* * *
A Gołąbek był z nich wszystkich najsmutniejszy. Od razu przypadł do zwłok matki. Płakał. Bardzo. Nie podszedłem, by go pocieszyć. Nie pomogłoby to. Płacz pomoże. Pożegnanie sam na sam z nią też mu pomoże. Stałem więc tak w bezruchu, bez wyrazu. I patrzyłem.
Potem spadła na mnie fala kondolencji. Monologów. Słów wsparcia. Nie pomagały mi. Ale niech mówią. Skoro im to pomaga, ja mogę słuchać. Nie chcę, żeby byli smutni.
Zjadłem mdły obiad po południu. Pogrzeb był wieczorem. Tradycyjny pogrzeb. Przyjąłem na siebie drugą falę kondolencji, monologów i słów wsparcia. Posiedziałem przy zwłokach Gąski dokładnie tyle, ile wymagał obyczaj. Pożegnałem je odpowiednio podczas Ostatniego Pożegnania. Potem zjadłem mdłą kolację i poszedłem spać.
Obudziłem się dnia obecnego. On akurat był zdecydowanie dziwny. Nie miałem dziś mieć żadnego treningu. Niebo pobladło, a chmury poszarzały jeszcze bardziej, choć nie było ich ani mniej, ani więcej niż wczoraj. Inni uczniowie mieli, dlatego też zostałem w pustym legowisku sam.
Leżałem do śniadania na boku lewym. Nie zjadłem śniadania. Leżałem do obiadu na boku prawym. Nie zjadłem obiadu.
Nie myślałem o niczym konkretnym. To również było dziwne. Zawsze myślę o czymś konkretnym. Teraz nie mogę. Dlaczego nie? To nie jest trudne. Wyobrażam sobie rzecz. Cokolwiek. Liść. Kamień. Pień. Myślę o niej. Jaki ma kształt. Jaki mogłaby mieć kształt. Potem wyobrażam sobie poszczególne czynności i próbuję znaleźć zastosowanie dla przedmiotu.
Odkąd leżałem ponownie na boku lewym, patrzyłem w stary, płowy pień, a raczej przez niego. Potem skupiłem wzrok na pniu. Skupiłem na nim wzrok.
Pień.
Pień.
– Dlaczego nie mogę myśleć o zapchlonym pniu? – spytałem.
Zmrużyłem oczy. Wstałem z posłania. Żebra kłuły mnie ostro w boki od długiego leżenia. Przeszedłem po gałęzi do pnia.
Taki jesteś? Tak? Wydaje ci się, że skoro jesteś tylko zgrzybiałym pniem, to nie będę o tobie myślał? Że jesteś uprzywilejowany i możesz mi uciec? Że mój umysł na ciebie nie zasługuje? W takim razie zmuszę cię żebyś wszedł mi do głowy. Wcisnę cię w moje myśli siłą.
Wysunąłem pazury. Zamachnąłem się łapą i ostro przejechałem pazurami po korze drzewa. Pozostawiając po sobie równoległe bruzdy. Ale niezbyt głęboko. Zbyt płytko.
Zamachnąłem się jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze. Raz za razem.
Bruzdy zaczęły pokrywać pień. Kora opadała na ziemię, odsłaniając jego nagi rdzeń.
Aż z kory po mojej stronie pnia nie został już ani jeden brązowy skrawek. Jednak żaden z tych skrawków nie zapełnił mojego pustego, bezmyślnego łba. Ani jeden.
* * *
Leżałem tyłem do pnia. Przednie łapy bolały za bardzo, by schować pazury, leżałem więc z wysuniętymi. Spomiędzy nich wystawały kawałki kory, co najmniej pięć z nich było pokrytych krwią. Nie myślałem o niczym. Ale to nie szkodzi. Nie szkodzi. Jutro znowu będzie normalny dzień. Znowu będę myślał. Już teraz zaczynam trochę myśleć na nowo.
Logika. Logika.
Każdy w swoim życiu prędzej czy później kogoś straci. Tak mówią wszelkie przesłanki świata. Uczucie straty, choć początkowo tak silne, z czasem przeminie. Wystarczy zaczekać. Rozpacz to całkowicie naturalna reakcja organizmu na stratę. Wystarczy zaczekać. Wszystko minie. Za księżyc, za dwa, za trzy… Zawsze mija.
To wcale nie tak, że po śmierci jednej z dwóch osób, którą szczerze i całym sercem kochałem, nagle zawalił się cały świat. Nic się nie zawali. Świata to zupełnie nie obchodzi. Jesteśmy bezpieczni.
[678 słów]
[14%]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz