Podczas gdy kotka wracała z już drugiego tego dnia patrolu łowieckiego, pojedyncze i rzadkie jak mgła chmury ścigały się po błękitnym niebie, który od bliskiego zachodu słońca zaczął nabierać bladożółtych smug lekko nad horyzontem. Do uszu byłej samotniczki dobiegały wesołe trele ptactwa wypoczywającego w koronach drzew, a gdzieniegdzie widać było, jak drobne zwierzęta przelatywały z jednego drzewa na drugie, wydając donośny trzepot skrzydeł. Uczennica natychmiast rozpoznała wesoły śpiew kosa. Ten dźwięk kojarzył się jej z dawnym miejscem zamieszkania, jeszcze z rodziną. To tam, na czubkach drzew niedaleko ich legowisk, te czarne ptaki nawoływały niezwykle intensywnie. Ich trele i melodie zawsze wprowadzały ją w błogostan i nostalgię.
Gdy patrol znalazł się w obozie, liliowa pręguska odstawiła swoje dwie myszy i jednego skowronka na stertę. Wiosna naprawdę przyniosła ze sobą ogrom pożywienia. Przynajmniej każdy pójdzie spać najedzony. Wtedy podeszła do niej Miodowa Łapa. Na pyszczku miała wymalowany uśmiech i entuzjazm.
— Witaj, Słoneczko! — przywitała się wesoło, a na dźwięk jej słów Jesionowa Łapa się lekko spięła z niewyjaśnionego powodu. Nawet jeśli Miodka to zauważyła, nie dała tego po sobie poznać. — Od rana się nie widziałyśmy. Co sprawiło, że tak wcześnie znikłaś z legowiska?
— No, poranny patrol, potem parę obowiązków, a jeszcze potem dwa patrole łowieckie. Typowe… zajęcia rutynowe — starała się wytłumaczyć, lecz złota uczennica tylko zachichotała.
— Na spokojnie, nie mam ci nic za złe — wymruczała, kładąc łapę na piersi, jakby przysięgała na swój honor. Zielonooka uśmiechnęła się ciepło.
— Wiesz… myślałam trochę i co powiesz na oglądanie gwiazd dzisiejszej nocy? Niebo jest dziś przejrzyste i jestem pewna, że uda nam się zobaczyć wszystkie gwiazdozbiory. Tylko byśmy musiały się udać gdzieś, gdzie drzewa nie będą nam przeszkadzać w obserwacji… — zastanowiła się na moment.
— O rety, z chęcią pooglądam z tobą gwiazdy! — podekscytowała się, a jej wąsy zadrżały ze szczęścia. — Co powiesz na ten brzeg jeziora zaraz za obozem? Jest blisko, więc jestem pewna, że ktoś na pewno pozwoli nam tam pójść! — jej niebieskie oczy wręcz błyszczały, jak te gwiazdy, entuzjazmem i dreptała z łapy na łapę, jakby już ją swędziały, by wybiec poza obóz.
— Możemy się zapytać Tygrysiej Nocy — wymruczała liliowa, obdarowując Miodową Łapę ciepłym spojrzeniem, a ta kiwnęła głową i rozejrzała się wokoło, zapewne szukając kocura wzrokiem, a Jesionka poszła jej śladem. Akurat wtedy mentor wynurzył się z legowiska wojowników. Obie kotki podeszły do niego w paru zgrabnych susach.
— Hej, Tygrysia Nocy, mamy pewne pytanie — zaczęła złota uczennica, a kocur nadstawił uszu z zaciekawieniem.
— Tak?
— Chciałabym razem z Miodową Łapą wyjść na brzeg jeziora za obozem w nocy. Pooglądać gwiazdy — dodała szybko Jesionowa Łapa.
— Obserwacje gwiazd, hm? — uśmiechnął się rudzielec. — Tylko we dwójkę i tylko na brzeg? — dopytał się dla pewności.
— Tak, chciałabym poopowiadać jej co nieco o tym, co opowiadała mi moja mama na temat gwiazdozbiorów. A mam dużo do przekazania — doprecyzowała, a Miodka jej przytaknęła. Kocur zastanowił się chwilę.
— Dobrze. Załatwię sobie wartę na noc i dopilnuję, byście na pewno wróciły — oznajmił, a kotki się uśmiechnęły.
— Dziękujemy, Tygrysia Nocy! — niebieskooka wymruczała, a Jesionowa Łapa kiwnęła głową z wdzięczności.
***
Gdy wreszcie zapadł zmrok, a kocur wszedł na nocną wartę, kotki udały się nad jezioro. Gdy szły, Miodowa Łapa położyła swój ogon na boku koleżanki, trochę by się nie zgubić, a trochę by ogrzać ją swoim gęstym i puchatym futrem. Noce wciąż były chłodne, ale większej kotce to niespecjalnie przeszkadzało. Wyczuła jednak niewielkie drżenie złotej kotki, jakby mimo gęstej sierści wciąż doskwierało jej zimno, a może podekscytowanie. Młodsza spojrzała w górę na pyszczek liliowej z szerokim uśmiechem.
— W końcu spędzimy trochę czasu same — zachichotała, na co Jesionce się zrobiło ciepło na sercu. Miała rację; jak na razie to one były razem tylko wśród innych kotów. Teraz mogły się rozgadać na całego.
— Fakt — wymruczała wesoło w odpowiedzi. Wtedy też skończyły się drzewa, a ziemia zaczynała tonąć w wodzie. Liliowa zanurzyła w niej łapę, jakby kontemplując. Gdy Miodka się przyjrzała jej ruchowi, Jesionowa Łapa szybko prysnęła jej kroplami po pyszczku i obie się zaśmiały, podczas gdy złota się otrzepywała.
— Hej! Tak nie ładnie! — parsknęła figlarnie i rzuciła się na większą kotkę, która z zaskoczenia upadła pod jej ciężarem.
Zaczęły się siłować, turlając się na boki, aż nie skończyły niemal w wodzie. Miodowa Łapa wzięła górę nad koleżanką i obie się zaśmiały.
— Jesteś coraz lepsza.
— Dziękuję, słoneczko — uśmiechnęła się i wypuściła liliową, która podniosła się na łapy i się otrzepała. — To dalej, opowiadaj mi o tych gwiazdeczkach.
Obie usiadły na brzegu, mając idealny widok na nocne, rozgwieżdżone niebo. Gdzieś z tyłu było słychać świerszcze, a spokojna tafla jeziora odbijała każdy świecący punkt na niebie, podczaspodczas gdy półksiężyc się po nim powoli wspinał. W oddali słyszalne było pohukiwanie sowy, jakby ogłaszając wszem wobec, że akurat tam jest jej terytorium.
— Każdy gwiazdozbiór ma swoją nazwę i historię. Są, na przykład, takie gwiazdozbiory jak gwiazdozbiór smoka, żyrafy, ryb czy właśnie kasjopei. To kasjopeja jest moją opiekunką i ona mnie strzeże. Przynajmniej według mojej mamy.
— Jaka jest historia Kasjopei? — spytała złota.
— Ona ma dosyć ciekawą historię, ale nie uważam jej za taką świętą, jaką ją malują — zaczęła. — Była to kotka niezwykle urodziwa, jako najstarsza z miotu. Dodatkową dumę jej sprawiało poniżanie swoich sióstr, Ryb, które były pół wodnymi stworzeniami. Pewnego dnia zrobiła zawody, kto jest najprzystojniejszym kocurem, który mógłby zostać jej partnerem i ojcem jeszcze cudniejszego dziecka. Padło na Cefeusza, władcę cudownej wyspy, na której nigdy nie zaznawano zmartwień, który zaś stał się ojcem Andromedy, kotki, której wygląd rozświetlał nocne niebo, a jej sierść była biała, jak tarcza księżyca w pełni. Duma Kasjopei rozzłościła jej siostry, Ryby, które skradły jej córkę i uwięziły na podwodnej wyspie. Kasjopeja, jako samolubna królowa, którą zawsze była, wysłała Perseusza, znajomego pół-nadkota, by uratował Andromedę za nią. Ten nie tylko ją uratował, ale też i ją wziął sobie za partnerkę i z nią uciekł. Kasjopeja się jednak nie przejęła stratą córki i żyła szczęśliwie dalej. Zmarła ona w polu lawendy, a pośmiertnie razem z Cefeuszem trafili na nocne niebo pod postacią gwiazdozbiorów. Zresztą tak samo, jak Perseusz i Andromeda jakiś czas później — opowiadała liliowa, po czym łapą wskazała fragment nieba. — To tam widać konstelację kasjopei, te najjaśniejsze gwiazdy układają się w takie jakby schodki, tak to nazwała matka — Miodowa Łapa przyjrzała się i zastrzygła uszami.
— W domostwie Wyprostowanych jest coś takiego jak “schody”. Po nich wchodzi się wyżej, na inny poziom ziemi — odparła. — Poza tym, Kasjopeja brzmi jak pusta lala. W ogóle nie przypomina cię. Jesteś o wiele bardziej zdolna i sympatyczna! Ona pewnie umiała tylko być ładna — dodała, najpierw naburmuszona, a potem jej głos zmiękł, gdy zaczęła mówić o Jesionowej Łapie, która uśmiechnęła się ciepło.
— Dziękuję, Miodowa Łapo. Wiele to dla mnie znaczy. Bo wiesz… jednak Kasjopeja to moja patronka, więc zostałam niemal skazana na to, by wiecznie myśleć o tym, czy nie jestem może… no wiesz… próżna tak jak ona — westchnęła, a jej entuzjazm z lekka przygasł. Złota od lekko ją szturchnęła łapą.
— Hej, nie martw się, słoneczko. Tak jak powiedziałam, jesteś zdolna, bystra i kochana. Nie jesteś skazana, by być jak ta twoja “patronka”. W końcu jesteś sama swoja — podniosła ją na duchu. Jesionowej Łapie jakby kamień spadł z serca. Wtuliła pysk w futro na szyi Miodki.
— Dziękuję, że jesteś — wymruczała z wdzięcznością.
— Nie ma sprawy — chwilę siedziały jeszcze w ciszy, wpatrując się w niebo. Zielonooka szukała wzrokiem następnych gwiazdozbiorów, podczas gdy niebieskooka skuliła się w bochen i zaczęła się wpatrywać w taflę jeziora. Przez parę długich chwil trwała idealna cisza. Nie było niezręcznie, a wręcz przyjemnie.
— Wiesz, moimi ulubionymi kwiatami zawsze były lawendy — rzekła Jesionka. — Odkąd jestem w Klanie Wilka, nie znalazłam nigdzie żadnej. Tęsknię trochę za jej zapachem — wyjaśniła. Miodowa Łapa zastanowiła się przez moment, jakby szukając w pamięci, który to był kwiat.
— To ten taki wysoki fioletowy? O wielu kwiatkach na łodyżce? — dopytała się.
— Tak, dokładnie.
— W domostwie, gdzie mieszkałam, widziałam lawendę. Pani postawiła ją na szafie, trochę jakby ukrywała ją przede mną. Jednak szybko uschła.
— A właśnie, jak się mieszkało u ludzi? Moja matka niegdyś pozwalała się dokarmiać przez nich, gdy była Pora Nagich Drzew. Nie wspominała więcej.
— Bardzo przyjemnie się u nich mieszkało! Zawsze ciepło, spokojnie. Koty z zewnątrz też były i czasem z nimi pogadałam. Ale pewnego dnia pani przestała się pojawiać, a pan zaczął mnie gdzieś zabierać i zostawiać na całe dnie w takim dziwnym domu na kołach, a sam znikał. Raz tak coś zaryczało, że aż uciekłam do lasu… i skończyłam tu — opowiadała złota, a Jesionka się zastanowiła moment.
— Chciałabyś kiedyś wrócić?
— To… skomplikowane. Z jednej strony jak jestem tu, to ty też tu jesteś! I dużo innych, przyjaznych kotów. Ale dom u wyprostowanych był całkowicie bezpieczny. Ale w takim popłochu byłam przy ucieczce, że nie wiem, jak mogłabym wrócić. Jest, jak powinno być — wymruczała przekonująco. Widać było jednak, że coś jeszcze mogło kotkę gryźć w sercu.
— Zgadzam się. Czasu nie cofniemy, ale chociaż przyjemnie jest w klanie. Zwłaszcza z kimś tak sympatycznym u boku — odparła spokojnie.
— Jak dobrze, że siebie mamy, co nie, słoneczko? — dodała z uśmiechem, a pręguska przytaknęła z cichym pomrukiem zadowolenia.
<Jak dobrze, że jesteś, Miodowa Łapo.>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz