Niebiańska Poświata, słysząc ton Dali, spuściła wzrok ku ziemi. Coś było nie tak. Przez krótką chwilę milczała, a cisza między nimi zdawała się gęstnieć z każdym oddechem, ciężka i lepka niczym mgła sunąca o świcie nad mokradłami. W jej wnętrzu rozlewało się dziwne, palące uczucie pustki — uczucie tak głębokie, że niemal odbierało jej zdolność oddychania.
Westchnęła cicho, a dźwięk ten niemal natychmiast zniknął pośród szumu rozmów, niby tylko kolejny prosty gest, jakich wiele. Zdawało się, że pogodziła się już z losem — z tym wszystkim, co mogło czekać na nią poza granicą obozu, nawet, jeśli teraz nie była jeszcze w stanie określić, co dokładnie mogłoby to być. Kąciki jej pyska uniosły się lekko w bladym, słodkim uśmiechu, który przypominał ostatni promień słońca gasnący za linią horyzontu; piękny, lecz niosący ze sobą nieuchronną świadomość nadchodzącej nocy.
— Jasne. Chodźmy — miauknęła w końcu cicho, a jej głos, choć spokojny, drżał subtelnie niczym tafla wody poruszona kroplą deszczu.
Ruszyła przed siebie wolnym krokiem, starając się iść tuż obok swojej towarzyszki, jak gdyby sama obecność Wzorzystej Dali mogła choć odrobinę uciszyć chaos szalejący w jej sercu. Opuszczając obozowisko, poczuła na grzbiecie spojrzenia kilku wojowników, które prędko jednak zmieniły swój kierunek.
Powietrze na zewnątrz było chłodne i przesycone rześką wonią morza, której słony aromat mieszał się z ciężkim zapachem sosnowej kory oraz wilgotnej ziemi. Wiatr sunął pomiędzy drzewami z cichym świstem, poruszając gałęziami tak, że wydawały z siebie melodyjne szepty. Niebiańska Poświata przymknęła na moment oczy, pozwalając, by te wonie wdarły się głęboko do jej nozdrzy. Były niemal zbyt prawdziwe, zbyt wyraziste — tak odmienne od tej trudnej do nazwania woni, jaką zwykle czuła. Może istniejąca, lecz faktycznie zbyt słaba, by faktycznie móc związać z nią jakiekolwiek emocje. Każdy oddech przypominał jej teraz, że świat wciąż żył, oddychał i trwał niewzruszenie, nawet wtedy, gdy ona sama miała wrażenie, że stoi w jednym miejscu.
Nad ich głowami niebo przybierało barwę granatu rozlanego atramentem po sklepieniu świata, a pierwsze gwiazdy zaczynały przebłyskiwać pomiędzy strzępami chmur niczym czujne oczy przodków obserwujących ziemię. Wreszcie Niebiańska Poświata odezwała się ponownie, choć jej głos był cichszy niż wcześniej.
— Więc…? — zaczęła, unosząc spojrzenie na Wzorzystą Dal. — Co chciałabyś mi powiedzieć?
— Niebo, jesteś wspaniałą kotką. Wiesz o tym, prawda? Przyjemnie się z tobą rozmawia, wyglądasz naprawdę pięknie… Ale ja po prostu tego nie czuję.
Słowa Wzorek zawisły między nimi ciężko niczym burzowe chmury, które od wielu dni zbierały się nad lasem, lecz wciąż nie chciały pęknąć deszczem. Powietrze zdawało się gęstnieć z każdym uderzeniem serca Nieba. Przez krótką sekundę patrzyła na nią w milczeniu, niezdolna odwrócić wzroku od jej błękitnych ślepi, które jeszcze niedawno rozjaśniały się ciepłem na jej widok, a teraz wydawały się dziwnie odległe i obce.
Poczuła, jak jej serce przyśpiesza nagle, bijąc tak szybko, iż mogłaby przysiąc, że próbuje wyrwać się z jej piersi i uciec gdzieś daleko, tam, gdzie nie dosięgną go te słowa. Jej źrenice rozszerzyły się lekko, a kąciki ust drgnęły niemal niezauważalnie, jak gdyby za moment miała odpowiedzieć czymś lekkim, może nawet rozbawionym, by rozproszyć napięcie, które oplatało ich niczym cierniowe pnącza. Z jej gardła nie wydobył się jednak żaden dźwięk — jedynie milczenie, gorzkie i palące, które rozlało się po jej wnętrzu niczym jad.
Westchnęła cicho, po czym posłała Wzorzystej Dali głupi, wymuszony uśmiech, choć czuła, że każdy mięsień jej pyska drży z wysiłku. Po raz kolejny miała wrażenie, że ktoś wyślizguje się spomiędzy jej łap, że oddala się coraz bardziej, biegnąc ścieżką, której ona nie mogła już dostrzec. To uczucie znała aż za dobrze — znała chłód opuszczenia, pustkę pozostającą po tych, którzy odchodzili oraz ten okrutny moment, w którym musiała uświadomić sobie, że choćby biegła za nimi aż do granicy terytorium, nigdy ich nie dogoni.
A jednak tym razem ból nie rozdzierał jej równie gwałtownie. Był inny — cięższy, cichszy i znacznie bardziej zmęczony, jakby przez ostatnie księżyce przywykła już do tracenia wszystkiego, na czym odważyła się polegać. Być może, gdyby nie chaos emocji kotłujących się pod jej skórą, byłaby w stanie spojrzeć Wzorek w oczy ze spokojem i przyznać, że gdzieś głęboko od dawna przeczuwała ten moment. Że w głębi serca sama czuła podobnie, choć panicznie bała się nazwać to uczucie.
Lecz… nie mogła. Nie potrafiła. I przede wszystkim — nie chciała.
Jej oczy, brązowe niczym stopiony karmel skąpany w świetle zachodzącego słońca, rozbłysły nagle ostrą iskierką desperacji oraz bólu tak czystego, że niemal namacalnego. Futro na karku zjeżyło jej się lekko, kiedy zrobiła krok w jej stronę, jakby sama odległość między nimi stała się czymś nie do zniesienia.
— Naprawdę? — wyszeptała drżąco, choć po chwili jej głos nabrał siły, pękając gniewem i rozpaczą jednocześnie. — Więc tak po prostu to kończysz? A te wszystkie dobre chwile? Co z nimi? Czy to wszystko już nic dla ciebie nie znaczy? Czy była to jakaś gra? Och, dlaczego dałam się tobie nabrać!
Jej ogon uderzył gwałtownie o ziemię, wzbijając drobinki kurzu, podczas gdy ona sama próbowała złapać oddech, jakby każde kolejne słowo rozcinało jej gardło ostrymi pazurami. Przed oczami przesuwały jej się wspomnienia — wspólne polowania o świcie, kiedy rosa osiadała na ich łapach niczym srebro, rozmowy prowadzone szeptem przy granicy obozu oraz spojrzenia, które wydawały się mówić więcej niż jakiekolwiek słowa. Jak mogła teraz stać przed nią i zachowywać się tak, jakby wszystko to było jedynie snem, który rozwiewa pierwszy podmuch wiatru?
<Wzorek? Tłumacz się teraz>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz