Teraz kotki wpatrywały się w siebie podejrzliwie, jakby bawiły się w to, która pierwsza mrugnie. W końcu Rohan wzięła głęboki wdech i mruknęła:
— A co powiesz na spacer po obozie... pod nadzorem taty? — zaproponowała młódce, uśmiechając się lekko. — W ten sposób będziemy mieć pewność, że nic ci się nie stanie, a ty będziesz mogła trochę pozwiedzać tutejsze zakamarki!
Czarno-ruda nie chciała jednak tego słuchać. Gdy tylko mama wspomniała o tacie, prychnęła i odwróciła łepek od Rohan, udając oburzoną.
— Nie będę chodzić z tatą po obozie! To wstyd! — oznajmiła, gniewnie uderzając końcówką ogona o ziemię. — Albo pozwolisz mi pospacelować samemu, albo ucieknę pod twoją nieuwagę! — dodała, ponownie spoglądając na matkę.
— Nie, nie. To ja tu stawiam warunki! Albo pójdziesz z tatą, albo nie pójdziesz wcale — mruknęła Rohan, powoli kręcąc głową.
Wtedy Smok zrozumiała, że nawet jeśli wyjdzie ze żłobka z Gondorem, i tak będzie w stanie od niego zwiać. W jednej chwili zmieniła więc zdanie.
— No... dobze! Mogę wyjść z tatą — prychnęła, jakby od niechcenia, po czym podniosła się z miejsca i rozejrzała po żłobku.
Trochę czasu minie, nim białofutry zjawi się w kociarni, więc musiała czymś się zająć.
Uznała, że dobrym pomysłem będzie w końcu zapoznanie się z nowymi towarzyszami ze żłobka. Niestety większość z nich właśnie ucinała sobie drzemkę — poza jednym. Był to czekoladowy kocurek o żółtych ślepiach, który siedział pośród swojego śpiącego rodzeństwa.
Smok podeszła do niego, nawet niespecjalnie starając się nie obudzić pozostałej trójki.
— Cześć! Jak ci na imię? — zapytała od razu, jednak nie czekając na odpowiedź kocurka, kontynuowała: — Ja się nazywam Smok! Fajnie, plawda? Nie wiem, co to słowo oznacza, ale na pewno coś lównie potężnego, jak ja! — zaczęła się przechwalać. — Wiesz, że już udało mi się uciec ze żłobka? Widziałam, co takiego znajduje się poza jego ścianami! Och, jak było niebezpiecznie! Gdy tylko wysunęłam nos z kocialni, pzeleciał pzede mną taki oglomny ptak! Z długimi szponami i ostlym dziobem! — kontynuowała, dumnie wypinając pierś. — Plawie mnie złapał, ale i tak poszłam dalej! I wtedy spotkałam oglomnego lisa! I wspięłam się na jego plecy! — mówiła dalej, a w jej oczach błyszczała ekscytacja. — Niestety... później TWOJA mama mnie od niego zablała! — fuknęła gniewnie w stronę czekoladowego, marszcząc nosek.
— Huh? — odparł kocurek, wyraźnie nie nadążając za opowieścią Smok. — Ja... Ja mam na imię Gończyk — mruknął w końcu, po czym przechylił głowę. — A ty... naprawdę widziałaś lisa? W takim razie opowiedz mi, jak wygląda! — zażądał.
Szylkretka otworzyła szeroko oczy.
— Jak wygląda? No, cóż...
Nim jednak zaczęła go opisywać, w żłobku rozległ się znajomy głos. To tata zawitał w progach kociarni!
— Ja muszę już spadać! Ja wychodzę ze żłobka, a ty się dalej w nim malnuj! — zachichotała, wystawiła Gończykowi język, po czym pobiegła do Gondora.
Uderzyła w jego przednią łapę i zaczęła pchać ją do przodu.
— Tato! Tato! Ja chcę na zewnątz! Mama się zgodziła! — mówiła, jednocześnie próbując wypchnąć Gondora poza kociarnię.
— Dobrze, już idziemy... — mruknął białofutry, ruszając z miejsca.
Biedaczek nie miał nawet czasu przywitać się z partnerką i resztą swoich pociech, bo Smok nie dawała mu ani chwili spokoju.
Gdy znalazła się w obozie, od razu rozejrzała się wokół, wypatrując nowej ofiary, która mogłaby zabrać ją poza azyl. Tak bardzo skupiła się na poszukiwaniach, że odeszła nieco dalej od swojego taty. Ten natychmiast przytrzymał ją łapą i przysunął bliżej siebie, obawiając się, że kotka zaraz znowu ucieknie.
— Daj mi spokój! — fuknęła szylkretka, zirytowana zachowaniem ojca.
Już miała kontynuować obrażanie starszego, gdy nagle tuż obok przemknęła czarnofutra kotka o zabawnych uszach. Smok natychmiast wysunęła pazurki i podbiegła do niej, uczepiając się jej tylnej łapy.
— Ty! Plędko! Poza obóz! — powiedziała, zanim uczennica zdążyła się zatrzymać, zaskoczona.
— Oj nie, nie tym razem! — rozległ się głos białofutrego kocura, który szybko dogonił czarnofutrą kotkę, do której przyczepiona była jego latorośl. — Nie zmusisz kolejnego ucznia do tego, by pokazał ci tereny Owocowego Lasu!
Szylkretka pokazała mu język, jednak widząc jego rozgniewane spojrzenie, szybko puściła łapę starszej kotki i wróciła do ojca.
Nim jednak uczennica zdążyła odejść, Smok rzuciła w jej stronę:
— Ej, a czemu ty masz takie dziwne uszy? — zapytała, mrużąc podejrzliwie ślepia.
— A co powiesz na spacer po obozie... pod nadzorem taty? — zaproponowała młódce, uśmiechając się lekko. — W ten sposób będziemy mieć pewność, że nic ci się nie stanie, a ty będziesz mogła trochę pozwiedzać tutejsze zakamarki!
Czarno-ruda nie chciała jednak tego słuchać. Gdy tylko mama wspomniała o tacie, prychnęła i odwróciła łepek od Rohan, udając oburzoną.
— Nie będę chodzić z tatą po obozie! To wstyd! — oznajmiła, gniewnie uderzając końcówką ogona o ziemię. — Albo pozwolisz mi pospacelować samemu, albo ucieknę pod twoją nieuwagę! — dodała, ponownie spoglądając na matkę.
— Nie, nie. To ja tu stawiam warunki! Albo pójdziesz z tatą, albo nie pójdziesz wcale — mruknęła Rohan, powoli kręcąc głową.
Wtedy Smok zrozumiała, że nawet jeśli wyjdzie ze żłobka z Gondorem, i tak będzie w stanie od niego zwiać. W jednej chwili zmieniła więc zdanie.
— No... dobze! Mogę wyjść z tatą — prychnęła, jakby od niechcenia, po czym podniosła się z miejsca i rozejrzała po żłobku.
Trochę czasu minie, nim białofutry zjawi się w kociarni, więc musiała czymś się zająć.
Uznała, że dobrym pomysłem będzie w końcu zapoznanie się z nowymi towarzyszami ze żłobka. Niestety większość z nich właśnie ucinała sobie drzemkę — poza jednym. Był to czekoladowy kocurek o żółtych ślepiach, który siedział pośród swojego śpiącego rodzeństwa.
Smok podeszła do niego, nawet niespecjalnie starając się nie obudzić pozostałej trójki.
— Cześć! Jak ci na imię? — zapytała od razu, jednak nie czekając na odpowiedź kocurka, kontynuowała: — Ja się nazywam Smok! Fajnie, plawda? Nie wiem, co to słowo oznacza, ale na pewno coś lównie potężnego, jak ja! — zaczęła się przechwalać. — Wiesz, że już udało mi się uciec ze żłobka? Widziałam, co takiego znajduje się poza jego ścianami! Och, jak było niebezpiecznie! Gdy tylko wysunęłam nos z kocialni, pzeleciał pzede mną taki oglomny ptak! Z długimi szponami i ostlym dziobem! — kontynuowała, dumnie wypinając pierś. — Plawie mnie złapał, ale i tak poszłam dalej! I wtedy spotkałam oglomnego lisa! I wspięłam się na jego plecy! — mówiła dalej, a w jej oczach błyszczała ekscytacja. — Niestety... później TWOJA mama mnie od niego zablała! — fuknęła gniewnie w stronę czekoladowego, marszcząc nosek.
— Huh? — odparł kocurek, wyraźnie nie nadążając za opowieścią Smok. — Ja... Ja mam na imię Gończyk — mruknął w końcu, po czym przechylił głowę. — A ty... naprawdę widziałaś lisa? W takim razie opowiedz mi, jak wygląda! — zażądał.
Szylkretka otworzyła szeroko oczy.
— Jak wygląda? No, cóż...
Nim jednak zaczęła go opisywać, w żłobku rozległ się znajomy głos. To tata zawitał w progach kociarni!
— Ja muszę już spadać! Ja wychodzę ze żłobka, a ty się dalej w nim malnuj! — zachichotała, wystawiła Gończykowi język, po czym pobiegła do Gondora.
Uderzyła w jego przednią łapę i zaczęła pchać ją do przodu.
— Tato! Tato! Ja chcę na zewnątz! Mama się zgodziła! — mówiła, jednocześnie próbując wypchnąć Gondora poza kociarnię.
— Dobrze, już idziemy... — mruknął białofutry, ruszając z miejsca.
Biedaczek nie miał nawet czasu przywitać się z partnerką i resztą swoich pociech, bo Smok nie dawała mu ani chwili spokoju.
Gdy znalazła się w obozie, od razu rozejrzała się wokół, wypatrując nowej ofiary, która mogłaby zabrać ją poza azyl. Tak bardzo skupiła się na poszukiwaniach, że odeszła nieco dalej od swojego taty. Ten natychmiast przytrzymał ją łapą i przysunął bliżej siebie, obawiając się, że kotka zaraz znowu ucieknie.
— Daj mi spokój! — fuknęła szylkretka, zirytowana zachowaniem ojca.
Już miała kontynuować obrażanie starszego, gdy nagle tuż obok przemknęła czarnofutra kotka o zabawnych uszach. Smok natychmiast wysunęła pazurki i podbiegła do niej, uczepiając się jej tylnej łapy.
— Ty! Plędko! Poza obóz! — powiedziała, zanim uczennica zdążyła się zatrzymać, zaskoczona.
— Oj nie, nie tym razem! — rozległ się głos białofutrego kocura, który szybko dogonił czarnofutrą kotkę, do której przyczepiona była jego latorośl. — Nie zmusisz kolejnego ucznia do tego, by pokazał ci tereny Owocowego Lasu!
Szylkretka pokazała mu język, jednak widząc jego rozgniewane spojrzenie, szybko puściła łapę starszej kotki i wróciła do ojca.
Nim jednak uczennica zdążyła odejść, Smok rzuciła w jej stronę:
— Ej, a czemu ty masz takie dziwne uszy? — zapytała, mrużąc podejrzliwie ślepia.
<Śmiesznoucho?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz