BLOGOWE WIEŚCI

BLOGOWE WIEŚCI





W Klanie Burzy

Na skutek pożaru oraz spisku, który miał miejsce w szeregach Burzaków, doszło do zamachu na poprzedniego lidera oraz objęcie rządów przez jego syna, Zawodzącą Gwiazdę. Grupa spiskowców, wśród których odkryto Tańcujące Pierze, Gradobijącego Ciernia, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Dzikiego Berberysa, została ukarana według głosu publiczności. Jednak wydanie wyroku nie równało się z powrotem do normalnego trybu życia – klan musiał zmierzyć się ze stratą domu, bliskich, jak i terenów, na których mogli polować. Nie zostanie zapomniana pomocna łapa, którą w stronę Burzaków wyciągnęła władza Owocowego Lasu, zacieśniając tym sojusz. Tymczasowy obóz w Grocie Pamięci zamienił się w przeszukiwanie pobliskich tuneli, wybieranie jaskiń odpowiednich na legowiska, żmudne zbieranie materiałów ze starego obozu… Jednak, mimo trudności i łap pełnych roboty, Klan Burzy z powrotem staje na nogi.

W Klanie Klifu

Rozpoczęły się rządy Lśniącej Gwiazdy. Nowy lider Klanu Klifu sprytnym planem nie dopuścił, aby Pikująca Jaskółka stanęła przed Przodkami i przyjęła dar dziewięciu żywotów. Zaplanowany spisek powiódł się, a morderca przejął stanowisko ofiary, obarczając winą Gąsienicowego Ogryzka, z którym współpracował. Zapatrzona w rudego Truskawkowe Pole została wybrana na zastępczynię, ku zdziwieniu i niezadowoleniu innych wojowników. Przed Klanem Klifu wyłaniają się nowe przeszkody i wyzwania. Pierwszym z nich ma być odzyskanie ciała ich poprzedniej medyczki z łap Klanu Nocy, który z niewiadomego powodu jest w jego posiadaniu. Czy rządy Lśniącej Gwiazdy już od początku zostaną naznaczone wojną i przelewem krwi? Czy może jednak poprowadzi swój klan ścieżką pokoju i rozwagi?

W Klanie Nocy

Nie brakuje intrygujących zdarzeń. Liderka, Mandarynkowa Gwiazda stworzyła nową rolę działającą u boku Rodu - Namiestników, do której włączyła Trzcinowy Szmer, Żmijowcową Wić, Nurową Łapę i Łabędzią Łapę. Niedługo później Nocniaków nawiedziła całkiem znajoma Borsuczyca, niosąc w pysku zakrwawione ciało jednej z członkiń klanu - Świteziankowego Jeziora. Obca przekazała wojownikom, iż ktoś zaatakował kota, którego przyniosła. Niedługo później wyruszyła grupa ochotników, którzy wybyli by odnaleźć mordercę, korzystając ze wskazówek drapieżnika. Grupa poszukiwawcza nie znalazła wspomnianego kota, jednak natrafili na czekoladową, nadzwyczaj wulgarną samotniczkę.
Nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło później. Oprócz oplucia wojowników bluzgami, kotka zaczęła przedwcześnie rodzić. Zdezorientowani wojownicy, choć z początku zagubieni, zdecydowali się na pomoc agresorce. Pierzasta Kołysanka, jedyna z zebranych, która posiadała wiedzę medyczną, próbowała kierować całym przedsięwzięciem, jednak nawet ona nie mogła przewidzieć, czego dopuści się samotniczka. W akcie szału, wiedząc, że zaraz zginie, zdecydowała się zabrać ze sobą własne kocięta, nie chcąc pozwolić na ich przejęcie przez Klan Nocy. Przed swoją śmiercią pozbawiła życia trójki z szóstki własnych potomków. Pozostałe przy życiu maluchy Nocniacy zdecydowali się zabrać do obozu, pomimo brązowego futerka dwójki z nich.
Czy Klan Nocy zaakceptuje nowych, małych członków? Co oznaczają ciągłe ataki włóczęgów? I czy śluby wojowników pozwolą na utrzymanie wysokich morali w klanie?

W Klanie Wilka

Ostatnio dzieje się całkiem sporo – jedną z ważniejszych rzeczy jest konflikt z Klanem Klifu, powstały wskutek nieporozumienia. Wszystko przez samotniczkę imieniem Terpsychora, która przez swoją chęć zemsty, wywołała wojnę między dwoma przynależnościami. Nie trwała ona długo, ale z całą pewnością zostawiła w sercach przywódców dużo goryczy i niesmaku. Wszystko wskazuje na to, że następne zgromadzenie będzie bardzo nerwowe, pełne nieporozumień i negatywnych emocji. Mimo tego Klan Wilka wyszedł z tego starcia zwycięsko – odebrali Klifiakom kilka kotów, łącznie z ich przywódczynią, a także zajęli część ich terytorium w okolicy Czarnych Gniazd.
Jednak w samym Klanie Wilka również pojawiły się problemy. Pewnego dnia z obozu wyszli cali i zdrowi Zabłąkany Omen i jego uczennica Kocankowa Łapa. Wrócili jednak mocno poobijani, a z zeznań złożonych przez srebrnego kocura, wynika, że to młoda szylkretka była wszystkiemu winna. Za karę została wpędzona do izolatki, gdzie spędziła kilka dni wraz ze swoją matką, która umieszczona została tam już wcześniej. Podczas jej zamknięcia, Zabłąkany Omen zmarł, lecz jego śmierć nie była bezpośrednio powiązana z atakiem uczennicy – co jednak nie powstrzymało największych plotkarzy od robienia swojego. W obozie szepczą, że Kocankowa Łapa przynosi pecha i nieszczęście. Jej drugi mentor, wybrany po srebrnym kocurze, stracił wzrok podczas wojny, co tylko podsyca te domysły. Na szczęście nie wszystko, co dzieje się w klanie jest złe. Ostatnio do ich żłobka zawitała samotniczka Barczatka, która urodziła Wilczakom córeczkę o imieniu Trop – a trzy księżyce później narodził się także Tygrysek (Oba kociaki są do adopcji!).

W Owocowym Lesie

Pieczarka odeszła na emeryturę, aby w spokoju przeżyć resztę swoich dni. Po zwycięskiej potyczce z bobrami, których tama zatrzymywała zatrutą wodę w okolicach obozu, i które doprowadziły do śmierci wielu kotów, oddała ona Owocowy Las w łapy Czereśni. Na swoich zastępców wybrał on swoją dawną uczennicę Fige oraz wojownika Kolendre. Mimo ogromnych strat, których doświadczyła w ostatnim czasie społeczność, kocur nie ma zamiaru się poddawać. Wierzy, że stanowczą łapą zdoła odbudować to, co zniszczyły choroby i wrogie gryzonie. Z pomocą szamanki Purchawki postanowił zadbać o swoich pobratymców, aby Owocowy Las mógł odmienić swój los i stać się równie potężny co leśne klany. Czy nowy przywódca i jego zastępcy poradzą sobie z widmem dawnych nieszczęść?

W Betonowym Świecie

nastąpiła niespodziewana zmiana starego porządku. Białozór dopiął swego, porywając Jafara i tym samym doprowadzając swój plan odwetu do skutku. Wieści o uwięzionym arystokracie szybko rozeszły się po mieście i wzbudziły ogromne zainteresowanie, powodując, że każdego dnia u stóp Kołowrotu zbierają się tłumy, pragnąc zmierzyć się na arenie z miejską legendą lub odpłacić za dawno wyrządzone szkody. Białozór zdołał przekonać samego Entelodona do zawarcia z nim sojuszu, tym samym stając się jego nowym wasalem. Ci, którzy niegdyś stali na czele, teraz są ścigani – za głowy Bastet i Jago wyznaczono wysokie nagrody. Byli członkowie gangu Jafara rozpierzchli się po całym mieście, bezradni bez swojego przywódcy. Dawna potęga podzieliła się na grupy opowiadające się po różnych stronach konfliktu. Teraz nie można ufać nawet dawnym przyjaciołom.

MIOTY

Mioty


Miot Samotników!
(trzy wolne miejsca!)

Miot w Klanie Wilka!
(jedno wolne miejsce!)

Miot w Klanie Burzy!
(dwa wolne miejsca!)

Zmiana pory roku już 8 listopada, pamiętajcie, żeby wyleczyć swoje kotki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miodowa Łapa x Jesionowa Łapa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miodowa Łapa x Jesionowa Łapa. Pokaż wszystkie posty

18 sierpnia 2026

Od Jesionowej Szadzi CD. Miodowego Ula

Jesionowa Szadź otworzyła szerzej oczy. W sumie ostatnio, gdy odwiedziła żłobek i zauważyła szczęśliwą Ognikową Słotę i Kocimiętkowy Wir ze swoimi kociętami, mimo że były obie kotkami, to ta pierwsza znalazła ojca dla kociąt poza klanem i teraz dumnie wychowywały nowe pokolenie Wilczaków. Gdyby tak i one próbowały coś wymyślić w tym stylu, mogłyby również być dwoma matkami dla jednego miotu, lecz traktowałyby je równie tak, jakby to one obie były naraz ich prawdziwymi rodzicami. Liliowa uśmiechnęła się czule i dotknęła nosem tego partnerki.
— Jestem pewna, że coś w tej sprawie wymyślimy — wymruczała kojąco. — Dajmy temu chwilkę. — Polizała ją między uszami i otuliła ją. Złota od razu niemalże się rozpłynęła w jej objęciach i zamknęły oczy, oddając się krainie snów.

Parę wschodów słońca później

Jesionowa Szadź pożegnała się z partnerką, która właśnie wyszła na patrol poranny. Przynajmniej tak myślała. W tym czasie liliowa zajęła się pielęgnacją swojej sierści. Od jakiegoś czasu przestała bardzo dbać o swój wygląd tak, jak robiła to kiedyś. Już nie była idealnie wylizana, lecz jej sierść pozostawała w niektórych miejscach zmierzwiona i zakurzona. Pokrywało się to z momentem, gdy razem z Miodką wyznały sobie miłość i zostały partnerkami.
Zastanowiła się chwilę nad tym, jak złota powiedziała jej, że chciałaby założyć rodzinę. Jedyne, na co wpadła, to na znalezienie ojca poza klanem, tak jak niegdyś zrobiła to szylkretowa karmicielka-mistrzyni.
Gdy kotka skończyła się pozbywać mchu i kurzu z futra, zajęła się myciem łabędziego pióra. Jak skończyła, spojrzała na nie. Było dla niej bardzo wyjątkowe. Odkąd tylko pamiętała to ono zawsze było tuż obok. Czuła się, jakby ono widziało ją, jak dorastała i jak była na każdym następnym etapie jej życia.
Z zadumy wyciągnęły ją głosy innych kotów z legowiska. Podciągnęła się na łapy i wyszła na polanę obozu. Rozprostowała łapy i powiedziała Cykoriowemu Cykorowi, która akurat przechodziła obok, że wychodzi na polowanie w razie, gdyby ktoś jej szukał.
Po wyjściu z obozu skierowała się do samej granicy terytorium Klanu Wilka, gdzieś niedaleko śpiewały szpaki. Starała się iść na tyle szybko, by sprawnie przejść przez las, ale na tyle powoli, by w razie, gdyby nieopodal była jakaś zwierzyna, to ona by jej nie spłoszyła. Niemal niedaleko granicy poczuła woń wiewiórki. Wiatru, prawie że nie było, więc pewnie dopiero co rudy gryzoń tędy przebiegł.
Liliowa przyjęła pozycję łowiecką i zaczęła powoli podążać tropem. Po niedługim czasie ją dojrzała, więc powoli zaczęła kroczyć w jej stronę, a gdy zwierzątko zaczęło kopać w ziemi, Jesionka rzuciła się na nią i zabiła poprzez zmiażdżenie karku. Wtedy z krzewów wyszedł czarny kocur z białymi akcentami i jakimś materiałem wokół tylnych łap. Na jego pysku widniał rozpromieniony uśmiech.
— Cudownie! Akurat byłem głodny. — Oblizał pysk, podczas gdy Jesionka odłożyła zdobycz na ziemię i położyła na niej łapę.
— Kim jesteś? — zapytała nastawiona odrobinę ofensywnie, ale pozostawała ciekawa.
— Jestem Skarpeciarz! — wymruczał z dumą kocur. Kotka podniosła jedną brew.
— Co robisz na terenie Klanu Wilka?
— Terenie czego? — zapytał się, odrobinę zmartwiony. — W sensie, jakaś zgraja wilków tu się błąka?
— W sensie, tu żyje pewien klan kotów, do którego należę i gdybyś wpadł na kogoś innego, to byś prawdopodobnie był natychmiast wygoniony. — On natomiast spojrzał się na nią jak głupi.
— Mogę tę wiewiórkę?
— Czemu miałabym ci ją dać?
— Jestem głodny…
Wojowniczka westchnęła.
— Mogłabym ci ją dać, ale mam jedno pytanie: chciałbyś mieć kiedyś kocięta?
— Czy chciałbym… może? Ale czy bym je wychowywał? Nie chce mi się tego — odparł, a liliowa od razu się stała bardziej przyjazna.
— Bo jest pewna sprawa… ja mam partnerkę i chciałybyśmy założyć rodzinę.
— W jaki sposób? — zapytał, lecz potem od razu jakoś go olśniło. — Ooo… chyba rozumiem. No to, mogę być tym wybrańcem! — rzekł dumnie, kładąc łapę na klatce piersiowej.
— Jak dobrze. Dziękuję — odparła z ulgą.
— To mogę tę wiewiórkę? — Zrobił duże oczy.
— Możesz.

* * *

W drodze powrotnej do obozu była nadal o pustych łapach. Za każdym razem zwierzyna uciekała, zanim jej się udało do niej zbliżyć wystarczająco. Już niemal zmęczona, zrobiła sobie krótki wypoczynek i zmyła z siebie zapach wcześniejszej, upolowanej wiewiórki. Wtedy dopiero ruszyła dalej, na kolejne polowanie i raz cudem jej się udało złapać szpaka, a potem jeszcze na dodatek mysz. Gdy już kierowała się do obozu, zauważyła nornika, którego natychmiast złapała i dumna ze swojego polowania i wypełnionego celu, wróciła do obozu.
Tam już czekała na nią Miodowy Ul, która siedziała pod legowiskiem medyka. Gdy zobaczyła Jesionkę, od razu do niej podbiegła i podrygiwała z łapy na łapę, podczas gdy ta odkładała zdobycze na stertę.
— Jesteś! — pisnęła, a liliowa polizała ją między uszami.
— Jestem! Tylko daj mi się najeść, głodna jestem. — Uśmiechnęła się do niej i wzięła ze spodu sterty wróbla.
Idąc sobie w swój ulubiony kącik, wojowniczka zauważyła, jak jej partnerka ledwo dawała radę coś wstrzymać w sobie. Wzrokiem błądziła po gruncie, a pyszczek otwierał jej się i zamykał co jakiś czas. W chwili, w której się położyły, niebieskooka od razu wybuchła:
— Słoneczko, będziesz mamą! — Jesionowa Szadź była jednocześnie zdziwiona, jak i spokojna.
— Co nie? To takie super! — rzekła szczęśliwa, a Miodka trochę się skonfundowała.
— Co to znaczy? Wiesz już?
— Że będę mamą?
— No tak.
— To tak.
Między nimi zapadła chwila ciszy.
— Od początku… co masz na myśli? — zaczęła liliowa.
— To, że jestem w ciąży! — odparła.
— Jesteś w ciąży?
— Ty też?
— Ja też!
Obie otworzyły szerzej oczy.
— Znaczy, jeszcze nie jestem pewna. Dopiero co dziś znalazłam ojca dla kociąt… — wyjaśniła starsza wojowniczka.
— A wiesz, że ja też dziś dopiero co znalazłam ojca dla mojego miotu?
— Ty też dziś?
— Ja też dziś! I ojcem jest… — zrobiła dramatyczną pauzę. — …Tygrysia Noc!
Jesionka otworzyła pyszczek.
— Serio?
— Tak!
Z tych wszystkich wrażeń srebrna aż zapomniała o jedzeniu.
— To cudownie! Jestem z ciebie taka dumna, Miodku. — Kotka położyła łapę na łapie partnerki.
— Dziękuję, kocham cię tak bardzo — odparła złota i wtuliła głowę w futro na klatce piersiowej Jesionki. Przypomniała sobie w tej chwili o wróblu, którego wzięła za posiłek.

Dzień później

Był miły, ciepły wieczór po deszczowym dniu. Wilgoć wisiała w powietrzu, a ptaki z chęcią zasiadały na glebie, by żerować na wypełzających z niej dżdżownicach. Gdzieś słychać było stukanie dzięcioła, a na niektórych drzewach małymi grupkami zaśpiewywały szpaki i wróble. Ptasia symfonia towarzyszyła dwóm zakochanym kotkom, w spacerze przy brzegu jeziora. Po wykonaniu obowiązków miały chwilę dla siebie, zanim ich brzuchy urosną na tyle, by im przeszkadzać w zwykłych przechadzkach. Jesionowa Szadź obserwowała niebo, które powoli ciemniało przez ukrywające się za horyzontem słońce. Zauważyła pierwsze jasne punkty, które przypominały gwiazdy. Szły w przyjemnej ciszy, podczas gdy gdzieś w gąszczu do wieczornej pieśni Pory Zielonych Liści dołączył się pasikonik. W końcu znalazły idealne miejsce do wspólnego odpoczynku. Liliowa miała coś w planach.
Gdy usiadły na piaszczystym brzegu, Miodka się od razu całym ciałem oparła o Jesionkę i zaczęła głośno mruczeć.
— Opowiedzieć ci ciekawostkę? — zapytała się Jesionka po dłuższej chwili.
— Oczywiście! Kocham twoje ciekawostki — odparła radośnie złota, odsuwając się trochę od partnerki, by móc spojrzeć jej w oczy.
— Słyszałaś może o tym, że łabędzie zakochują się tylko raz w całym swoim życiu? — zaczęła. — A gdy ich partner przedwcześnie umiera, to pozostały zostaje sam do samego końca, a w bardziej przykrych sytuacjach również kończy swe życie — dodała, nieco przygaszonym głosem. — To cudowny, lecz i straszny obraz miłości.
Miodowy Ul patrzyła głęboko w jej zielone oczy ze wzruszeniem.
— Tego nie wiedziałam… — odparła smutno. — To są takie cudne ptaki! Nie wiedziałam nic o tej przykrej stronie…
— Niestety — stwierdziła Jesionka. — A jednak te przykre sytuacje zdarzają się bardzo rzadko. Zwykle łabędzie szczęśliwie żyją w swoich jedynych parach aż do samego końca — dorzuciła, po czym usiadła tak, by być naprzeciwko partnerki. — Lecz, jest jedna sprawa… — miauknęła i wyjęła zza ucha łabędzie pióro, kładąc je między nimi. Niebieskooka spojrzała na nie z ciekawością.
— Kocham cię tak, jak łabędzie kochają siebie nawzajem. To pióro było przy mnie przez całe moje życie, od samego początku po dziś. Obiecałam sobie, że podaruję je jedynie kotu, z kim chcę spędzić całą resztę swojego życia — przerwała na moment, by podnieść łapę partnerki i ułożyć na niej pióro. — Tak więc to ty teraz je będziesz mieć. Jest twoje. — Oczy Miodki zabłysnęły ze wzruszenia.
— Na gwiazdy… — wymruczała, rozczulona i widocznie zaskoczona. W jej oczach kłębiło się tak wiele emocji. — Słoneczko, ty to wiesz, ale ja cię tak bardzo, bardzo, bardzo, bardzo mocno kocham! Obiecuję, że zadbam o to pióro jak nic innego! — pisnęła podekscytowana, a w jej ślepkach zebrały się łzy wzruszenia. Jesionowa Szadź wzięła pióro i wetknęła je za ucho partnerki, która natychmiast ją przytuliła ze łzami w oczach.

<Bądźmy jak łabędzie, do samego końca, Miodko>

11 sierpnia 2026

Od Miodowego Ula CD. Jesionowej Szadzi

Zgromadzenie

Kotka siedziała obok pobratymców, nie będąc pewna, na kim należało zwiesić wzrok. Przywódcy jeszcze nie zaczęli przemów, tak jej się wydawało... a pobratymcy pochłonięci byli w żywych konwersacjach z kotami z innych klanów. Gwar był na tyle głośny, że poczuła się lekko zagubiona. Położyła po sobie uszy w celu zagłuszenia, nawet i lekkiego, wszystkich tych dźwięków. Została wojowniczką już jakiś czas temu, a jednak nadal przytłaczały ją zgromadzenia. Bo ilość Wilczaków w sercu lasu iglastego, a wszystkie społeczności na jednej wyspie jednak robiło znaczącą różnicę. Z tego wszystkiego nawet nie pomyślała, żeby samemu do kogoś zagadać, mimo że Jesionowej Szadzi się to udało, z tego, co dostrzegła. Nie miała oczywiście nic za złe swojemu słoneczku, to dobrze, że próbowała rozmawiać z nowymi kotami! Ale jak wróciła do niej, to złota poczuła ulgę. Zamruczała, otulając liliową ogonem po przywitaniu się.
— Hejo, udało ci się z kimś pogadać? — zapytała, ocierając się głową o policzek partnerki i usiadła.
— Nie... ale wystarczy mi, że jesteś obok, słoneczko — odparła szczerze. — Jak się czujesz? — zapytała, opierając głowę na jej ramieniu.
Westchnęła cicho, czując, jak ulga zalała jej ciało. Rozluźniła się po nieciekawej interakcji z nieznajomą.
— Myślałam, że z kimś uda mi się pogadać, a jeszcze niechcący nadepnęłam na czyiś ogon. Ta kotka dziwnie zareagowała, najpierw była zła, a potem dodatkowo przestraszona. Nie rozumiem, o co jej chodziło, jednak wolę być u twojego boku, niż się szwendać i szukać kogoś — opowiedziała, po czym spojrzała w niebo.
Złota zmartwiła się lekko, usłyszawszy słowa liliowej. Nie mogła za bardzo zrozumieć tej reakcji - co mogło wywołać u nieznajomej kotki tak skrajne emocje? Spróbowała dostrzec w tej sytuacji też jakieś pozytywy... — Teraz już jest wszystko dobrze. Spróbuj pomyśleć o czymś miłym, przykładowo o tym, co możemy porobić jutro wspólnie. — Zastrzygła lekko wąsami. — Bo się zarumienię... — mruknęła, usłyszawszy resztę wypowiedzi wojowniczki, po chwili chichocząc. Lubiła uczucie motylków w brzuchu, w które wprawiała ją Jesionka. Miała wrażenie wtedy, jakby nadal poznawały siebie coraz lepiej, mimo że wiedziały o sobie już tak wiele. Były siebie ciekawe, Miodek uwielbiała rozmawiać z Wilczaczką, czuła się przez nią najlepiej rozumiana. — Czy widać dzisiaj na niebie jakieś gwiazdozbiory? — zapytała, kątem oka zauważywszy, iż Jesionka wpatruje się w atramentowe sklepienie.
Kotka zaczęła mruczeć, słysząc słowa partnerki.
— Jest co nieco. Widać na przykład lwa, psy gończe... — Przyjrzała się bliżej niebu. — Też jest wolarz i rak. Takie typowe gwiazdozbiory Pory Nowych Liści — odpowiedziała. Polizała złotą po czole i westchnęła. Miodek nie była pewna, czy miała ulubiony gwiazdozbiór. Każdej historii o gwiazdach na niebie słuchała z ogromnym zaangażowaniem i zainteresowaniem, nie czując się szczególnie źle z faktem, iż nigdy wcześniej nie uczono jej o nich szczególnie wiele, o ile cokolwiek. Fakt, że mogła tak poszerzać swoją wiedzę w dodatku dzięki niezwykle bliskiej jej kotce, był bardzo miły.
Zawodząca Gwiazda podniósł się ze swojego miejsca na skale przywódców.
— Jak możecie zauważyć, w Klanie Burzy nastąpiło parę zmian — zaczął. — Przejąłem rolę mojego ojca, Króliczej Gwiazdy, a miejsce zastępczyni zajęła Skrzydlata Płomykówka.
Skinął głową w dół, po czym odchrząknął i podniósł wzrok.
— Jestem pewien, że wszyscy mogli zauważyć ogień rozprzestrzeniający się po naszym terytorium — kontynuował. — Lub chociaż wyczuć zapach dymu. Pożar strawił większą część naszego terytorium, łącznie z obozem, jednak nasi wojownicy szybko pozbierali się po stracie. Klan Burzy ponownie rośnie w siłę; w naszym żłobku pojawiły się nowe kocięta oraz mianowaliśmy nowych wojowników i uczniów, w tym kocięta z sojuszu z Owocowym Lasem – Milknącą Łapę i Łzawą Łapę, która dodatkowo obrała ścieżkę medyczki.
Zamilkł na moment.
— Śmierć Króliczej Gwiazdy nie wiązała się tyle z pożarem, co z atakiem jego własnych wojowników. Odkryliśmy grupę kotów, która odpowiedzialna była za jego morderstwo, jak i śmierć innych pięciu kotów oraz spiskowanie przede mną, oraz moim następcą. Wszystkich spotkała odpowiednia kara — miauknął, jego głos był o nutę ostrzejszy. — Jednak chciałbym was ostrzec przed jednym z nich. Dzikim Berberysem. To masywny, rudo-biały kocur, który został wygnany; proszę, nie rozważajcie nawet przyjmowania go do swojego obozu, gdyby kręcił się przy waszych granicach. Nikt nie wie, do czego tak naprawdę jest zdolny. Na naszych terenach przebywa jeszcze grupa więźniów: Gradobijący Cierń, Rudzikowe Skrzydełko, Zwiewny Mak oraz Bąbelkowy Plusk. Są oni pod stałym nadzorem, jednak… Bądźcie ostrożni. Zastanówcie się dwa razy, nim przyjmiecie jakiegokolwiek kota w wasze szeregi.
Wsłuchała się w przemowy przywódców, najbardziej poruszyło ją to, co powiedział Zawodząca Gwiazda, głowa Klanu Burzy. Zmartwiła się, tuląc się trochę bardziej do boku partnerki. — To straszne... — szepnęła. Zginął poprzedni przywódca, niszczycielski żywioł zabrał im lwią część terenów, a gdyby tego było mało... niektórzy wojownicy ich zdradzili. Dobrze, że chociaż oprócz tak przykrych wieści, mieli również coś dobrego, w całej ścianie tych katastrof... Jej serce zabiło szybciej, a futro na karku się podniosło. Opis, który przedstawił dymny, zgadzał się z kotem, który ostatnio do nich dołączył i przebywał obecnie w dziurze więźniów. Zerknęła na Jesionową Szadź. — Słoneczko, martwię się. — Nie miała wpływu na to, kto był przyjmowany do klanu, nie wierzyła również w to, że był szczerze, tylko zły, jednak... dlaczego lider miałby kłamać? — Ten opis zgadza się z kotem, który ostatnio do nas dołą-... — przerwała, martwiąc się, że może ktoś ich podsłuchiwał i że może nie wypadało tego mówić przy takim tłumie.
Kocica przełknęła zakłopotanie po przemówieniu lidera Klanu Burzy. Splotła ogon z ogonem złotej i odwzajemniła jej zmartwione spojrzenie.
— Słuchaj, nie wiem za bardzo, jak niebezpieczny może być ten kot — zaczęła szeptem. — Ale jestem pewna, że on sam wśród reszty Wilczaków jest bezbronny. Zawsze Zalotna Gwiazda może się odezwać na ten temat... choć nie jestem pewna. Może dopiero w obozie coś z tym zrobi? — Myślała na głos, trochę zmieszana, trochę zlęknięta.
Kiwnęła głową, czując się nieco lepiej, usłyszawszy słowa partnerki. Cieszyła się i była niezwykle wdzięczna, że mogła mieć kogoś tak wspaniałego, jak Jesionka obok, że mogła jej towarzyszyć i to u jej boku. — Wierzę, że nie ma złych zamiarów i że to tylko nieporozumienie — powiedziała szczerze, też częściowo myśląc na głos. W końcu nie chciała, żeby liliowa się niepokoiła. Zależało jej na dobrym samopoczuciu kotki.
Jesionowa Szadź rozluźniła się lekko.
— Po prostu pilnujmy się przy jakichkolwiek więźniach — zakończyła ten temat i lekko się odsunęła, by zaraz otulić kotkę łapą, mrucząc głośno.
— Już po przemówieniach, pewnie zaraz będzie trzeba się zbierać — stwierdziła, po czym obie w ciszy przesiedziały końcówkę zgromadzenia, patrząc w gwiazdy.

***

Teraźniejszość

Nadeszła Pora Nowych Liści, a wraz z nią chłody i deszczowe popołudnia. Do nory, w której przebywali odpoczywający wojownicy, wkradało się blade światło wiszącego wysoko na niebie księżyca, zasłoniętego delikatnie przez parę chmurek. Atramentowe sklepienie upstrzone było w masę najliczniejszych gwiazd, których nie dało się zliczyć, nawet gdyby siedziało się całą noc i liczyło je po kolei. Zabrakłoby palców u wszystkich łap, u każdego z kotów zamieszkujących Klan Wilka. Pohukiwanie sowy gdzieś z oddali niosło się kojącym echem, gdy bezdźwięcznie wzbiła się w powietrze, a szponami przyszpiliła swoją niczego niespodziewającą się ofiarę. Mysz zawyła głośno, a jej pisk szybko ucichł, gdy ptak wzbił się ponownie w powietrze i odleciał do swojego gniazda. Cykanie świerszczy wraz z szelestem wysoko pnących się koron drzew również działało uspokajająco, szczególnie gdy rechot żab dotarł do uszu koteczki. Wyobraziła sobie je wszystkie przy stawie, z zadowoleniem rechoczące i tworzące bańkę ze swoich gardeł. Wiele z nich musiało obecnie pluskać się w wodzie, a to były dopiero początki ich wprowadzania się z powrotem na tereny Klanu Wilka.
Złota leżała w swoim posłaniu ciasno zwinięta, czując obecność swojej partnerki obok. Niezwykle pocieszającym dla wojowniczki był fakt, iż miała kogoś bliskiego w Klanie Wilka. Rozmawiała na co dzień z pobratymcami, jednak tylko przy niektórych czuła się w pełni, prawdziwie, komfortowo. Do jej serduszka naleciały nieprzyjemne uczucia, a umysł wypełnił smutek. Zaczęła lekko się trząść, co zbudziło liliową. W kącikach niebieskich oczu zebrały się łzy, które następnie zaczęły skapywać na ściółkę, wchłaniając się głucho. Jesionka spojrzała na swoją ukochaną ze zmartwieniem, a Miodek miała ochotę odwrócić łeb, żeby nie musiała na to patrzeć. Nie chciała jej martwić, ale już za późno…
— Co się dzieje, Miodko? Przyśnił ci się koszmar? — zapytała, otulając ogonem długowłosą koteczkę. Miodek pokręciła główką, kładąc brodę na swoich łapach. Łaciata otarła jej łezki, próbując jakoś dodać otuchy.
— Nie… po prostu tęsknie za moim legowiskiem u Wyprostowanych… przepraszam — szepnęła, a poczucie winy rozprzestrzeniło się po jej umyśle niczym jakaś zaraza, której nie potrafiła ot tak odgonić. Wtuliła się w pierś wojowniczki. — Słoneczko, ja bardzo ciebie kocham i proszę, nie myśl sobie, że mi źle u twojego boku, bo nie mogłam prosić o lepszą partnerkę. Ale czasami mam takie chwile, że muszę sobie popłakać. Potem mi przechodzi — próbowała ją zapewnić, mając świadomość, że prawdopodobnie postawiła je w dziwnej sytuacji. Głównie ze względu na to, że nie każdy wiedział, jak należało pocieszyć drugiego kota.
Z czasem Miodek uspokoiła się, a na jej pyszczku pojawił się delikatny uśmiech. — Słoneczko, bo… jesteśmy razem już od jakiegoś czasu… mam dla ciebie pewną niespodziankę — powiedziała, rozpromieniona, ale na tyle cicho, żeby nie zbudzić reszty odpoczywających wojowników. Po legowisku niosło się echem pochrapywanie, a od czasu do czasu łapy odpoczywających podrygiwały. — Chciałabym założyć z tobą rodzinę. Wychować nasze kocięta w miłości i spokoju — przymrużyła oczy, a jej wąsy lekko zafalowały.

<Jesionko, będziemy najlepszym mamami.>

18 lipca 2026

Od Jesionowej Szadzi CD. Miodowego Ula

Przeszłość

Wiatr delikatnie muskał futra kotek, gdy te stały na łące. Kłosy traw i ziół falowały z rytmem bicia serca na całej przestrzeni przed nimi. Nad ich głowami ścigały się szarzejące, puchate chmury na błękitnym tle, który już na zachodnim horyzoncie stawały się z lekka żółtawy. Liliowa usiadła i powąchała najbliższego chabra, delektując się jego delikatną wonią, która, tak na upartego, mogła przypominać zapach miodu. Objęła kwiecie łapą i się uśmiechnęła do siebie. Zaraz potem uniosła wzrok na towarzyszkę.
— Jak tu ślicznie! — przyznała ze spokojem, rozglądając się wokół. — Nie wiedziałam, że tu kwitnie aż tyle ładnych kwiatów.
Miodowy Ul uśmiechnęła się czule. Podeszła do Jesionowej Szadzi i wetknęła w jej sierść biały kwiat, który trzymała w łapach chwilę wcześniej. Pyszczek liliowej ozdobił chytry grymas i pacnęła łapą towarzyszkę, a zaraz potem ruszyła biegiem przez łąkę. Złota od razu zrozumiała przekaz i ze śmiechem rzuciła się za nią w pogoń. Kotki ścigały się wśród zielonych kłosów, zabierając ze sobą wplatającą się w ich futra roślinność. Czuły, jak wiatr im wieje pod włos, szumiał im do uszu, a ich śmiech rozbrzmiewał wokół, z pewnością odstraszając parę ptaków, które się zdecydowały gdzieś w pobliżu spędzić czas.
Gdy Miodka wreszcie ją dorwała, obie się przeturlały parę lisich ogonów po glebie, posyłając dużą część trawy, ziemi i ziół w powietrze. Zatrzymały się, dopiero gdy Jesionka leżała pod łapami młodszej, sapiąc. Przez moment jeszcze się śmiały, po czym wzięły oddech.
— Mam cię! — zachichotała była pieszczoszka z dumą.
— A niech to — odparła liliowa z szerokim uśmiechem, a następnie położyła swoją łapę na jej klatce piersiowej. — Dawno się tak nie bawiłam. W sumie to nigdy nie miałam szansy się wyszaleć tak po prostu — przyznała, po czym wstała, gdy tylko została wyzwolona z uścisku. Usiadła na chłodnej ziemi, pozwalając sobie na głębsze oddechy po szalonym biegu.
— Serio, nigdy? — dopytała złota, otrzepując się ze źdźbeł trawy.
— Tak, niestety, ale tak. Matka nigdy nam nie pozwalała rozrabiać ani się bawić. Ciągle albo ojciec nas uczył walki lub polowania, albo ona nam prawiła kazania, które czasem trwały całe popołudnie. Wszystkie wygłupy były zabronione — wymruczała, strząsając z siebie roślinność i ziemię, na której leżała parę oddechów wcześniej.
Miodka podniosła brwi i odwróciła wzrok na moment.
— Ja nie pamiętam zbyt wiele z tego, jak byłam jeszcze z rodzeństwem, ale w nowym domu czasem coś narozrabiałam — poruszyła wąsami w rozbawieniu na wspomnienie. — Czasem jakiś przedmiot skończył na ziemi, ale Wyprostowani raczej nie mieli do mnie problemu.
Jesionowa Szadź spuściła wzrok, po czym z ukradka spojrzała z rozszerzonymi źrenicami w błękitne oczy, które akurat były wpatrzone w jej pysk z czułością. Zaraz po nawiązaniu kontaktu wzrokowego, obie się speszyły i zaśmiały się krótko, lekko niezręcznie. Zielonooka czuła, jak jej pysk się rozpalił od wstydu. To było dziwne uczucie. Takie intensywne i dające ukojenie. Gdyby mogła, siedziałaby w ciszy z tą kotką przez całe długie noce, a jej obecnym marzeniem było spędzić jak najwięcej tych nocy właśnie z nią. Z zadumy wyrwały je potężne podmuchy wiatru, które zaczęły przynosić z daleka nieładne, deszczowe chmury.
— Może lepiej wróćmy już do obozu? — zaproponowała Jesionka, oglądając się za horyzont, który ciemniał przez nadchodzące opady.
— Faktycznie, nie warto tu zostawać — stwierdziła, po czym wstała i skierowała się w stronę lasu. Jeszcze się obejrzała, by się upewnić, że towarzyszka idzie za nią.
Ona pozostawała jeden i pół kociego ogona za Miodką, by pozbierać po drodze parę kwiatków, które wtykała sobie w futro. Miała pewien pomysł.

* * *

Obie weszły do obozu w chwili, gdy zaczynało kropić. Miodowy Ul od razu podeszła do sterty zwierzyny, by coś wziąć do zjedzenia. Gdy ta się zastanawiała nad wyborem, Jesionka na szybko weszła do legowiska wojowników i zrzuciła wszystkie kwiaty, lecz na posłanie złotej kotki. Poutykała je pospiesznie w mech i wyszła akurat, gdy tamta odwracała się od sterty z dość pokaźnym gołębiem. Liliowa, lekko drżąc z ekscytacji i chłodnych kropel, które spadały z nieba, uśmiechnęła się ciepło do Miodki. Następnie obie wcisnęły się szybko w kąt, w którym zawsze spożywały posiłki.
Przy jedzeniu spieszyły się trochę, by jak najszybciej wrócić do legowiska nieprzemoknięte. Jesionowa Szadź odkładała pióra ze skrzydeł i ogona pod piach, gdy towarzyszka nie patrzyła, tak na później. Chciała pobawić się trochę z Miodką, nawet jeśli ona o tym nie miała pojęcia. Liliowa uwielbiała się bawić w takie małe sygnały, które trzeba było po trochu znajdywać, rozpoznawać i odczytywać. Sama w sumie nie była pewna, czy to, co czuła do kotki, było tym samym, co normalnie powinna czuć do kocura, lecz wiedziała, że to dzięki niej była szczęśliwa. Bez niej, każdy dzień był jak zwykła rutyna, a z nią? Ona wnosiła coś nowego, jakiegoś dreszczyku emocji, ale takiego dobrego. Oczywiście, były inne koty, jakoś z nimi rozmawiała, ale raczej było to tylko dlatego, że byli w tym samym klanie. Z nikim nie umiała się tak połączyć na jakimś głębszym poziomie, jak z nią. Sam jej uśmiech starczył, by jej serce rozgrzało całe ciało, nawet w najchłodniejszą noc. Gdy Miodka opowiadała o historii z czasów, gdy była pieszczoszką, to nawet delikatny deszcz jej nie przeszkadzał. Niestety, ale musiały przerwać swoją rozmowę, ponieważ zamiast kropić, zaczynało lać. Obie jednogłośnie zdecydowały, że trzeba się schować. Pospiesznie zwiały do legowiska, ale już zdążyły zmoknąć. Jesionowa Szadź parsknęła, czując się, jakby właśnie wyszła z kałuży. Zaczęła wylizywać swoją sierść, by się pozbyć z niej wody. Gdy się ogarniała, dojrzała kątem oka, że Miodowy Ul zauważyła dodatkowe kwiaty na swoim posłaniu. Przyjrzała się im z zaciekawieniem, lecz zbyła to i wróciła do przywrócenia swojej objętościowej sierści do porządku.
Gdy w miarę Jesionka się wymyła, zwróciła uwagę na fakt, że niebieskooka miała problem z osuszeniem futra. Kotka od razu bez słowa pomogła przyjaciółce, bo wiedziała, że przyda jej się pomoc. Gdy Miodka poczuła język liliowej na swoim futrze, uśmiechnęła się czule do niej i skinęła głową, po czym kontynuowała.
Ten moment był trochę jak zacieśnienie więzi między nimi i chwilą bliskości. Jesionka wdychała słodką woń złotofutrej z zamkniętymi oczami, jakby rozkoszując się chwilą.
Gdy wreszcie skończyły, ułożyły się w posłaniach tak, że patrzyły sobie w oczy. Chwilę potem obie oddały się w otchłań snu.

Ćwierć księżyca później

Poranna mżawka moczyła sierść Jesionowej Szadzi, gdy ta przeczesywała wzrokiem ściółkę lasu. Ptaki już nie dawały o sobie znać śpiewem, jak to robiły w czasie upałów, przez co ponura cisza wisiała w rześkim powietrzu. Liliowa skryła się za krzewami, szukając jakiegoś poruszenia lub oczekując popiskiwania zwierzyny. Niestety jej sierść nie dawała aż tak dobrego kamuflażu, lecz podczas mżawki była nieco mniej widoczna. Leżąc w bezruchu czekała, aż jakiś nieszczęśliwiec trafi się w jej pole widzenia. Otóż to! Wiewiórka właśnie zeskoczyła z niedaleko rosnącej jodły i węszyła wśród liści. Wtedy wojowniczka się spięła i zaczęła powoli podchodzić zwierzątko. Chwilę przed zauważeniem kotki, ta zdążyła dać susa, kończąc żywot gryzonia ciosem pazurami. Wzięła ją w pysk i podeszła do wcześniej upolowanych zwierząt, jakimi były gawron i mysz. Polowanie mogła nazwać sukcesem.

* * *

Gdy wróciła do obozu, akurat mijała wychodzącą na patrol Miodowy Ul. Uśmiechnęły się do siebie, po czym Jesionowa Szadź poszła odłożyć zwierzynę na stos. Blednąca Łapa akurat podszedł, by zabrać z niego jedzenie dla starszych i karmicielek. Kiwnęła do niego głową z uśmiechem, lecz on trochę ją zbył i poszedł dalej. Westchnęła. Nawet młode koty były jakieś strasznie spięte w tym klanie. Nie przejęła się tym i wzięła ze sterty srokę, po czym poszła się położyć w tym samym kącie, w którym jadała razem z Miodką. Sama nie czuła się zbyt dobrze. Wolała złotofutrą do towarzystwa.
Powyciągała pióra z ogona i skrzydeł ptaka, po czym odłożyła na bok. Wtedy przypomniała sobie o gołębich piórach, które niedawno sobie ukryła na później. Zastanowiła się chwilę, po czym wzięła najpiękniejsze sztuki zarówno ze sroki, jak i te z gołębia i weszła na moment do legowiska wojowników. Odszukała posłanie Miodowego Ula i powtykała w nie nowo przyniesione ozdoby. Upewniła się, że wygląda to porządnie, po czym wróciła do swojego posiłku.
Niedługo potem mżawka ustała i niebo nieco się rozjaśniło. Jesionka strzepnęła krople wody z wąsów, po czym kontynuowała jedzenie. Zostawiła połowę zwierza dla Miodki, po czym zaczęła zlizywać z siebie wilgoć. Niedługo potem w wejściu stanęła Miodka, z uśmiechem żegnając Aksamitkowy Nos. Widok ten trochę odpalił w Jesionce czerwoną lampkę. Skrzywiła się spięta. Nie spodobało jej się to, chociaż nie miała ku temu powodu. Coś w środku sprawiało, że zaczęła zwracać uwagę na to, jakie relacje łączyły Miodkę z kimś innym. Wolała, gdy ta oddawała właśnie niej jak najwięcej swojej uwagi. Gdy złota podeszła do Jesionowej Szadzi, tej wyraz pyska złagodniał i kąciki pyska się uniosły.
— Witaj, słoneczko — wymruczała z uśmiechem, po czym się położyła obok niej. — Oo, masz srokę! — Dodała, zauważając zaczętego ptaka między łapami wojowniczki.
— Hejo, i tak, zostawiłam resztę dla ciebie — odparła, po czym podsunęła kotce jedzenie. Miodowy Ul oblizała się.
— Dziękuję — mruknęła, a zaraz potem wgryzła się w zwierzę. Liliowa przewróciła oczami, zastanawiając się chwilę, jak ująć w słowa swoje pytanie.
— Miodko, słuchaj… — zaczęła z lekką powagą, a kotka nastawiła uszu. — A… przyjemnie ci minął patrol? Widziałam, jak coś tam rozmawiałaś z Aksamitkowym Nosem.
Złota lekko się speszyła, po czym przełknęła kęs i uśmiechnęła.
— Tak, było fajnie. Po prostu upolowałam mysz i dałam ją do zjedzenia Aksamitce, bo mówiła, że nie jadła od rana wczoraj. Chciałam być miła — odpowiedziała, a jej wąsy zadrżały. — Wciąż jednak wolałabym, gdybyś też była. Na pewno idzie ci polowanie znacznie lepiej ode mnie! — dodała szybko. Jesionka złagodniała z dziwną ulgą. Czemu tak ją to stresowało?
— Na spokojnie, nie mam ci niczego za złe przecież — wymruczała i położyła łapę na jej łapie. Miodka się onieśmieliła i odwróciła wzrok z niepewnym śmiechem. Jednak na jej pysku widoczny był samoistny uśmiech. Zaraz wróciła do jedzenia, a gdy przełknęła, zwróciła się do Jesionki.
— Właśnie… opowiesz może coś więcej o tej wierze z tymi gwiazdami? Tej, co twoja mama cię uczyła. Skoro tyle wam kazań robiła, to pewnie jest co opowiadać! — zaczęła z entuzjazmem, a liliowa się zastanowiła.
— No dobra — odparła. — Ogólnie to mamy grupę dwunastu niezwykle ważnych konstelacji, nazywanych zodiakami. Te gwiazdozbiory idą wzdłuż linii, którą wędruje słońce. Są to po kolei: baran, byk, bliźnięta, rak, lew, panna, waga, skorpion, strzelec, koziorożec, wodnik i ryby. Zależnie od tego, na jakiego tle zodiaku jest poranne słońce w dniu twoich narodzin, to jest twój znak zodiaku. Moim jest panna. Każdy znak zodiaku podobno pośrednio wpływa na charakter urodzonego pod nim kota, jednak nie jestem pewna, czy to faktycznie jest istotne. Co lepsze, moja matka, tak jak ja i moje rodzeństwo, jest panną, a wszyscy mamy… mieliśmy różne charaktery — Miodce zadrżały wąsy, w chwili, gdy głos Jesionki się odrobinę załamał na wspomnienie rodziny. Przełknęła kęs i się zająknęła.
— Coś… się stało? — przyjrzała się kotce, lecz ta, po chwili zwątpienia, zaśmiała się niezręcznie.
— Nie mam powodu, żeby za nimi tęsknić, zwłaszcza za matką, lecz wciąż coś mnie ciągnie wspomnieniami do nich — uśmiechnęła się niepewnie, a niebieskooka patrzyła na nią z niewielkim zmartwieniem, przerywając jedzenie. — W dzień, gdy opuściłam rodzinę, pokłóciłam się z matką na temat jej obsesji do tej swojej wiary i jej surowości. Wtedy coś we mnie pękło i, mimo że starałam się pozostać spokojna, raz wybuchłam, a ona mnie ukarała tym — wskazała łapą na swoją wielką bliznę idącą od łuku brwiowego po nos. — Wtedy, pierwszy raz w życiu, pozwoliłam sobie na łzy, gdy ona mnie wydziedziczyła za bycie niegodną swojego imienia. Wyniosłam się od nich zaraz po tym — teraz, pierwszy raz można było zobaczyć tak przygnębioną Jesionową Szadź. W kącikach oczu zebrały się łzy, a ona sama odwróciła głowę od towarzyszki, jakby wstydząc się własnych uczuć.
Miodowy Ul chwilę leżała lekko zmieszana i zmartwiona, po czym wstała i położyła się bezpośrednio obok Jesionki, niemal ją otulając. Położyła głowę na cielsku liliowej, mrucząc na tyle głośno, by jej zrobiło się lepiej. Ta podniosła wzrok na kotkę i poczuła, jak jej się robi już nieco lżej na sercu. Uśmiechnęła się delikatnie i otarła łzy.
— Dziękuję — wyszeptała.

Następne parę tygodni

Przez ten czas Jesionowa Szadź regularnie zdobiła posłanie Miodki ładnymi różnościami. Od ładnych listków (bo kwiatów już brakło), przez pióra i nawet różnorodne kamyczki. Gdy Miodowy Ul wreszcie to zaadresowała, ona zaproponowała:
— Może masz jakiegoś tajemniczego wielbiciela? — zapytała z zadziornym uśmiechem, a złota pozostawała skonfundowana.
Wiele razy myślała na głos, kto mógłby to być? Wykluczała po kolei różne koty, a w tych gdybaniach pojawiała się między innymi Aksamitkowy Nos czy Tygrysia Noc, lecz zawsze kończyła bez jednoznacznych wniosków. W końcu jednak domyśliła się.

Teraźniejszość

Od dłuższego czasu śnieg był jedyną rzeczą, którą było widać. Obóz stale musiał być oczyszczany z białego puchu, a po każdych opadach dwaj jedyni uczniowie trudnili się i męczyli z odśnieżaniem domu Klanu Wilka. Jesionowa Szadź również pomagała w pracach przy obozie, ale najczęściej spędzała czas na polowaniu. Jedyne, co mogła przynosić to jakieś marne gryzonie lub ptaki, rzadko przekraczając dwie zdobycze dziennie. Każdy, kogo się spytało, jednoznacznie stwierdzał, że ta pora była okropna. Jesionka jednak, mimo trudności powodowanych przez śnieg, była zadowolona, że było jakieś zajęcie każdego dnia. Owszem, chodziła wygłodniała, lecz piękno ośnieżonego lasu miało swój urok. Chłód na pewno nie przeszkadzał jej aż tak bardzo przez gęstą i długą okrywę z futra, a jedyne, na co mogła się skarżyć, to na odmrożenia poduszek łap.
Pewnego dnia, gdy niebo już zaczynało się ściemniać, kotka wróciła z polowania, trzymając jednego, lecz pulchnego gila. Odniosła go do aktualnie jedynej karmicielki i trójki jej kociąt. Oczywiście, przy każdej wizycie u karmicielek lub starszych, składała drobny ukłon. Zwłaszcza że ową kotką była sama Ognikowa Słota. Jednak zaraz po tym odstawiła zwierzątko i wróciła z powrotem do obozu. Akurat Miodowy Ul kończyła pomagać uczniom w odśnieżaniu ich legowiska, gdy obie złapały kontakt wzrokowy. Złota kotka z dużym uśmiechem podreptała do liliowej.
— Słoneczko, już chyba wiem!
— Co wiesz?
— Kto jest moim “sekretnym wielbicielem” — zachichotała, a Jesionka poruszyła wąsami z lekkim napięciem.
— To samo mówiłaś ostatnio, gdy zgadywałaś Aksamitkowy Nos — starała się jakoś podroczyć z kotką.
— Ale teraz tak na serio!! — powiedziała. — Ale… najpierw chodź ze mną nad jezioro. Tam o wszystkim opowiem.
Nim zielonooka mogła jakkolwiek zareagować, ta zaraz niemal wystrzeliła ku wyjściu. Jesionowa Szadź nie miała nic do gadania.

* * *

Niebo zasłonięte solidną warstwą chmur już zbliżało się do nocnej czerni, gdy zaczęły sypać się z niego płatki śniegu, lecz nie było ich zbyt dużo. Powietrze, mimo że mroźne, to stało w miejscu i nie dało się poczuć żadnego podmuchu wiatru. To wszystko nadawało eterycznego i nieziemskiego nastroju.
Gdy kotki przyszły nad jezioro, które aktualnie było skute lodem, usiadły w tym samym miejscu, gdzie siedziały nad nim razem po raz pierwszy. Jesionka westchnęła w zadumie, a Miodka niemal świeciła podekscytowaniem. Podrygiwała z łapy na łapę, ciągle zmieniając ułożenie ogona. Wtedy wzięła głęboki oddech.
— Słoneczko… — zaczęła, a liliowa zwróciła się do niej przodem. Czekała cierpliwie na kontynuację. Niebieskooka zebrała całą odwagę.
— Słuchaj… ja wiem wszystko. I ty pewnie też, ale; jesteś świetną kotką, rozświetlasz wszystkie dni niczym słońce, którym cię nazywam. Gwiazd jest dużo, lecz słońce mamy jedno. Może i fajnie się o nich uczyć czy je obserwować, lecz to słońce daje nam życie. Chcę, żebyś wiedziała, że… ja cię tak bardzo, bardzo kocham! Nie jak przyjaciółkę, lecz tak jak kotka powinna kochać kocura, tak, że chcę spędzić z tobą życie, całe, calutkie życie! — przyznała i ucichła, jakby czekając na osąd ze strony liliowej. Ta zaniemówiła, lecz sama wiedziała, co do niej czuła. Od jakiegoś czasu, zresztą. Kąciki jej pyska uniosły się, a jej wzrok czule oplótł kotkę.
— Miodko… ja… — zająknęła się. — N-nie wiem co mam powiedzieć za bardzo, bo ty tak bardzo ładnie to ujęłaś. Ja też to czuję. Czuję i chcę spędzić swoje życie z tobą — w jej oczach błysnęły łzy szczęścia, a zaraz po tym Miodowy Ul pisnęła radośnie i przytuliła kotkę z dużą siłą, wdychając ciepły zapach Jesionki, która odwzajemniła uścisk i wtuliła głowę w bujną sierść ukochanej.

<Śliczna moja, razem łapmy gwiazdy 🌟💝>

18 czerwca 2026

Od Miodowej Łapy (Miodowego Ula) CD. Jesionowej Szadzi

Przeszłość, Porą Zielonych Liści

Słońce leniwie chyliło się ku zachodowi, tworząc na niebie plejadę barw cieszącą niezwykle oko. Świerszcze zaczęły grać swoje pierwsze melodie, przygłuszone jeszcze przez ostatnie ptaki, powoli wybierające się w celu zaczerpnięcia odpoczynku. Końcówka ogona Miodowej Łapy leniwie podrygiwała co jakiś czas, a sama złota nasłuchiwała śpiewu ptaków, myśląc, kiedy mogłaby znów wyjść na spacer razem z Jesionową Szadzią. Niezwykle miło spędzało jej się czas z liliową, w końcu była jej przyjaciółką! Nie miała tutaj chyba nikogo bliższego jak właśnie ją. Ostatni wypad nad jeziorko był taki wspaniały! Mogła popluskać się w wodzie niczym ryba. Na samą myśl jej pyszczek rozświetlił uśmiech, a serce zaczęło bić szybciej. Okazja spędzenia czasu z kocicą nadeszła do niej prędzej, niż mogłaby się spodziewać. Obydwie skierowały się do tunelu. Gałązki pociągnęły za kłosy Wilczaczek, Miodowa Łapa nawet poczuła, jak jeden z loków wplątuje jej się w cierń i gdy szarpnęła, poczuła lekki ból. Zmarszczyła nos, szybko jednak rezygnując z tego wyrazu, a na roślinie obok niej został kawałek jej futra, gdy wreszcie dane jej było się przecisnąć.
— Słoneczko, poszukamy dla mnie piórka? Chciałabym mieć jakąś ozdobę, tak jak ty — poprosiła cicho, dość nieśmiało Miodek, przypomniawszy sobie o piórze łabędzia, należącym do Jesionowej Szadzi. Może takie rzeczy nie dodawały do wygody, ale z pewnością dodawały uroku. Liliowa zastanowiła się parę uderzeń serca, wreszcie kiwnąwszy głową.
— Możemy. O tej porze ptaki często gubią pióra, właśnie Porą Zielonych Liści. Cały czas jakieś napotykam na patrolach. Jeśli nic nie znajdziemy leżącego na gruncie blisko, zawsze możemy upolować jakiegoś ptaka — zerknęła na Miodową Łapę kątem oka. — Chociaż nie jestem pewna, czy znajdziemy pióro łabędzia — dodała z lekkim zmartwieniem.
Młodsza pokręciła głową energicznie, a gdy tylko przyłapała się na tym, iż łapami wywijała tak, jakby miała zacząć skakać, poruszyła ogonem, uspokajając się nieco, na co liliowa obok zachichotała.
— Nie szkodzi! Zawsze możemy wepnąć sobie dwa takie same w futerko — zapewniła niebieskooka, a jej pyszczek rozświetlił uśmiech, a na licu wojowniczki wymalowała się swego rodzaju ulga, ale i determinacja. Kiwnęła głową.
— Z miłą chęcią.
Ruszyły wolnym krokiem wzdłuż krzewów obozu. Do uszu Wilczaczki docierały spokojne szmery i rozmowy powoli wracających i kładących się w celu zaczerpnięcia odpoczynku kotów. Powietrze dookoła stało się mniej duszące, nabrało swego rodzaju świeżości, która dobrze jej robiła. Stawało się coraz chłodniejsze, ale i przyjemniejsze. Wieczorne śpiewy ptaków powoli cichły, teraz już bardziej zauważalnie. Pręguska co jakiś czas zaglądała między źdźbła trawy z nosem nisko przy ziemi lub rozglądała się pod niskimi krzewami, jakby oczekiwała, że właśnie tam najszybciej uda jej się znaleźć jakieś pióro. Entuzjazm z jej mordki nie schodził, nawet jeśli któryś raz z rzędu wracała do Jesionowej Szadzi z pustymi łapkami. Podreptała jeszcze parę kroków, aż wreszcie…
— O! — wykrzyknęła nagle, po czym natychmiast ściszyła głos. — Chyba coś widzę…! — podbiegła kilka kroków i pochyliła się nad ziemią. Okazało się jednak, że to tylko wysuszony liść, który łudząco przypominał pióro. Ciemna linia pięła się wzdłuż wyschniętej części rośliny, a sam kolor stał się niezwykle blady, wpadający w brązowy. Miodowa Łapa westchnęła. — Pomyliłam się... — mruknęła z rozbawieniem, a na mordce wyłoniło się wyraźne zakłopotanie. Nie zapowiadało się na to, żeby szybko znalazła przedmiot, za jakim się rozglądała, ale jej to wcale nie przeszkadzało. Jednym z celów, owszem, było znalezienie pierza, aczkolwiek fakt, iż szukała go z zielonooką, sprawiał, że cała ta sytuacja stawała się dużo milsza, a wszelkie porażki nie smakowały tak gorzko, przede wszystkim nie psuły humoru, nie na tak długo, bo samo spojrzenie na wojowniczkę momentalnie go poprawiało.

***

Teraźniejszość

Słońce chowało się za drzewami, ukośne promienie przesiane przez listowie rzucało długie cienie na koty, dwójka przeszła przez pędy jeżyn. Wilczy Skowyt zbliżył się do Miodowej Łapy, gdy znaleźli się wreszcie kawałek dalej od serca Klanu Wilka. Wokół nich rosły gęsto drzewa iglaste, pnące się pewnie do nieba, zdawało się, iż sięgały chmur i je rozrzedzały. Śpiew ptaków zamilkł, a między Wilczakami utworzyła się dość napięta atmosfera, z której Miodowa Łapa nie zdawała sobie długo sprawy. Nie miała powodów do tego, żeby myśleć o całej tej sytuacji negatywnie, wyszła z czekoladowym na trening, tak, jak wczoraj, przedwczoraj i każdego dnia, odkąd została mianowana uczennicą. Z zadumy wyrwał ją głos kocura.
— Dzisiaj twoim zadaniem jest, żeby ze mną zawalczyć i wygrać. Będziesz musiała mnie pokonać, Miodowa Łapo. Wtedy zaliczę ci trening — powiedział poważnie Wilczy Skowyt, patrząc na swoją uczennicę. Końcówka jego ogona zaczęła poruszać się na dwie strony, a spojrzenie utkwił w złotej koteczce, najprawdopodobniej oczekując, że zaczną właśnie teraz. Kotka rozprostowała łapy i naprężyła mięśnie. — Możesz używać pazurów, zresztą… — wojownik wysunął pazury, rysując nimi podłoże pod sobą lekko. Wyprostował się, patrząc na nią lekko z góry. — Jedyny warunek, to to, że mamy wyjść z tego żywo — zakończył, przybierając pozycję do walki. Niepewność przecięła serce złotej, a myśli wypełniły zmartwienia. Czy będzie w stanie z nim wygrać? W końcu to był jej mentor. Krzywdzenie drugiego kota nie było też czymś, co przychodziło jej z łatwością. Nienawidziła przemocy i dźwięków tak głośnych, że rozdzierały aż uszy. Pręgus, tak cicho niczym płomykówka polująca na myszy o zmroku, wyskoczył w jej kierunku z wysuniętymi szponami. Złota uskoczyła w bok, unikając ciosu wojownika. Niestety, nie zdążyła ponownie tego zrobić, ponieważ Wilczak zaszurał łapami, chwytając się gruntu niczym ptak gałęzi swymi szponami i przygwoździł ją do gruntu mocno, blokując przednie kończyny. Chyląc łeb ku jej krtani, zaczęła kopać go desperacko po brzuchu, wręcz brutalnie, bo z całej siły. Serce złotej biło coraz szybciej, kiedy zaczęli we dwójkę turlać się po połaci, złączeni w uścisku pazurów i latających dookoła kępek futra. Uwolniła się spod przeciwnika, dysząc ciężko, mentor zaczął wymachiwać łapami, samemu także będąc już zmęczonym. Kotka umknęła przed kolejnym jego ciosem i rzuciła się na jego przednie kończyny, gryząc je, czując paniczny obowiązek chronienia siebie. Gdy mimowolnie odepchnęła go, sapnąwszy ciężko, starszy wylądował na leśnej ściółce brzuchem, niemal nie uderzając głową w wystający obok, gruby korzeń.
— Wilczy Skowycie, ja… przepraszam — miauknęła, patrząc na niego z kolosalnym zmartwieniem. Jej oczy stały się ogromne, a mięśnie mimowolnie rozluźniły. Nie chciała już walczyć, to było za wiele na jej nerwy.
Kocur wykorzystał chwilę jej nieuwagi i podciął jej łapy, stając teraz na tylnych nogach nad nią i uderzając z całej siły w jej grzbiet. Uderzyła brodą o ziemię, czując ból w okolicach języka. Czy przygryzła go sobie? Łapami nakryła odruchowo pysk, zamykając w przerażeniu oczy, a uszy kładąc po sobie, niczym winny zamieszania kociak. Miodowa Łapa wrzasnęła z bólu, a łzy zaczęły spływać jej po policzkach. Gdy uderzono w nią jeszcze parę razy, doszło do niej, że dopóki nie wygra, to Wilczak nie zamierzał przestawać. Odturlała się ciężko i przy pomocy wiekowej rośliny podniosła się, a potem, niczym wiewiórka, zawędrowała na najniższą gałąź i odruchowo zeskoczyła z niej, przygniatając kocura, który nie zdążył wspiąć się na czas. Spadli razem z wysokości, całe szczęście, nie było to na tyle wysoko, żeby mieli cokolwiek sobie łamać. Wilczy Skowyt z jękiem upadł znowu na ziemię, jego ciało było z pewnością pokryte siniakami, zresztą to samo można było powiedzieć o spanikowanej Miodek, która wcale nie chciała go krzywdzić, ale musiała. Gdyby była łysa, wyglądałaby tak, jakby cała energia życiowa z niej uszła, z powodu obawy o mentora. Jej spojrzenie jaśniało lękiem. Brązowy poruszył ogonem nerwowo, choć w oczach było widać dumę.
— Jesteś już gotowa — wycedził pomiędzy nabieranymi oddechami.

***

Miodowa Łapa ustawiła się przed Wilczym Skowytem, spoglądając na niego niepewnie. Nadal była obolała po ich ostatniej potyczce, nie zdążyła nawet w pełni się po niej pozbierać, przynajmniej psychicznie, a… A znowu miała zawalczyć z własnym mentorem… podczas treningów zdarzało im się ćwiczyć walkę, aczkolwiek nigdy nie pomyślałaby, że przyjdzie jej kiedyś zawalczyć właśnie z nim, na środku obozu, przed wszystkimi. Tak naprawdę, to wiedziała o obowiązku walki, w przeciwnym razie zostałaby wiecznym uczniem, albo wyrzuconoby ją z klanu, z powrotem do lasu, do głośnych maszyn Dwunożnych… Otworzyła oczy szeroko, jedną z łap kładąc na drugą niepewnie, machnęła ogonem jednokrotnie. Jej uszy nagle wychwyciły pomruk:
— Miodowa Łapo, wierzę w ciebie! — zawołała liliowa, z pewnością zauważywszy wyraz pyszczka uczennicy. Złotofutra zamrugała parokrotnie, a w piersi zakwitło jej ciepłe uczucie. Przywarła do ziemi, czekając na znak ze strony Zalotnej Gwiazdy.
— Walczcie! — rozkazała kocica z wyżej położonej mównicy.
Wilczy Skowyt otworzył pysk, ukazując zęby. Zaszarżował w jej stronę z wysuniętymi pazurami. Miodowa Łapa odruchowo zanurkowała pod jego wyciągniętą nogę i zadrapała jego brzuch szponami, ciągnąc za sobą kawałki futra. Na podłoże wylała się posoka starszego, a łapę jasnookiej spotkał podobny los, była teraz cała umorusana. Wojownik syknął wściekle, ten atak nie mógł mu przejść koło nosa. Kocur wgryzł się w jej ogon i zaczął nim szarpać na boki, na co uczennica wrzasnęła głośno, gdy ból się do niej dostał. Próbowała pyskiem sięgnąć pręgusa, jednak robił dość sprawne uniki, uniemożliwiając jej to. Uniósł się na tylne łapy pospiesznie, w celu skoczenia na Miodek, która teraz wyswobodziła się z jego uścisku, jej ślepia zamgliły łzy, skapujące z jej pyska co jakiś czas. Nienawidziła tego uczucia, nie podobało jej się to, że musiała kogoś krzywdzić i że ją też musiano krzywdzić. Odwróciła się do niego tyłem i gdy brązowooki już chciał wykonać swój ruch, skacząc jej na barki, kopnęła go niczym spłoszony koń w brzuch. Czekoladowemu uszło całe powietrze z płuc, a sam poleciał kawałek dalej, ciśnięty niczym szmaciana lalka. Zaszurał o grunt, pazurami zahaczając o niego w celu zatrzymania się, tak, jak ostatnio i nabrał łapczywie parę oddechów. Miodowa Łapa doskoczyła do niego szybko, sama czując już powoli ogarniające ją zmęczenie, a jeszcze nie został ogłoszony werdykt, czy wygrała, czy nie. Wilczy Skowyt podniósł się na łapy ciężko, warcząc zajadle, niczym wściekły pies. Rozjarzone oczy i ostre zęby mignęły jej tuż przed oczyma, niemal wbił jej się w skórę na licu. Serce byłej pieszczoszki zabiło szybciej. Wspięła się na tylne łapy i wykręciła w bok, po czym sprawnie przygwoździła go do ziemi. Jej pazury muskały jego łaciate futro, gdy trzymała jasną łapę na jego unoszącej się i opadającej pospiesznie klatce piersiowej. Przyduszony przez jej ciężar, starał się unieść tylne kończyny w celu dosięgnięcia jej brzucha, lecz Miodowa Łapa nie rezygnowała z nacisku, jaki na niego kładła. Jej łapa zaczęła powoli drżeć, a czekoladowy, zdawało się, dał wreszcie za wygraną. Złota sapała z powodu wysiłku, ból promieniował jej z ogona, niosąc się po całym kręgosłupie. Miała nadzieję, że nie było to nic więcej jak parę zadrapań i siniaków. Oprócz tego, do dyskomfortu dochodziły także drobne ranki po ostatniej walce, które dopiero co zostały załatane. Miodek miała wrażenie, jakby ciało kazało jej lada moment paść, najlepiej tuż obok kocura, w celu zaczerpnięcia odpoczynku i wreszcie, regeneracji. Nabranie sił po tak wyczerpującym starciu nie zapowiadało się na nic łatwego czy miłego…
— Koniec! Miodowa Łapa wygrywa! — wydała werdykt szylkretka, a niebieskooka podniosła pysk ku górze, spoglądając teraz na nią. Odsunęła się delikatnie od Wilczego Skowytu, który sapał jeszcze przez chwilę na ziemi, po czym podjął próbę podniesienia się. Miodek, zauważywszy to, od razu pomogła mu wstać, ze zmartwieniem dopytując, czy aby na pewno wszystko w porządku. Kocur zarzekał się, iż nic mu nie jest. — Miodowa Łapo, wystąp — zażądała, a kocica od razu wykonała rozkaz liderki. Serce tłukło jej z przejęcia, a ogonem wywijała na boki, niczym biczem. W kącikach oczu zaczęły zbierać jej się łzy szczęścia.
— Ja, Zalotna Gwiazda, przywódca Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tą uczennicę. Mimo pochodzenia pieszczoskiego udowodniła nam, że nawet koty nienarodzone w lesie potrafią się dostosować do zasad panujących w nich i samemu ich przestrzegać. Trenowała pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków i by zrozumieć wasz szlachetny kodeks. Polecam ją wam jako kolejnego wojownika. Miodowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia?
Miodowa Łapa otarła łezki z policzków, kiwając ochoczo głową i uśmiechając się szeroko, szczerze.
— Przyrzekam! — odparła pewnie, chociaż jej głos lekko się zatrząsł. Z emocji łapki jej drżały, zresztą to samo można było powiedzieć o podrygujących wąsikach. Szylkretka uśmiechnęła się delikatnie, mrużąc ślepia.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Miodowa Łapo, od tej pory będziesz znana jako Miodowy Ul. Klan ceni twoją siłę i nieugiętość, oraz wita cię jako nową wojowniczkę Klanu Wilka.
Nowe imię nadane byłej pieszczoszce było skandowane głośno przez tłum i ku zdziwieniu Miodek, jej imię wołało więcej kotów, niż mogłaby się tego spodziewać. Pisnęła niczym podekscytowany mianowaniem kociak. Kątem oka dostrzegła, jak Wilczy Skowyt jest odprowadzany do legowiska medyka przez Chudy Grzbiet, który miał niezadowolenie wymalowane na krótkiej mordce. Do złotofutrej podeszła Jesionowa Szadź, na sam widok serce kotki zabiło szybciej, a myśli zaczęły, w głównej mierze, wirować wokół tego, co może za chwilę usłyszy. Wiwaty zaczęły cichnąć, a Wilczacy wracali powoli do swoich obowiązków. Miodowy Ul wtuliła się w pierś na szyi Jesionki, zupełnie tak, jak ostatnio, ciesząc się z towarzystwa przyjaciółki.
— Mam teraz wojownicze imię, zupełnie jak ty! — mruknęła cicho złota, odsuwając się lekko od liliowej i posyłając jej szczery uśmiech. Zielonooka spojrzała na nią czule.
— Wspaniale walczyłaś. To odkopnięcie Wilczego Skowytu było najmniej spodziewane, nie widuje się takich chwytów często — powiedziała spokojnie starsza, a futro na jej policzkach powiewało aksamitnie, targane przez wiatr.
Miodek pokręciła głową, łapą lekko poruszając w górę i w dół, jakby chciała przekazać niewerbalnie: “to nic, to wcale nie było takie wspaniałe”. Gdyby była łysa, na jej mordce byłoby widać rumieńce.
— Och, słoneczko. To nic takiego… — powiedziała, a jej pyszczek rozświetlił się na nowo, gdy nawiązała kontakt wzrokowy z pręguską obok. — Teraz będziemy mogły chodzić, gdzie chcemy i o której chcemy — kontynuowała, a uśmiech nie schodził jej z pyszczka. Powinny jakoś to świętować… — Ułożymy nasze posłania obok siebie, będziemy mogły wtedy rozmawiać nawet i całą noc! — miauknęła z ogonem powiewającym na boki.

***

— Słoneczko, wybrałabyś się ze mną poza obóz? — zapytała niewinnie, mrugając parokrotnie i patrząc z nadzieją na liliową stojącą tuż przed nią. Jesionka nie wyglądała na szczególnie sceptyczną wobec tego pomysłu. Dzisiaj zdążyły odbyć już patrol, a także miały zaliczone polowanie, dlatego nie było przeszkód ku zrealizowaniu tego. Starsza kiwnęła głową. Nadeszła Pora Opadających Liści, a wraz z nią konkretne obniżenie się temperatur. Bardzo sprawne zmniejszyła się ilość owadów wszędzie dookoła, ponadto – las stał się nadzwyczaj cichy. Nadal między gałęziami krzątały się ptaki, jednak było ich zdecydowanie mniej, a zwierzyna nie pchała się już prosto pod łapy. Wieczory stawały się coraz to chłodniejsze z dnia na dzień, mroźne szpony targały futrami kotów, drzewa iglaste sypały masowo zaschniętymi igłami, jeszcze sięgającymi Pory Zielonych Liści.
— Coś się stało? — zapytała Jesionowa Szadź, idąc teraz za towarzyszką, która bardzo pewnie prowadziła ją przez obóz z ogonem uniesionym wysoko.
— Niee! — złota szybko pokręciła głową, przebierając łapkami. — Znaczy... muszę ci coś pokazać. To niespodzianka, więc nie mogę ci za wiele o tym powiedzieć — poczuła, jak serce zaczyna bić jej szybciej. Prawie jej wygadała wszystko! W oczach zabłysło jej lekkie podenerwowanie, a Jesionowa Szadź, zauważywszy to, jej pyszczek rozjaśniło lekkie rozbawienie.
— Niespodzianka? — powtórzyła rozmówczyni, z wyraźnym zainteresowaniem.
— Tak. Tylko nie możesz podglądać.
— A jak mam iść? — pytanie to miało dużo sensu, jednak złota zdążyła je przewidzieć. Właśnie ten element był jednym z najważniejszych, więc o to nie musiały się wcale martwić. Może poza wystającymi korzeniami drzew czy krzewami jeżyn, ale to coś wymyślą…
— Ja cię poprowadzę, słoneczko! — obiecała niebieskooka z przekonaniem. Miała nadzieję, iż wykonanie jej planu nie będzie trudne. Na pyszczku liliowej pojawiło się wahanie, ale finalnie westchnęła cicho, godząc się na taki los. — O-oczywiście, jeśli ci to nie przeszkadza — młodsza nagle dopowiedziała niepewnie, spoglądając wielkimi oczkami na kotkę obok. — Bardzo bym chciała ci coś pokazać, to niezwykle dla mnie ważne. Dlatego, jeśli nie jesteś niczym zajęta, to…
— Nie martw się, wykonałam na dzisiaj już wszystkie możliwe obowiązki, dlatego nikt się na mnie nie pogniewa, jeśli z tobą pójdę. Zresztą, nawet gdyby się pogniewali, nie mogłabym zaprzepaścić takiej okazji, żeby spędzić czas z tobą — zapewniła ją spokojnie Jesionowa Szadź, jej ogon powędrował na bok złotej, co poniosło przyjemny dreszcz wzdłuż jej kręgosłupa. Pokiwała głową, ciesząc się tą chwilą. W jej sercu zagościło niezwykle miłe, ciepłe uczucie, promienujące na lwią część ciała. Podeszła bliżej do Jesionki, a ich boki zaczęły się stykać.
— Zamknij oczy — poprosiła, patrząc teraz z powrotem na zielonooką. Tym razem to ona użyła swojej kity, ale po to, żeby zakryć oczy przyjaciółce. Wilczacy nie zwracali aż tak szczególnej uwagi na nie w tym momencie, dlatego nie musiały się zamartwiać dodatkowo. Były już wojowniczkami, więc nie musiały nikogo pytać o pozwolenie.
Koteczki wyruszyły poza obóz. Podczas chwilowej wędrówki porozmawiały jeszcze co nieco o chwytach bitewnych, a także różnicach, jakie panowały w Klanie Wilka, a innych przynależnościach – samotnikach, a pieszczochach i było to dużą różnicą. Oprócz tego Miodowa Łapa zaproponowała również, że mogłyby w legowiska wpleść więcej rzeczy, najlepiej takich samych, żeby nikomu nie było smutno, że ma inne albo że ma mniej… Śpiew ptaków działał na nie kojąco, wyganiając z umysłów wszelkie troski, jakie tylko mogły w nich siedzieć do tej pory. Ziemia pod łapami była lekko podmokła i rozchlapywała się na boki z powodu kałuż, jakich nasypało tak gęsto, niczym śniegu Porą Nagich Drzew, ale nawet i to nie powstrzymywało dwójki. Miodek czuła chłód w poduszkach, a także końcach uszu. Mroźna pora zbliżała się wielkimi krokami, bardzo kontrastowało to z upałami, jakie miały miejsce jeszcze przecież nie tak dawno temu.
Dotarły wreszcie na łąkę gęsto porośniętą wszelkiego rodzaju ziołami, od czysto granatowych, aż po intensywnie szkarłatne – maki, ogóreczniki, chabry… Ostatnie przykuły największą uwagę Miodowej Łapy, bardzo kontrastowały z jej złotym futerkiem, wręcz idealnie komponując się między kłosami, gdyby tylko zechciała je zebrać. Jasne kwiaty porastały niewielkie wzniesienie niczym rozsypane po ziemi gwiazdy. Niektóre kołysały się lekko na wietrze, inne pochylały pod ciężarem kropelek rosy, będącej efektem jeszcze porannej mgły, która szybko opadła w ciągu dnia. Słońce rzucało na nich przyjemne promyczki, w których sierść młodszej zdawała się identycznego koloru, co wielka kula na niebie, a może nawet i prezentowała się ciekawiej. Miodowa Łapa zatrzymała się, a uderzenie serca później tak samo postąpiła Jesionka.
— Już możesz otworzyć… Tadaaaa! — powiedziała podekscytowana złotofutra, obserwując reakcję liliowej z lekkim napięciem. Czy jej się spodoba? — Pomyślałam o tobie, gdy znalazłam te kwiaty. Pachną bardzo intensywnie, nie znam się niestety na roślinach, ale… przypominają gwiazdy, szczególnie te o białych płatkach — ujęła w łapy drobny kwiatuszek ogórecznika. Przed nimi, otoczone miejscami ugiętą trawą, prezentowały się starannie poukładane płatki kwiatów, wraz z ich całymi częściami oraz łodyżkami, a oprócz tego – szyszki, jak i również drobne gałązki drzew iglastych, ułożone w charakterystyczny kształt gwiazdki, chociaż gdyby przesunęło się jeden z punktów, przypominałoby serduszko.

<W stronę gwiazd, słoneczko 💛💛⭐>

17 czerwca 2026

Od Jesionowej Szadzi CD. Miodowej Łapy

Jeszcze za okresu Pory Zielonych Liści

Niechęć do opuszczania cienia w czasie upałów nie była powodem, dla którego można było odpuścić sobie wyżywienie klanu. Jesionowa Szadź starała się uczestniczyć w tylu patrolach łowieckich, ile się dało. Tego dnia kotka była już na dwóch polowaniach i rozdała zwierzynę innym kotom, które bardziej jej potrzebowały.
Słońce chyliło się już ku zachodowi, a cienie stawały się coraz dłuższe. Ptaki chętniej śpiewały, tworząc wieczorny chórek. Jesionka wypoczywała gdzieś w kącie obozu, z dala od drażniących promieni słonecznych. Leżała spokojnie z zamkniętymi oczami, a jej uszy podrygiwały w rytmie śpiewu ptactwa. Jej futro było świeżo umyte i lśniło pięknie nawet w cieniu. Jej łabędzie pióro spoczywało u jej łap, podczas gdy ona delektowała się chwilą. Tak bardzo się wsłuchała w symfonię kosów, że nawet nie zdała sobie sprawy, że ktoś do niej podszedł. Dopiero gdy poczuła futro ocierające się o jej bok, zrozumiała, że ma towarzystwo. Podniosła łeb i zauważyła już leżącą obok niej Miodową Łapę, która uśmiechała się ciepło. Może i cieplej niż promienie słońca Pory Zielonych Liści. Liliowej serce zmiękło.
— Wybacz, słoneczko… nie chciałam ci przerywać — wymruczała złota cichym głosem, jakby nie chciała przeszkadzać ptakom w śpiewie.
— Nic nie szkodzi — odparła podobnym tonem i położyła łapę na łapie towarzyszki. — Niczego mi nie przerywasz. Nawet jakoś tak… milej jest z tobą u boku — przyznała, a jej wzrok utkwił w ziemi, jakby się onieśmieliła. Na jej pyszczku widniał szczery uśmiech, którego gdyby nawet chciała, nie umiałaby przerwać.
Przez chwilę obie w ciszy słuchały ptasiego chóru, który z każdym uderzeniem serca nabierał coraz to bardziej delikatnych tonów. Pewnie niektóre ptaki już chowały się z powrotem do gniazd, a inne zaledwie dołączały po męczącym dniu pełnym swoich ptasich obowiązków.
— Kiedy przeniosłaś się do legowiska wojowników, jakoś tak pusto jest w tym od uczniów… — powiedziała Miodka, wpatrując się w ziemię i ryjąc w niej kółka jednym pazurem. — Muszę przyznać, że tęsknię za tobą za każdym razem, gdy przypominam sobie, że jesteś gdzieś indziej — wymamrotała nieśmiało, unikając kontaktu wzrokowego.
Jesionka zastanowiła się chwilkę.
— Jestem pewna, że ty też niedługo zostaniesz wojowniczką — stwierdziła pewnie. — Obok mojego posłania jest pusta przestrzeń na inne, więc będziemy mogły być u boku, tak samo, jak za ucznia — upewniła ją, podnosząc ją lekko na duchu. Złota towarzyszka oparła głowę o jej ramię, mrucząc szczęśliwie z oczami głęboko wpatrującymi się w zielonooką.
— Nikt nie pociesza jak ty — zachichotała. Przez następną chwilę odpoczywały razem, nasłuchując szumu drzew przerywanego jeszcze ostatnimi zwrotkami śpiewu wydawanego przez kosy. Jesionka aż ziewnęła, a Miodka rozciągnęła łapy.
— Co powiesz na wieczorny spacerek? Nie zajdziemy daleko, tylko trochę wokół obozu — zaproponowała złota. Wojowniczka pokiwała głową.
— Z wielką chęcią — odparła i wstała, zginając grzbiet w łuk, by zaraz potem go wyprostować.
— Tak na dobre zakończenie dnia — dodała jeszcze uczennica i powoli podreptała do wyjścia z obozu z Jesionką u boku. Już niekoniecznie musiały się pytać o wyjście z obozu; w końcu jedna z nich wreszcie była wojowniczką.
Gdy kotki opuściły osłonioną polanę, słońce już zdążyło uciec pod horyzont, zostawiając wiele ciepło ubarwionych smug na ciemniejącym już błękitnym niebie. Liliowa zerknęła na kotkę.

<I jak, Miodko? W którą stronę idziemy? :3 >

01 czerwca 2026

Od Miodowej Łapy CD. Jesionowej Łapy

Nadeszła pora suszy, a wraz z nią skwar tak dotkliwy, że zaczął doskwierać nawet i Miodowej Łapie, która teraz mniej chętnie wychodziła w celu odbycia treningu wraz ze swoim mentorem, Wilczym Skowytem. Szukała dla siebie zawsze zacienionego miejsca, mimo że jej futerko tak pięknie lśniło w ciepłych promieniach słońca, przypominała wręcz sama takie słoneczko. Cień ze strony drzew iglastych niestety nie robił dla Wilczaków wiele, a niektórzy z nich wręcz sami specjalnie rozkładali się na skałach w celu ogrzania kości. Musiała jednak zacisnąć zęby i przeć przed siebie, jeśli chciała pozostać w Klanie Wilka. Doszły ją słuchy już, co działo się z uczniami, którzy od dłuższego czasu zasiadywali na swoim miejscu w legowisku uczniów i… naniosło to do jej serduszka panikę. Jak można było tak po prostu kogoś odesłać? Kogoś, kto dorastał pod twoim czujnym okiem, ktoś, kto był ci bliski od momentu narodzin?
Niebo przestrzelone było wąziutkimi chmurami, a odcień intensywnego błękitu sprawiał, że gdy tylko spoglądała w niebo, oczy zaczynały ją nieco pobolewać, a w pysku wysychało. Trawa uginała się pod łapkami pręgowanej uczennicy. Wielu wojowników pochowało się w legowisku i odpoczywało, zażywając popołudniowej drzemki. W chwilach takich jak te wychodziło na to, że większość wolała polować i wykonywać swoje obowiązki dopiero wtedy, kiedy słońce zajdzie, a jego żarzące promienie przestaną prażyć każdemu uszy. Miodka dostrzegła swoją przyjaciółkę, Jesionową Łapę. Wyglądała na trochę zmęczoną. Ten ukrop z pewnością dawał jej do wiwatu… Podreptała do niej radośnie, a sucha ziemia skrzypiała jej pod poduszkami, zupełnie tak, jak trawa parę uderzeń serca temu.
— Słoneczko, czy chciałabyś może pójść ze mną nad jezioro, ale za dnia? Wykąpałybyśmy się i na pewno byłoby nam lepiej po takim schłodzeniu się — zaproponowała szczęśliwie, a liliowa w odpowiedzi zamyśliła się.
— Musimy zapytać Tygrysią Noc i Wilczy Skowyt. Ale tak, bardzo bym chciała, szczególnie z tobą — wymruczała, ogonem trącając towarzyszkę w bok, gdy jeden ze wspomnianych kocurów przechodził właśnie nieopodal, niczym na zawołanie. Dwójka podeszła do niego pospiesznie, z ogonami uniesionymi wysoko i nadzieją wymalowaną na mordce.
— Wilczy Skowycie, czy możemy pójść, się ochłodzić razem z Jesionową Łapą nad jeziorko? Możesz pójść z nami? I poinformować Tygrysią Noc? — złota zalała swojego mentora masą pytań, co wywołało na jego mordce lekkie zmieszanie, aczkolwiek nie zapowiadało się na to, żeby miał koniecznie im odmówić. Machnął ogonem.
— Hmm… dzisiaj jest rzeczywiście gorąco… — powiedział trochę do siebie. Wreszcie kiwnął głową. — Dobrze. Ale później, jak zajdzie słońce, odrobimy ten trening, żeby dzień nie poszedł na marne. Zgoda? — zaproponował, patrząc na swoją uczennicę.
Miodowa Łapa pisnęła z podekscytowania, a futerko najeżyło jej się niczym owieczce.
— Tak! Oczywiście! — wyświergotała, a jej ogon jakoś sam z siebie poszybował w kierunku barku Jesionki. — Wiedziałam, że się zgodzi! — powiedziała do zielonookiej już, patrząc teraz w jej kierunku. Uczennica odpowiedziała jej pogodnym uśmiechem.
— To teraz tylko ja muszę podpytać Tygrysią Noc, co o tym myśli. Może zabrałby się z nami — dopowiedziała spokojnie, a po tym zaczęła lustrować obóz spojrzeniem. Tygrysia Noc wyruszył na poranny patrol graniczny, dlatego powinien za niedługo wrócić razem z resztą swojej grupy. Miodowa Łapa nie sądziła, żeby miał cokolwiek przeciwko, aczkolwiek zawsze mogło okazać się, że mieli zupełnie inne plany na dzisiejszą naukę, a ona im je właśnie krzyżowała… Pokręciła głową. Nie. Nie robiła nic złego, chciała ochłodzić się i przy okazji spędzić bardzo miły czas z bliskimi jej kotami, w szczególności z Jesionką, jej słoneczkiem. Na myśl o tym jej pyszczek pokrył się delikatnym rumieńcem. Pręguska od jakiegoś czasu zaczęła zagrzewać specjalne miejsce w jej głowie. Złota często sama z siebie łapała się na tym, że rozmyśla o samopoczuciu bliskiej jakoś częściej, niż przedtem. W dodatku podczas każdego swojego wypadu czy treningu zastanawiała się, jak mogłaby sprawić, żeby Jesionka też mogła wziąć w tym udział… Poruszyła spokojnie wąsami, patrząc na pyszczek łaciatej. Gdy nawiązały kontakt wzrokowy, serduszko Miodek jakoś zabiło szybciej. Wyskoczyła przed siebie w kierunku tunelu, ponieważ do jej uszu dotarł dźwięk ugniatanego gruntu, a już po chwili wyłoniło się z niego paru wojowników, w tym rudzielec, którego szukały.
— Tygrysia Nocy! — zawołała i wyhamowała z szurnięciem idealnie przed kocurem. Zielonooki odsunął się odrobinę, jakby zmartwiony, że zderzy się z koteczką.
— Och! Miodowa Łapo, czy coś się stało? Prawie we mnie wbiegłaś… — powiedział, udając urażonego, aczkolwiek jego pysk szybko rozświetliło rozpromienienie. Pachniał leśnymi igłami oraz zapachem granicznym, a razem z nim wybrała się Dyniowa Skórka, Sowi Zmierzch, a także Kamienne Pióro. Miodowa Łapa nie znała ich za dobrze, aczkolwiek nie wyglądali na szczególnie nieprzyjemnych. Nie miała zresztą powodów do podejrzewania ich o coś takiego.
— Czy pójdziesz z nami, Jesionową Łapą i ze mną oraz Wilczym Skowytem nad jeziorko? Chciałybyśmy się ochłodzić, jest strasznie gorąco — poprosiła, robiąc do niego duże oczka. Jesionowa Łapa przystanęła obok, muskając końcówką ogona ten Miodowej Łapy. Pokiwała głową.
— Tak, prosimyyy — dopowiedziała spokojniej od swojej towarzyszki.

***

Chłodne, przyjemne powietrze biło ze strony wody, a ziemia naokoło przylgnęła do szorstkich powierzchni łap całej czwórki. Miodowa Łapa, czując tę nagłą ulgę, miała ochotę położyć się tutaj, w tym błocie i tak sobie poodpoczywać. Jej wzrok jednak przykuły ważki, których tutaj było zadziwiająco dużo. Rechot żab zadźwięczał jej w umyśle echem, momentalnie skupiając całą jej uwagę na sobie. Podreptała bliżej wody i już po ułamku sekundy jedna z żab wskoczyła z powrotem do wody z lilii wodnej, która nieśmiało trzymała się tafli wody, skrzącej się na najróżniejsze kolory, odbijającej jaskrawe promienie słońca. Wędrówka w to miejsce była tego całkowicie warta – teraz mogły się ochłodzić! Wskoczyła do wody, wydając przy tym pisk ekscytacji, niczym malutkie kocię, które pierwszy raz miało do czynienia z czymś nowym, ekscytującym.
— Słoneczko, nie masz odwagi wskoczyć tutaj ze mną! — zawołała, chcąc zaczepić w ten sposób liliową. Nie miała pojęcia, że Wilczaczka nie potrafiła pływać, jakoś domyślnie przyjęła, że będzie wiedziała jak unosić się na wodzie, jak ona… Miodek w domostwie miała kontakt z wodą, aczkolwiek był on rzadki i nie miała jakoś często okazji do tego, żeby się cała zamoczyć. W młodości miała go więcej, dzięki czemu nauczyła się nienagannie pływać, chociaż z pewnością nie byłaby w tym lepsza niż przeciętny kot należący do Klanu Nocy. Złota nie mogła jednak na to narzekać, była to cena, jaką musiała płacić, jeśli chciała utrzymać swoje złote futerko w idealnym porządku! Szum wody, przepiękny śpiew ptaków, przygłuszany momentami przez donośne brzęczenie owadów sprawiał, że miała ochotę położyć się tutaj spać. Było to dla niej na tyle kojące, że tuż po wynurzeniu łba, przyłapała się na lekkim rozkojarzeniu.
Jesionowa Łapa pokręciła głową.
— To prawda… — miauknęła cicho, czego Miodek nie usłyszała za dobrze, ponieważ miała w uszach wodę. Wyczłapała z wody na powierzchnię i otrzepała się z niej, przypadkowo mocząc koty obok.
— Przepraszam! — zauważywszy to, powiedziała pospiesznie. Szkoda, że tylko ona się zanurzyła… Wilczy Skowyt nagle wskoczył do wody, zabierając ze sobą Miodową Łapę, a w wyniku chaosu, Jesionowa Łapa również potknęła się i wpadła do wody, aczkolwiek wcale nie głęboko. Tygrysia Noc wyskoczył do przodu i chwycił ją za kark z wymalowanym poważnym niepokojem na pysku. Miodowa Łapa krzyknęła, zanim nie wylądowała z powrotem w wodzie. Wilczy Skowyt zaśmiał się głośno, dość beztrosko, a złota otrzepała uszy z wody. Czekoladowy wyglądał na wyjątkowo zrelaksowanego, przynajmniej nie sypał ostrymi słówkami…! I nie odpowiadał szorstko, miło było go zobaczyć w takim stanie. Miodowa Łapa poczuła, jak woda przymyka jej ślepia, a pysk staje się raz jeszcze cały mokry, gdy łapy zaczęły stykać się z mulistym gruntem pod nią. Woda kropelkami spływała jej z kłosów, gdy machała spokojnie łapami, żeby unieść się na powierzchni. Miodek poczuła się niezwykle rześko, właśnie takiej kąpieli potrzebowała…! Rozpościerający się dookoła las dodawał tej scenie niezwykle miłej nuty.

<Jesionowa Łapo?>
[1248 słów]

[25%]

27 maja 2026

Od Jesionowej Łapy CD. Miodowej Łapy

Kocica cały dzień zasuwała na najwyższych obrotach, zapominając nawet o swoim łabędzim piórze, które zostało wetknięte w jej posłanie. Stwierdziła, że weźmie na siebie jak najwięcej obowiązków, by w końcu być pełnoprawną wojowniczką. Przynajmniej to była jej wymówka. Ona po prostu chciała spędzić jak najwięcej czasu z dala od swoich myśli. Bardzo polubiła Miodową Łapę. Ledwo mogły się nazwać przyjaciółkami, ale Jesionowa Łapa już wiedziała, że to jedyny kot, z którym może tu normalnie porozmawiać. Miodka była sympatyczna i czuła, jakby rozświetlała rzeczywistość wśród ponurych kotów, dla których najważniejsza jest bezwzględna posłuszność wobec przestarzałych i ścisłych zasad. Jesionka była im posłuszna, oczywiście, lecz nigdy w pełni ich nie zaakceptuje w swoim sercu.
Podczas gdy kotka wracała z już drugiego tego dnia patrolu łowieckiego, pojedyncze i rzadkie jak mgła chmury ścigały się po błękitnym niebie, który od bliskiego zachodu słońca zaczął nabierać bladożółtych smug lekko nad horyzontem. Do uszu byłej samotniczki dobiegały wesołe trele ptactwa wypoczywającego w koronach drzew, a gdzieniegdzie widać było, jak drobne zwierzęta przelatywały z jednego drzewa na drugie, wydając donośny trzepot skrzydeł. Uczennica natychmiast rozpoznała wesoły śpiew kosa. Ten dźwięk kojarzył się jej z dawnym miejscem zamieszkania, jeszcze z rodziną. To tam, na czubkach drzew niedaleko ich legowisk, te czarne ptaki nawoływały niezwykle intensywnie. Ich trele i melodie zawsze wprowadzały ją w błogostan i nostalgię.
Gdy patrol znalazł się w obozie, liliowa pręguska odstawiła swoje dwie myszy i jednego skowronka na stertę. Wiosna naprawdę przyniosła ze sobą ogrom pożywienia. Przynajmniej każdy pójdzie spać najedzony. Wtedy podeszła do niej Miodowa Łapa. Na pyszczku miała wymalowany uśmiech i entuzjazm.
— Witaj, Słoneczko! — przywitała się wesoło, a na dźwięk jej słów Jesionowa Łapa się lekko spięła z niewyjaśnionego powodu. Nawet jeśli Miodka to zauważyła, nie dała tego po sobie poznać. — Od rana się nie widziałyśmy. Co sprawiło, że tak wcześnie znikłaś z legowiska?
— No, poranny patrol, potem parę obowiązków, a jeszcze potem dwa patrole łowieckie. Typowe… zajęcia rutynowe — starała się wytłumaczyć, lecz złota uczennica tylko zachichotała.
— Na spokojnie, nie mam ci nic za złe — wymruczała, kładąc łapę na piersi, jakby przysięgała na swój honor. Zielonooka uśmiechnęła się ciepło.
— Wiesz… myślałam trochę i co powiesz na oglądanie gwiazd dzisiejszej nocy? Niebo jest dziś przejrzyste i jestem pewna, że uda nam się zobaczyć wszystkie gwiazdozbiory. Tylko byśmy musiały się udać gdzieś, gdzie drzewa nie będą nam przeszkadzać w obserwacji… — zastanowiła się na moment.
— O rety, z chęcią pooglądam z tobą gwiazdy! — podekscytowała się, a jej wąsy zadrżały ze szczęścia. — Co powiesz na ten brzeg jeziora zaraz za obozem? Jest blisko, więc jestem pewna, że ktoś na pewno pozwoli nam tam pójść! — jej niebieskie oczy wręcz błyszczały, jak te gwiazdy, entuzjazmem i dreptała z łapy na łapę, jakby już ją swędziały, by wybiec poza obóz.
— Możemy się zapytać Tygrysiej Nocy — wymruczała liliowa, obdarowując Miodową Łapę ciepłym spojrzeniem, a ta kiwnęła głową i rozejrzała się wokoło, zapewne szukając kocura wzrokiem, a Jesionka poszła jej śladem. Akurat wtedy mentor wynurzył się z legowiska wojowników. Obie kotki podeszły do niego w paru zgrabnych susach.
— Hej, Tygrysia Nocy, mamy pewne pytanie — zaczęła złota uczennica, a kocur nadstawił uszu z zaciekawieniem.
— Tak?
— Chciałabym razem z Miodową Łapą wyjść na brzeg jeziora za obozem w nocy. Pooglądać gwiazdy — dodała szybko Jesionowa Łapa.
— Obserwacje gwiazd, hm? — uśmiechnął się rudzielec. — Tylko we dwójkę i tylko na brzeg? — dopytał się dla pewności.
— Tak, chciałabym poopowiadać jej co nieco o tym, co opowiadała mi moja mama na temat gwiazdozbiorów. A mam dużo do przekazania — doprecyzowała, a Miodka jej przytaknęła. Kocur zastanowił się chwilę.
— Dobrze. Załatwię sobie wartę na noc i dopilnuję, byście na pewno wróciły — oznajmił, a kotki się uśmiechnęły.
— Dziękujemy, Tygrysia Nocy! — niebieskooka wymruczała, a Jesionowa Łapa kiwnęła głową z wdzięczności.

***

Gdy wreszcie zapadł zmrok, a kocur wszedł na nocną wartę, kotki udały się nad jezioro. Gdy szły, Miodowa Łapa położyła swój ogon na boku koleżanki, trochę by się nie zgubić, a trochę by ogrzać ją swoim gęstym i puchatym futrem. Noce wciąż były chłodne, ale większej kotce to niespecjalnie przeszkadzało. Wyczuła jednak niewielkie drżenie złotej kotki, jakby mimo gęstej sierści wciąż doskwierało jej zimno, a może podekscytowanie. Młodsza spojrzała w górę na pyszczek liliowej z szerokim uśmiechem.
— W końcu spędzimy trochę czasu same — zachichotała, na co Jesionce się zrobiło ciepło na sercu. Miała rację; jak na razie to one były razem tylko wśród innych kotów. Teraz mogły się rozgadać na całego.
— Fakt — wymruczała wesoło w odpowiedzi. Wtedy też skończyły się drzewa, a ziemia zaczynała tonąć w wodzie. Liliowa zanurzyła w niej łapę, jakby kontemplując. Gdy Miodka się przyjrzała jej ruchowi, Jesionowa Łapa szybko prysnęła jej kroplami po pyszczku i obie się zaśmiały, podczas gdy złota się otrzepywała.
— Hej! Tak nie ładnie! — parsknęła figlarnie i rzuciła się na większą kotkę, która z zaskoczenia upadła pod jej ciężarem.
Zaczęły się siłować, turlając się na boki, aż nie skończyły niemal w wodzie. Miodowa Łapa wzięła górę nad koleżanką i obie się zaśmiały.
— Jesteś coraz lepsza.
— Dziękuję, słoneczko — uśmiechnęła się i wypuściła liliową, która podniosła się na łapy i się otrzepała. — To dalej, opowiadaj mi o tych gwiazdeczkach.
Obie usiadły na brzegu, mając idealny widok na nocne, rozgwieżdżone niebo. Gdzieś z tyłu było słychać świerszcze, a spokojna tafla jeziora odbijała każdy świecący punkt na niebie, podczaspodczas gdy półksiężyc się po nim powoli wspinał. W oddali słyszalne było pohukiwanie sowy, jakby ogłaszając wszem wobec, że akurat tam jest jej terytorium.
— Każdy gwiazdozbiór ma swoją nazwę i historię. Są, na przykład, takie gwiazdozbiory jak gwiazdozbiór smoka, żyrafy, ryb czy właśnie kasjopei. To kasjopeja jest moją opiekunką i ona mnie strzeże. Przynajmniej według mojej mamy.
— Jaka jest historia Kasjopei? — spytała złota.
— Ona ma dosyć ciekawą historię, ale nie uważam jej za taką świętą, jaką ją malują — zaczęła. — Była to kotka niezwykle urodziwa, jako najstarsza z miotu. Dodatkową dumę jej sprawiało poniżanie swoich sióstr, Ryb, które były pół wodnymi stworzeniami. Pewnego dnia zrobiła zawody, kto jest najprzystojniejszym kocurem, który mógłby zostać jej partnerem i ojcem jeszcze cudniejszego dziecka. Padło na Cefeusza, władcę cudownej wyspy, na której nigdy nie zaznawano zmartwień, który zaś stał się ojcem Andromedy, kotki, której wygląd rozświetlał nocne niebo, a jej sierść była biała, jak tarcza księżyca w pełni. Duma Kasjopei rozzłościła jej siostry, Ryby, które skradły jej córkę i uwięziły na podwodnej wyspie. Kasjopeja, jako samolubna królowa, którą zawsze była, wysłała Perseusza, znajomego pół-nadkota, by uratował Andromedę za nią. Ten nie tylko ją uratował, ale też i ją wziął sobie za partnerkę i z nią uciekł. Kasjopeja się jednak nie przejęła stratą córki i żyła szczęśliwie dalej. Zmarła ona w polu lawendy, a pośmiertnie razem z Cefeuszem trafili na nocne niebo pod postacią gwiazdozbiorów. Zresztą tak samo, jak Perseusz i Andromeda jakiś czas później — opowiadała liliowa, po czym łapą wskazała fragment nieba. — To tam widać konstelację kasjopei, te najjaśniejsze gwiazdy układają się w takie jakby schodki, tak to nazwała matka — Miodowa Łapa przyjrzała się i zastrzygła uszami.
— W domostwie Wyprostowanych jest coś takiego jak “schody”. Po nich wchodzi się wyżej, na inny poziom ziemi — odparła. — Poza tym, Kasjopeja brzmi jak pusta lala. W ogóle nie przypomina cię. Jesteś o wiele bardziej zdolna i sympatyczna! Ona pewnie umiała tylko być ładna — dodała, najpierw naburmuszona, a potem jej głos zmiękł, gdy zaczęła mówić o Jesionowej Łapie, która uśmiechnęła się ciepło.
— Dziękuję, Miodowa Łapo. Wiele to dla mnie znaczy. Bo wiesz… jednak Kasjopeja to moja patronka, więc zostałam niemal skazana na to, by wiecznie myśleć o tym, czy nie jestem może… no wiesz… próżna tak jak ona — westchnęła, a jej entuzjazm z lekka przygasł. Złota od lekko ją szturchnęła łapą.
— Hej, nie martw się, słoneczko. Tak jak powiedziałam, jesteś zdolna, bystra i kochana. Nie jesteś skazana, by być jak ta twoja “patronka”. W końcu jesteś sama swoja — podniosła ją na duchu. Jesionowej Łapie jakby kamień spadł z serca. Wtuliła pysk w futro na szyi Miodki.
— Dziękuję, że jesteś — wymruczała z wdzięcznością.
— Nie ma sprawy — chwilę siedziały jeszcze w ciszy, wpatrując się w niebo. Zielonooka szukała wzrokiem następnych gwiazdozbiorów, podczas gdy niebieskooka skuliła się w bochen i zaczęła się wpatrywać w taflę jeziora. Przez parę długich chwil trwała idealna cisza. Nie było niezręcznie, a wręcz przyjemnie.
— Wiesz, moimi ulubionymi kwiatami zawsze były lawendy — rzekła Jesionka. — Odkąd jestem w Klanie Wilka, nie znalazłam nigdzie żadnej. Tęsknię trochę za jej zapachem — wyjaśniła. Miodowa Łapa zastanowiła się przez moment, jakby szukając w pamięci, który to był kwiat.
— To ten taki wysoki fioletowy? O wielu kwiatkach na łodyżce? — dopytała się.
— Tak, dokładnie.
— W domostwie, gdzie mieszkałam, widziałam lawendę. Pani postawiła ją na szafie, trochę jakby ukrywała ją przede mną. Jednak szybko uschła.
— A właśnie, jak się mieszkało u ludzi? Moja matka niegdyś pozwalała się dokarmiać przez nich, gdy była Pora Nagich Drzew. Nie wspominała więcej.
— Bardzo przyjemnie się u nich mieszkało! Zawsze ciepło, spokojnie. Koty z zewnątrz też były i czasem z nimi pogadałam. Ale pewnego dnia pani przestała się pojawiać, a pan zaczął mnie gdzieś zabierać i zostawiać na całe dnie w takim dziwnym domu na kołach, a sam znikał. Raz tak coś zaryczało, że aż uciekłam do lasu… i skończyłam tu — opowiadała złota, a Jesionka się zastanowiła moment.
— Chciałabyś kiedyś wrócić?
— To… skomplikowane. Z jednej strony jak jestem tu, to ty też tu jesteś! I dużo innych, przyjaznych kotów. Ale dom u wyprostowanych był całkowicie bezpieczny. Ale w takim popłochu byłam przy ucieczce, że nie wiem, jak mogłabym wrócić. Jest, jak powinno być — wymruczała przekonująco. Widać było jednak, że coś jeszcze mogło kotkę gryźć w sercu.
— Zgadzam się. Czasu nie cofniemy, ale chociaż przyjemnie jest w klanie. Zwłaszcza z kimś tak sympatycznym u boku — odparła spokojnie.
— Jak dobrze, że siebie mamy, co nie, słoneczko? — dodała z uśmiechem, a pręguska przytaknęła z cichym pomrukiem zadowolenia.

<Jak dobrze, że jesteś, Miodowa Łapo.>

22 maja 2026

Od Miodowej Łapy CD. Jesionowej Łapy

Przeszłość

Ula siedziała na kocyku wyłożonym na parapecie, przyglądając się światu zza wielkiej szyby. Tuż obok niej stało parę roślin, jednak to nie one przykuwały jej główną uwagę. Ze względu na to, iż tutaj zazwyczaj najlepiej świeciło słońce, miło było jej wysiadywać to miejsce i grzać swoją skórę, nie martwiąc się tym samym podmuchami wiatru, które często hulały zza wielkiej bariery, oddzielającej ją od dworu. Mroźne pazury przynosiły ze sobą maleńkie kawałki, którymi obijały co jakiś czas o materiał. Momentami sprawnie psuły widoczność, co nie spodobało się mieszkańcom domostwa ogromnie, ale nie mogli poradzić na to zbyt wiele. Szczególnie że pora była już późna i raczej za niedługo mieli szykować się do snu. Drobne, jasne płatki śniegu sypały z nieba, oświetlane jedynie przez pobliską latarnię, która rzucała dość słabe, pomarańczowe promienie na każdą z drobinek i przy okazji skrawek gruntu, ponieważ jeszcze się łapał. Naokoło żarówki latała chmara owadów, które za wszelką cenę próbowały dosięgnąć “słońca”. Złota przyglądała się jednej z gałęzi drzewa tuż obok, które gdyby tylko mogło, to zaczęłoby napierać na jej dom. Liście tańczyły tak, jak im grały podmuchy Pory Nagich Drzew. Pulchna sroka przeskakiwała z jednej gałęzi na drugą, jakby doszukiwała się idealnego miejsca na założenie gniazda albo szukała czegoś konkretnego, czegoś, czego nie mogła dostrzec ani zrozumieć Ula. Kotka zaczęła naśladować charakterystyczny dźwięk, typowo kojarzony ze srokami – co prawda jej nie wychodziło to aż tak dobrze, jak samemu ptakowi, jednak nie zamierzała się poddawać. Łaciata, pierzasta istota odpowiadała jej dość głośno, terkocząc nieprzyjemnie, wręcz wrogo i lustrując ją swoimi małymi, guzikowatymi oczkami. Ciekawe, czy łaciata istota by się nabrała? I czy sama Ula miała ochotę na nią w ogóle zapolować, czy może testowała jedynie swoje do tej pory nabyte umiejętności? Nie była pewna oraz nie miała nawet wystarczająco czasu na to, by dobrze się zastanowić. Ptak zeskoczył z gałęzi, wzbijając się w powietrze i posyłając dookoła mały śnieżny kurz. Gdy odleciała, koteczka odprowadziła ją tęskno wzrokiem. Najprawdopodobniej nie uplecie tu sobie gniazda, właśnie ze względu na nią. Obecność kotki nie gwarantowała sroce żadnego bezpieczeństwa. Westchnęła cichutko pod nosem i odwróciwszy się, od razu spotkała się z ciepłą dłonią swojej właścicielki, która może chciała ją pocieszyć ze względu na nieudane łowy albo próbę komunikacji z drugim gatunkiem. Połasiła się o nią, przytykając łebek tuż pod i już uderzenie serca później poczuła, jak dłoń przejeżdża po jej głowie, a potem ląduje pod jej brodą, drapiąc ją przyjemnie. Gdy tylko Dwunożna musiała na chwilę odejść, żeby coś zrobić, złotofutra zamruczała głośno, domagając się więcej pieszczot. Po paru uderzeniach serca zerknęła na nią wielkimi oczkami, a następnie zeskoczyła ze swojego przytulnego miejsca, obdarzając dwójkę Wyprostowanych zaciekawionym spojrzeniem. Z uwagą układali coś na stole, który był zresztą udekorowany inaczej, niż zwykle. Malowało się na nim naprawdę wiele ozdób, które gdyby tylko zechciała, to by im mogła pozrzucać i miałaby możliwość przy okazji dobrze się przy tym pobawić! Jednak… ona nie była taka jak jej braciszek, Cyprian. Nie czerpała przyjemności ze sprawiania przykrości swoim właścicielom. Wierzyła w to, że jej brat nie robił tego specjalnie, tak naprawdę nie sądziła, że którykolwiek z jego czynów był nacechowany negatywnie, prawdopodobnie zwyczajnie nie wiedział, że niektóre jego decyzje mogły przynosić negatywne skutki, nie winiła go za to, byli wtedy przecież jeszcze kociętami, byli tacy młodzi. Tak naprawdę nie winiła go za nic. Czasami spotykała się z myślami, iż chciałaby się znów zobaczyć ze swoim rodzeństwem, ale wiedziała, że nie było to obecnie możliwe. Zerknęła na drzewko stojące w rogu. Było wyższe nawet od jej Dwunożnych. Sięgało prawie że sufitu, a gdyby je wystawili na zewnątrz, to by pewnie i samego nieba dosięgnęło. Zachwycona licznymi, zielonymi gałązkami, przyglądała mu się jeszcze przez jakiś czas, a końcówka jej ogona podrygiwała z podekscytowania.
Przysiadła tuż obok niego, trącając łapą spokojnie jedną z wielu kolorowych kulek. Przedmiot wydał głuchy, charakterystyczny dźwięk, zwracając na siebie uwagę Dwunogów. Kotka zrobiła to jednak na tyle delikatnie, że nawet nie udało mu się spaść, a zresztą jej celem nie było zrzucenie go, nawet jeśli mogło to wyglądać właśnie w ten sposób. Prawdopodobnie, gdyby szarpnęła mocniej, mogłaby za sobą pociągnąć całe drzewko, co wydawało się dla niej niezwykle strasznym, ewentualnym scenariuszem. Dwunożna podeszła do niej, po czym schyliła się i gdy wzięła ją na ręce, zaczęła palcami u dłoni udawać myszkę, co złota od razu podłapała, próbując dosięgnąć jej ręki łapami ze schowanymi pazurami. Gdy jej się wreszcie udało, polizała ją parokrotnie po skórze, mrucząc głośno.

***

— …No i potem poszłam za tamten róg, o tam — czarnofutra wskazała łapą przestrzeń, której Ula nie miała co prawda okazji zwiedzić, ponieważ nie była kotem wychodzącym, jednak pokiwała zachęcająco głową, żeby towarzyszka kontynuowała niezwykle ciekawą historię. — Nie uwierzysz, co tam znalazłam! — dopowiedziała jeszcze, jakby chciała zbudować między nimi konkretną atmosferę, na co złota przybrała zamyślony wyraz pyszczka. Powinna zacząć zgadywać.
— Pszczołę? Nie… nie… znalazłaś może… hmmm — podparła podbródek łapą i wreszcie zastrzygła wąsami, jakby ją olśniło. — Czy znalazłaś tam zabawkową myszkę? — zapytała, uśmiechając się delikatnie. Poruszyła ogonem spokojnie, czekając na odpowiedź przyjaciółki cierpliwie.
— Nie, ale jesteś blisko! Mianowicie odkryłam, że gnieżdżą się tam myszy. Było ich całe, małe stadko. Jestem zdziwiona, że wybrały sobie tak odkrytą przestrzeń na zakładanie rodziny. Zawołałam moją siostrę i wspólnie wybrałyśmy się w tamto miejsce z powrotem i gdy już miałam pochwalić się jej moim znaleziskiem, okazało się, że gniazdko jest zupełnie puste. A przysięgam, że gdy znalazłam je po raz pierwszy, to było wręcz przepełnione tłustymi myszami! — opowiadała, zawzięcie gestykulując, a Ula słuchała jej z uwagą, co jakiś czas kiwając spokojnie główką, dając jej w ten sposób znać, że ją nadal słucha.
— Bardzo lubisz myszy, prawda?
— Tak, są najlepsze. Momentami odnoszę wrażenie, że nawet lepsze, niż jedzenie od ludzi, które dostaję — odparła, kiwając ochoczo głową. Odruchowo oblizała wargi. Ula zmrużyła ślepia, zastanawiając się, czy bardziej wolała gryzonie, czy może ptactwo. Nie miała zbyt wielu okazji do polowania, więc musiała polegać na tym, co sypnęli jej właśnie Dwunożni. A jeśli już o nich mowa… do jej uszu doleciał charakterystyczny dźwięk obijania się przedmiotów o ceramiczną miskę.
— Muszę już iść, porozmawiamy później lub innym razem — pożegnała się ze swoją koleżanką ruchem ogona, po czym zeskoczyła ze swojego typowego miejsca i wycofała się w celu spożycia posiłku. Gdy tak chrupało jej pomiędzy zębami, myślała sobie, że dobrze było mieć takie życie, jakie miała ona obecnie. Co jakiś czas słyszała od odwiedzających ją kotów jakieś głosy o grupach, które żyły na własną łapę i miały swego rodzaju hierarchię. Uciekli od swoich Dwunożnych w celu założenia własnej, zbitej – lub i nie – społeczności. Ula nie potrafiła sobie tego wyobrazić, w końcu było jej tutaj taaak dobrze.

***

Teraźniejszość

Kwiaty kołysały się na wietrze, podpierane przez wysoko rosnące trawy, które próbowały najprawdopodobniej dosięgnąć samego słońca, oferującego im tak wiele przyjemnego ciepła. Pora Nowych Liści była przepiękna – pełno zieleni wszędzie wokół, śpiew ptaków, który przynosił spokój, przeganiając nierzadko natrętne myśli. Bzyczenie owadów również było trudne do zignorowania. Jak dobrze, że Miodowej Łapie nie przeszkadzały one szczególnie. Pokusiłaby się o stwierdzenie, że niektóre były wręcz słodkie. Przykładowo pszczoły. Czasami odnosiła wrażenie, iż jej futro przypominało trochę takie pszczoły. W końcu była ona pręgowana i złocista, a niektóre owady, jeśli tylko wleciały pod odpowiednim kątem pod promienie słońca, także przybierały taki lekko złoty albo i wręcz rdzawy odcień. Zamruczała na samą myśl. Szła u boku Wilczego Skowytu, który pewnym ruchem odgarniał wysoko rosnącą trawę, próbującą sięgnąć jego pyska i może nawet uderzyć go w niego. Ula czasami wspominała swoją kruczofutrą znajomą. Ciekawe, czy nadal wymykała się ze swojego domostwa tak często? Złotofutra nie mogła tego zrozumieć za dobrze. W końcu było im obydwóm tak dobrze wewnątrz. Może ciekawość pchała ją prosto za drzwi?
— Miodowa Łapo, słuchasz? — zapytał z lekkim zniecierpliwieniem Wilczy Skowyt. Uczennica spojrzała na niego wielkimi oczkami. Ach! Musiała znowu odpłynąć myślami za bardzo.
— T-tak… przepraszam. Czy mógłbyś powtórzyć? — poprosiła, poruszając niespokojnie ogonem. Brązowy kocur westchnął pod nosem jakby ze zmęczenia jej zachowaniem. Położyła po sobie uszka. — Nie chciałam cię zdenerwować.
Wojownik w odpowiedzi machnął łapą, nie chcąc już dłużej tego słuchać.
— Obowiązuje u nas kodeks wojownika. Prawdopodobnie słyszysz o nim pierwszy raz, a ja będę ci o nim jeszcze powtarzał, ponieważ musisz znać go na pamięć. Musisz mieć go w małym paluszku — zaczął, pokazując jej swoją łapę i próbując wysunąć jeden z palców. Speszył się, jednak gdy mu to nie wyszło. — Słuchaj uważnie. Zacznę od najważniejszych, chociaż wszystkie są równie istotne. Pierwsza to… “Broń swego klanu, nawet kosztem własnego życia. Możesz zawierać przyjaźnie poza granicami, ale twoja lojalność musi pozostać w klanie”. Oznacza to, że możesz znać koty z przykładowo Klanu Burzy, nie musisz skakać im do gardła, aczkolwiek nie zaleca się wchodzić z nimi w większe, bardziej istotne relacje. Samo przywitanie się i zapytanie o zdrowie, dajmy na to, na zgromadzeniu wystarczy. Zrozumiano? — upewnił się, dając jej chwilę na przyswojenie nowej wiedzy. Miodowa Łapa pokiwała głową. Wilczy Skowyt zauważywszy to, uśmiechnął się lekko.
— Dobrze. Następną jest “nie poluj na terenie innego klanu, ani na niego nie wkraczaj”. Obowiązują nas wszystkich granice, które patrolujemy każdego dnia i dbamy o to, żeby nikt ich przypadkiem nie przekroczył. Jeśli tylko ktoś się ośmieli, a w dodatku, broń Mroczna Puszczo, zapoluje na naszą zwierzynę, czekają ich konsekwencje. Jeśli chcesz, możesz bez wyrzutów sumienia urwać takiemu kotu uszy. Myślę nawet, że Zalotna Gwiazda by cię za to pochwaliła.
— To… to straszne! A co, jeśli ten kot by głodował? Czy nadal mam być taka okrutna? Czy nie sądzisz, że żyłoby wam się lepiej, gdybyście mieli w sobie mniej nienawiści względem drugiego kota? — zapytała ze zmartwieniem, a jej złote futro zafalowało na wietrze. Wilczy Skowyt uniósł jedną brew podejrzliwie.
— Jeśli chcesz zostać jedną z nas, nie może być u ciebie miejsca na wątpliwości. Musisz słuchać tego, co się do ciebie mówi i nie wolno ci tego podważać. Skoro ja tak mówię, to musisz się tego słuchać, ponieważ to ode mnie w głównej mierze zależy, czy zostaniesz wojowniczką. Na razie jeszcze długa droga przed tobą — odpowiedział jej nerwowo, na co Miodowa Łapa widocznie posmutniała. — Granice są u nas od zawsze i nie możemy tego zmienić tylko dlatego, że tego nie rozumiesz. Żyłaś całe życie jako pieszczoch, dlatego właśnie po to jestem ja – żeby nauczyć cię zwyczajów, które u nas panują od zarania dziejów. Jeśli kot by głodował, musiałby spróbować swojego szczęścia na terenach niczyich, a najlepiej na własnych. Nie możemy każdemu tak rozdawać zwierzyny, bo wtedy to my byśmy głodowali. Nikt by nam nie pomógł.
Miodowa Łapa spojrzała na swoje łapy, trochę zniechęcona. Nie miała na myśli tego, że mają od razu rozrzucać cały swój zapas, jednak czy aż tak wielką różnicę zrobiłaby im jedna nornica, czy dwie? Drugi kot by mógł dzięki temu przeżyć, a oni mieliby powód do dumy z siebie, że mają tak dobre serca. Dwójka zaczęła powoli kierować się z powrotem do azylu, na co Miodek nie zwróciła aż tak szczególnej uwagi, ponieważ pochłonęły ją myśli, jak mogłaby sprawić, żeby nie czuć się źle z decyzjami, jakie będzie musiała kiedyś podjąć, ponieważ Klan Wilka tego od niej oczekiwał.
— Koniec na dziś. Zapamiętaj te dwie zasady, a w razie pytań wiesz, gdzie mnie szukać. Jutro przedstawię ci resztę, więc bądź gotowa. Możesz sobie coś wziąć ze sterty — powiedział jej, zanim nie rozeszli się w obozie. Pożegnała go ruchem ogona, kierując się do sterty zwierzyny. Bardzo burczało jej w brzuchu, a w głowie lekko się kręciło z powodu głodu. Zauważywszy pręgowaną, jasną kotkę, na jej pysk od razu zakradł się szczery uśmiech. Mogła zawsze porozmawiać z Jesionową Łapą, ona ją zrozumie! Kotka wybrała sobie ze sterty królika, a gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, na pyszczek zielonookiej wkradło się rozpromienienie.
— Jesionowa Łapo, słoneczko, zjemy razem? — zapytała Miodek, sadowiąc się wygodnie obok uczennicy.
Liliowa pokiwała chętnie głową, przysuwając zdobycz bliżej złotej. Miodowa Łapa wzięła kęs zwierzyny, po czym przysunęła ją z powrotem do Wilczaczki.
— Miodowa Łapo, czego się dzisiaj nauczyłaś na treningu? Wyglądałaś na zmartwioną, gdy wróciłaś z treningu z Wilczym Skowytem. Był dla ciebie niemiły? — zaczęła dopytywać, widocznie martwiąc się o stan koteczki. Miodowa Łapa spuściła wzrok na zwierzynę u swoich łap.
— Wiesz… chyba niezupełnie rozumiem panujące tu zasady — uśmiechnęła się smutno, łapą zataczając kółka w gruncie. — Dowiedziałam się, że jeśli chciałabym pomóc głodującemu kotu, który nie należałby do Klanu Wilka, to bym nie mogła, ponieważ “tak po prostu tu jest i musisz się nas słuchać”. Ciężko mi w to uwierzyć, to… straszne. Nie potrafiłabym chyba zwyczajnie patrzeć na to, jak ktoś głoduje na moich oczach — zwierzyła jej się, a po chwili poczuła puchaty ogon na swoim boku, jakby w formie pocieszenia.

[2065 słów]
<Słoneczko, a co ty myślisz o tym całym kodeksie wojownika?>

[41%]

21 maja 2026

Od Jesionowej Łapy CD. Miodowej Łapy

Jesionowej Łapie znacznie było lżej, odkąd złożyła wizytę u Chudego Grzbietu; wreszcie się wysypiała i była pełna sił. Humor znacznie jej się poprawił i była ogółem gotowa do wszelkich obowiązków. Ostatnio wróciła do treningów walki. Tygrysia Noc był nie lada przeciwnikiem, lecz byłej samotniczce udawało się nadrabiać swoje braki w swoich technikach.
Pewnego popołudnia wybrała się na kolejny trening, ale tym razem nie był on sam na sam z Tygrysią Nocą, a razem z Miodową Łapą. Jesionce na pysku od razu się wymalowywał uśmiech na jej widok. Lubiła spędzać z nią czas, mile im się rozmawiało.
Gdy kotka dołączyła razem ze swoim mentorem, liliowej uczennicy ciepło na sercu się zrobiło. Zamruczała z uśmiechem, gdy złota podreptała do niej. Wysłuchała jej słów z uwagą, a na pytanie zadrżały jej wąsy z zastanowienia.
— Wilczy Skowyt? — Zerknęła szybko na kocura. — Niestety nie jestem jeszcze za bardzo zaznajomiona z tym, kto jest jaki. Jedynie powierzchownie. Raczej nie wiem zbyt wiele więcej od ciebie… — westchnęła cicho, trochę z zażenowania. Była w klanie już jakieś sześć księżyców i wciąż nie rozróżniała jednego kota od reszty.
— Oh, nic nie szkodzi! Nie przejmuj się tym — odparła z przekonaniem. — Byłam tylko ciekawa. — Uśmiechnęła się z pomrukiem pocieszenia.

* * *

Szaro-białe chmury się ciągnęły żmudnie po błękitnym niebie niedługo po niewielkich opadach. Skutecznie zasłaniały one części promieni słońca przed dostaniem się do ziemi osłoniętej przez płaszcz ze zwartej sieci gałęzi drzew. Jesionowa Łapa wróciła właśnie do obozu razem z Miodową Łapą po udanym treningu. Starsza kotka przedstawiła techniki walki, których nauczył ją jej ojciec, i poprawiła Tygrysia Noc. Uśmiechnięte wybrały sobie po zdobyczy ze sterty jedzenia. Liliowa pręguska wybrała mysz, a złota kotka wzięła kosa. Obie usiadły gdzieś w cieniu na uboczu obozu i zajęły się jedzeniem.
— Więc — zaczęła młodsza kotka. — Kto cię nauczył tak walczyć? Bo coś mówiłaś, że przed dostaniem się do klanu już umiałaś co nieco.
Na pytanie Miodki Jesionka przerwała jedzenie i zastrzygła uszami.
— To mój tata. On mnie nauczył. Tak jak resztę mojego rodzeństwa. Tyle że według niego to ja wśród nich miałam naturalny dryg do walki. No wiesz, głównie przez moje gabaryty.
— Miałaś rodzeństwo? Jeśli mogę spytać, słoneczko, jak mieli na imię?
— Andromeda i Cefeusz. Moja mama miała bzika na punkcie jakiejś wiary z takiego jakby ugrupowania, w którym była, zanim ją wygnali. Tak bardzo ją przypominam, że nazwała mnie swoim imieniem – Kasjopeja. Jednak często zwracano się do mnie per Kasjope, by oddzielić mnie od matki — opowiedziała, po czym wróciła do jedzenia swojej porcji jedzenia. Miodowej Łapie zabłyszczały oczy z ciekawości.
— Jakie piękne imię! Czemu nigdy mi nie mówiłaś o nim? Gdybym ja się tak kiedyś nazywała, na pewno bym się tym chwaliła! — Ucieszyła się, kładąc jedną łapę na swojej klatce piersiowej, a drugą na ramieniu srebrnej, jakby nie dowierzała.
— Nie mówiłam, bo raczej powinnam się wyrzec mojego pochodzenia samotniczego — odparła z uśmiechem, lekko zawstydzona. — Kasjopeja to jeden z gwiazdozbiorów na nocnym niebie. Kiedyś, jak będziesz chciała i będzie czyste niebo od chmur, mogłabym ci wskazać, który to — dodała, a towarzyszka westchnęła z zachwytu.
— Oczywiście, że bym chciała! Zawsze fajnie dowiadywać się nowych rzeczy, zwłaszcza od ciebie, słoneczko — zamruczała wesoło i otarła się pyszczkiem o bark Jesionowej Łapy, na co ta się uśmiechnęła szeroko.
— Miło mi, Miodku. — Zaśmiały się obie lekko i wróciły do posiłku.
Jeszcze trochę kotki sobie porozmawiały i podzieliły językami, a gdy wreszcie zmierzchło, poszły do legowiska, by wypocząć po udanym dniu.

<Miodowa Łapo? <3>