***
— Widzisz ten mech? Spróbuj się wspiąć na to drzewo — polecił jej, owijając ogon wokół swoich łap.
Miodowa Łapa spojrzała w górę i zauważywszy, iż wiekowa roślina pnie się wręcz pod same chmury, przełknęła nerwowo ślinę. Oparła łapę na korze, czując, że lekko jej się ześlizguje. Mech był mokry, ponieważ poranna rosa nadal się go doskonale trzymała. Mimo tego złota koteczka wbiła pazury w drewno, mając nadzieję, że chociaż to zapewni jej dobrą przyczepność. Gdy zamieszkiwała jeszcze Siedlisko, często wspinała się na przeróżne rzeczy. Najczęściej był to parapet i robiła to w celu ułożenia się wygodnie na swoim kocyku. Jednak niejednokrotnie wspinała się także po wysokim, szarym materiałowym przedmiocie, który był zbudowany chyba specjalnie dla niej, ponieważ Wyprostowani nigdy z niego nie korzystali, a jedynie zachęcali ją do tego, żeby do niego weszła i sobie w nim odpoczęła.
— Mógłbyś mi pokazać, jak to się robi? — zapytała, martwiąc się odrobinę, że jeden ruch mógłby kosztować ją jej życie.
— Ledwo położyłaś łapy na pniu. Nie spadniesz z takiej wysokości — Wilczy Skowyt westchnął, jednak spełnił jej prośbę. Miodowa Łapa spojrzała na niego lekko smutno, aczkolwiek starała się to zamaskować, żeby nie sprawiać i jemu przykrości. — Patrz uważnie, bo drugi raz nie będę pokazywał — ustawił się obok niej i zaczął sprawdzać, gdzie najkorzystniej byłoby ulokować swoje łapy. Znalazłszy wreszcie lekkie wgłębienie, wbił pazury w korę i zaczął się zgrabnie podciągać do góry. Gdy wylądował na jednej z gałęzi, złapał się drzewa z powrotem i z niego zwinnie zeskoczył, lądując na czterech łapach.
— Twoja kolej — miauknął, przypatrując się każdemu jej ruchowi. Miodowa Łapa spróbowała naśladować jego ruchy i początkowo szło jej to dość ślamazarnie – wiecznie ślizgały jej się poduszki na lekko podmokłej korze. Coś ją rozpraszało, ponieważ zaskrzeczało za głośno, albo jakiś owad leciał zbyt blisko jej uszu… mimo wszystko wreszcie udało jej się dotrzeć do pobliskiej gałęzi. Podekscytowane miauknięcie wyrwało jej się z pyszczka, a ogon podrygiwał z rozemocjonowania.
— Teraz musisz zejść na dół! — krzyknął do niej kocur z dołu, jakby chciał przypomnieć jej, że to była dopiero połowa jej sukcesu. Złotofutra pokiwała mu głową z determinacją, ale i dalszym rozpromienieniem na mordce. Skoro szło jej tak dobrze i nie zapowiadało się na to, aby cokolwiek miało pójść nie tak, to nie miała nawet powodów do obaw. Zeszła dość sprawnie, ale momentami po omacku, ponieważ mech sprawiał, że unikała miejsc drewna, które było nim porośnięte. Zrobiła to dlatego, że zaczęła rosnąć w niej obawa przed poślizgnięciem się, a potem upadkiem na sam dół i pogorszeniem sobie… Przystanęła obok wojownika, powiewając ogonem z radości. Naprawdę jej się udało! I poszło jej nawet nienagannie…! Otrząsnęła się z drobinek mchu, które znalazły jakimś sposobem drogę do jej końcówek futra.
***
— Nazywasz się Miodowa Łapa? — zaczęła, poruszając niespokojnie ogonem i na parę uderzeń serca zrywając kontakt wzrokowy, jednak wróciła niepewnie oczami do towarzyszki. Wyglądała tak, jakby długo zbierała się na powiedzenie tych słów. — Ale… ale masz, to znaczy… masz ładne, nie… piękne imię! — zagadnęła do niej ruda koteczka, dokańczając to, co chciała powiedzieć, na co Miodek uśmiechnęła się równie nieśmiało.
— Dziękuję ci bardzo, Makowa Iluzjo. Do niedawna byłam znana jeszcze jako Ula, ale Zalotna Gwiazda przydzieliła mi takie, żebym nie różniła się od was jakoś szczególnie przynajmniej pod tym względem — zamruczała w odpowiedzi, a z jej pyszczka nie chciało zejść rozpromienienie. Miała szczerą nadzieję, że nie pomyliła imienia towarzyszki. Wilczy Skowyt powiedział jej także, że Maczka jest siostrą Kocimiętkowego Wiru, co automatycznie sprawiło, że spoglądała na wojowniczkę z nawet większą sympatią. Bursztynooka wyglądała na naprawdę miłą koteczkę. Miodowa Łapa cieszyła się, że w Klanie Wilka było tak wiele życzliwych i wspaniałych kotów. Nie czuła się tu samotna, mimo że jej obecne życie bardzo różniło się od tego, które zdążyła poznać i do którego została przyzwyczajona w Siedlisku Dwunożnych.
— Miodowa Łapo, a mieszkałaś z Dwunożnymi? To znaczy… w tych wielkich, jaskrawych pudłach? Nie bałaś się? — Makowa Iluzja zagadnęła jeszcze, gdy uwaga pozostałych członków patrolu skupiła się na jakimś szmerze w krzewach po drugiej stronie. Ich mięśnie napięły się, jednak niepotrzebnie, ponieważ zza rośliny wyskoczyła wiewiórka, która momentalnie pognała na jedno z pobliskich drzew.
— Tak. Dobrze mnie chroniło przed wiatrem i nie musiałam się martwić głośnymi dźwiękami, w zasadzie wszystko w domu było bardzo ciche, co dobrze na mnie działało. Rzadko kiedy się bałam, no... może jak mnie pierwszy raz zabrali w to miejsce, od mojej mamy, ale nie mogłam narzekać. Dostawałam tam wszystko, o co mogłabym kiedykolwiek prosić. Moja właścicielka była przekochana — rozgadała się złotofutra, chociaż przed odpowiedzią pozwoliła sobie na parę uderzeń serca przerwy, ponieważ tego potrzebowała. — Czasami za nią tęsknię, ale jestem wdzięczna, że natrafiłam na wasz patrol i że przyjęliście mnie do klanu z taką życzliwością. Gdyby nie wy, to pewnie… pewnie nadal bym chodziła sama i wystraszona — zatrzymała się na moment. Nie był to łatwy temat, a z jakiegoś powodu bardzo często do niego wracała. — Tutaj jest czasami za głośno, ale… obecność kotów takich jak ty czy Jesionowa Łapa sprawia, że jestem spokojniejsza — przyznała jeszcze, poruszając spokojnie ogonem, gdy Wilczy Skowyt dał jej ruchem głowy znać, by ruszyły za nimi w celu odnowienia dalszych znaczeń zapachowych.
<Makowa Iluzjo, a ty miałaś wcześniej do czynienia z ludźmi?>
[1343 słowa, wspinaczka na drzewa]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz