Niedługo po ucieczce Czajki z Owocowego Lasu
— Może i się porobiło, ale według mnie tak jest nawet lepiej — przyznał. — Nie mówię tu o Czajce, a o Ziemniaku. Lepiej, by każdy znał prawdę, niżeli mieli żyć w niewiedzy, a później obawiać się o własne życie na każdym kroku — dodał, spoglądając na uzdrowiciela.
Zdawał sobie sprawę, jak liliowy musi się okropnie czuć, w końcu nagle się dowiaduje, że Osetka nie ma w Owocowym Lesie z racji jakiejś wroniej strawy, co wymyśliła sobie, że wysługując się innym kotem, nie da żyć zielonookiemu i jego dawnemu uczniowi. W dodatku starszy był świadkiem, jak Rokitnik umiera i osobiście musiał wytargać tego zapchlonego sierściucha. Smuga też miał przyjemność widzieć śmierć drugiego kota – moment ten wręcz wżera się w umysł i powraca w najmniej oczekiwanym oraz chcianym momencie.
Obecnie
Pora zielonych liście powoli dobiegała końca, Owocowy Las powoli wracał do dawnego życia, skupiając się na tym, co najważniejsze, czyli sojusz z Klanem Burzy. Raptem parę dni temu szamanka urodziła czworo kociąt, niemal wszystkie czarno-białe i dymne niczym sama ich matka. Wojownik nie miał jeszcze poznać nowych członków społeczności, które robiły niemałą furorą – w końcu chyba każdy chciał zobaczyć maluchy, od których będzie zależeć dalsza współpraca między Burzakami a nimi. Sama idea sojuszu była mu nieco obca, w końcu Owocniacy dobrze radzili sobie dotychczas, więc czemu nagle mieliby nawiązywać jakieś relacje z sąsiadem?
Żółtooki podniósł się z posłania na gałęzi, by następnie zejść po konarze klonu, w którego koronach mieściło się legowisko wojowników, a na sąsiednim drzewie zwiadowców. Mimowolnie zerknął w stronę drugiego drzewa, gdzie czasem mógł dostrzec sylwetki innych Owocniaków – parę księżyców temu zawsze starał się wypatrzeć ojca, zastanawiając się, czy ten już nie wyruszył na patrol. Bolesne wspomnienia na krótki moment wróciły, a nadal dość świeże blizny przypomniały o swoim istnieniu w postaci nieprzyjemnego uczucia pieczenia.
Całkiem sprawnie opuścił klon, by następnie skierować swe kroki do starej topoli, gdzie wśród liści miał swoje miejsce Czereśnia, a niżej w dziupli uzdrowiciele. Czasem był pod wrażeniem, jak przestronne jest drzewo w środku, by pomieścić chorych, zioła i czwórkę kotów, którzy zajmowali na stałe miejsce we wnętrzu pnia.
— Wiciokrzewie, masz chwilę? — spytał na wstępie i dopiero po chwili przywitał się skinieniem głowy z dwójką uczniów. Liliowy teraz miał na głowie szkolenie ich obu, gdyż Purchawka przez jakiś czas miała jeszcze przebywać w żłobku ze swoimi nowo narodzonymi dziećmi.
<Wiciokrzewie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz