słotą, przełykając nerwowo ślinę. To wszystko było takie chore. Dlaczego to robiła? Dlaczego słuchała matki?
— Dobra, to teraz…
Głupie pytanie. Podniosła wzrok na siostrę. Wiedziała, czemu to robi; wiedziała, że czai się jedynie na pochwałę Zalotki. Nie chciała jej zawieść, nie chciała słyszeć jej ostrzejszych niż kły i pazury słów, gdyby musiała spojrzeć jej w oczy i powiedzieć, że stchórzyła.
— Kto czyni honory?
Pytanie zawisło pomiędzy nimi, ciężkie. Pomrok nie odezwała się. Jej gardło zacisnęło się, ale ślepia jedynie wpatrywały się w drugą wojowniczkę szeroko otwarte, bez widocznego strachu. W oczekiwaniu.
— Mogę ja to zrobić — Słota ponownie wzięła inicjatywę, spuszczając na moment wzrok na zwierzynę, którą dymna upuściła na ziemię obok stosu. — Będę szybka, miła… Ta starucha nawet niczego się nie domyśli.
Brwi szylkretki zmarszczyły się mimowolnie.
— …To ja upolowałam zwierzynę.
Oczy jej siostry błysnęły niebezpiecznie.
— Wiem, w takim razie będzie sprawiedliwie, jeśli ja to załatwię.
Nawet nie wiedziała, czemu się kłóci. Przestąpiła z łapy na łapę. Wcale nie chciała być tą, na która spada odpowiedzialność; ale nie chciała też, by Słota była tą, którą obsypią wszystkie pochwały.
— Ja też wiem, ale-
Nie zdążyła dokończyć. Coś poruszyło się w kąciku jej oka – nieświadoma niczego Brukselkowa Zadra podniosła nornicę, nie przyglądając się jej nawet przez uderzenie serca, po czym oddaliła się w kierunku legowiska starszyzny.
Serce stanęło jej w gardle. Bojąc się wziąć kolejny oddech spojrzała na Słotę, aby upewnić się, czy to nie tylko zwidy… Jednak mina siostry była równie zszokowana. Zamarła. To koniec, zawaliły. Życie już zaczęło migać jej przed oczami. Brukselka… Niech ją szlag trafi! Na pewno je przejrzy!
— Kalafior to jej matka — z pyska rudaski wyrwał się szept. Pomrok uchyliła wargi. — Na pewno poszła ją odwiedzić.
Przełknęła ślinę, zmuszając nastroszone futro do wygładzenia się.
— Tak myślisz?
— Mhm.
Zerknęła w kierunku legowiska, w którym zniknęła liliowa. Cisza. Żadnej awantury, żadnych krzyków. Jeszcze nic się nie stało.
— Mniej problemów dla nas — wymamrotała po chwili. — Jeśli kogoś przyłapią, to właśnie ją.
Słota powoli pokiwała głową. Jej ogon smagał na boki, jednak nie wyglądała już na tak przejętą jak chwilę temu. Spojrzała na Pomrok, której łapy postąpiły już krok w stronę miejsca, w którym zaszyła się Brukselka.
— Pójdę sprawdzić… Czy wszystko idzie dobrze z planem.
Z tymi słowy zgarnęła jeszcze jedną piszczkę, mniejszą, aby wcisnąć ją któremuś z lokatorów legowiska dla niepoznaki. Wzięła głęboki oddech… Cichy głos Słoty dobiegł ją od tyłu.
— Nie zawal tego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz