Nieco mocniej niż zamierzał pociągnął językiem futro swojej siostry, podczas dzielenia języków. Promyk cicho pisnęła, na co Tawuła, wzdychając, odsunął się od szylkretki.
– Widzę, że coś cię trapi… Nie duś tego w sobie, Tawuło – miauknęła, zachęcając do wyznania.
Wahał się czy nie wyznać siostrze powodu swych zmartwień, jak i nie spróbować jej przekonać do przywrócenia Rady Pięciu Wąsów. Zdaniem Tawuły najlepiej byłoby, aby nawet liderzy, zastępcy czy nawet medycy nie byli ze sobą spokrewnieni, a tym bardziej partnerami, a nie tylko radni. Cóż, byłoby to ciężkie, patrząc, że chociażby taki Tawułowa Bryza był chyba z niemalże z każdym kotem spokrewniony w klanie, nawet jeśli nie przez krew. W końcu partner stryjecznej ciotki wujka dziadka to, jakby nie patrzeć, również rodzina. Nie tak bliska jak rodzeństwo czy rodzice, lecz nadal rodzina.
– Masz rację. Nie będę tego dusić.
Podniósł się z kamiennego podłoża, decydując się rozprostować swoje patykowate kończyny. Przeniósł spojrzenie po otaczających go klifiakach. Niektórzy tak jak i on wcześniej dzielił języki, inni spożywali posiłki, a jeszcze inni plotkowali. Większość wydawała się być szczęśliwa lub też całkiem sprawnie udawała radość.
– Prawdopodobnie naraże się Lśniącej Gwieździe – podjął, zerkając przez ramię na brązową szylkretke. Uśmiechnął się gorzko, zastanawiając się, czy nie powinien jednak zrezygnować z konfrontacji z kocurem. – Jeśli tak się stanie, pamiętaj, że zależało mi na dobru klanu.
Powoli ruszył w kierunku legowiska lidera, ignorując nawoływanie siostry, która być może próbowała odciągnąć od popełnienia głupstwa białego kota. Albo uznała, że Tawule po raz pierwszy w życiu zebrało się na żarty.
Wstrzymał oddech, stojąc w wejściu. Wahał się, denerwował się konsekwencjami rozmowy, jednak ostatecznie zrobił krok naprzód. Potem kolejny. Aż w końcu stał naprzeciw rudego przywódcy, który wydawał się spodziewać prędzej czy później wizyty Tawułowej Bryzy. Zielonooki bez zbędnych uprzejmości, jak i gratulacji w związku z powiększeniem się rodziny kocura, przeszedł do konkretów. Cóż miał do stracenia? W sumie to wszystko, ale ktoś musiał być tą małą iskrą. Zważywszy na to, że większość klifiaków podzielała jego nastroje wobec wyboru zastępcy. Tym bardziej, że zamiast pełnić swoją funkcję, z powodu kociąt będzie przez nie rozpraszana przez dobre 8 księżyców, przynajmniej w teorii.
– Dlaczego wybrałeś Truskawkowe Pole na swoją zastępczynię? – spytał, stojąc naprzeciw Lśniącej Gwiazdy z wysoko uniesioną głową, spoglądając na kocura nieco wyzywająco. Chwilę przed tym nim wszedł do legowiska lidera o mało co serce nie wyskoczyło mu z piersi, jak i nie zwrócił śniadania, teraz jednak pewnie stał na łapach bez oznak stresu. Jedyne, co teraz czuł, to pustka, dzięki której być może był tak właściwie w stanie mówić. Kocurowi musiało się obić o uszy to, że większość klifiaków nie była zadowolona z jego wyboru szylkretowej kocicy na zastępczynię. – Pchełkowy Skok byłaby lepszym wyborem na twoją prawą łapę. Ja to wiem, a tym bardziej ty powinieneś. I sądzę, że większość klifiaków również podzieliłaby moje zdanie. – Miał nadzieję, że część ich rozmowy być może dotrze do kotów, które faktycznie podzielały jego zdanie.
Miał nadzieję, że kocur nie zacznie wychwalać swej partnerki i jej umiejętności, powołując się na to, że ją przecież również szkolił, po tym, jak została członkinią Klanu Klifu i inne tego typu zbędne rzeczy. A tym bardziej, że nie uzna, że Tawuła miałby w tym jakiś interes, chcąc mieć wysoko u władzy członka swojej rodziny. Członka, z którym dzieli go krew.
Jego prawą łapą powinien być ktoś, kto od początku wychowywał się w ich społeczności i jest jej wierny, jak żaden inny kot. A takich jednostek Tawuła mógł naliczyć na paluszkach swej jednej łapy. Nawet Bukowa Korona nadawałby się na lepszego kandydata, mimo że podobnie jak Truskawka nie narodził się w Klanie Klifu. Przynajmniej kocur również jak Pchełka nie raz pokazał swoje oddanie wobec klanu. Był jeszcze jeden kot, jednak musiałby się jeszcze wykazać, aby według Tawuły był godnym kandydatem do pełnienia tak ważnej funkcji.
Jedyną sensowną odpowiedzią na to, dlaczego Lśniąca Gwiazda nie wybrał Pchełkowego Skoku na swoją zastępczynię, było to, że kocur musiał jej się najzwyczajniej bać. Bał się, że kotka mogłaby zagrozić jego rządom. Ślepiec nawet byłby w stanie pojąć, jak kotka, będąca owocem sojuszniczego miotu, rozwinęła się na przestrzeni księżyców. Była wzorem do naśladowania. Wojownikiem, którym każdy mały kociak powinien chcieć stać się w przyszłości. Wojownikiem, którym Tawułowa Bryza miał nadzieję kiedyś zostać czy też chociaż się odrobinę zbliżyć.
Pchełkowy Skok była lepsza zarówno od Truskawkowego Pola, jak i Lśniącej Gwiazdy razem wziętych.
Zmrużył oczy. Jeśli faktycznie jedynym powodem, dla którego odsunął kocice od funkcji, którą ta powinna piastować, był strach, to znaczyło, że nie należy mu ufać i podążać za nim.
<Lśniący? To nie faza emo, Tawułe opętał jakiś demon>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz