— Dla mnie? Naprawdę? — zapytała, jakby nie mogąc w to uwierzyć. — Nie trzeba, nie trzeba — dodała jeszcze nieśmiało. Nieczęsto dostawała prezenty… każdy był wyjątkowy i nanosił na jej pyszczek szczery uśmiech. Ciekawe, co Wilczy Skowyt mógłby chcieć jej podarować? Czy była to może zwierzyna, czy raczej jakaś ozdoba do futra? Może coś zupełnie innego? Ustawiła się tuż przy wyjściu do obozu, czekając, aż mentor wróci, ponieważ na chwilę odszedł, uprzednio każąc jej poczekać w tym miejscu. Dzisiaj miała uczyć się z Cętkowaną Łapą, co było dla niej dość sporym powodem do ciekawości – mianowicie nie miała nigdy wcześniej z tym kocurkiem do czynienia, przynajmniej na tyle, by zamienić z nim, chociażby słówko, mimo że dzielili legowisko i codziennie się widywali. Znała go jedynie z widzenia. Tropiąca Łaska wyrosła niemal z ziemi i przystanęła obok złotej koteczki, nie spoglądając na nią nawet. Ula posłała jej serdeczny uśmiech, chcąc zrobić dobre wrażenie.
Wyruszyli poza obóz. Liście wiekowych roślin szeleściły na wietrze, przepuszczając blade promienie słońca, które padały prosto na grzbiety wędrujących kotów. Pomiędzy źdźbłami trawy dało się co jakiś czas usłyszeć szelest czy chrupanie, aczkolwiek nie po to dzisiaj wyszli. Jeśli będą chcieli zapolować, prawdopodobnie zrobią to później, o ile w ogóle. Miodek miała ochotę wytropić jakąś zdobycz. Co jakiś czas dopatrywała się na gruncie drobnych włosków zwierzyny, czy odbitych śladów na ziemi. Przeróżne zapachy kręciły jej również w nosie, co sprawiało, że oblizywała się co jakiś czas, zastanawiając się, kiedy przyjdzie jej coś zjeść i co najważniejsze – co zje. Pokręciła głową. Na jedzenie przyjdzie pora, teraz musi skupić się na czymś istotnym! Na słowach swojego mentora. Jednak Wilczy Skowyt w ciszy prowadził grupką… no nic. Koteczka jak to miała w zwyczaju, spozierała po drzewach z nadzieją, że dostrzeże dzisiaj coś wyjątkowego, ale i zachwytem, ponieważ potrafiła docenić taki widok. Między gęstymi gałęziami, udało jej się dostrzec łaciatą srokę, układającą gałązki na prawdopodobnie swoim gnieździe. Przysiadła na nim, moszcząc się wygodnie i tym samym rozpychając własną budowlę w celu zapewnienia większego miejsca swojemu potomstwu, którego pewnie oczekiwała. Byli na tyle daleko, że ptak nie zwrócił na nich jakiejś szczególnej uwagi, jednak parokrotnie zwrócił w ich kierunku dziób. Sroka była niezwykle podobna do tamtej, którą Ula widziała, jak jeszcze przebywała w Domostwie… pokręciła głową raz jeszcze. Musiała skupić się na tym, co działo się teraz dookoła niej! Teraz na poważnie. Nie mogła zatracić się w przeszłości, gdy przed nią było jeszcze tak wiele wspaniałych rzeczy i kotów.
Dotarli na wypłowiałą polankę, która niegdyś prawdopodobnie była łąką porośniętą gęsto kwiatami. Miodowa Łapa próbowała wyobrazić sobie całą tę masę przeróżnych kolorów – od przepięknego różowego, wymieszanego wraz z fioletowym i białym, aż po niebieskie czy żółtopomarańczowe, miło zaakcentowane intensywną czerwienią. Spojrzała z zaciekawieniem na trójkę kotów. Szylkretowa kocica ustawiła się nieopodal rudego kocurka, a sam brązowy kocur przysiadł wygodnie, również wpatrując się w dwójkę. Zielonooki zawiesił na niej wzrok, przybierając pozycję gotową do wyskoku. Ogon Miodki był postawiony wysoko, przyjaźnie, a na kufie nie widniał nawet cień podejrzeń, co dzisiaj będą robić i dlaczego została zabrana w to miejsce.
— Dzisiaj zawalczysz z Cętkowaną Łapą. Świetnie, prawda? — zagadnął, mimo że doskonale wiedział, jaką opinię złota miała o przemocy. Nie… wcale nie było to świetne czy wspaniałe i nie spodobała jej się taka wizja. — Dlaczego…? — zapytała cicho, otworzyła oczy szerzej i zerknęła na cętkowanego, który w tym momencie ruszył przed siebie i jednym zwinnym ruchem powalił ją na ziemię. Uderzyła z łomotem głową o grunt, zabrało jej dech w piersi, przez co nabrała go odruchowo, a uczniak tylko to wykorzystał, ponieważ przycisnął ją do gruntu, kładąc łapę na jej piersi. W uszach jej zadzwoniło, jakby ktoś do mózgu przyczepił jej parę dzwonków, które niekoniecznie chciała mieć. Próbowała wydostać się spod młodziaka, jednak wcale jej to nie wyszło.
— Trzy… dwa… jeden… dość! Cętkowana Łapa wygrywa — głos Tropiącej Łaski poniósł się po polance, dało się w nim wyczuć swego rodzaju dumę, która była z pewnością czymś miłym dla drugiego ucznia, jednak samej Miodowej Łapie zrobiło się niedobrze, a mięśnie same mimowolnie się napięły. Skuliła się niczym maleńkie kocię. Po chwili poczuła, jak ktoś trąca ją łapą. Momentalnie spróbowała podnieść się z gruntu, co wyszło jej dość chwiejnie, niemal nie upadła z powrotem w pył. Czy Cętkowana Łapa musiał wkładać w to taką siłę? Nie mogli załatwić tego w inny sposób? Porozmawiać? Stanęła przy Wilczym Skowycie, który ją podparł, widząc, że ledwo stoi na łapach.
— Nie nauczysz się walczyć, jeśli będziesz stała niczym wystraszona sarna, którą za moment ma potrącić Potwór Dwunożnych — powiedział jej Wilczy Skowyt, marszcząc nos z niezadowoleniem. Ale ona nie chciała wcale walczyć, nie widziała w tym sensu ani nie odczuwała potrzeby walki z drugim kotem. Złotofutra popatrzyła na niego smutno, spod przymrużonych powiek. Odczuwała dyskomfort, a to jej wcale nie pomagało w rozumieniu, co się do niej mówiło.
— Wszystko mnie boli — pomyślała ze zmartwieniem. Nie zdążyła nawet się wykazać, a zresztą nie chciała wykazywać się w ten sposób… Spojrzała w kierunku kocurka, który wsłuchiwał się w słowa swojej mentorki. Miodek podeszła do niego, po czym posłała mu lekki uśmiech.
— Gratulacje, Cętkowana Łapo — powiedziała mu, szczerze czując radość z powodu jego wygranej, nawet jeśli sama wygrana przyniosła jej tyle dyskomfortu i trochę bólu. Oby tylko nie musiała z powrotem przesiadywać w legowisku medyka, już i tak miała sporo powodów do niepokoju w głowie. Nie chciała nikogo znowu kłopotać.
[907 słów, walka uczniów]
<Cętkowana Łapo, moje gratulacje! Boli mnie trochę głowa...>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz