— Spaprałaś to, mogłaś ją zabić… — odezwał się głos. Niebieska zrobiła kwaśny wyraz pyska, wysuwając pazury, podrapała drzewo, zostawiając na nim charakterystyczny ślad.
— Jestem ranna, jak twoim zdaniem miałam wygrać sama z kuną. Do tego miała młode, inni mogli interweniować, a nie polegać na mnie! To dzięki mnie uciekła — warknęła kocica. Wojowniczka wściekle pomachała ogonem, sycząc na kota.
— To nic nie zmienia — Przewrócił oczami — Prawdziwy wojownik nie lęka się niczego, ty też nie powinnaś — rzucił. Ryś fuknęła w stronę czarnego, cofając się od drzewa. Powąchała powietrze, czując w nozdrzach zapach zwierzyny. Piękny, soczysty zapach, który rozszerzył źrenicę szylkretki. Wojowniczka była strasznie głodna, zwłaszcza że połowa uciekinierów nie umiała polować. Jedyne co mogli to przewracać się na swoich tłustych tyłkach i czekać, aż ktoś doświadczony zrobi to za nich. Do tego kotka była strasznie wybredna, dlatego, że zbytnio nie ufała całej grupie. Nie miała pewności, że jedzenie przyniesione przez nich nie jest zatrute albo zgniłe. Oszpecone cisem lub wilczymi jagodami, co przywoływało w Rysim Tropie niepokojące wspomnienia. Niebieska starała się unikać każdego kota w lesie, ale samotnikiem do zabawy, by nie pogardziła. Niby cała ta ucieczka miała być “odkupieniem” od win, ale wojowniczka dalej tego nie czuła. Miała powierzyć swoje życie w czyichś łapach? W łapach paranoicznej i dziwnej, szylkretowej medyczce. Rysi Trop chwyciła do łapy szyszkę, skręcając łeb i mrużąc oczy. Gdyby nie ten biały, przypominający szczura kot, szylkretka mogłaby stąd uciec.
“Gdy będzie sam, znajdę go, wykręcę mu kark i go zabiję!” — pomyślała. Na jej głowie pojawiła się delikatna żyła, która samotnie pulsując, powiększyła się. Źrenice Ryś zwęziły się, a ucisk na szyszce stawał się mocniejszy, aż ta rozkruszyła się w jej łapie.
— Za grzeszy, nie da się zapłacić. Zwłaszcza moje
* * *
— Fuu! Ohyda, ohyda! — parsknęła Rysi Trop. Mięso było okropne, żylaste i niezdatne do jedzenia. Do tego ze skóry ofiary, zaczęły wypełzać robaki. Wojowniczka miała ochotę zwymiotować, widząc ten przerażający obraz. Dlatego uciekła w las, zostawiając tak królika i jego okropny smród. Kotka oparła się o drzewo, próbując nie zwymiotować, obróciła łeb i zmrużyła ślepia.
— Hmmm?... Proszę, proszę… Wygląda na to, że nie wrócę do nich z pustymi łapami — wymruczała. Przy korzeniu sosny, niebieska dostrzegła mnóstwo żółtych kwiatków. Pachniały jak zioła, więc musiały być do czegoś potrzebne. Rysi Trop podeszła bliżej korzenia sosny. Żółte główki trzymały się nisko ziemi, przytłumione przez cień drzewa i wilgoć. Ich zapach był gorzki, ziołowy, nieprzyjemny, ale znajomy. Zmarszczyła nos, pochylając się jeszcze bardziej. Przypominały jej mniszek, więc co mogło pójść nie tak? Oderwała garść kwiatów, wsadzając łodyżki do pyska. Z zadowoleniem pokuśtykała do aktualnego miejsca pobytu grupy, niosąc pajęczyny i tajemnicze kwiaty. Była pewna, że jest o wiele pożyteczniejsza niż Miodowa Kora czy jakiś Kosaćcowa Grzywa. Co oni mogli? Nie dorastali jej nawet do pięt, swoim lenistwem i egoistycznym spojrzeniem na koty. Droga prowadząca z powrotem do obozu ciągnęła się między mokrymi pniami i splątanymi korzeniami, a każdy krok Rysiego Tropu był walką pomiędzy bólem a uporem. Żółte kwiaty zwisały z jej pyska, ich gorzki zapach mieszał się z wonią krwi i wilgotnej ziemi. Pajęczyny, starannie nawinięte na patyk, drżały przy każdym ruchu, lecz trzymały się mocno. Szylkretka szła z uniesioną głową, czujna, choć zmęczona, jakby gotowa była odeprzeć kolejne oskarżenie jeszcze zanim padnie. ”Obóz” wyłonił się spomiędzy drzew powoli. Najpierw usłyszała głosy, potem zobaczyła sylwetki kotów poruszających się między krzewami. Rysi Trop nie zwolniła kroku, stając oko w oko przed Stroczkową Łapą. Kocur uniósł głowę znad wiązki ziół, które właśnie porządkował. Jego oczy na moment rozszerzyły się, gdy dostrzegł, co niesie. Rysi Trop bez słowa wypluła żółte kwiaty u jego łap i ostrożnie zsunęła pajęczyny z patyka, układając je obok.
— O Rysi Tropie gdzie byłaś? — zapytał. — Pięcokornik! Gdzie go znalazłaś? — rzucił Rudzielec.
— Gdzieś o tam — powiedziała kocica, wskazując łapą drzewo. Jednak nim dymny znów się na nią spojrzał, Ryś zniknęła mu z oczu.
Skierowała się ku północnej części prowizorycznego obozu, gdzie krzewy rosły zbyt gęsto, tłumiąc światło i utrudniając przejście. Tam właśnie się zatrzymała. Przez moment tylko stała, oceniając przestrzeń. Pierwszy krzew ustąpił z cichym trzaskiem, gdy szarpnęła za jego młode pędy. Gałązki rozsunęły się, odsłaniając wilgotną ziemię i splecione korzenie. Rysi Trop pracowała powoli, metodycznie, odrzucając zerwane fragmenty na bok, tak by nie zagradzały przejść. Każdy ruch był przemyślany, mimo zmęczenia i bólu. Nie niszczyła wszystkiego bez ładu. Zostawiała starsze, mocniejsze krzewy, które mogły osłaniać obóz, ale usuwała te, które czyniły go dusznym i chaotycznym. Z każdym kolejnym wyrwanym pędem do obozu wpadało więcej światła. Promienie słońca przedzierały się przez przerzedzone gałęzie, rozświetlając mokre liście i ziemię, na której zaczynały rysować się wyraźniejsze ścieżki. Zapach świeżo złamanej zieleni mieszał się z wonią deszczu, tworząc ciężką, ale czystą woń lasu. Rysi Trop z pomocą Kosaćcowej Grzywy przesuwali się dalej, oczyszczając niemal połowę terenu. Biały kocur wpychał się przed nią, depcząc krzewy i zostawiając w nieładzie korzenie. Chociaż pomagał, o tyle dobrze niż inni… I tak niebieska oparła się o drzewo, zamykając powoli ślepia. W końcu mogła odetchnąć z ulgą i ponarzekać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz