Wieczór nadchodził powoli, lecz nieubłaganie, jakby sama Wszech Matka rozciągała ponad światem ogromny płaszcz utkany z granatu, purpury oraz ciepłego blasku dogasającego słońca. Błękit dnia bladł z każdą chwilą coraz bardziej, ustępując miejsca miękkim smugom pomarańczu i różu, które rozlewały się po niebie niczym farba na tafli spokojnej wody. Pomiędzy ciemniejącymi obłokami zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy — drobne, nieśmiałe punkciki światła, migoczące delikatnie, jak gdyby dopiero budziły się do życia po długim śnie. Ich blask odbijał się słabo w oczach kotów krzątających się po obozie Owocowego Lasu, nadając całemu miejscu niemal nierealny, spokojny wygląd.Choć w powietrzu wciąż utrzymywał się ciężki zaduch pory Nowych Liści, przynoszący ze sobą zapach rozgrzanej ziemi, świeżej trawy oraz słodkiej woni dojrzewających owoców, nietrudno było wyczuć subtelną zmianę. Wiatr, który jeszcze w południe był ciepły i leniwy, teraz stawał się coraz chłodniejszy oraz ostrzejszy, przemykając pomiędzy gałęziami drzew cichym świstem i poruszając paprocie otaczające obozowisko. Liście drżały lekko, kiedy wieczorne powietrze przesączało się pomiędzy nimi, a gdzieś w oddali rozbrzmiewał monotonny śpiew świerszczy, stapiający się z cichymi rozmowami wojowników wracających z patrolu.
Łza ziewnęła przeciągle, odsłaniając drobne, jeszcze nie do końca wyrośnięte kły, po czym przejechała ostrożnie różowym języczkiem po jednej z łap, starając się wygładzić zmierzwione futro. Siedziała przy wejściu do żłobka z łapami starannie podwiniętymi pod pierś oraz głową uniesioną wyżej, niż było to naprawdę konieczne, przez co bardziej przypominała młodą wojowniczkę pilnującą obozu niż zwykłe kocię, które dopiero czekało na własne mianowanie. Co kilka chwil przeciągała językiem po futrze na piersi albo wygładzała niesforne kosmyki sierści nastroszone przez wiatr, jednak nawet podczas takich drobnych czynności jej spojrzenie nieustannie wędrowało po obozie, czujne i pełne oczekiwania.
Lubiła, gdy na nią patrzono.
W rzeczywistości potrzebowała tego bardziej, niż chciałaby kiedykolwiek przyznać, ponieważ każda para oczu zatrzymująca się na niej choćby na krótką chwilę sprawiała, że czuła przyjemne ciepło rozlewające się po wnętrzu jej piersi. Gdy któryś z wojowników bądź zwiadowców rzucał jej rozbawione spojrzenie albo uczeń odpowiadał na jej zaczepki, natychmiast prostowała się odrobinę dumniej, jakby sam fakt zauważenia jej obecności był czymś, co utwierdzało ją w przekonaniu, że naprawdę jest kimś ważnym. Nie potrafiłaby żyć inaczej.
Purchawka spała kilka lisich długości dalej, zwinięta w ciasny kłębek pośród miękkiego mchu wyściełającego żłobek, a jej spokojny oddech poruszał delikatnie futro na bokach. Łza zerknęła na matkę kątem oka i westchnęła przeciągle, niemal teatralnie, ponieważ część niej miała ogromną ochotę obudzić starszą kotkę tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę i usłyszeć choćby krótkie zirytowane mruknięcie.
Ostatecznie jednak powstrzymała się, uznając, że w obozie znajduje się wystarczająco wiele innych kotów, które mogłyby poświęcić jej czas.
Jej błękitne oczy przesuwały się po obozowisku z żywym zainteresowaniem, a jednocześnie z czymś przypominającym cichą zazdrość, gdy widziała uczniów otoczonych grupkami przyjaciół albo wojowników, których inni słuchali z wyraźnym podziwem. Nie podobało jej się, kiedy uwaga skupiała się na kimś innym zbyt długo, ponieważ wtedy zaczynała czuć nieprzyjemny ucisk pod żebrami, jakby sama była stopniowo spychana gdzieś na bok.
I właśnie wtedy go zauważyła.
Uczeń wracał do obozu z wróblem zwisającym z pyska, a jego futro było lekko potargane po treningu, przez co wyglądał na wyraźnie zadowolonego z siebie. Mentor powiedział mu jeszcze coś na pożegnanie, po czym odszedł w stronę legowiska wojowników, pozostawiając młodszego kota samego z jego zdobyczą.
Łza niemal natychmiast poderwała się na łapy, ponieważ sama świadomość, że ktoś może zostać choćby przez chwilę pochwalony bez jej udziału, wywołała w niej nagłą potrzebę wmieszania się w sytuację.
Przebiegła przez obóz lekkim, sprężystym krokiem, specjalnie unosząc ogon wyżej niż zwykle oraz poruszając się w sposób niemal ostentacyjny, jakby chciała upewnić się, że przynajmniej kilka kotów odprowadzi ją spojrzeniem. Kiedy zatrzymała się przed uczniem, natychmiast posłała mu szeroki, przesadnie słodki uśmiech, a jej oczy rozbłysły figlarnie.
— Och, jaka piękna zdobycz! — miauknęła pogodnym, wysokim głosem, podchodząc bliżej i zerkając teatralnie na wróbla.
Uczeń uśmiechnął się lekko, wyraźnie zadowolony z komplementu.
— Myślałeś, że mówiłam poważnie? — prychnęła w końcu, zatrzymując się przed nim i unosząc brew z przesadnym niedowierzaniem. — Ten wróbel jest taki mały, że chyba nawet kocię ledwo by się nim najadło.
Posłała mu ostre spojrzenie.
— Nie wiem, jak ten twój byle mentor mógłby pochwalić cię za coś TAKIEGO.
<Borowik?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz