Przeszłość
Próbowała jakoś się wytłumaczyć z przypadkowego wpadnięcia na wojowniczkę, lecz tak naprawdę nieco jej mowę odjęło, kiedy ta zaczęła się zwracać do niej w męskiej formie. Nigdy nikt tak się do niej nie wracał, jednak jakoś… nie przeszkadzało jej to. Fakt, czuła się niecodziennie z tą świadomością, ale i niespodziewanie dobrze? Jakby coś wewnątrz niej przeskoczyło, niespodziewanie i równie cicho, niczym delikatny wiatr niosący zapowiedź wielkich zmian.
Żółte oczy nieśmiało powędrowały za oddalającą się już Wąsatką. Uczennica nie chcąc się narażać na jeszcze większy gniew starszej, ruszyła z dotychczasowego miejsca i prędko ją dogoniła. Do legowiska medyków jednakże nie weszła, woląc pozostać przed, by nie zakłócać powrotu do zdrowia innych kotów, które faktycznie musiały przebywać w norze — nie to, co ona, nieproszony gość, który został tu zaciągnięty jedynie z woli córki zastępcy.
— No, więc gdzie się tak śpieszyłeś, że musiałeś we mnie wlecieć? — zagaiła, dalają się wraz z uczniem od lecznicy.
— Ja… Cóż… — zaczęła, kierując swój wzrok na wielokolorowe łapy. — Chciałem się udać do starszyzny… — przyznała po krótkiej chwili.
Kiedy uświadomiła sobie, co powiedziała, momentalnie stanęła w miejscu. Szeroko otwartymi oczami, wpatrywała się w pazury, które nieświadomie wysunęła i teraz wbijała głęboko w ziemię pod sobą. Czy ona naprawdę ot tak zaczęła mówić w męskiej formie? Przecież była kotką! Więc dlaczego? Dlaczego jej umysł stwierdził, że dobrym pomysłem będzie kontynuowanie tego, co narzuciła przypadkowo Wąsatkowy Ruczaj? Nie była kocurem, by się zwracać w ten sposób! Była tej samej płci, co Kryształek i biało-czarna wojowniczka, która teraz uważnie jej się przyglądała.
— Coś się stało? — spytała Wilczaczka, zdając się nieco zaniepokojona lub przejęta obecnym stanem uczennicy.
— Chciałem powiedzieć…! Znaczy, chciałam, tak, chciałam! — powiedziała, z trudem opanowując panikę, która powoli przejmowała jej drobne ciało. — Wybacz, muszę iść! — dodała i nie przejmując się teraz możliwymi konsekwencjami, czmychnęła do legowiska starszyzny.
Dawni wojownicy początkowo spojrzeli na nią zdziwieni — a przynajmniej ci, co mogli.
— Coś się stało Zwęglona Łapo? — spytała jako pierwsza Srebrzysta Łuna.
— Tak, znaczy nie! Już sama nie wiem… — mówiła nadal ogarnięta paniką i natłokiem myśli.
— Wdech i wydech — polecił spokojnie biały kocur, który w spokojnym rytmie zaczął oddychać wraz z młódką.
— Dziękuję Ci Blade Lico — podziękowała, wchodząc w głąb legowiska, by następnie podejść do Trzcinniczkowej Dziupli, ówcześnie informując go o swojej obecności blisko niego oraz mówiąc, co będzie robić. Arlekin coś jedynie na to mruknął pod nosem, pozwalając uczennicy na przegląd swojej sierści w poszukiwaniu możliwych kleszczy.
— Wszystko dobrze? — Pytanie ze strony szylkretki na nowo rozbrzmiało.
— Tak, po prostu spanikowałam w czasie rozmowy z Wąsatkowym Ruczajem — odparła, posyłając starszej nieco niemrawy uśmiech.
«★»
Obecnie
Od stresującej rozmowy z Wąsatkowym Ruczajem minęło trochę czasu, a dymna starała się unikać starszej, nie chcąc na nowo powracać do natłoku myśli, którego wtedy doświadczyła. Od tamtego momentu nie zdarzyło się już mówić w męskich zaimkach, dzięki czemu powoli zapominała o tym, dusząc głęboko w sobie cichutki głos, który pojawił się niedługo po tamtym dniu. Kukułka zyskała nieco na pewności siebie, lecz nadal ulegała namowom siostry lub innych Wilczaków, które mogłyby ściągnąć na nią gniew zastępców czy też samej liderki.
Górujące słońce z każdym dniem powoli coraz bardziej zaczynało dawać się we znaki, nawet jeśli w większości tereny Klanu Wilka były porośnięte wysokimi i rozłożystymi drzewami. Parne powietrze często wisiało nisko ziemi, oblepiając płuca i drogi oddechowe wojowników, sprawiając, że temperatura w odczuciu była znacznie wyższa niż w rzeczywistości. Szylkretka właśnie miała wychodzić z obozu, by zapolować na jakieś zwierzęta, którym nie było straszne słońce na niebie, gdy została zatrzymana przez głos, który odbił się echem w jej głowie. Od razu cała zesztywniała, doskonale wiedząc, kto jest właścicielem tego wołania. Spięta odwróciła się na pięcie, by ujrzeć Wąsatkowy Ruczaj, która właśnie zmierzała w jej stronę.
“Niech Klan Gwiazdy ma mnie w opiece” — pomyślała, czekając w napięciu, aż wojowniczka podejdzie wystarczająco blisko.
— Mogę się dołączyć? — spytała od razu, nie tracąc czasu na uprzejmości, których raczej nie musiała stosować, w końcu była córką samego zastępcy, więc to inni powinni się odnosić do niej z należytą uprzejmością.
— J-jasne — wydukała, przepuszczając starszą w przejściu.
— No, to powiedz mi, czemu mnie unikasz? — Pytanie to padło niczym grom z jasnego nieba. Czarno-biała nawet nie dała chwili młodszej po opuszczeniu azylu klanu.
— Nie unikam Cię…! — zaprzeczyła, choć raczej nie brzmiała na przekonująco. — No dobra, może unikam, ale… Od tamtej rozmowy jakoś nie czułam się sobą… Nawet nie wiem, czemu powiedziałam w innej formie niż zwykle, przecież nie jestem kocurem!
<Wąsatkowy Ruczaju?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz