Buraska postanowiła skryć się pod jednym z nielicznych drzew w tej okolicy. Właściwie nie podobało jej się, że tak duża część terenu była tu pod otwartym niebem. Zdecydowanie wolała gęste lasy, gdzie mogła zniknąć między krzewami i zakamuflować się. Nie bez powodu miała w końcu takie piękne, brązowe futerko! Na tych polanach czuła się… odkryta. A ona, jako istota lubiąca atakować z zaskoczenia, nie znosiła tego uczucia.
Czas mijał, a kotka wciąż siedziała pod pniem. Miała przymrużone oczy i właściwie nadal nie wiedziała, po co dokładnie tu przyszła. Może to jej umysł podświadomie czegoś szukał? Tylko czego mogła się spodziewać na tych terenach? Gdy w końcu otworzyła ślepia, w oddali dostrzegła migoczące pośród traw sylwetki. A konkretniej – były to trzy koty. Z tej odległości nie widziała wielu detali, lecz wydawały się dosyć młode. Nie były ani zbyt wysokie, ani masywne czy umięśnione. Może się zgubiły? A może Pacynka naprawdę natrafiła na kolejny klan?
Postanowiła wyjść im naprzeciw. Bez wahania opuściła kryjówkę i żwawo podeszła do obcych. W końcu nie mogli jej nic zrobić, prawda? Tym bardziej, jeśli rzeczywiście należeli do któregoś z klanów. Burzowe Chmury opowiadał jej przecież, że te klanowe kleszcze mają obowiązek przyjmować ciężarne oraz samotniczki z kociętami. Co za pech, że akurat jej nie przyjęto do Klanu Burzy… Zdrajcy. Czy przywódca Burzaków byłby zadowolony, gdyby dowiedział się, że jedna z jego poddanych tak bezcześci ich święte prawa?
W pewnym momencie dostrzegła, że trójka kotów zatrzymuje się w miejscu. Jeden z nich wysunął się naprzód i zaczął coś mówić do pozostałej dwójki. Pacynka delikatnie przywarła brzuchem do ziemi, kryjąc się wśród zieleni. Powoli zaczęła zmierzać w stronę obcych, zastanawiając się, o czym tak rozmawiają. Czyżby ją wyczuli? Czy to ona wywołała między nimi oburzenie?
Zajęci rozmową nawet nie zauważyli burej, która czaiła się niedaleko. Pacynka poruszyła powoli wibrysami, rozbawiona tą sytuacją. Klanowe koty – niby takie silne, zgrane, a jednocześnie tak… nieuważne. Gdyby tylko chciała, mogłaby rozciąć im gardła, a żaden z nich nawet by się nie zorientował. Postawiła uszy do góry, próbując podsłuchać ich rozmowy.
— Konwalio, twoje wypowiedzi są często redundantne. Zaprzestań swoich działań.
Redu… co?
Pacynka zmrużyła powieki i subtelnie wysunęła głowę w stronę obcych, próbując wyłapać sens tego dziwacznego słowa. Co ono w ogóle miało znaczyć? Czy klanowe koty porozumiewały się jakimś sekretnym kodem? A może to po prostu jeden z tych nadętych terminów, którymi lubili się popisywać.
Nagle jeden z nich uniósł głowę i spojrzał prosto na burą.
— Ten kot pachnie Klanem Burzy… i czymś jeszcze…
Pacynka wyprostowała się na równe łapy i podeszła do trójki zgromadzonych, widząc, że ci nie zamierzają ruszyć się w jej stronę. Wydawali się skłóceni, może nawet odrobinę przerażeni. Świetnie. Lepiej nie mogła trafić. Czy takie młodziki w ogóle ją zrozumieją? Czy dadzą radę zaprowadzić ją do klanu? Bo właśnie tego chciała, prawda…? Chciała dołączyć do jakiegoś klanu.
— Witajcie, nieznajomi… — mruknęła, przenosząc wzrok na własne łapy. — Ja… — urwała na moment, po czym uniosła jedną z nich i przyłożyła ją do skroni — …potrzebuję waszej pomocy!
— Nieźle — odezwała się jedna z nich. Brązowooka podniosła wzrok, spoglądając na pozostałych. Kolejna posłała jej szczery, lecz nerwowy uśmiech i mruknęła:
— Dzień dobry... W czym potrzebujesz naszej pomocy? I powiesz nam, czemu pachniesz Klanem Burzy? Jesteś Burzaczką?
Trzeci kocur natomiast zachował milczenie.
Pacynka odłożyła łapę na ziemię, a w jej oczach mignęło zirytowanie. Czemu te koty patrzyły na nią jak na idiotę? Przecież jeszcze nie zrobiła nic złego! Nie zamierzała ich nawet skrzywdzić. Głupie klanowe szczury. Nie szło się z nimi dogadać.
— Gdybym była Burzaczką, siedziałabym teraz zamknięta w czterech ścianach kociarni — rzuciła w stronę czarnej szylkretki, delikatnie szczerząc kły. — Więc… czy możecie, proszę, trochę się rozluźnić? Nie szukam zwady, szukam tylko miejsca, w którym mogłabym wychować swoje kocięta! — wyjaśniła, niemal nie mając odruchu wymiotnego na słowo “kocięta”.
— Och, jesteś w ciąży! W sumie mogłam się domyślić, wystarczyłoby spojrzeć na twój rysujący się śliczny brzuch i delikatną woń mleka... Pewnie nie wyczułam jej przez aromat Burzaków. Cóż... Według kodeksu wojownika powinniśmy zabrać cię do obozu, aby Mandarynkowa Gwiazda zdecydowała czy cię przyjąć. Co nie? — mruknęła nagle czarna szylkretka.
“Śliczny brzuch? Czy ona mi sugeruje, że zgrubłam?” – pomyślała Pacynka, gdzieś w myślach wywracając oczami. Oczywiście w rzeczywistości tego nie zrobiła, ale gdyby mogła, pewnie… tak by się wydarzyło. Obawiała się jednak – choć obawa to słowo zbyt przesadzone – że taki gest zepsułby jej przedstawienie.
— Przepraszam, a... jak cię zwą? Ja nazywam się Słodka Łapa! — dodała jeszcze.
Druga kotka zaraz zgromiła ją wzrokiem, dorzucając:
— Właśnie, jak cię zwą i skąd jesteś?
Bura zmrużyła na moment oczy, by zaraz zastrzyc subtelnie uchem. A co to było, jakieś przesłuchanie? Kąciki jej ust drgnęły w ledwie zauważalnym uśmiechu, zanim zdążyła powiedzieć:
— Nazywam się… Niedźwiedź… ówka — wymamrotała, by zaraz później wziąć głębszy wdech. — Niedźwiedziówka — powtórzyła wyraźniej, a jej ogon zadrżał na wietrze.
Istniało w ogóle coś takiego? Pacynka nie wiedziała, ale brzmiało fajnie. A skoro te klanowe kotki chcą bawić się w prywatność, to ona też może. Dlaczego ma się im przedstawiać oficjalnym imieniem, skoro one nie potrafią?
— Niedźwiedziówka... Nigdy nie słyszałam tego imienia, jest bardzo unikatowe! — skwitowała Słodka Łapa, przenosząc następnie spojrzenie na jedynego kocura w tym towarzystwie.
— Nie patrz tak na mnie — liliowy rzucił w stronę siostry. — Imię me tajemnicą pozostanie — dodał, po czym zwrócił się do samotniczki:
— A skąd przybywasz, Niedźwiedziówko? — spytał, a raczej powtórzył pytanie jasnej szylkretki.
No proszę, kto by się spodziewał, że ten kocur potrafi mówić. Od samego początku siedział cicho jak mysz pod miotłą. Pacynka jedynie rozejrzała się wokół, niemal beztrosko, po czym wróciła wzrokiem do trójki kotów. Gdy chciała już otwierać pysk, nagle przerwał jej dźwięk głosu Słodkiej Łapy:
— Tja, tja… Nie bądź już taki tajemniczy! Nazywa się Konwaliowa Mielizna — oznajmiła.
Pacynka tylko skinęła na to głową. Mało ją to interesowało. Westchnęła i zaczęła mówić:
— Cóż, nie powiem, że przybywam z konkretnego miejsca. Szwendam się tu i ówdzie, ale czy to źle? Nigdy w życiu nie przyszło mi znaleźć stałego miejsca zamieszkania; gdzieś jednak w końcu muszę zarzucić kotwicę, czyż nie? — mruknęła łagodnie, niby trochę melancholijnie. Pozwoliła, by do jej głosu wtargnęła się nutka zmęczenia. Jakby naprawdę zależało jej na miejscu, w którym wreszcie mogłaby osiąść, jak kurz na płaskiej powierzchni.
Słodka Łapa pokiwała ze zrozumieniem.
— Mhm... Pewnie ciężko jest tak latać po świecie bez swojego własnego kąta niczym wolny duch na wietrze... — Po tych słowach zwróciła głowę ku liliowemu. — Braci-, to znaczy, Konwaliowa Mielizno, myślę, że powinniśmy zabrać ją do obozu... Co o tym sądzisz?
Ten cały Konwalia nie wyglądał na przekonanego, co nieco podsyciło irytację Pacynki. Jeśli do kolejnego klanu jej nie wezmą, tym razem ze względu na jakiegoś małego kozaczka, to nie daruje. Zanim stąd odejdzie, zaatakuje go. Bez litości.
— Zabranie jej do obozu równa się przeprawa przez wodę. I tak to ryzykowne posunięcie, brać obcego kota do samego centrum, naszej bezpiecznej ostoi — odparł.
— No to w takim razie co robimy? Idziemy po drugą część patrolu? Nie... Są na drugim końcu terytorium...
— Na drugą część patrolu poczekajmy tam, gdzie ustaliliśmy — zaproponował.
Słodka Łapa na chwilę umilkła, zastanawiając się nad słowami Konwalii. Wkrótce ogłosiła:
— Dobry pomysł! W takim razie chodźmy!
Pacynka ruszyła za trójką kotów, która najprawdopodobniej zmierzała w to całe “ustalone” miejsce, gdziekolwiek by się ono znajdowało. Bura miała nadzieję, że udało jej się podbić serca tych młodzików – szczególnie przekonana o jej prawości zdawała się Słodka Łapa, która gdyby tylko nie jej sztywni towarzysze, pewnie zaprowadziłaby brązowooką pod sam próg obozu, a potem jeszcze oddała swoje życie, próbując wytłumaczyć komukolwiek, kto rządzi tym ich klanem, że Pacynka jest tylko bezbronną samotniczką, potrzebującą pomocy.
Właśnie dlatego pręgowana postanowiła do niej podejść, mimowolnie oddalając się nieco od Konwaliowej Mielizny i tej trzeciej kotki.
— Nie mogę uwierzyć, że w końcu udało mi się znaleźć jakąś przystań! O ile, rzecz jasna, nieco wyżej postawione koty pozwolą mi u was zostać… Ty, Słodka Łapo, jak mniemam, w razie problemów mi pomożesz, czyż nie? Wytłumaczysz im, proszę, że tylko szukam pomocy i poprzesz moje słowa? — mruknęła, patrząc na szylkretkę z błyskiem nadziei w oku. — Bardzo mi zależy na tym, by u was zamieszkać i wychować kocięta. W zamian za pomoc wasz klan zyska kilkoro sprawnych wojowników! Czy nie tego potrzebujecie? — zwróciła się do reszty, już nieco głośniej.
Wtedy jednak Słodka Łapa odparła:
— Rozumiem, że zależy ci na jakiejś stałej przystani, ale nie wiem, czy będę w stanie ci pomóc…
Czas mijał, a kotka wciąż siedziała pod pniem. Miała przymrużone oczy i właściwie nadal nie wiedziała, po co dokładnie tu przyszła. Może to jej umysł podświadomie czegoś szukał? Tylko czego mogła się spodziewać na tych terenach? Gdy w końcu otworzyła ślepia, w oddali dostrzegła migoczące pośród traw sylwetki. A konkretniej – były to trzy koty. Z tej odległości nie widziała wielu detali, lecz wydawały się dosyć młode. Nie były ani zbyt wysokie, ani masywne czy umięśnione. Może się zgubiły? A może Pacynka naprawdę natrafiła na kolejny klan?
Postanowiła wyjść im naprzeciw. Bez wahania opuściła kryjówkę i żwawo podeszła do obcych. W końcu nie mogli jej nic zrobić, prawda? Tym bardziej, jeśli rzeczywiście należeli do któregoś z klanów. Burzowe Chmury opowiadał jej przecież, że te klanowe kleszcze mają obowiązek przyjmować ciężarne oraz samotniczki z kociętami. Co za pech, że akurat jej nie przyjęto do Klanu Burzy… Zdrajcy. Czy przywódca Burzaków byłby zadowolony, gdyby dowiedział się, że jedna z jego poddanych tak bezcześci ich święte prawa?
W pewnym momencie dostrzegła, że trójka kotów zatrzymuje się w miejscu. Jeden z nich wysunął się naprzód i zaczął coś mówić do pozostałej dwójki. Pacynka delikatnie przywarła brzuchem do ziemi, kryjąc się wśród zieleni. Powoli zaczęła zmierzać w stronę obcych, zastanawiając się, o czym tak rozmawiają. Czyżby ją wyczuli? Czy to ona wywołała między nimi oburzenie?
Zajęci rozmową nawet nie zauważyli burej, która czaiła się niedaleko. Pacynka poruszyła powoli wibrysami, rozbawiona tą sytuacją. Klanowe koty – niby takie silne, zgrane, a jednocześnie tak… nieuważne. Gdyby tylko chciała, mogłaby rozciąć im gardła, a żaden z nich nawet by się nie zorientował. Postawiła uszy do góry, próbując podsłuchać ich rozmowy.
— Konwalio, twoje wypowiedzi są często redundantne. Zaprzestań swoich działań.
Redu… co?
Pacynka zmrużyła powieki i subtelnie wysunęła głowę w stronę obcych, próbując wyłapać sens tego dziwacznego słowa. Co ono w ogóle miało znaczyć? Czy klanowe koty porozumiewały się jakimś sekretnym kodem? A może to po prostu jeden z tych nadętych terminów, którymi lubili się popisywać.
Nagle jeden z nich uniósł głowę i spojrzał prosto na burą.
— Ten kot pachnie Klanem Burzy… i czymś jeszcze…
Pacynka wyprostowała się na równe łapy i podeszła do trójki zgromadzonych, widząc, że ci nie zamierzają ruszyć się w jej stronę. Wydawali się skłóceni, może nawet odrobinę przerażeni. Świetnie. Lepiej nie mogła trafić. Czy takie młodziki w ogóle ją zrozumieją? Czy dadzą radę zaprowadzić ją do klanu? Bo właśnie tego chciała, prawda…? Chciała dołączyć do jakiegoś klanu.
— Witajcie, nieznajomi… — mruknęła, przenosząc wzrok na własne łapy. — Ja… — urwała na moment, po czym uniosła jedną z nich i przyłożyła ją do skroni — …potrzebuję waszej pomocy!
— Nieźle — odezwała się jedna z nich. Brązowooka podniosła wzrok, spoglądając na pozostałych. Kolejna posłała jej szczery, lecz nerwowy uśmiech i mruknęła:
— Dzień dobry... W czym potrzebujesz naszej pomocy? I powiesz nam, czemu pachniesz Klanem Burzy? Jesteś Burzaczką?
Trzeci kocur natomiast zachował milczenie.
Pacynka odłożyła łapę na ziemię, a w jej oczach mignęło zirytowanie. Czemu te koty patrzyły na nią jak na idiotę? Przecież jeszcze nie zrobiła nic złego! Nie zamierzała ich nawet skrzywdzić. Głupie klanowe szczury. Nie szło się z nimi dogadać.
— Gdybym była Burzaczką, siedziałabym teraz zamknięta w czterech ścianach kociarni — rzuciła w stronę czarnej szylkretki, delikatnie szczerząc kły. — Więc… czy możecie, proszę, trochę się rozluźnić? Nie szukam zwady, szukam tylko miejsca, w którym mogłabym wychować swoje kocięta! — wyjaśniła, niemal nie mając odruchu wymiotnego na słowo “kocięta”.
— Och, jesteś w ciąży! W sumie mogłam się domyślić, wystarczyłoby spojrzeć na twój rysujący się śliczny brzuch i delikatną woń mleka... Pewnie nie wyczułam jej przez aromat Burzaków. Cóż... Według kodeksu wojownika powinniśmy zabrać cię do obozu, aby Mandarynkowa Gwiazda zdecydowała czy cię przyjąć. Co nie? — mruknęła nagle czarna szylkretka.
“Śliczny brzuch? Czy ona mi sugeruje, że zgrubłam?” – pomyślała Pacynka, gdzieś w myślach wywracając oczami. Oczywiście w rzeczywistości tego nie zrobiła, ale gdyby mogła, pewnie… tak by się wydarzyło. Obawiała się jednak – choć obawa to słowo zbyt przesadzone – że taki gest zepsułby jej przedstawienie.
— Przepraszam, a... jak cię zwą? Ja nazywam się Słodka Łapa! — dodała jeszcze.
Druga kotka zaraz zgromiła ją wzrokiem, dorzucając:
— Właśnie, jak cię zwą i skąd jesteś?
Bura zmrużyła na moment oczy, by zaraz zastrzyc subtelnie uchem. A co to było, jakieś przesłuchanie? Kąciki jej ust drgnęły w ledwie zauważalnym uśmiechu, zanim zdążyła powiedzieć:
— Nazywam się… Niedźwiedź… ówka — wymamrotała, by zaraz później wziąć głębszy wdech. — Niedźwiedziówka — powtórzyła wyraźniej, a jej ogon zadrżał na wietrze.
Istniało w ogóle coś takiego? Pacynka nie wiedziała, ale brzmiało fajnie. A skoro te klanowe kotki chcą bawić się w prywatność, to ona też może. Dlaczego ma się im przedstawiać oficjalnym imieniem, skoro one nie potrafią?
— Niedźwiedziówka... Nigdy nie słyszałam tego imienia, jest bardzo unikatowe! — skwitowała Słodka Łapa, przenosząc następnie spojrzenie na jedynego kocura w tym towarzystwie.
— Nie patrz tak na mnie — liliowy rzucił w stronę siostry. — Imię me tajemnicą pozostanie — dodał, po czym zwrócił się do samotniczki:
— A skąd przybywasz, Niedźwiedziówko? — spytał, a raczej powtórzył pytanie jasnej szylkretki.
No proszę, kto by się spodziewał, że ten kocur potrafi mówić. Od samego początku siedział cicho jak mysz pod miotłą. Pacynka jedynie rozejrzała się wokół, niemal beztrosko, po czym wróciła wzrokiem do trójki kotów. Gdy chciała już otwierać pysk, nagle przerwał jej dźwięk głosu Słodkiej Łapy:
— Tja, tja… Nie bądź już taki tajemniczy! Nazywa się Konwaliowa Mielizna — oznajmiła.
Pacynka tylko skinęła na to głową. Mało ją to interesowało. Westchnęła i zaczęła mówić:
— Cóż, nie powiem, że przybywam z konkretnego miejsca. Szwendam się tu i ówdzie, ale czy to źle? Nigdy w życiu nie przyszło mi znaleźć stałego miejsca zamieszkania; gdzieś jednak w końcu muszę zarzucić kotwicę, czyż nie? — mruknęła łagodnie, niby trochę melancholijnie. Pozwoliła, by do jej głosu wtargnęła się nutka zmęczenia. Jakby naprawdę zależało jej na miejscu, w którym wreszcie mogłaby osiąść, jak kurz na płaskiej powierzchni.
Słodka Łapa pokiwała ze zrozumieniem.
— Mhm... Pewnie ciężko jest tak latać po świecie bez swojego własnego kąta niczym wolny duch na wietrze... — Po tych słowach zwróciła głowę ku liliowemu. — Braci-, to znaczy, Konwaliowa Mielizno, myślę, że powinniśmy zabrać ją do obozu... Co o tym sądzisz?
Ten cały Konwalia nie wyglądał na przekonanego, co nieco podsyciło irytację Pacynki. Jeśli do kolejnego klanu jej nie wezmą, tym razem ze względu na jakiegoś małego kozaczka, to nie daruje. Zanim stąd odejdzie, zaatakuje go. Bez litości.
— Zabranie jej do obozu równa się przeprawa przez wodę. I tak to ryzykowne posunięcie, brać obcego kota do samego centrum, naszej bezpiecznej ostoi — odparł.
— No to w takim razie co robimy? Idziemy po drugą część patrolu? Nie... Są na drugim końcu terytorium...
— Na drugą część patrolu poczekajmy tam, gdzie ustaliliśmy — zaproponował.
Słodka Łapa na chwilę umilkła, zastanawiając się nad słowami Konwalii. Wkrótce ogłosiła:
— Dobry pomysł! W takim razie chodźmy!
Pacynka ruszyła za trójką kotów, która najprawdopodobniej zmierzała w to całe “ustalone” miejsce, gdziekolwiek by się ono znajdowało. Bura miała nadzieję, że udało jej się podbić serca tych młodzików – szczególnie przekonana o jej prawości zdawała się Słodka Łapa, która gdyby tylko nie jej sztywni towarzysze, pewnie zaprowadziłaby brązowooką pod sam próg obozu, a potem jeszcze oddała swoje życie, próbując wytłumaczyć komukolwiek, kto rządzi tym ich klanem, że Pacynka jest tylko bezbronną samotniczką, potrzebującą pomocy.
Właśnie dlatego pręgowana postanowiła do niej podejść, mimowolnie oddalając się nieco od Konwaliowej Mielizny i tej trzeciej kotki.
— Nie mogę uwierzyć, że w końcu udało mi się znaleźć jakąś przystań! O ile, rzecz jasna, nieco wyżej postawione koty pozwolą mi u was zostać… Ty, Słodka Łapo, jak mniemam, w razie problemów mi pomożesz, czyż nie? Wytłumaczysz im, proszę, że tylko szukam pomocy i poprzesz moje słowa? — mruknęła, patrząc na szylkretkę z błyskiem nadziei w oku. — Bardzo mi zależy na tym, by u was zamieszkać i wychować kocięta. W zamian za pomoc wasz klan zyska kilkoro sprawnych wojowników! Czy nie tego potrzebujecie? — zwróciła się do reszty, już nieco głośniej.
Wtedy jednak Słodka Łapa odparła:
— Rozumiem, że zależy ci na jakiejś stałej przystani, ale nie wiem, czy będę w stanie ci pomóc…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz