Przeszłość
Ula siedziała na kocyku wyłożonym na parapecie, przyglądając się światu zza wielkiej szyby. Tuż obok niej stało parę roślin, jednak to nie one przykuwały jej główną uwagę. Ze względu na to, iż tutaj zazwyczaj najlepiej świeciło słońce, miło było jej wysiadywać to miejsce i grzać swoją skórę, nie martwiąc się tym samym podmuchami wiatru, które często hulały zza wielkiej bariery, oddzielającej ją od dworu. Mroźne pazury przynosiły ze sobą maleńkie kawałki, którymi obijały co jakiś czas o materiał. Momentami sprawnie psuły widoczność, co nie spodobało się mieszkańcom domostwa ogromnie, ale nie mogli poradzić na to zbyt wiele. Szczególnie że pora była już późna i raczej za niedługo mieli szykować się do snu. Drobne, jasne płatki śniegu sypały z nieba, oświetlane jedynie przez pobliską latarnię, która rzucała dość słabe, pomarańczowe promienie na każdą z drobinek i przy okazji skrawek gruntu, ponieważ jeszcze się łapał. Naokoło żarówki latała chmara owadów, które za wszelką cenę próbowały dosięgnąć “słońca”. Złota przyglądała się jednej z gałęzi drzewa tuż obok, które gdyby tylko mogło, to zaczęłoby napierać na jej dom. Liście tańczyły tak, jak im grały podmuchy Pory Nagich Drzew. Pulchna sroka przeskakiwała z jednej gałęzi na drugą, jakby doszukiwała się idealnego miejsca na założenie gniazda albo szukała czegoś konkretnego, czegoś, czego nie mogła dostrzec ani zrozumieć Ula. Kotka zaczęła naśladować charakterystyczny dźwięk, typowo kojarzony ze srokami – co prawda jej nie wychodziło to aż tak dobrze, jak samemu ptakowi, jednak nie zamierzała się poddawać. Łaciata, pierzasta istota odpowiadała jej dość głośno, terkocząc nieprzyjemnie, wręcz wrogo i lustrując ją swoimi małymi, guzikowatymi oczkami. Ciekawe, czy łaciata istota by się nabrała? I czy sama Ula miała ochotę na nią w ogóle zapolować, czy może testowała jedynie swoje do tej pory nabyte umiejętności? Nie była pewna oraz nie miała nawet wystarczająco czasu na to, by dobrze się zastanowić. Ptak zeskoczył z gałęzi, wzbijając się w powietrze i posyłając dookoła mały śnieżny kurz. Gdy odleciała, koteczka odprowadziła ją tęskno wzrokiem. Najprawdopodobniej nie uplecie tu sobie gniazda, właśnie ze względu na nią. Obecność kotki nie gwarantowała sroce żadnego bezpieczeństwa. Westchnęła cichutko pod nosem i odwróciwszy się, od razu spotkała się z ciepłą dłonią swojej właścicielki, która może chciała ją pocieszyć ze względu na nieudane łowy albo próbę komunikacji z drugim gatunkiem. Połasiła się o nią, przytykając łebek tuż pod i już uderzenie serca później poczuła, jak dłoń przejeżdża po jej głowie, a potem ląduje pod jej brodą, drapiąc ją przyjemnie. Gdy tylko Dwunożna musiała na chwilę odejść, żeby coś zrobić, złotofutra zamruczała głośno, domagając się więcej pieszczot. Po paru uderzeniach serca zerknęła na nią wielkimi oczkami, a następnie zeskoczyła ze swojego przytulnego miejsca, obdarzając dwójkę Wyprostowanych zaciekawionym spojrzeniem. Z uwagą układali coś na stole, który był zresztą udekorowany inaczej, niż zwykle. Malowało się na nim naprawdę wiele ozdób, które gdyby tylko zechciała, to by im mogła pozrzucać i miałaby możliwość przy okazji dobrze się przy tym pobawić! Jednak… ona nie była taka jak jej braciszek, Cyprian. Nie czerpała przyjemności ze sprawiania przykrości swoim właścicielom. Wierzyła w to, że jej brat nie robił tego specjalnie, tak naprawdę nie sądziła, że którykolwiek z jego czynów był nacechowany negatywnie, prawdopodobnie zwyczajnie nie wiedział, że niektóre jego decyzje mogły przynosić negatywne skutki, nie winiła go za to, byli wtedy przecież jeszcze kociętami, byli tacy młodzi. Tak naprawdę nie winiła go za nic. Czasami spotykała się z myślami, iż chciałaby się znów zobaczyć ze swoim rodzeństwem, ale wiedziała, że nie było to obecnie możliwe. Zerknęła na drzewko stojące w rogu. Było wyższe nawet od jej Dwunożnych. Sięgało prawie że sufitu, a gdyby je wystawili na zewnątrz, to by pewnie i samego nieba dosięgnęło. Zachwycona licznymi, zielonymi gałązkami, przyglądała mu się jeszcze przez jakiś czas, a końcówka jej ogona podrygiwała z podekscytowania.
Przysiadła tuż obok niego, trącając łapą spokojnie jedną z wielu kolorowych kulek. Przedmiot wydał głuchy, charakterystyczny dźwięk, zwracając na siebie uwagę Dwunogów. Kotka zrobiła to jednak na tyle delikatnie, że nawet nie udało mu się spaść, a zresztą jej celem nie było zrzucenie go, nawet jeśli mogło to wyglądać właśnie w ten sposób. Prawdopodobnie, gdyby szarpnęła mocniej, mogłaby za sobą pociągnąć całe drzewko, co wydawało się dla niej niezwykle strasznym, ewentualnym scenariuszem. Dwunożna podeszła do niej, po czym schyliła się i gdy wzięła ją na ręce, zaczęła palcami u dłoni udawać myszkę, co złota od razu podłapała, próbując dosięgnąć jej ręki łapami ze schowanymi pazurami. Gdy jej się wreszcie udało, polizała ją parokrotnie po skórze, mrucząc głośno.
***
— …No i potem poszłam za tamten róg, o tam — czarnofutra wskazała łapą przestrzeń, której Ula nie miała co prawda okazji zwiedzić, ponieważ nie była kotem wychodzącym, jednak pokiwała zachęcająco głową, żeby towarzyszka kontynuowała niezwykle ciekawą historię. — Nie uwierzysz, co tam znalazłam! — dopowiedziała jeszcze, jakby chciała zbudować między nimi konkretną atmosferę, na co złota przybrała zamyślony wyraz pyszczka. Powinna zacząć zgadywać.
— Pszczołę? Nie… nie… znalazłaś może… hmmm — podparła podbródek łapą i wreszcie zastrzygła wąsami, jakby ją olśniło. — Czy znalazłaś tam zabawkową myszkę? — zapytała, uśmiechając się delikatnie. Poruszyła ogonem spokojnie, czekając na odpowiedź przyjaciółki cierpliwie.
— Nie, ale jesteś blisko! Mianowicie odkryłam, że gnieżdżą się tam myszy. Było ich całe, małe stadko. Jestem zdziwiona, że wybrały sobie tak odkrytą przestrzeń na zakładanie rodziny. Zawołałam moją siostrę i wspólnie wybrałyśmy się w tamto miejsce z powrotem i gdy już miałam pochwalić się jej moim znaleziskiem, okazało się, że gniazdko jest zupełnie puste. A przysięgam, że gdy znalazłam je po raz pierwszy, to było wręcz przepełnione tłustymi myszami! — opowiadała, zawzięcie gestykulując, a Ula słuchała jej z uwagą, co jakiś czas kiwając spokojnie główką, dając jej w ten sposób znać, że ją nadal słucha.
— Bardzo lubisz myszy, prawda?
— Tak, są najlepsze. Momentami odnoszę wrażenie, że nawet lepsze, niż jedzenie od ludzi, które dostaję — odparła, kiwając ochoczo głową. Odruchowo oblizała wargi. Ula zmrużyła ślepia, zastanawiając się, czy bardziej wolała gryzonie, czy może ptactwo. Nie miała zbyt wielu okazji do polowania, więc musiała polegać na tym, co sypnęli jej właśnie Dwunożni. A jeśli już o nich mowa… do jej uszu doleciał charakterystyczny dźwięk obijania się przedmiotów o ceramiczną miskę.
— Muszę już iść, porozmawiamy później lub innym razem — pożegnała się ze swoją koleżanką ruchem ogona, po czym zeskoczyła ze swojego typowego miejsca i wycofała się w celu spożycia posiłku. Gdy tak chrupało jej pomiędzy zębami, myślała sobie, że dobrze było mieć takie życie, jakie miała ona obecnie. Co jakiś czas słyszała od odwiedzających ją kotów jakieś głosy o grupach, które żyły na własną łapę i miały swego rodzaju hierarchię. Uciekli od swoich Dwunożnych w celu założenia własnej, zbitej – lub i nie – społeczności. Ula nie potrafiła sobie tego wyobrazić, w końcu było jej tutaj taaak dobrze.
***
Teraźniejszość
Kwiaty kołysały się na wietrze, podpierane przez wysoko rosnące trawy, które próbowały najprawdopodobniej dosięgnąć samego słońca, oferującego im tak wiele przyjemnego ciepła. Pora Nowych Liści była przepiękna – pełno zieleni wszędzie wokół, śpiew ptaków, który przynosił spokój, przeganiając nierzadko natrętne myśli. Bzyczenie owadów również było trudne do zignorowania. Jak dobrze, że Miodowej Łapie nie przeszkadzały one szczególnie. Pokusiłaby się o stwierdzenie, że niektóre były wręcz słodkie. Przykładowo pszczoły. Czasami odnosiła wrażenie, iż jej futro przypominało trochę takie pszczoły. W końcu była ona pręgowana i złocista, a niektóre owady, jeśli tylko wleciały pod odpowiednim kątem pod promienie słońca, także przybierały taki lekko złoty albo i wręcz rdzawy odcień. Zamruczała na samą myśl. Szła u boku Wilczego Skowytu, który pewnym ruchem odgarniał wysoko rosnącą trawę, próbującą sięgnąć jego pyska i może nawet uderzyć go w niego. Ula czasami wspominała swoją kruczofutrą znajomą. Ciekawe, czy nadal wymykała się ze swojego domostwa tak często? Złotofutra nie mogła tego zrozumieć za dobrze. W końcu było im obydwóm tak dobrze wewnątrz. Może ciekawość pchała ją prosto za drzwi?
— Miodowa Łapo, słuchasz? — zapytał z lekkim zniecierpliwieniem Wilczy Skowyt. Uczennica spojrzała na niego wielkimi oczkami. Ach! Musiała znowu odpłynąć myślami za bardzo.
— T-tak… przepraszam. Czy mógłbyś powtórzyć? — poprosiła, poruszając niespokojnie ogonem. Brązowy kocur westchnął pod nosem jakby ze zmęczenia jej zachowaniem. Położyła po sobie uszka. — Nie chciałam cię zdenerwować.
Wojownik w odpowiedzi machnął łapą, nie chcąc już dłużej tego słuchać.
— Obowiązuje u nas kodeks wojownika. Prawdopodobnie słyszysz o nim pierwszy raz, a ja będę ci o nim jeszcze powtarzał, ponieważ musisz znać go na pamięć. Musisz mieć go w małym paluszku — zaczął, pokazując jej swoją łapę i próbując wysunąć jeden z palców. Speszył się, jednak gdy mu to nie wyszło. — Słuchaj uważnie. Zacznę od najważniejszych, chociaż wszystkie są równie istotne. Pierwsza to… “Broń swego klanu, nawet kosztem własnego życia. Możesz zawierać przyjaźnie poza granicami, ale twoja lojalność musi pozostać w klanie”. Oznacza to, że możesz znać koty z przykładowo Klanu Burzy, nie musisz skakać im do gardła, aczkolwiek nie zaleca się wchodzić z nimi w większe, bardziej istotne relacje. Samo przywitanie się i zapytanie o zdrowie, dajmy na to, na zgromadzeniu wystarczy. Zrozumiano? — upewnił się, dając jej chwilę na przyswojenie nowej wiedzy. Miodowa Łapa pokiwała głową. Wilczy Skowyt zauważywszy to, uśmiechnął się lekko.
— Dobrze. Następną jest “nie poluj na terenie innego klanu, ani na niego nie wkraczaj”. Obowiązują nas wszystkich granice, które patrolujemy każdego dnia i dbamy o to, żeby nikt ich przypadkiem nie przekroczył. Jeśli tylko ktoś się ośmieli, a w dodatku, broń Mroczna Puszczo, zapoluje na naszą zwierzynę, czekają ich konsekwencje. Jeśli chcesz, możesz bez wyrzutów sumienia urwać takiemu kotu uszy. Myślę nawet, że Zalotna Gwiazda by cię za to pochwaliła.
— To… to straszne! A co, jeśli ten kot by głodował? Czy nadal mam być taka okrutna? Czy nie sądzisz, że żyłoby wam się lepiej, gdybyście mieli w sobie mniej nienawiści względem drugiego kota? — zapytała ze zmartwieniem, a jej złote futro zafalowało na wietrze. Wilczy Skowyt uniósł jedną brew podejrzliwie.
— Jeśli chcesz zostać jedną z nas, nie może być u ciebie miejsca na wątpliwości. Musisz słuchać tego, co się do ciebie mówi i nie wolno ci tego podważać. Skoro ja tak mówię, to musisz się tego słuchać, ponieważ to ode mnie w głównej mierze zależy, czy zostaniesz wojowniczką. Na razie jeszcze długa droga przed tobą — odpowiedział jej nerwowo, na co Miodowa Łapa widocznie posmutniała. — Granice są u nas od zawsze i nie możemy tego zmienić tylko dlatego, że tego nie rozumiesz. Żyłaś całe życie jako pieszczoch, dlatego właśnie po to jestem ja – żeby nauczyć cię zwyczajów, które u nas panują od zarania dziejów. Jeśli kot by głodował, musiałby spróbować swojego szczęścia na terenach niczyich, a najlepiej na własnych. Nie możemy każdemu tak rozdawać zwierzyny, bo wtedy to my byśmy głodowali. Nikt by nam nie pomógł.
Miodowa Łapa spojrzała na swoje łapy, trochę zniechęcona. Nie miała na myśli tego, że mają od razu rozrzucać cały swój zapas, jednak czy aż tak wielką różnicę zrobiłaby im jedna nornica, czy dwie? Drugi kot by mógł dzięki temu przeżyć, a oni mieliby powód do dumy z siebie, że mają tak dobre serca. Dwójka zaczęła powoli kierować się z powrotem do azylu, na co Miodek nie zwróciła aż tak szczególnej uwagi, ponieważ pochłonęły ją myśli, jak mogłaby sprawić, żeby nie czuć się źle z decyzjami, jakie będzie musiała kiedyś podjąć, ponieważ Klan Wilka tego od niej oczekiwał.
— Koniec na dziś. Zapamiętaj te dwie zasady, a w razie pytań wiesz, gdzie mnie szukać. Jutro przedstawię ci resztę, więc bądź gotowa. Możesz sobie coś wziąć ze sterty — powiedział jej, zanim nie rozeszli się w obozie. Pożegnała go ruchem ogona, kierując się do sterty zwierzyny. Bardzo burczało jej w brzuchu, a w głowie lekko się kręciło z powodu głodu. Zauważywszy pręgowaną, jasną kotkę, na jej pysk od razu zakradł się szczery uśmiech. Mogła zawsze porozmawiać z Jesionową Łapą, ona ją zrozumie! Kotka wybrała sobie ze sterty królika, a gdy tylko ich spojrzenia się spotkały, na pyszczek zielonookiej wkradło się rozpromienienie.
— Jesionowa Łapo, słoneczko, zjemy razem? — zapytała Miodek, sadowiąc się wygodnie obok uczennicy.
Liliowa pokiwała chętnie głową, przysuwając zdobycz bliżej złotej. Miodowa Łapa wzięła kęs zwierzyny, po czym przysunęła ją z powrotem do Wilczaczki.
— Miodowa Łapo, czego się dzisiaj nauczyłaś na treningu? Wyglądałaś na zmartwioną, gdy wróciłaś z treningu z Wilczym Skowytem. Był dla ciebie niemiły? — zaczęła dopytywać, widocznie martwiąc się o stan koteczki. Miodowa Łapa spuściła wzrok na zwierzynę u swoich łap.
— Wiesz… chyba niezupełnie rozumiem panujące tu zasady — uśmiechnęła się smutno, łapą zataczając kółka w gruncie. — Dowiedziałam się, że jeśli chciałabym pomóc głodującemu kotu, który nie należałby do Klanu Wilka, to bym nie mogła, ponieważ “tak po prostu tu jest i musisz się nas słuchać”. Ciężko mi w to uwierzyć, to… straszne. Nie potrafiłabym chyba zwyczajnie patrzeć na to, jak ktoś głoduje na moich oczach — zwierzyła jej się, a po chwili poczuła puchaty ogon na swoim boku, jakby w formie pocieszenia.
[2065 słów]
<Słoneczko, a co ty myślisz o tym całym kodeksie wojownika?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz