– Naprawdę potrafi wyleczyć wszystkie choroby? – spytała, przyglądając się roślinie, która nie wydzielała żadnego słodkiego, ziemistego czy ostrego zapachu, jak inne kwiaty, które rosły na terenach Owocowego Lasu. Ostrożnie dotknęła łapą płatków, które zamiast miękkich były twarde i sztywne. Cała roślina wydawała się sztywna i dziwna, przypominając jedną ze znajdziek, które można było znaleźć na śmietnisku niż lekarstwo.
– Oczywiście. – Ślipka czarnej vanki zwęziły się, gdy położyła łapę na roślinie i przyciągnęła ją z powrotem do siebie.– Kaszel, katar, nudności i inne przeróżne dolegliwości... Napar potrafi również przyspieszyć gojenie się ran, gdy naniesienie się go na zranione miejsce. – Ton głosu kocicy był podejrzanie przyjazny. Gąsce to jednak nie przeszkadzało. – To jak?
Jak to było możliwe, że zarówno ona, jak i inne koty w Owocowym Lesie, w szczególności starsze i bardziej doświadczone, nie słyszały nic, a nic o roślinie mającej wręcz cudotwórcze działanie. Jeszcze trudniej jej było zrozumieć, dlaczego Jeżogłówka oraz pozostali wędrowni medycy nie słyszeli o tym magicznym kwiatku, skoro byli samotnikami, tak samo, jak vanka. Według słów młodej kocicy wystarczyło wypić wodę, w której przez całą noc moczyły się płatki kwiatu, by kolejnego dnia skoro świt chory ozdrowiał. Brzmiało to głupio, jak bajka dla kociąt, jednak samo istnienie Klanu Gwiazdy czy Wszechmatki nie różniło się specjalnie od tego, co powiedziała jej samotniczka. Zresztą, nie miała nic szczególnego do stracenia, przystając na umowę kocicy, a jej decyzja mogła odciążyć już i tak zapracowanych medyków i uzdrowicieli.
Gąska pomyślała o kotach, które zabrała epidemia. Pomyślała o małym braciszku swojej uczennicy, po którego Wszechmatka o wiele za wcześnie się upomniała. Nie chciała, aby już żaden kot, w szczególności ktoś z jej bliskich, odszedł. Nie wyobrażała sobie stracić mamy lub taty, a tym bardziej rodzeństwa. A dzięki temu kwiatu, o ile naprawdę działał, nie, musiał działać, mogła wyleczyć kaszel Kajzerki, jak i pozostałych chorych, w tym przywódczynię oraz swojego mentora. Dzięki temu kwiatu żadna pandemia nie będzie im straszna!
Mogła uratować wiele istnień, teraz i w przyszłości. Mogła udowodnić wszystkim niedowiarkom, że rola funkcja wcale nie jest gorsza od roli wojownika czy zwiadowcy.
– Zgoda. – Głośny świst rozległ się, gdy wypuściła powietrze. Jeszcze nigdy nie brzmiała tak poważnie. – Spotkajmy się jutro o świcie, w tym miejscu.
Czy tak się czuli liderzy, gdy podejmowali decyzję, które mogły wpłynąć na całą społeczność? Tak, jakby zaraz mieli zwrócić posiłek?
~~~
Gąska otrzymała kwiecie tuż po wypełnieniu swojej część umowy. Liżąc swoje bure futerko na piersi, obserwowała proces przemiany zwykłej wody w cudotwórcze lekarstwo. Promienie księżyca oświetlały duży liść, do którego nabrała świeżej wody i włożyła lecznicy kwiat. Spędziła godzinę, później drugą, aż w końcu minęła północ, a ona nadal czuwała nad plastikowym kwiatkiem, walcząc sama ze sobą, aby nie zasnąć.
– Tutaj jesteś... – Zamrugała sennie, po czym leniwe spojrzała w kierunku Orzeszka. – Myślałem, że poszłaś odwiedzić mamę i zasnęłaś w lecznicy. Osetek powiedział mi, że zajrzałaś tylko po liść paproci o zmierzchu i czmychnęłaś poza obóz... I to całkowicie sama. Nie powinnaś dokładać mi zmartwień. – Obdarował karcącym spojrzeniem córkę. – Co takiego robisz, Gąsko? I to w środku nocy?
– L-lekarstwo... Wystarczy, że ten kwiat zażyje księżycowej kąpieli, aby powstał napar, który sprawi, że wszystkie chore koty wyzdrowieją z samego rana tuż po wypiciu go! – miauknęła, wpatrując się w pysk ojca pełna nadziei. – M-mamy już nie będzie męczył kaszel... Mojego mentora również. Gdybym tylko spotkała tę kotkę wcześniej... – Pojedyncza łza spłynęła po policzku kotki i skapnęła do naparu. – Paprotek i pozostali nie musieliby umierać...
Orzeszek nie odezwał się ani słowem do córki, jednak wyraz jego pyska nie krył sceptycyzmu względem działań swojej córki. Nie skrytykował jej jednak, jak i nie nakrzyczał. Zajął miejsce tuż obok burej szylkretki, decydując się towarzyszyć jej przez resztę nocy.
– Masz dobre serce Gąsko. Za dobre – Wymruczał, przytulając córkę.
Gąska w odpowiedzi uśmiechnęła się słabo i pociągnęła noskiem. Była dobrej myśli. Wszechmatka na pewno pomoże jej w tym, aby niemożliwe stało się możliwe.
~~~
Gąska z niedowierzaniem wpatrywała się liść, który został wywrócony do góry dnem. Wylana zawartość zdołała wsiąknąć w glebę, a po plastikowym kwieciu nie było ani śladu. Jedynie wokół roznosił się znajomy zapach obcego. Gąska jeszcze nigdy nie czuła się tak zła i bezradna. Niepotrzebnie zostawiła bez opieki naczynie. Mało brakowało, a by się rozpłakała, jednak powstrzymała łzy, gdy zauważyła obcy pysk pośród owocowych krzewów.
– T-ty...! – zawołała, rozpoznając niebieskiego kocura.
– Tego szukasz? – spytał, po czym pochwycił w pysk plastikową roślinę i wyskoczył z krzewu. Podrzucił do góry "lekarstwo", które wylądowało w błocie. – Nie miałem serca ciągnąć szopki mojej siostry, dlatego też zdecydowałem się na tak drastyczne działanie... – Spojrzał w kierunku liścia. – Ten kit, który ci wcisnęła w zamian za piszczki... ekhm, to całe lekarstwo, które otrzymałaś to tak naprawdę najzwyklejszy śmieć z wysy...
– Wiedziałam... – wymamrotała, pochylając łebek.
– Hę? To dlaczego...
– Nie miałam nic do stracenia. – Podkręciła łebkiem. – A moja wiara i nadzieja, może mogłyby... – Uniosła spojrzenie na kocura i pod wpływem złości wysunęła pazury. Nie po to, aby go skrzywdzić, ale po to, aby mieć pewność, że nigdzie nie ucieknie. – Ty mysi móżdżku! – Skoczyła w kierunku kocura, wczepiając się pazurami w jego gęste futro.
– Rosa! Roooosa!
CDN
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz