Kremowy zachichotał cicho pod nosem, obserwując zakłopotanie na pysku Burzaka. To takie urocze…
Chwila… nie, nie! Ależ skądże, o czym on w ogóle myślał?
Ach, oni to się dopiero dobrali. Oboje byli tacy niezręczni, ale może to po prostu uroki początków nowych znajomości. Z czasem z całą pewnością rozmowa będzie im przychodzić coraz łatwiej i nie będą się już obrzucać półsłówkami. O ile ich relacja przetrwa, a los pozwoli im spotkać się jeszcze wiele razy w przyszłości. Na to właśnie liczył Królik, bo posiadanie znajomego z Klanu Burzy wydawało mu się całkiem fajne.
— Cóż, ja tak właściwie też… się ciebie tu nie spodziewałem — odparł bursztynowooki, po czym wzdrygnął się z powodu chłodnego wichru, który rozwiał jego szatę. — Choć muszę przyznać, że miałem z tyłu głowy pewnego kota o zielonych oczach, gdy zmierzałem w tę stronę… — kontynuował, nie skupiając się za bardzo na znaczeniu swoich słów. W końcu o to w tym chodziło, nie? Jeśli nie będzie zastanawiał się nad każdą sylabą, rozmowa stanie się znacznie przyjemniejsza.
— Myślałeś o mnie? — zapytał nagle Poczciwy Szakłak, jeszcze bardziej speszony, a może raczej onieśmielony.
— No… wiesz, nie nazwałbym tak tego, jak teraz o tym myślę… — miauknął Królicza Prawda, czując, jak jego serce zaczyna bić szybciej. Co za głupoty uciekały z jego pyska, na litość Klanu Gwiazdy! — Znaczy, rozumiesz… Miałem po prostu na uwadze, że przy granicy mogę spotkać znajomy pysk.
Przez moment między dwójką kocurów zapanowała cisza. Po chwili jednak pręgowany odchrząknął, nie potrafiąc już jej znieść.
— Może zamiast takich bezsensownych pogaduszek porozmawiamy o czymś ciekawszym? Spotykam cię już któryś raz, a wciąż prawie nic o tobie nie wiem! W sensie to w sumie logiczne, bo nie jesteśmy zbyt blisko, ale jeśli tak mamy na siebie wpadać… to wypadałoby wiedzieć o sobie coś więcej niż tylko swoje imiona — zaproponował Królik. Nie wiedział nawet, o czym sam mógłby opowiedzieć Szakłakowi. Przecież nie wyzna mu nagle, że kiedyś był młody, głupi i uciekł do miasta.
— Tak, racja… — zgodził się czarnofutry.
Gdy miał już otworzyć pysk po raz kolejny, powietrze przeszył głos innego kota:
— Królicza Prawdo, skup się na patrolu! — zawołał Bukowa Korona, który dreptał w stronę granicy. — Zwierzyna sama się nie upoluje, a ty sobie urządzasz jakieś pogawędki z Burzakami! — kontynuował, zbliżając się do kocurów.
Kremowy położył po sobie uszy i wyszeptał:
— Przepraszam… Muszę już iść, ale zakładam, że prędzej czy później nasze ścieżki znowu się przetną!
W Klanie Burzy otrzymał nowe imię. Tym razem zwał się Gasnącą Łapą i już po raz trzeci nosił rangę ucznia. Chyba pobił jakiś rekord! Czy istniał inny kot, który tak wiele razy tracił rolę wojownika? Ciężko było mu się przyzwyczaić do tych wszystkich zmian, ale robił wszystko, by zaaklimatyzować się jak najszybciej. Zadawał swojemu nowemu mentorowi — Śniącemu Obserwatorowi — wiele pytań na temat burzackiej społeczności. Dowiedział się już, że istnieją u nich kronikarze, a także przewodnicy, do których należał srebrny.
Zwiedzał wraz z nim tereny, ale granic unikał jak ognia. Śniący Obserwator nie zawsze był zadowolony z faktu, że tak stary kot, jak Królik, zachowywał się czasem jak uparty kociak, ale co mógł poradzić? Gdyby kremowego zobaczył jakiś Klifiak, przy granicy mogłaby rozpętać się kłótnia albo, nie daj Klanie Gwiazdy, nawet walka! O ile ktoś w Klanie Klifu w ogóle przejął się zniknięciem jednego z wojowników. Królik raczej nie cieszył się dobrą opinią wśród dawnych pobratymców — w końcu uciekł kiedyś z klanu na kilka księżyców, a do tego był synem Pikującej Jaskółki.
Tym razem udali się w pobliże białej konstrukcji, przy której Królicza Prawda — a raczej Gasnąca Łapa — natknął się wcześniej na patrol Burzaków.
— Jak się nazywa to miejsce? — zapytał niemal od razu, odwracając wzrok w stronę srebrzystego kocura, który wyglądał na dosyć zmęczonego. Gasnąca Łapa zauważył jednak, że to była dla niego codzienność. Nawet jego imię zdawało się o tym świadczyć.
— Upadły Potwór… — mruknął krótko, raczej niezbyt chętny do dłuższej rozmowy.
— Ach! Wiedziałem, że ma to jakiś związek z tymi biegającymi stworzeniami Dwunożnych — odparł Gasnąca Łapa, tym razem wlepiając spojrzenie przed siebie. Skoro Śniący Obserwator nie był chętny do pogaduszek o pogodzie, nie zamierzał go do nich zmuszać. Nie chciał się narzucać, bo wtedy wyszedłby na niewychowanego i niegrzecznego, a raczej nie chciał już na samym początku budzić w Burzakach negatywnych odczuć. Wolał, by wszyscy uważali go za porządnego i godnego przyszłego członka klanu.
Gdy byli już blisko Upadłego Potwora, do nozdrzy ucznia dotarł zapach królika. W Klanie Klifu starał się raczej unikać polowania na uszaki ze względu na swoje imię i przywiązanie do niego, ale teraz… najważniejsze było pokazanie się z najlepszej strony — jako ktoś przydatny. Obiecał przecież, że od świtu do zmierzchu będzie polował i wykonywał obowiązki, jeśli tylko Zawodzące Echo i Królicza Gwiazda pozwolą mu tu zostać.
— Spróbuję go upolować, dobrze? — zwrócił się do mentora, który na to wzruszył ramionami.
— Ja ci nie bronię — odrzekł niewzruszony, wciąż nawet nie próbując zabrzmieć choć odrobinę energiczniej.
Choć ta powolność Śniącego Obserwatora mogłaby innych denerwować, Królik uważał, że właśnie ona czyniła srebrzystego rozpoznawalnym i intrygującym. Miał specyficzny sposób mówienia, chodzenia i wyrażania emocji. To podobało się kremowemu. Zapadało w pamięć; on sam też chciałby być w jakimś stopniu ciekawy. Na tyle, by koty, z którymi rozmawiał, od razu go zapamiętywały.
Postanowił jednak nie skupiać się na przewodniku, lecz na swojej ofierze. Wziął kilka głębokich oddechów i ruszył tropem królika. W końcu, pośród wysokiej trawy, dostrzegł parę wystających uszu, obracających się czujnie za każdym szmerem. Kremowy uśmiechnął się, po czym przypadł brzuchem do ziemi, nie spuszczając uszaka z oczu. Bezszelestnie zaczął zbliżać się w jego stronę. Był niezwykle ostrożny i precyzyjny, bo wiedział, że słuch tych stworzeń to nie przelewki.
Gdy znalazł się wystarczająco blisko, napiął mięśnie i wyskoczył w powietrze. Nim długonogi futrzak zdążył zareagować, kremowy już zaciskał zęby na jego karku. Wbił je głębiej, aż po podniebieniu rozlał mu się metaliczny posmak krwi. Zwierzę zaczęło się szamotać, lecz uczniowi szybko udało się je dobić. Nie był zachwycony tym, że musiał zabić swojego dawnego imiennika, ale nie miał wyboru. Burzacy na pewno ucieszą się z kolejnego królika na stosie.
Wraz ze Śniącym Obserwatorem powrócił do azylu, niosąc w pysku martwą piszczkę. Jej zapach był tak kuszący, że aż ciekła mu ślinka. Wiedział jednak, że nie będzie mógł jej zjeść, bo nie miałoby to sensu. Chciał, by jego zdobycz trafiła do kogoś, kto naprawdę jej potrzebował — do karmicielek, starszych czy kociąt, o ile w Klanie Burzy były już takie, które przyjmowały stały pokarm. Może kiedyś zajrzy do żłobka? Taka królowa pewnie ucieszyłaby się ze świeżo upolowanego kąska. Poza tym mógłby spróbować pobawić się z kociętami kulką mchu czy czymś podobnym, żeby choć trochę odciążyć ich matkę.
Gdy szedł w stronę stosu, przypadkiem musnął bokiem Poczciwego Szakłaka. Ich futra na moment splotły się ze sobą — kremowe i czarne, niczym lśniące gwiazdy i nocne niebo. Uczeń uśmiechnął się, patrząc na znajomego z ciepłem w oczach.
Szybko odłożył królika, po czym podszedł do czarnofutrego wojownika, który szwendał się bez celu po obozie.
— Co u ciebie? — zapytał, jednak zielonooki wyglądał na wyraźnie przybitego. Królik nie miał pojęcia o tym, co ostatnio wydarzyło się w Klanie Burzy, toteż nie wiedział, co było przyczyną takiego stanu Poczciwego Szakłaka. — Coś ostatnio nie jesteś sobą… — zauważył, przechylając delikatnie głowę.
Spostrzegł, że wojownik zacisnął szczękę, jakby z trudem powstrzymywał się przed wybuchem. Tylko czym? Gniewem, a może łzami?
— Wiesz… trochę bolą mnie łapy po dzisiejszym treningu, jeśli można to tak nazwać. Wasze tereny są całkiem spore! — miauknął nagle Gasnąca Łapa, mrużąc pomarańczowe ślepia. — Pójdę się przespać, żeby ci nie przeszkadzać — dodał, po czym, nie czekając na odpowiedź czarnofutrego, czmychnął w stronę legowiska uczniów.
Nim jednak zanurzył się w jego półmroku, objął wzrokiem kamienną wieżę, w której znajdowało się legowisko lidera. Wyglądała tak pięknie i majestatycznie. Nie wiedział, że inne klany mają takie cacka w swoich azylach! Wciąż był przyzwyczajony do skalnych półek i twardego, zimnego podłoża. Cieszył się, że teraz nie musiał opuszczać obozu, by zaczerpnąć trochę słońca.
Gdy wczesnym rankiem opuścił legowisko uczniów, od razu rzuciła mu się w oczy zgarbiona sylwetka czarnofutrego kota. Przez moment stał jak wryty, obserwując sierść Poczciwego Szakłaka skąpaną w porannym słońcu. Wyglądała tak niezwykle… mieniła się tymi samymi kolorami, które właśnie zdobiły niebo. Żółcią, różem i błękitem.
Po chwili bursztynowooki zamrugał kilkakrotnie i żwawym krokiem ruszył w stronę wojownika. Wcześniej dawał mu fory, pozwalał kisić w sobie emocje i zmartwienia, ale teraz postanowił, że nie odpuści, póki nie dowie się, co faktycznie go trapi.
— Ja wiem, że nie znamy się za dobrze… — zaczął ostrożnie, siadając obok wojownika. — Ale nie mogę patrzeć, jak marniejesz w oczach! Nie jesteś już tym samym Poczciwym Szakłakiem, który kilka księżyców temu rzucał dwuznacznymi stwierdzeniami — zachichotał cicho, ale po chwili znów spoważniał i przybrał zatroskany wyraz pyska. — Chcę wiedzieć, co tak bardzo cię męczy. Też jestem kotem i wiem, jak ciężko jest zmagać się z problemami samemu. Niezliczoną ilość razy chciałem, by ktoś okazał mi wsparcie, dlatego teraz sam chcę podarować je tobie. Nawet jeśli nie opowiesz mi od razu wszystkiego ze szczegółami — wyjaśnił, czując, jak w brzuchu pojawia mu się dziwne uczucie. Może ze stresu? Niewykluczone... — Jestem pewny, że będzie ci lżej, jeśli wypowiesz na głos to, co leży ci na sercu.
Chwila… nie, nie! Ależ skądże, o czym on w ogóle myślał?
Ach, oni to się dopiero dobrali. Oboje byli tacy niezręczni, ale może to po prostu uroki początków nowych znajomości. Z czasem z całą pewnością rozmowa będzie im przychodzić coraz łatwiej i nie będą się już obrzucać półsłówkami. O ile ich relacja przetrwa, a los pozwoli im spotkać się jeszcze wiele razy w przyszłości. Na to właśnie liczył Królik, bo posiadanie znajomego z Klanu Burzy wydawało mu się całkiem fajne.
— Cóż, ja tak właściwie też… się ciebie tu nie spodziewałem — odparł bursztynowooki, po czym wzdrygnął się z powodu chłodnego wichru, który rozwiał jego szatę. — Choć muszę przyznać, że miałem z tyłu głowy pewnego kota o zielonych oczach, gdy zmierzałem w tę stronę… — kontynuował, nie skupiając się za bardzo na znaczeniu swoich słów. W końcu o to w tym chodziło, nie? Jeśli nie będzie zastanawiał się nad każdą sylabą, rozmowa stanie się znacznie przyjemniejsza.
— Myślałeś o mnie? — zapytał nagle Poczciwy Szakłak, jeszcze bardziej speszony, a może raczej onieśmielony.
— No… wiesz, nie nazwałbym tak tego, jak teraz o tym myślę… — miauknął Królicza Prawda, czując, jak jego serce zaczyna bić szybciej. Co za głupoty uciekały z jego pyska, na litość Klanu Gwiazdy! — Znaczy, rozumiesz… Miałem po prostu na uwadze, że przy granicy mogę spotkać znajomy pysk.
Przez moment między dwójką kocurów zapanowała cisza. Po chwili jednak pręgowany odchrząknął, nie potrafiąc już jej znieść.
— Może zamiast takich bezsensownych pogaduszek porozmawiamy o czymś ciekawszym? Spotykam cię już któryś raz, a wciąż prawie nic o tobie nie wiem! W sensie to w sumie logiczne, bo nie jesteśmy zbyt blisko, ale jeśli tak mamy na siebie wpadać… to wypadałoby wiedzieć o sobie coś więcej niż tylko swoje imiona — zaproponował Królik. Nie wiedział nawet, o czym sam mógłby opowiedzieć Szakłakowi. Przecież nie wyzna mu nagle, że kiedyś był młody, głupi i uciekł do miasta.
— Tak, racja… — zgodził się czarnofutry.
Gdy miał już otworzyć pysk po raz kolejny, powietrze przeszył głos innego kota:
— Królicza Prawdo, skup się na patrolu! — zawołał Bukowa Korona, który dreptał w stronę granicy. — Zwierzyna sama się nie upoluje, a ty sobie urządzasz jakieś pogawędki z Burzakami! — kontynuował, zbliżając się do kocurów.
Kremowy położył po sobie uszy i wyszeptał:
— Przepraszam… Muszę już iść, ale zakładam, że prędzej czy później nasze ścieżki znowu się przetną!
* * *
Teraźniejszość
Zwiedzał wraz z nim tereny, ale granic unikał jak ognia. Śniący Obserwator nie zawsze był zadowolony z faktu, że tak stary kot, jak Królik, zachowywał się czasem jak uparty kociak, ale co mógł poradzić? Gdyby kremowego zobaczył jakiś Klifiak, przy granicy mogłaby rozpętać się kłótnia albo, nie daj Klanie Gwiazdy, nawet walka! O ile ktoś w Klanie Klifu w ogóle przejął się zniknięciem jednego z wojowników. Królik raczej nie cieszył się dobrą opinią wśród dawnych pobratymców — w końcu uciekł kiedyś z klanu na kilka księżyców, a do tego był synem Pikującej Jaskółki.
Tym razem udali się w pobliże białej konstrukcji, przy której Królicza Prawda — a raczej Gasnąca Łapa — natknął się wcześniej na patrol Burzaków.
— Jak się nazywa to miejsce? — zapytał niemal od razu, odwracając wzrok w stronę srebrzystego kocura, który wyglądał na dosyć zmęczonego. Gasnąca Łapa zauważył jednak, że to była dla niego codzienność. Nawet jego imię zdawało się o tym świadczyć.
— Upadły Potwór… — mruknął krótko, raczej niezbyt chętny do dłuższej rozmowy.
— Ach! Wiedziałem, że ma to jakiś związek z tymi biegającymi stworzeniami Dwunożnych — odparł Gasnąca Łapa, tym razem wlepiając spojrzenie przed siebie. Skoro Śniący Obserwator nie był chętny do pogaduszek o pogodzie, nie zamierzał go do nich zmuszać. Nie chciał się narzucać, bo wtedy wyszedłby na niewychowanego i niegrzecznego, a raczej nie chciał już na samym początku budzić w Burzakach negatywnych odczuć. Wolał, by wszyscy uważali go za porządnego i godnego przyszłego członka klanu.
Gdy byli już blisko Upadłego Potwora, do nozdrzy ucznia dotarł zapach królika. W Klanie Klifu starał się raczej unikać polowania na uszaki ze względu na swoje imię i przywiązanie do niego, ale teraz… najważniejsze było pokazanie się z najlepszej strony — jako ktoś przydatny. Obiecał przecież, że od świtu do zmierzchu będzie polował i wykonywał obowiązki, jeśli tylko Zawodzące Echo i Królicza Gwiazda pozwolą mu tu zostać.
— Spróbuję go upolować, dobrze? — zwrócił się do mentora, który na to wzruszył ramionami.
— Ja ci nie bronię — odrzekł niewzruszony, wciąż nawet nie próbując zabrzmieć choć odrobinę energiczniej.
Choć ta powolność Śniącego Obserwatora mogłaby innych denerwować, Królik uważał, że właśnie ona czyniła srebrzystego rozpoznawalnym i intrygującym. Miał specyficzny sposób mówienia, chodzenia i wyrażania emocji. To podobało się kremowemu. Zapadało w pamięć; on sam też chciałby być w jakimś stopniu ciekawy. Na tyle, by koty, z którymi rozmawiał, od razu go zapamiętywały.
Postanowił jednak nie skupiać się na przewodniku, lecz na swojej ofierze. Wziął kilka głębokich oddechów i ruszył tropem królika. W końcu, pośród wysokiej trawy, dostrzegł parę wystających uszu, obracających się czujnie za każdym szmerem. Kremowy uśmiechnął się, po czym przypadł brzuchem do ziemi, nie spuszczając uszaka z oczu. Bezszelestnie zaczął zbliżać się w jego stronę. Był niezwykle ostrożny i precyzyjny, bo wiedział, że słuch tych stworzeń to nie przelewki.
Gdy znalazł się wystarczająco blisko, napiął mięśnie i wyskoczył w powietrze. Nim długonogi futrzak zdążył zareagować, kremowy już zaciskał zęby na jego karku. Wbił je głębiej, aż po podniebieniu rozlał mu się metaliczny posmak krwi. Zwierzę zaczęło się szamotać, lecz uczniowi szybko udało się je dobić. Nie był zachwycony tym, że musiał zabić swojego dawnego imiennika, ale nie miał wyboru. Burzacy na pewno ucieszą się z kolejnego królika na stosie.
* * *
Gdy szedł w stronę stosu, przypadkiem musnął bokiem Poczciwego Szakłaka. Ich futra na moment splotły się ze sobą — kremowe i czarne, niczym lśniące gwiazdy i nocne niebo. Uczeń uśmiechnął się, patrząc na znajomego z ciepłem w oczach.
Szybko odłożył królika, po czym podszedł do czarnofutrego wojownika, który szwendał się bez celu po obozie.
— Co u ciebie? — zapytał, jednak zielonooki wyglądał na wyraźnie przybitego. Królik nie miał pojęcia o tym, co ostatnio wydarzyło się w Klanie Burzy, toteż nie wiedział, co było przyczyną takiego stanu Poczciwego Szakłaka. — Coś ostatnio nie jesteś sobą… — zauważył, przechylając delikatnie głowę.
Spostrzegł, że wojownik zacisnął szczękę, jakby z trudem powstrzymywał się przed wybuchem. Tylko czym? Gniewem, a może łzami?
— Wiesz… trochę bolą mnie łapy po dzisiejszym treningu, jeśli można to tak nazwać. Wasze tereny są całkiem spore! — miauknął nagle Gasnąca Łapa, mrużąc pomarańczowe ślepia. — Pójdę się przespać, żeby ci nie przeszkadzać — dodał, po czym, nie czekając na odpowiedź czarnofutrego, czmychnął w stronę legowiska uczniów.
Nim jednak zanurzył się w jego półmroku, objął wzrokiem kamienną wieżę, w której znajdowało się legowisko lidera. Wyglądała tak pięknie i majestatycznie. Nie wiedział, że inne klany mają takie cacka w swoich azylach! Wciąż był przyzwyczajony do skalnych półek i twardego, zimnego podłoża. Cieszył się, że teraz nie musiał opuszczać obozu, by zaczerpnąć trochę słońca.
* * *
Po chwili bursztynowooki zamrugał kilkakrotnie i żwawym krokiem ruszył w stronę wojownika. Wcześniej dawał mu fory, pozwalał kisić w sobie emocje i zmartwienia, ale teraz postanowił, że nie odpuści, póki nie dowie się, co faktycznie go trapi.
— Ja wiem, że nie znamy się za dobrze… — zaczął ostrożnie, siadając obok wojownika. — Ale nie mogę patrzeć, jak marniejesz w oczach! Nie jesteś już tym samym Poczciwym Szakłakiem, który kilka księżyców temu rzucał dwuznacznymi stwierdzeniami — zachichotał cicho, ale po chwili znów spoważniał i przybrał zatroskany wyraz pyska. — Chcę wiedzieć, co tak bardzo cię męczy. Też jestem kotem i wiem, jak ciężko jest zmagać się z problemami samemu. Niezliczoną ilość razy chciałem, by ktoś okazał mi wsparcie, dlatego teraz sam chcę podarować je tobie. Nawet jeśli nie opowiesz mi od razu wszystkiego ze szczegółami — wyjaśnił, czując, jak w brzuchu pojawia mu się dziwne uczucie. Może ze stresu? Niewykluczone... — Jestem pewny, że będzie ci lżej, jeśli wypowiesz na głos to, co leży ci na sercu.
<Poczciwy Szakłaku?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz