Dobre sobie. To, że była sama, nie oznaczało jeszcze, że była słaba i niedołężna. Słoneczny Fragment najwyraźniej nie doceniał jej zdolności, jej chytrości i… różnych innych umiejętności. Nie lubiła, gdy ją w ten sposób oceniano. Gdy przedstawiano ją w takim świetle, jakby była jedynie słabeuszem, myszą we mgle. Jasne, gdyby czasem potrzebowała tego, by wyciągnąć z sytuacji jakieś korzyści, byłaby w stanie udawać nawet ślepą. Ale teraz, gdy przed nią stał tylko kremowy przewodnik, wolała wyglądać na silną. Na niezależną. Na taką, która budzi grozę i respekt.
Prychnęła.
— Ależ ty łaskawy! — rzuciła, przewracając oczami.
Niebieskooki drgnął, jakby chciał powiedzieć: “Przecież to nie tak!”, jednak w porę zamilkł.
— Daruj sobie. Nawet gdybym była sama, choć nie jestem, i tak nie miałbyś ze mną szans! — dodała, starając się brzmieć żartobliwie. Zachichotała cicho pod nosem, po czym zrobiła krok w stronę granicy. Jej ogon falował leniwie, jakby próbowała nim zahipnotyzować kremowego.
Gdy odchodziła, spojrzała na niego po raz ostatni i puściła mu oczko.
— Będę tu za dwa dni, o tej samej porze. Zabierz tego medyka ze sobą, tylko się nie spóźnij! — krzyknęła, znikając między wrzosami.
Usłyszała jeszcze za sobą jakiś głośniejszy dźwięk, lecz nie zwróciła na niego uwagi. Jej uszy nawet nie drgnęły; nie wiedziała, czy był to głos Słonecznego Fragmentu, czy może skrzek jakiegoś ptaka. Nie skupiała się na tym – jej wzrok był już utkwiony w drodze malującej się przed oczami.
Kilka uderzeń serca później rzuciła się biegiem przez Drogę Grzmotu, z lekkim oporem przebiegając przez to dziwne wzniesienie, pod którym płynęła rzeka. Kierowała się w stronę swojej nory, by zaszyć się w niej i przemyśleć swoje następne ruchy. Ten dzień przerwy od Słonecznego Fragmentu może okazać się… kluczowy.
Prychnęła.
— Ależ ty łaskawy! — rzuciła, przewracając oczami.
Niebieskooki drgnął, jakby chciał powiedzieć: “Przecież to nie tak!”, jednak w porę zamilkł.
— Daruj sobie. Nawet gdybym była sama, choć nie jestem, i tak nie miałbyś ze mną szans! — dodała, starając się brzmieć żartobliwie. Zachichotała cicho pod nosem, po czym zrobiła krok w stronę granicy. Jej ogon falował leniwie, jakby próbowała nim zahipnotyzować kremowego.
Gdy odchodziła, spojrzała na niego po raz ostatni i puściła mu oczko.
— Będę tu za dwa dni, o tej samej porze. Zabierz tego medyka ze sobą, tylko się nie spóźnij! — krzyknęła, znikając między wrzosami.
Usłyszała jeszcze za sobą jakiś głośniejszy dźwięk, lecz nie zwróciła na niego uwagi. Jej uszy nawet nie drgnęły; nie wiedziała, czy był to głos Słonecznego Fragmentu, czy może skrzek jakiegoś ptaka. Nie skupiała się na tym – jej wzrok był już utkwiony w drodze malującej się przed oczami.
Kilka uderzeń serca później rzuciła się biegiem przez Drogę Grzmotu, z lekkim oporem przebiegając przez to dziwne wzniesienie, pod którym płynęła rzeka. Kierowała się w stronę swojej nory, by zaszyć się w niej i przemyśleć swoje następne ruchy. Ten dzień przerwy od Słonecznego Fragmentu może okazać się… kluczowy.
* * *
Dzień później
Szlajała się po terenach Klanu Burzy, jakby specjalnie próbując sprowokować jakąś bójkę. Dotarła w ten sposób do Upadłego Potwora i wtedy jej umysł zalały wspomnienia; w końcu to tu po raz pierwszy spotkała przewodnika w pokojowej atmosferze. To w tym miejscu wszyscy spotykali się w trójkę. Ona, Słoneczny Fragment, Burzowe Chmury… I pomyśleć, że nikt ich nigdy nie przyłapał!
Gdy miała już zawracać, stwierdzając, że nikogo godnego walki tu nie znajdzie, przed jej oczami pojawiła się sylwetka białego kota. Mrużył oczy i wyglądał na zaniepokojonego – ale chyba nie tylko obecnością Pacynki. Sprawiał wrażenie, jakby był w pośpiechu i zupełnie nie spodziewał się żadnego gościa w tych okolicach. To… dobrze. To znaczyło, że będzie łatwym celem. Przynajmniej taką miała nadzieję.
Ostatnio, gdy myślała, że Słońce też szybko się podda, ten wrzucił ją do tuneli i gdyby nie Burzowe Chmury, być może by w nich umarła. Mimo wszystko przewodnik nie był słaby, a ten tutaj osobnik wydawał się dość… wątły. Może był medykiem? A może jakimś młodym kotem, który dopiero co został mianowany na ucznia? Trudno. Szybko nauczy się pilnować poza obozem i mieć oczy dookoła głowy.
Gdy się do niego zbliżyła, okazało się, że była to kotka. Z całą pewnością młodsza od Pacynki, lecz jednocześnie nie tak młoda, jak bura początkowo zakładała. Miała fioletowe ślepia, co samotniczka uznała za dość ciekawy przypadek. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie widziała kota o oczach w takim kolorze – a może widziała? Wydawało jej się, że kiedyś przed oczami przemknął jej samotnik całkiem podobny do tej istoty, gdy jeszcze żyła w siedlisku. Może byli spokrewnieni? Pewnie nie, ale byłoby zabawnie, gdyby okazało się to prawdą.
— Co tak tkwisz w miejscu, jak kołek? — rzuciła do kotki, dyskretnie wysuwając pazury. Oblizała pysk, wpatrzona w oczy młodszej. Wyglądała jak puchata kuleczka – ciekawe, czy jej krew będzie słodsza od krwi pozostałych kotów. — Powinnaś już dawno uciekać! Wiesz, gdybyś się pospieszyła, może bym ci darowała. Ale powiedz mi, jak mam puścić wolno kota, który wręcz pcha mi się pod łapy? No jak? — kontynuowała, choć białofutra milczała, marszcząc brwi i kładąc po sobie uszy.
Gdy Pacynka wykonała gwałtowny ruch, obca drgnęła i zrobiła krok w tył. Jej ogon zadrżał.
— No co jest! Uciekaj albo się chociaż odezwij! Wysłali cię tu jako przynętę, czy co? Chcesz mnie czymś zająć, żeby potem wojownicy z twojego klanu się na mnie rzucili? — zapytała, podirytowana zachowaniem kotki.
W tej chwili fioletowooka w końcu rzuciła się do biegu; Pacynka nie zamierzała jednak tak łatwo dać jej zwiać. Ruszyła za nią pędem, niemal bijąc wszystkie rekordy prędkości. Na szczęście był to dopiero początek ciąży, a kocięta jeszcze nie ograniczały jej mobilności.
Dopadła młodszą bardzo szybko, wskakując na jej grzbiet. Biedna nawet nie potrafiła utrzymać samotniczki na swoich barkach; jej łapy załamały się niemal od razu. Pręgowana rozluźniła uścisk i upadła kilka długości wąsa od swojej ofiary. Podniosła się jednak znacznie szybciej i natychmiast przypadła do kotki, chwytając jej skórę na głowie w łapę. Uniosła ją w górę tak, że ciało albinoski spoczywało na ziemi, lecz jej łeb wisiał w powietrzu.
— Dopiero teraz zachciało się uciekać, co? — splunęła, marszcząc nos.
— Zostaw mnie! — wydukała wreszcie. — Zostaw mnie… proszę… — Jej głos złagodniał, a ta prośba tylko bardziej podsyciła nienawiść w Pacynce. Co za żałosny kot.
Samotniczka z całej siły przycisnęła łapą pysk białofutrej do ziemi, wciskając jej głowę w glebę. Jej pazury raniły delikatną skórę na tyle głowy kotki, lecz nie były to poważne obrażenia – przynajmniej nie na tyle, by nie dało się ich zakryć skrawkiem futra.
W końcu bura znów pociągnęła głowę Burzaczki w górę.
— Zostawić cię? Już? Ale tak fajnie się bawimy! — zaśmiała się szyderczo, po czym gwałtownym ruchem puściła albinoskę. — Masz szczęście, że mam dziś dobry dzień. W przeciwnym razie mogłoby się to zakończyć inaczej — prychnęła, po czym odwróciła się tyłem do fioletowookiej.
Właściwie nie miała pojęcia, dlaczego ją zaatakowała. Dlaczego nie przeorała jej pyska, karku… Dlaczego zdecydowała się na tak łagodną “karę”. Może to wyjątkowość tej kotki dziś ją uratowała.
Pacynka nie obejrzała się już więcej za siebie. Pozostawiła młodszą samej sobie, czmychając gdzieś w stronę wrzosowisk, zanim natknie się na jakiś patrol. Ciekawe, co ta młoda powie reszcie klanu – o ile w ogóle coś powie. Bura byłaby wniebowzięta, gdyby Burzacy wymyślili jej jakąś zacną ksywkę, a ona sama stałaby się swego rodzaju legendą. Mogłaby być… Zmorą Burzaków, Pogromczynią Futrzaków… czy czymś w tym stylu.
* * *
Dwa dni po spotkaniu ze Słonecznym Fragmentem
W końcu bura dotarła w okolice miejsca, w którym miała spotkać się z przewodnikiem. Skryła się wśród wrzosów, by najpierw zobaczyć, kogo kremowy ze sobą zabrał, zanim do niego podejdzie. W końcu – mimo że sama na to naciskała – nie musiała się stawiać na spotkaniu. W razie, gdyby Słońce zaczął zadawać pytania, mogłaby się łatwo wywinąć. “Och, źle się czułam, nie mogłam przyjść”, “Byłam już w drodze, ale zobaczyłam lisa i musiałam się schować!” – z kłamaniem nie miała zbyt dużych problemów.
Gdy wysunęła pysk spomiędzy roślin, dostrzegła kremowego kocura stojącego tyłem do niej, a zaraz obok niego białą kotkę…
Jej serce na moment zamarło. Zamrugała kilka razy, a jej głowę ogarnęła pustka. Nie… czy to naprawdę była ta sama kotka, którą wczoraj zaatakowała? To niemożliwe! Jakim trzeba być pechowcem, by doświadczyć czegoś takiego? Czy jeśli teraz wyjdzie im na spotkanie, albinoska piśnie coś na temat samotniczki? Jak na to zareaguje Słoneczny Fragment? Czy każe burej odejść? A może nie będzie chciał o tym rozmawiać i zmusi fioletowooką do załatwienia tego, co ma, i odejścia?
Pacynka prychnęła cicho pod nosem i wycofała się w głąb wrzosowiska. Końcówka jej ogona drżała nerwowo, a oczy miała zmrużone. Co powinna zrobić? Co powinna…
Nim zdążyła pomyśleć o tym drugi raz, podniosła się i rzuciła przed siebie, gnając do przodu niczym najprawdziwsza sarna. Musiała się spieszyć, nim przewodnikowi zachce się odwrócić. Wtedy mógłby ją dostrzec – wiedziałby, że specjalnie uciekła od spotkania.
Gdy przebiegała przez Drogę Grzmotu, obejrzała się za siebie. Sylwetki tej dwójki majaczyły gdzieś w oddali, lecz wciąż były ustawione w tę samą stronę. Nie widzieli jej. Nie mogli jej widzieć.
<Słoneczny Fragmencie? Jak się czujesz z faktem, że koleżanka cię wystawiła?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz