Jakiś czas przed mianowaniem na ucznia
Księżycek leżał spokojnie wtulony w matkę z przymkniętymi senni oczyma. Żłobek spowijał spokój. Pozostałe kocięta spały i zapowiadało się, że biały kocurek również zasypiał. Nie był jednak w stanie, słysząc niespokojne bicie serca swojej matki. Przed kilkunastoma odbiciami serca wróciła do żłobka. Białofutry natychmiast przylepił się do matki, patrząc na nią zmartwionymi oczkami. Widząc wzrok matki, będący pełen złości i zawodu, zaskomlał cicho.
— Mamusiu? Co się stało? To moja wina? — zapytał, liżąc mamę troskliwie drobnym języczkiem w poliku. — Nie denerwuj się — miauknął i połaskotał Jaskółkę pędzelkiem w policzek.
— Nie… Jest dobrze — odmruknęła tylko i uśmiechnęła się zmęczona. — Zaraz przyjdzie do nas babcia, dobrze? — miauknęła, poprawiając futerko kocięcia.
— Babcia Puszcza! — zawołał radośnie, a jego duże, niebieskie oczka zaświeciły oczka.
Księżycek uwielbiał babcię Borsuk. Była taka poważna i dumna, a biały z całą pewnością uwielbiał jej słuchać, chociaż niezbyt wiele z jej opowieści zostawało faktycznie w jego głowie. Z reguły tylko słuchał, radośnie tuptając łapkami, a faktyczna wiedza przemykała gdzieś bokiem. Tym razem najwyraźniej miało być tak samo, jednak zmartwiony wzrok matki mówił maluchowi, że tym razem powinien słuchać. Faktycznie słuchać. A co więcej, przynajmniej udawać, że rozumiał. Gdy przyszła starsza kotka, usiadł w pobliżu mamy i spojrzał bokiem na Kryształkę i Kukułkę. Obie kotki spały głęboko, cicho pochrapując. Zamrugał oczami i uśmiechnął się ciepło w stronę Borsuczej Puszczy.
— Dzień dobry babciu! — miauknął radośnie, podchodząc do kotki, aby przywitać się z nią przytulasem.
Starsza, jak zwykle nie odwzajemniła gestu, położyła jedynie łapę na głowie młodszego i czekała aż odsunie się sam. Długofutry nie za bardzo wiedział, dlaczego to robiła i nie chciała go przytulić, mimo to nigdy się nie poddawał. Usłyszał opowieści. Babcia opowiadała mu ściszonym głosem i świetności naszych przodków będących w Miejscu, Gdzie Brak Gwiazd. Księżycek, choć zafascynowany tą opowieścią nie wydawał się zbyt wiele zrozumieć. Kiwał tylko posłusznie główką, udając, że docierały do niego słowa Borsuk.
Dzień przed mianowaniem na wojownika
Przez ostatnie kilka dni trening Księżycowej Łapy wydawał się bardziej intensywny niż zwykle. Kocimiętkowy Wir bez przerwy wyciągała swojego ucznia poza obóz, aby ćwiczyć nowe ruchy, dzięki którym ponoć miał umieć swobodnie pokonać swojego przeciwnika. I choć ćwiczył on głównie z Garbatą Łapą, nie mógł zarzucić swojej mentorce braku wiedzy. W rzeczywistości pomimo tak beznadziejnego oponenta pokazywały się jakieś efekty tych walk. To właśnie według nich, a także wytężenia jego mięśni w ciągu ostatnich kilku dni, Księżycowa Łapa stwierdził, że musiał nadchodzić czas jego mianowania. To był także moment, w którym wziął sobie do serca słowa wszystkich jego bliskich i postanowił przebrnąć przez ten czas aż do swojego mianownika na wojownika. Wydawało się mu, że wymagano od niego więcej niż przeciętnego ucznia. Może było to jednak tylko przez fakt, że był słaby, a jego trening istnie mizerny? Uczniowi pozostawało tylko zgadywać odpowiedź na to pytanie. Bez przerwy próbował zrozumieć to, co wszyscy chcieli mu przekazać. Słyszał wiele plotek na swój temat, a także na temat Jaskółczego Ziela. Słyszał, że miał być doskonałym, przydatnym potomkiem, który będzie niczym dar zesłany od Miejsca, Gdzie Brak Gwiazd. Kocur nie był w stanie nawet nazwać innej wiary niż ta, o której opowiadała mu babunia, gdy jeszcze był małym kocięciem. Nie słyszał nawet nigdy o Klanie Gwiazdy, chyba że od innych pobratymców. Dla Księżycowej Łapy brzmiało to jednak nieco nieprawdziwie. Ostatecznie wiara została mu nadana i nie planował zmieniać swojego losu, bo ot, tak sobie to wymarzył. Poza tym ostatnimi czasy nie miał nawet czasu zbyt wiele myśleć nad takimi błahostkami jak Klan Gwiazdy. Myśli zaprzątały mu najczęściej treningi, czasem przeplatane z krótkimi rozmyślaniami na temat rozmów z innymi. Zastanawiało go przede wszystkim czy rzeczywiście był słaby. Czy ucznia, który przykładał się do swoich treningów, lecz nie osiągał w nich ogromnych sukcesów, można było nazwać beznadziejnym? Przez własny móżdżek nie był nawet w stanie porządnie sypiać w nocy. Poprzednia noc była szczególnie ciężka, gdyż na zewnątrz była burza, której kocur bał się, pomimo swojego wieku. Czy to również była oznaka słabości? Czy strach był zły? Nie był w stanie odpowiedzieć na wszystkie swoje pytania. Cieszył się, gdy pani Wirek pozwoliła mu na skończenie trochę szybciej. Dlatego słońce nie zdążyło jeszcze porządnie zejść z nieboskłonu, w Księżycek już dawno pochrapywał w swoim legowisku.
Aktualnie
Księżycową Łapę zżerał stres. Zdążył już wykopać niewielki dołek obok legowiska uczniów, a to wszystko przez to, że wstał odrobinę zbyt wcześnie na swoje mianowanie. Dlatego siedział zaraz obok tej dziury z nadzieją, że magicznie się w niej znajdzie, a która go zakopie. Ufał jednak, że może tam zostaną jego zmartwienia i całe nerwy. Nie udało się to, choć kopanie i umorusane białych łapek dały mu swego rodzaju poczucie zrelaksowania. Zrobił porządek dookoła siebie, a w końcu wymył dokładnie białe futerko. Gdy było wystarczająco czyste i niemal lśniące uznał, że był w pełni gotowy. Po chwili koty zaczęły wychodzić ze swoich legowisk, aby wspólnie spotkać się przy Miejscu Przemówień. Szylkretka wywołała z tłumu jakiegoś kota, a Księżycowa Łapa dosyć szybko rozpoznał w nim swoją byłą towarzyszkę. Pamiętał, ile czasu spędzał z cętkowaną jako kocię i że właściwie wychował się z nią i jej siostrą Kukułką. Musiał więc najpierw ochłodzić swoje emocje. Wiedział, że to nie było miejsce na litość czy pobłażania. Jeśliby nie wygrał, musiałby zmierzyć się z innym uczniem lub gorzej, z Kocimiętkowym Wirem. Nie sądził, aby kiedykolwiek dal sobie radę z pokonaniem Mistrzyni swojego klanu. Biały nie mógł jednak stwierdzić, że znajomość Kryształowej Łapy nie była mu przydatna. Znał kilka jej słabości i mógł zagrać odrobinę nieczysto, aby wygrać. Faktycznie wygrać, wygrać łatwiej. Niebieskookiego przeszły dreszcze z ekscytacji. Uśmiechnął się, a słysząc kolejne słowa Zalotnej Gwiazdy, zbliżył się do kotki, spodziewając się pierwszego ataku z jej strony. Gdy ta jednak nie zdecydowała się na cios, uśmiechnął się ni ciepło, ni to złośliwie. Zakasłał cicho i ujrzał panikę w oczach kotki. W jego ślepiach można było za to ujrzeć radosny błysk. Zaatakował kotkę i bez problemu ja pokonał. Próbowałam się bronić, lecz na marne. Plan kocura był wystarczająco dobry. Zalotna Gwiazda przyglądała się obydwóm, po chwili kiwając głową. Księżycek wypiął dumnie pierś i uśmiechnął się. Wcale nie był słaby.
— No dobrze, przejdźmy do mianowania — zaczęła po krótkiej ciszy szylkretka. — Ja, Zalotna Gwiazda, przywódczyni Klanu Wilka, wzywam moich walecznych przodków, aby spojrzeli na tego ucznia. Trenował pilnie, by zdobyć doświadczenie niezbędne do ochrony klanu i jego członków. Polecam go wam jako kolejnego wojownika. Księżycowa Łapo, czy przysięgasz przestrzegać praw nadanych przez twojego przywódcę i chronić swój klan nawet za cenę życia? — wypowiedziała swoją regułkę, wpatrując się w oczy ucznia.
— Przysięgam — Księżycową Łapę niemal przeszły ciarki, jednak po zamknięciu na chwilę oczu, był już prawie całkowicie spokojny.
— Mocą naszych potężnych przodków nadaję ci imię wojownika. Księżycowa Łapo, od tej pory będziesz znany jako Rozbity Księżyc. Klan ceni twoją zwinność i umiejętności tropienia oraz wita cię jako nowego wojownika Klanu Wilka — mruknęła jeszcze, a po chwili wróciła do swojego legowiska.
Rozbity Księżyc słyszał za to jeszcze wiele wiwatów na swoją cześć, a także wiele gratulacji. Był to również moment, gdy rozmawiał z matką pierwszy raz od rozpoczęcia treningu na ucznia wojownika. Od kotki również dostał gratulacje, jednak musiał stwierdzić, że nic dla niego nie znaczyły. Pokiwał tylko głową i posłał kotce nieszczery uśmiech.
— Mogę być, kimkolwiek chcesz, ale po tym nie nazywaj się moją matką — burknął bardzo cicho, nie będąc nawet pewnym, czy kotka usłyszała jego słowa.
[1199 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz