— Oh, jaki z ciebie miły i słodki dżentelmen, Borowiku — zaśmiała się i poklepała go po policzku swoim ogonem. — Oj, no i się nie martw, że będziesz tęsknić. Obóz nie jest ani wielki, ani pełen zakamarków, w których kot mógłby się całe dnie skrywać, a no na pewno nie byłabym to ja. Ja o wiele bardziej wolę otwartą przestrzeń. Czasami nawet właśnie i samo obozowisko jest zbyt ciasnawe. Rozumiesz, o czym mówię? — zapytała.
— Chyba tak... No tak, tak — wydukał, rozglądając się z gałęzi po znajdującym się pod nim terenie. — Może być nieco... Gwarno i głośno. Czasem i mnie to przytłacza — przyznał.
— Właśnie dlatego tak fajnie skakać po drzewach, co nie? — Nie czekała na odpowiedź. — Ja to bardzo lubię. To takie wyzwalające! Fajnie jest być zwiadowcą, chociaż jestem nim oficjalnie od kilku krótkich chwil, ale już nie mogę się doczekać, aby wyjść w pojedynkę i poszaleć niczym kociak! No, może wzięłabym Gondora, aby mnie popilnował, bo trochę boję się tych wszystkich lisów czy jadowitych węży.
— No to też może być kłopot. Zwłaszcza węże, bo ich nie widać i nie czuć. Lisi czuć, no i są wielkie, jak góra — zgodził się młodszy.
— Kolejny powód, dla którego drzewa są po prostu lepsze i bezpieczniejsze. Nie widziałam na gałęziach jeszcze ani jednego węża! A taka sikoreczka to nic nie zrobić. Co najwyżej możesz się poobijać, kiedy odleci ci sprzed nosa, a ty przekoziołkujesz prosto z gałęzi na ziemię. Ale to każdemu się zdarza, nawet najlepszym.
— Chyba tak... No tak, tak — wydukał, rozglądając się z gałęzi po znajdującym się pod nim terenie. — Może być nieco... Gwarno i głośno. Czasem i mnie to przytłacza — przyznał.
— Właśnie dlatego tak fajnie skakać po drzewach, co nie? — Nie czekała na odpowiedź. — Ja to bardzo lubię. To takie wyzwalające! Fajnie jest być zwiadowcą, chociaż jestem nim oficjalnie od kilku krótkich chwil, ale już nie mogę się doczekać, aby wyjść w pojedynkę i poszaleć niczym kociak! No, może wzięłabym Gondora, aby mnie popilnował, bo trochę boję się tych wszystkich lisów czy jadowitych węży.
— No to też może być kłopot. Zwłaszcza węże, bo ich nie widać i nie czuć. Lisi czuć, no i są wielkie, jak góra — zgodził się młodszy.
— Kolejny powód, dla którego drzewa są po prostu lepsze i bezpieczniejsze. Nie widziałam na gałęziach jeszcze ani jednego węża! A taka sikoreczka to nic nie zrobić. Co najwyżej możesz się poobijać, kiedy odleci ci sprzed nosa, a ty przekoziołkujesz prosto z gałęzi na ziemię. Ale to każdemu się zdarza, nawet najlepszym.
— No mi na pewno tak... Chociaż Kurka wydaje się być zadowolony… — zamyślił się. Rohan za to usłyszała wołanie białego wojownika z dołu.
"No tak... Mieliśmy wykorzystać fakt, że w końcu mogę opuszczać obóz bez Jeżyny…" — przypomniała sobie.
— Oj, przepraszam cię, Borowiku, bardzo cię przepraszam, ale byłam umówiona na spacer, a kompletnie mi to umknęło. Miałam tylko zabrać swój mech, a tak miło się z tobą gawędzi, że no całkowicie straciłam poczucie czasu. No to papa! — wypluła te wszystkie słowa na raz i momentalnie zniknęła z legowiska uczniów, aby dołączyć do Gondora, który potulnie siedział już przy wyjściu.
"No tak... Mieliśmy wykorzystać fakt, że w końcu mogę opuszczać obóz bez Jeżyny…" — przypomniała sobie.
— Oj, przepraszam cię, Borowiku, bardzo cię przepraszam, ale byłam umówiona na spacer, a kompletnie mi to umknęło. Miałam tylko zabrać swój mech, a tak miło się z tobą gawędzi, że no całkowicie straciłam poczucie czasu. No to papa! — wypluła te wszystkie słowa na raz i momentalnie zniknęła z legowiska uczniów, aby dołączyć do Gondora, który potulnie siedział już przy wyjściu.
* * *
Aktualnie
Siedziała właśnie przed żłobkiem łapiąc promienie wieczornego słońca. Purchawka zabawiała właśnie wszystkie kocięta jakimiś swoimi pouczającymi opowiastkami, co bardzo doceniała srebrna. Niezwykle ją cieszyło, że miała szamankę do towarzystwa, gdyż najpewniej umarłaby z nudów, gdyby musiała przesiadywać tam całkiem sama przez tyle księżyców. Teraz oczywiście nie narzekała na brak zajęć, gdyż maluchy bardzo dbały o to, aby wiecznie miała na głowie masę rzeczy, ale zwyczajnie miło było mieć kogoś do poplotkowania. Purchawka była też po prostu przesympatyczną i ciepłą osobniczką; wszyscy dobrze czuliby się w jej obecności.
Przyglądała się przez moment Jaśminowiec, która wychodziła właśnie z legowiska uzdrowicieli. Chwile zastanawiała się nad tym, jak czuję się mały, biedny Gołąbek. Wiedziała, że zniknął na kilka nocy, kiedy przyniesiono do obozu zwłoki Poranka, który był jego drogim mentorem. Było jej żal burego ucznia. Miała nadzieję, że nie mają zbyt dużo pracy, zwłaszcza że Wiciokrzew na pewno zmuszony był wykonywać swoje obowiązki znacznie wolniej z powodu brakującej nogi. Nigdy nie zapytała, co mu się stało; to nie byłoby okej, chociaż zjadała ją nieco ciekawość. Wspomniana przed momenty wojowniczka niosła w pyszczku liści maliny. Chociaż królowa potrafiła je rozpoznać, w ogródku jej dwunożnego rosły owe różowiutkie owoce, tak nie miała pojęcia, na co mogły pomagać. Nigdy nie byłaby dobrą uzdrowicielką, była do tego zbyt roztrzepana i energiczna; najpewniej rozniosłaby składzik zanim udałoby się jej cokolwiek znaleźć na ciemnych kupkach.
Ktoś inny nagle zasłonił srebrną kotkę. Znajome bure futerko lśniło w zachodzących promieniach. Zastanawiała się, czy terminator robił porządne postępy w swoim treningu na zwiadowcę, a więc dziarsko zawołała:
— Hej, Borowiku! — Skrzące ślepka zwróciły się w jej kierunku. — Jak tam twój trening? Czy odnalazłeś już może nadrzewnego węża?
— Hej, Borowiku! — Skrzące ślepka zwróciły się w jej kierunku. — Jak tam twój trening? Czy odnalazłeś już może nadrzewnego węża?
<Borowik?>
Wyleczeni: Jaśminowiec
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz