Ponadto była całkiem… intrygująca. Czarno-biały zdążył już zauważyć, że jej oczy lekko rozjeżdżają się na boki, a ona sama miewa problemy z równowagą. Zastanawiał się, czy zawsze podążała ścieżką związaną z ziołami, czy może przeniesiono ją tam, gdy przez swoje nieskoordynowanie nie była w stanie upolować nawet ryjówki.
Uczeń podszedł do niej spokojnie, starając się wyglądać neutralnie. Nie chciał sprawiać wrażenia zbyt przyjaznego, ale też nie zamierzał prezentować się jako ktoś uprzedzony. Zależało mu na tym, by lepiej poznać Purchawkę, może nawet się z nią zakolegować. Wydawała się całkiem fajna – zwłaszcza po tym, jak zagadała Ziemniaka, zapewniając Wiciokrzewowi i jemu chwilę spokoju.
— Cześć! Miałem iść z tobą zbierać zioła, pamiętasz? — zapytał, delikatnie przechylając głowę. — Zaczyna się już Pora Opadających Liści. Musimy się spieszyć z uzupełnianiem zapasów, zanim deszcze wymyją nam wszystkie rośliny!
Purchawka właśnie próbowała związać dwa badyle pajęczyną, lecz jeden uparcie jej się wymykał. Pod nosem mamrotała coś o duchach i przeznaczeniu. Wspomniała też coś o ogonie Wiciokrzewu, ale gdy tylko dostrzegła Osetka, natychmiast podniosła łepek. Zrobiła to tak gwałtownie, że rośliny w jej futrze zatrzepotały, a ona sama lekko się zachwiała.
— O! Jesteś, słoneczko! — mruknęła, jakby była zaskoczona jego obecnością. Odchrząknęła, próbując nadać sobie poważniejszy ton, choć średnio jej to wyszło. — Pamiętam, pamiętam, oczywiście, że pamiętam. Powiem ci nawet, że Wszechmatka dziś rano mi szepnęła, że będę zbierać zioła z kimś… no, z kimś takim jak ty — dodała, szczerząc zęby.
“Takim jak ja?” – zastanowił się Osetek, ale nie zdążył dopytać, bo Purchawka już podreptała w jego stronę, ledwo utrzymując się na łapach. Każde jej oko patrzyło w inną stronę, lecz w obu błyszczały nieskończone pokłady entuzjazmu.
— Masz rację, słoneczko. Pora Opadających Liści to podstępna pora! Jednego dnia piękne promienie ogrzewają twój grzbiet, a kolejnego… wszystko stoi w wodzie. Jeszcze innego przychodzi mróz i wszystkie kwiatki zamarzają! — oburzyła się, kręcąc głową tak mocno, że ozdoby w jej futrze niemal z niego nie wypadły. — Ale nie ma się o co martwić! Dziś pogoda jeszcze nam sprzyja. Zioła na pewno docenią, że chcemy uchronić je przed nadciągającymi burzami, i same powiedzą nam, gdzie je znaleźć.
Jej nagła powaga nieco wytrąciła Osetka z równowagi. Nie miał jednak czasu dopytać, co miała na myśli, mówiąc o roślinach jak o pobratymcach, bo szamanka już się odwróciła i machnęła ogonem, dając mu znak, by poszedł za nią.
— Chodźmyyy! Tylko nie za szybko, bo jeszcze świat zacznie mi wirować przed oczami! A jeśli tobie się zakręci, to… będziesz musiał mnie znaleźć po zapachu! — oznajmiła rozbawiona.
Osetek zachichotał cicho. Co za zakręcona kotka – jeszcze nigdy takiej nie spotkał. Zresztą nic dziwnego. Zazwyczaj przebywał jedynie z jąkającym się mentorem i tym kotem o lisim sercu – Ziemniakiem. Przy czym tego drugiego z całego serca nie cierpiał.
Czarnofutry maszerował tuż przy boku Purchawki, lecz przez dłuższą chwilę szli w ciszy. Wydało mu się to nieco dziwne, bo kotka sprawiała wrażenie, jakby jej pysk nigdy się nie zamykał. W końcu postanowił zapytać:
— Szukamy czegoś konkretnego? Szczerze… nie skupiałem się ostatnio na składziku, nie mam pojęcia, czego nam brakuje… — przyznał, wzdychając ciężko.
Purchawka poruszała się powoli, z ogonem uniesionym wysoko, jakby próbowała porozumieć się nim z samą Wszechmatką. Za każdym razem, gdy wiatr zawiał mocniej, pałki wodne w jej futrze zaczynały szeleścić. Wyglądały, jakby miały zaraz odlecieć, a jednak uparcie trzymały się przy niej, jak przyklejone.
W końcu żółtooka przystanęła, jakby dopiero teraz dotarły do niej słowa Osetka. Zamrugała kilka razy, spoglądając na młodszego. Najpierw wyglądała na zamyśloną, jakby próbowała przypomnieć sobie zawartość składziku, lecz po chwili jej pysk się rozjaśnił.
— Oj, nie martw się. Składzik zawsze czegoś nie ma. Jak nie liści, to porządku. A porządku dziś nie zbierzemy, więc skupimy się na ziołach.
Niezrażona ruszyła dalej, pochylając głowę ku ziemi. Wąchała glebę, mech, opadłe liście, a nawet kamienie. W tym czasie Osetek niezręcznie kroczył obok niej, nie mając dość odwagi, by schylić się i spróbować ją naśladować. Kotka poradzi sobie sama, prawda? W końcu znała się na zapachach roślin. On wciąż nie do końca się w tym odnajdywał – zapominał właściwości niektórych ziół, mylił ich zastosowanie.
Trwali w ciszy, aż w końcu szamanka zatrzymała się przy jakimś krzewie i dotknęła go łapą, delikatnie rozsuwając gałązki.
— Lubisz ciszę, słoneczko? — zapytała, spoglądając na Osetka. — W ciszy łatwiej usłyszeć zioła, wiesz? Dobry z ciebie będzie uzdrowiciel, a jeszcze lepszy zbieracz ziół! — dodała, po czym odsunęła się od krzewu. Ciekawe, czego tam szukała.
Zanim Osetek zdążył odpowiedzieć, wyrzuciła z siebie:
— Na pewno brakuje ogórecznika. Zawsze go brakuje! A ja uważam, że jest bardzo potrzebny. Obniża gorączkę, łagodzi ból brzucha, a to tylko kilka jego zalet. — Jej wąsy zadrżały. — Przyda się też żywokost, jeśli go znajdziemy. Na poparzenia, na zwichnięcia, na złamania… na duszę, na załamania. Na wszystko!
Czarnofutry starał się nadążyć za potokiem jej słów, choć nie zawsze było to proste. Chciał brać czynny udział w rozmowie, ale wciąż nie był w pełni rozluźniony w jej towarzystwie. Czasem potrzebował więcej czasu, by się do kogoś przekonać. Mimo to podobało mu się, że jego milczenie wcale jej nie zniechęcało.
— Wszystko dobrze, słoneczko? — odezwała się nagle, najwyraźniej dostrzegając jego zamyślenie. — Tylko nie mów, że nie lubisz zbierać ziół! — miauknęła oburzona, choć półżartem. — Powiedz, sam chciałeś ze mną iść, czy mentor ci kazał?
Serce Osetka na moment stanęło. Nie spodziewał się takiego pytania… od kogokolwiek. Nawet sam sobie go nigdy nie zadał. Gdy został mianowany uczniem uzdrowiciela, przyjął to bez sprzeciwu. Bał się, że jeśli zacznie wątpić, odkryje, że wolałby być… kimś innym. Pokręcił głową.
— Lubię zbierać zioła. Naprawdę — miauknął, próbując przekonać nie tylko ją, ale i siebie. — Chyba lepsze to niż budzenie się co rano tylko po to, by mentor przeciorał cię po błocie — dodał żartobliwie, wzdrygając się na myśl o zimnie i brudzie. — Takie życie mi odpowiada. Jest spokojne. — Zawahał się. — No… ale dość już o mnie. Teraz moja kolej na pytanie. — Uśmiechnął się delikatnie. — Czy uważasz, że spełniasz się w roli szamanki?
Purchawka rozdziawiła pysk, lecz nie wydobyło się z niego żadne słowo. Zamknęła go, zamlaskała kilka razy i westchnęła cicho, zamyślona.
— Spokojnie, powiadasz? — mruknęła łagodnie, nie patrząc na niego. — Czasem spokój nie znaczy dobrze. Gdy na zewnątrz jest zbyt cicho, w środku robi się głośno, słoneczko.
Dopiero wtedy spojrzała na Osetka, który miał na pysku wyraźnie wypisane pytanie: “Co masz na myśli?”.
— Czy się spełniam? — powtórzyła powoli. — Nie jestem taka jak Świergot. Nie mówię tak mądrze, a czasem jutro myli mi się z wczoraj. — Machnęła ogonem i zerknęła w niebo. — Jak widzisz, nie jestem idealna. Ale to nic nie znaczy. Koty i tak mnie szanują. Wierzą we mnie i w moje połączenie z Wszechmatką. Więc… chyba tak. Spełniam się, bo koty mi ufają. Nawet jeśli nie wszystko idzie po mojej myśli.
Osetek nie wiedział, na ile jej wierzyć. Czy mówiła szczerze, czy może po prostu wyczuła jego wątpliwości i powiedziała to, co chciał usłyszeć? A może sama odpowiedziała na pytanie, którego on jeszcze nie potrafił sobie zadać?
Nagle Purchawka schyliła się i zaczęła delikatnie rozkopywać ziemię pod łapami.
— O! No proszę, słoneczko. Mamy żywokost! — oznajmiła z dumą. — Wszechmatka w ten sposób mówi nam, że nas słucha!
Osetek skinął głową i podszedł bliżej, zaglądając jej przez ramię. Faktycznie – spod ziemi wyłaniał się korzeń.
* * *
Z początku myślał, że nigdy nie będzie mu potrzebny ktoś bliższy w jego wieku. Zresztą odkąd tu zamieszkał, wierzył, że jeszcze uda mu się wrócić do rodziny i nie będzie musiał zadręczać się myślą, że nie nawiązuje relacji z pobratymcami. A jednak Wszechmatka zgotowała mu inny los – teraz wydawało się, że Osetek zadomowił się tu już na stałe.
Gdy wyszedł z lecznicy, niespodziewanie natknął się na Czajkę. Zwiadowca miał lekko zmierzwione futro i zmęczone oczy. Wyglądał, jakby nie zmrużył oka od dwóch księżyców. Osetek zamrugał kilkakrotnie, wpatrując się w niemal puste ślepia kocura.
— Och, hej. Wszystko dobrze…? — zapytał niepewnie.
<Czajko?>
[1405 słów + zbieranie ziół w towarzystwie szamana]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz