— Czy te ryby wracają do wody na Porę Zielonych Liści? — zapytała, kiedy nadeszła pora śniadania, a do jedzenia wszyscy dostali po rybce.
Zmierzchająca Fala parsknął pod nosem i pokręcił głową.
— Nie, one tam mieszkają Porą Nagich Drzew. Po prostu była zamarznięta rzeka i trudniej się na nie polowało — wyjaśnił.
— Jaka była rzeka? — dopytała.
— Zamarznięta.
— Jakaaa? — przechyliła główkę, wbijając wzrok w ojca.
— Taka, że nie mogliśmy w niej polować — westchnął zrezygnowany.
— Aha! Teraz rozumiem! Czyli Porą Zielonych Liści można łapać rybki, bo rzeka na to pozwala?
— Pozwala…? Oh, masz rację. Pozwala nam Porą Zielonych Liści i Porą Nowych Liści, oraz Porą Opadających Liści — odpowiedział. — Jedz już i nie gadaj.
— Czemu?
— Bo siostry Ci zjedzą!
— O NIE! — miauknęła przejęta, biorąc się za swoją porcję. Nie mogła pozwolić na zabranie swojej rybki! To było jej śniadanie, a nie Żabci czy Ropuszki.
Gdy skończyła, poszła do Kropiatkowej Skórki, żeby wyczyściła jej sierść. Robiła to najlepiej, więc koteczka bardzo chętnie korzystała z usług matuli, nawet jeśli mogła sama się myć. Wolała tak. Wyglądała lepiej i było jej przyjemnie, kiedy mamusia tak ją wylizywała. Z każdym pociągnięciem języka robiła się coraz bardziej śpiąca, kołysząc się na boki. Po chwili jednak oprzytomniała.
— Przytulasek! — miauknęła, odwracając się i wlepiając w matkę.
— Ojej, ojej — mruknęła rozbawiona królowa.
— Kocham tulaski — rozmarzyła się malutka, chowając nosek w sierści Kropiatki. Pachniało tak ładnie, a jakie było miękkie… Rzekotka mogłaby spędzić w nim resztę życia!
— Skarbie, muszę na stronę — szepnęła po dłuższej chwili matka.
— Coooo? To ja z Tobą! Na stronę! Na stronę! — zaczęła głośno skandować, jednak królowa ją uciszyła ogonem.
— Możesz iść, ale nie krzycz tak — pouczyła córkę.
Po chwili obie były przy wyjściu ze żłobka. Rzekotka otworzyła szerzej oczy, widząc wielgachny obóz oraz mnogość kotów. Stała z rozdziawioną buzią, więc matula, która ją znała, umknęła szybko w krzaki, póki córka stała oniemiała. Kropiatka wiedziała, że Rzekotka nigdzie nie odejdzie; w końcu jej najlepszym zajęciem było siedzenie w miejscu i patrzenie. Ze spokojną głową więc poszła sobie na stronę.
Rzekotka z kolei stała tak, dopóki nie dostrzegła ciemnego futra. Takie trochę podobne do Ropuszki, ale inne. No i ten kot miał maskę na pysku! Taką białą… wyglądała upiornie!
Podeszła do niej na swoich serdelowatych łapkach.
— Dzień dobry! — przywitała się według nauk rodziców. — Jestem Rzekotka i mam dwa księżyce! Twoja twarz wygląda upiornie i pewnie będzie mi się śnić po nocach!
Oznajmiła z błyszczącymi oczkami. Następnie zaatakowała przytulakiem jedną z łap wojowniczki.
— A teraz pora na przytulanie! Mama mi mówiła, że koty lubią komplementy — zaczęła mówić dalej. — I wtedy chętniej się tułają! Więc ja dałam Ci komplement i przytulas. Prawda? Tak? Powiedz! Powiedz!
Z każdym słowem coraz bardziej przyklejała się do kończyny Niedźwiedziówki.
<Niedźwiedziówko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz