Dzień przed mianowaniem Astrowej Łapy, czyli kontynuacja opowiadania pana Pomocnego Wróbelka!
— Myślałam, że to pan mi powie… — cicho zachichotałam, na co on jedynie lekko się uśmiechnął.
Tak, jak zawsze.
Dostosowując się do jego kroku, wyszliśmy razem z legowiska wojowników. Ostatnio wiele kotów zostało mianowanych, więc powoli robiło się tam tłoczno! Ten fakt nieco mnie smucił… To nie tak, że nie cieszę się ich szczęściem oczywiście, że się cieszę! Mimo to jednak gdzieś w głębi serduszka czułam, jakby ktoś wbijał mi małą igiełkę. Jakby sam Klan Gwiazdy chciał pokazać mi, jak bardzo jestem do kitu. Każdy szybko przechodził etap uczniowski, tylko nie ja! No płakać się po prostu koty zachciewa.
— Hm… A może… Zanim zaczniemy trening… Powiesz mi co u ciebie?... Jak ty się czujesz Astrowa Łapo?... Wiesz, ostatnio… Działo się dosyć… Sporo rzeczy…
Spojrzałam na chwilę na kocura, nie wiedząc, co powinnam mu odpowiedzieć. Powinnam odrzec, że wszystko w porządku? A może otworzyć się i wyznać co leży mi na sercu.
— J-ja… — zająknęłam się, czując rosnącą gułę w gardle. — Ja… Nie… Jest okej… — szepnęłam i chociaż bardzo się starałam, tak w kłamaniu to nigdy dobra nie byłam.
I raczej nigdy nie będę.
„Nawet jeśli chciałbym rzeczywiście mu coś powiedzieć… Na pewno nie w obozie… Zdecydowanie za dużo tu uszu i oczu.” — stwierdziłam w myślach, podczas gdy pan Wróbelek jedynie rzucił mi spojrzenie, które ciężko było mi przypisać do jakiegoś konkretnego określenia. Jedyne czego byłam pewna to tego, że nie było ono dobre ani przychylne. Czaiła się w nim nuta niepokoju, wręcz może nawet i zwątpienia czy strachu o swoją podopieczną? W sumie to nawet zrozumiałe…
Wzięłam gwałtowny wdech, znienacka decydując się na coś co najmniej obłędnego, zaskoczona samą sobą.
— Albo wie pan? W sumie to mam pomysł co możemy zrobić, chodźmy przejść się gdzieś, eeeeeee… Po terenach naszego klanu, żeby znaleźć jakieś zioła?... Jak tylko coś zobaczę, to… To będę musiała ymm…
Przez stres głowę miałam pustą niczym stara nora śmierdząca starym borsukiem, w której każde słowo odbijało się echem, jak w wielkim, pustym kanionie.
Protektor rzucił mi spojrzenie zatytułowane “Że co przepraszam?...”, na co znacząco zaczęłam przeskakiwać wzrokiem z jego ślepi, na koty stojące z boku, które już nastawiały uszu, szukając nowego tematu do plotkowania. Najwyraźniej załapał moją nieudolną próbę powiedzenia przez aluzję “tak, ale NIE TUTAJ…”
— Powiedzieć nazwę i zastosowanie?... — podsunął, na co energicznie pokiwałam głową.
— Tak, tak! Dokładnie o to mi chodziło! W-w takim razie chodźmy! Komu w drogę temu eee, jeż- T-to znaczy kl- oh na Klan Gwiazdy, to znaczy czas! Tak, tak, czas…
Bez żadnej zapowiedzi pognałam do wyjścia z obozu, chcąc jak najszybciej się z niego ulotnić. Zdezorientowany pan Pomocny Wróbelek trochę przyspieszył, aby nie zgubić mnie z oczu, a w tym samym czasie mi serce waliło tak mocno, jakbym miała zaraz je wypluć. Co najmniej wypluć.
✩ ★ ✩ ★ ✩
Gdzieś tam w głębi terenów Klanu Klifu
Przez całą drogę przez tereny klanowe, nie miałam odwagi odezwać się nawet połową jakiegokolwiek słowa. Czułam, jak narastała we mnie panika związana z tym, jak wytłumaczyć mojemu mentorowi coś tak… Nawet nie do końca wiedziałam jakiego. To po prostu… Nie mieściło się w mojej głowie. Mój mózg próbował nieudolnie skasować tę informację. Bez skutku.
W końcu (kolejny już raz bez zapowiedzi czy ostrzeżenia), gwałtownie się zatrzymałam. Wzięłam drżący oddech i zaczęłam nawijać, jak leci.
— Niech się dzieje wola z Klanu Gwiazdy, może i to głupie, ale powiem, co mi język na ślinę przyniesie. Nie nie nie, nic nie jest okej! Jest tragicznie!… Gorzej niż tragicznie!... Moją mamę wydalono z klanu, ponieważ nie miała wystarczających umiejętności, aby w nim pozostać, a ja pewnie zaraz skończę tak samo… Jestem najstarszą uczennicą w całym klanie… słyszę, jak młodsi wojownicy się ze mnie śmieją… Ojciec przeżywa przez wyrzucenie matki załamanie, a mój br-rat?!
Przerwałam na chwilę, biorąc kolejny, jeszcze bardziej nierówny oddech, próbując opanować napływ natarczywych łez.
— O-on… On wcale się nie utopił! Jest zdrajcą! — wydławiłam na jednym tchu, uginając się pod wpływem emocji, upadając na glebę.
Pan Pomocny Wróbelek przez dwa uderzenia serca wpatrywał się we mnie z nieodczytaną miną, po czym podszedł do mnie, otulając puchatym ogonem. Jedną łapą gładził mnie po plecach, próbując jakoś uspokoić.
— Już… Już dobrze… Jestem… Z tobą… — powiedział, czekając, aż będę w stanie znów się odezwać, a kiedy uznał, że byłam już w stanie, tonem spokojnym jak nigdy odezwał się.
— Jeszcze raz. Spokojnie, opowiedz mi wszystko to, co tylko chcesz. To, na co jesteś gotowa.
Rozmazane spojrzenie urwałam przymknięciem oczu na kilka uderzeń serca. W końcu odezwałam się słabym głosikiem, próbując wytłumaczyć swoją nerwową paplaninę.
— Kiedy była wojna… Ta z Klanem Wilka… J-ja… Widziałam go tam. On… Walczył z jakimś starszym od siebie kocurem. Ale… To nieważne. Nie ważne z kim. Ale to był… To był on! Przysięgam, nie zwariowałam! Pośrodku tego wszystkiego zaciągnął mnie gdzieś w krzaki i zaczął ze mną rozmawiać… Opowiedział mi, jak stał się Wilczą Łapą, a teraz już raczej Wilczym Skowytem a ja… Nie mogę w to uwierzyć. To już nie był Jeżynek. To był ktoś zupełnie inny. Dałam mu jednego ze swoich astrów, a później uciekł ode mnie, kiedy ja płakałam po straceniu zarówno pani Liściastej Gwiazdy, jak i Jeżynka na nowo. To mnie prześladuje… Ale błagam, błagam, niech pan nikomu nie mówi! Proszę… Nie wybaczyłabym sobie… J-
Nagle urwałam, ponieważ w oddali usłyszałam głosy innych kotów.
— Jest tu kto? — w tym głosie rozpoznałam głos Pikującej Jaskółki, która tego dnia miała prowadzić patrol łowczy.
Odetchnęłam z ulgą, a niewiele później owa kocica wyłoniła się z krzaków.
— Aha, to tylko wy — wysapała, skacząc wzrokiem między mną a mentorem.
— Tak… Ja… Pewnie pani mnie usłyszała! Cóż… Ja… Akurat wdepnęłam w krzewy jeżyn i trochę zabolało. Wie pani…
— Mhm… — mruknęła, uspokajając oddech.
Patrzyła na nas jeszcze przez chwilę, jakby analizując czy kłamiemy, aż w końcu kiwnęła nam głową na pożegnanie i zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.
Spojrzałam na Wróbla, oczekując, że dostanę ochrzan, jednak on wpatrywał się w przestrzeń przed sobą. Mimo to jednak po chwili ledwo zauważalnie się uśmiechnął.
— Na spokojnie… Nikomu nie powiem… Jestem pewien, że sama to zrobisz, kiedy będziesz gotowa… Ale teraz… Chodźmy do obozu.
Kamień spadł mi z serca, a ja z iskrą nadziei pokiwałam mu głową, następnie podążając za nim.
✩ ★ ✩ ★ ✩
Następny dzień rano
Od dawna nie spałam tak spokojnie. Wygadanie się mojemu mentorowi zdziałało cuda, ponieważ wybudził mnie dopiero niespodziewany komunikat lidera.
— Niech wszystkie koty zdolne łowić samodzielnie zwierzynę zbiorą się na zebranie klanu! — krzyknął pan Judaszowcowa Gwiazda, na co ja podniosłam się i popędziłam do centrum obozu, urządzając się tuż obok Wróbelka.
— Astrowa Łapo — rzucił, a wszystkie spojrzenia skierowały się na mnie.
Przez pierwszą chwilę myślałam, że pan Pomocny Wróbelek jednak powiedział mu o tym, co wiem, jednak on zaczął kontynuować z miękkim głosem.
— Podejdź.
Wstałam i na drżących łapach uważałam się przed jego obliczem, czując narastającą ekscytację. W jego głosie ani spojrzeniu nie wyczuwałam piorunów złości, a Pan Wróbelek niemal promieniał.
— Astrowa Łapo. Mimo iż twój trening był długi, nadszedł czas twojego mianowania! Ja, Judaszowa Gwiazda, przywódca Klanu Klifu, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tę oto uczennice. Trenowała pilnie, aby poznać zasady waszego szlachetnego kodeksu. Polecam ją wam jako kolejną protektorkę.
Nastała pauza, podczas której lider rozejrzał się między innymi kotami, czytając ich wyrazy pysków.
Nie wierzyłam w to, co właśnie działo się na moich oczach. Jednocześnie, kiedy próbowałam jakoś to ogarnąć, Judasz zadał mi standardowe pytanie, na które odpowiedź znał każdy klanowy kot.
— Przysięgam — odparłam, czysto i promiennie, uśmiechając się w jego stronę, na co on delikatnie pokiwał głową.
— W takim razie mocą wszechmogącego Klanu Gwiazdy nadaję ci imię protektora. Astrowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Rozkwitający Aster! Klan Gwiazdy ceni twoją promienność i chęć pomocy, oraz wita cię jako nową protektorkę Klanu Klifu!
Pan Judasz zeskoczył z miejsca przemówień z małym grymasem bólu, aby dotknąć pyszczkiem mojej głowy. W odpowiedzi od razu musnęłam jego bark, ciesząc się niczym kocie.
Odwróciłam się do współklanowiczów ze łzami w oczach, a oni zaczęli skandować moje imię, którym byłam absolutnie zachwycona!
— Rozkwitający Aster! Rozkwitający Aster! Rozkwitający Aster!
Kiedy ucichły, z szerokim, promiennym uśmiechem podbiegłam do swojego mentora, mocno go przytulając, o mało nas nie przewracając.
— Dziękuję panie Pomocny Wróbelku, dziękuję za wszystko, za każdą naukę i za wczoraj… W ogóle za wszystko i nic. Jest pan najlepszym mentorem, jakiego mogłam sobie wymarzyć, jest pan jak wujek, którego nigdy nie mogłam mieć…
Wyszeptałam to w jego futerko, będąc szczęśliwa jak nigdy dotąd.
Wreszcie.
< Wróbelek? Nie żartuje! >
[1381 słów, trening medyka]
[Przyznano 28%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz