Kulturalnie podreptałem sobie po niezwykle owocnym treningu do sterty zwierzyny, gdyż zamierzałem coś skonsumować. Jednak jedyne co znalazłem, to… wiewióra. Nie cierpię wiewiór. Gdy je jem, ich futerko zawsze wchodzi mi między zęby i utyka w gardle, czasem w nosie. To nie tak, że zawsze mam do wyboru jedynie wiewióry. Są tam też inne zwierzęta, naturalnie, króliki, zające, myszy... Czuję jednak pewnego rodzaju przymus, by je jeść, ciężki do zdefiniowania. Jem je zawsze. Więc nie mogę jeść nic innego. Tak to działa po prostu.
Wziąłem więc wiewiórę i zacząłem powoli ją konsumować, starając się omijać futerko. Gdy jednak udało mi się przetransportować ją całą do mojego żołądka… pojawił się pewien problem. Coś było nie tak. Gdybym miał porównać to uczucie do czegoś materialnego, powiedziałbym, że to było coś, jakby nagle z buzi wyrósł mi ogon. A dokładniej spomiędzy zębów. Dziwne, dziwne…
Chwila.
Potrząsnąłem głową na boki.
Aha. Czyli jednak serio wyrósł mi ogon z zębów.
O Wszechmatko…
Jedząc wiewiórę, musiałem przypadkiem wsadzić sobie jej ogon między zęby i… no teraz tam utknął.
No dobra. Może i celowo. Bo czemu by nie? Zupełnie tego nie przemyślałem. Po prostu to zrobiłem.
No to się dowiedziałem czemu by nie...
Zacząłem nerwowo machać głową na boki. Lewo-prawo-lewo-prawo, potem góra-dół, następnie spróbowałem kręcenia głową w koło. Nic. Ogon majtał się bezwiednie z mojego pyska, ale nijak nie chciał się odczepić.
Położyłem się na ziemi i począłem się turlać. Przeturlałem się tak może cztery długości lisiego ogona i wtedy… w coś wpadłem. W coś? Ugh. Chyba… chyba bardziej w kogoś.
Zatrzymałem się, leżąc na plecach, spojrzałem w górę i zorientowałem się z niemałym przerażeniem, że wturlałem się prosto pod łapy… Figi.
– Uh. Pfepfafam – wycedziłem, z ogonem wiewióry w pysku. – Ja fu fyyko… uh… fo… nif fafiefo. Ffyfko fof foffofom. Fo ja juf… pofulfam fe… ffffam.
<Figo??>
[330 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz