— Nie. Nigdy mi nie mówiłeś — przyznała szczerze. To była prawda. Nie rozmawiali prawie wcale, jeśli nie chodziło o zastosowania ziół czy leczenie schorzeń.
— Chciałem być liderem. Zostałbym nim. Rozmawiałem z Błękitną Laguną, kiedy już mój trening pod okiem twojej matki się kończył. Na zgromadzeniu spotkałem kotkę z Klanu Klifu, z którą rozmawiałem o tradycjach. Nie czułem nic do niej, nie myśl sobie nawet, ale opowiedziałem jej o tej z żabą podczas ceremonii partnerstwa. Powiedziała, że na pewno podczas mojej znajdzie się największa, najpiękniejsza i najbardziej zielona żaba. Przykro mi, że ją zawiodłem.
“Gdybyś w ogóle się jej z kimś doczekał…” — pomyślała dymna w pierwszej chwili, co odrobinę ją rozbawiło. Uśmiechnęła się pod nosem, lecz gdy dostrzegła, że biało-czarny uczeń mierzy ją niemal morderczym wzrokiem, od razu spoważniała. Czy powinna jakoś go pocieszyć? Wspieranie innych emocjonalnie zdecydowanie nie leżało w jej naturze.
— Przykro mi, Klekocząca Łapo, że nie udało ci się spełnić swoich marzeń. Musisz jednak wziąć pod uwagę, że nawet będąc księciem i wierząc, że wszystko w życiu się uda, trzeba być gotowym na różne przeciwności losu — mruknęła, odwracając wzrok od młodszego kocura.
Nie wyglądał na przekonanego słowami medyczki, ale trudno było się temu dziwić.
— Niestety nie mogę ci pomóc pogodzić się ze zmianą rangi. Jestem tu od leczenia ran zewnętrznych, a nie wewnętrznych — westchnęła, powoli kręcąc głową. — Musisz sam to przepracować, bo inaczej całe życie spędzisz smutny i przygnębiony.
Na moment zamilkła, po czym dodała:
— I powinieneś nauczyć się czerpać radość z prostych rozmów ze swoimi pobratymcami. Brak relacji romantycznej to jeszcze nie koniec świata!
Nie sypiała ostatnio za dobrze. Nie mogła zmrużyć oka, często przez długie godziny wpatrując się w poranionego Szczawiowe Serce, który w Klanie Nocy dostał nowe miano. Wszyscy nazywali go Błotem, patrzyli na niego z pogardą. Dymna również nie zwracała się do niego zbyt przychylnie. Nie chciała, by którykolwiek z Nocniaków dowiedział się o jej “romansie” z czekoladowym kotem.
Właściwie, gdy na niego patrzyła, czuła dziwną mieszankę zawodu i złości. Gdy wtedy odchodziła z terenów Klanu Wilka, gdy odrzuciła jego miłość… nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek będzie zmuszona przebywać z nim w jednym legowisku. Jego obecność w pewnym sensie zaburzała jej porządek. Burzyła jej dotychczas spokojne życie, niszczyła poczucie bezpieczeństwa. Najchętniej własnymi łapami zadusiłaby czekoladowego, by już nigdy więcej nie musieć widzieć jego pyska… ale tak nie wypadało. Nie przy Sennej Łzie, nie przy Stroczku. Chcąc nie chcąc, Szczawik był ich ojcem.
Gdy pojawiła się na wyspie, od razu usiadła obok Różanej Woni i Klekoczącego Bociana. Nie miała siły na rozmowy z obcoklanowcami.
— Co u was? — zapytała, po czym przeciągle ziewnęła i zadrżała. Nie mogli sobie odpuścić tego zgromadzenia? Wolałaby siedzieć na swoim bezpiecznym posłaniu i pilnować tego czekoladowego szczyla, niż znowu oglądać, jak jakieś krnąbrne koty coś odwalają…
— Tak samo niesamowicie, jak zwykle — wypluł chłodno Klekotek, nawet nie racząc jej spojrzeniem. — O tobie można chyba powiedzieć to samo, co?
Gąbczasta Perła stęknęła, uderzając koniuszkiem ogona o powierzchnię wyspy.
— Byłoby lepiej, gdybym nie musiała spać w jednym legowisku z jakimś zapchlonym brązowym kotem! Niech ja tylko dorwę tego Ulewnego Szkwała… Po co go tak urządził? Ten brudas na nic nam się nie przyda! Tym bardziej taki połamany! — zdenerwowała się, kładąc po sobie uszy.
Gdy Szkwał był młodszy, sama starała się wpoić w niego nienawiść do czekoladowych kotów, snując opowieści o Fląderce i Korzennej Łapie, ale nie sądziła, że młodszy weźmie je aż tak bardzo do serca. Był brutalny! Szczawiowe Serce niemal nie przypominał już dawnego siebie. Teraz bliżej mu było do sowiej wypluwki.
Poza tym nie rozumiała decyzji Mandarynkowej Gwiazdy. Po co w ogóle zgodziła się na przyjęcie tej czekoladowej sieroty do Klanu Nocy? Nawet jeśli był więźniem, nie zasługiwał na to, by żerować na Nocniakach. Powinni byli zostawić go na pastwę losu, zamiast teraz marnować na niego zioła i zwierzynę.
— Czekoladowe koty coś częściej u nas bywają... Najwidoczniej Klan Gwiazdy próbuje z całej siły napuszczać na nie niebezpieczeństwo czy inne choroby. Od Fląderki też niemal nie można się uwolnić. Czuje, jakby przylepiła mi się do ogona lub łap; niczym zaschnięte błoto — wyburczał czarno-biały. — Ulewny Szkwał zdał się zrobić z tego całego Błota swoisty łup... Jeśli tak bardzo chciał się wykazać, to mógł złowić szczupaka wielkości lisa; może wtedy przynajmniej nie musielibyśmy tracić zwierzyny na kolejny pysk. I my, i ta przybłęda, ma szczęście, że Pora Nagich Drzew jest niezwykle łagodna, bo myślę, że byłby pierwszym, którego rozważalibyśmy wyrzucić. Chociaż moim zdaniem i tak powinniśmy to zrobić; nie lubię kotów, które długo siedzą w lecznicy; czuję się, jakby podpatrywali i podsłuchiwali... Już raz zostałem ostrzeżony przez wuja, że mam uważać na Fląderkę, bo może zbyt dużo dowiedzieć się o ziołach…
Dymna przytaknęła pewnie na słowa Klekoczącego Bociana. Nie potrafiła pojąć, jakim cudem Szczawik w ogóle zagrzał sobie u nich miejsce! Już dawno powinien leżeć w jakimś rowie.
— Czekoladowe koty nie tylko częściej trafiają do lecznicy, ale też jest ich coraz więcej w całym Klanie Nocy! Moja teoria się sprawdza… — mruknęła tajemniczo, mrużąc swoje zmęczone, brązowe ślepia. — W końcu pojawi się wśród nas jakiś czekot, który zapragnie nas wszystkich powybijać! Ten przybłęda już jest całkiem bliski dokonania tego czynu. Jeszcze kiedyś pożałujemy, że go przyjęliśmy, gdy wyżre nam cały zapas ryb! — mówiła dalej, nie ukrywając swojej nienawiści do brązowych kotów. Może właśnie tego potrzebowała? Co może być lepsze od ponarzekania sobie na głos na istniejące problemy?
Westchnęła ciężko, na moment przerywając swoją wypowiedź.
— Źle mu z oczu patrzy, nie sądzisz? — dodała, a na jej pysku na moment pojawił się złowieszczy uśmiech. — Nikła Gwiazda mówił kiedyś na zgromadzeniu o pewnych uciekinierach, a ten czekoladowy kot… kogoś mi chyba przypomina.
— Chyba jesteś jedyną, która może wiedzieć — burknął. — Nie wiem... W oczach ma panikę i zagubienie, jakby chciał we wszystkich wzbudzić jakiś rodzaj troski i współczucia. Denerwują mnie takie koty; Fląderka ma takie same. Nie mogę tego znieść.
Po tych słowach zrobił chwilę przerwy.
— Dopóki nie pokaże, że może być chociaż minimalnie pożyteczny, nie powinien dostawać tyle jedzenia... Skoro uczniowie potrafią trenować bez wczesnego posiłku, to po co mają przynosić ryby dla niego do lecznicy — pomyślał na głos. — Inni na nie zasłużyli. Nie mam współczucia dla kota, którego rany są jedynie skutkiem jego własnych czynów. Chociaż Szkwał był okrutny, zwłaszcza jak na młodego kota, to po co Błoto pchał się na nasze tereny? Gdyby nie wybujałe ego tego podrostka z mlekiem pod nosem, nie mielibyśmy go teraz na barkach, a jedynym ciężarem byłby na sumieniu tego, który go zaatakował. A skoro jest taki niesamowity i zdolny, na pewno by sobie z tym poradził — prychnął.
Dymna pokręciła głową. Klekoczący Bocian mówił tak dużo, że niewiele wyłapała z jego słów.
— Nie, nie… Wiesz co, chodzi mi o to, że ten śmierdziel to przecież jeden z tych uciekinierów z Klanu Wilka! Nikła Gwiazda mówił o kimś takim. O białym w czekoladowe łaty, nazywał się Szczawiowe Serce… Mówię ci, znam go! Widziałam go, gdy byłam u Wilczaków, żeby podszkolić się trochę w walce i polowaniu — mruknęła pod nosem, marszcząc brwi.
Miała doskonałą broń, by zniszczyć Szczawika… Tylko czy powinna z niej skorzystać? Klekoczący Bocian już się o tym dowiedział. Teraz pytanie, czy ta informacja spłynie po nim jak po kaczce, czy będzie chciał coś z nią zrobić…
— Skoro jesteś tego taka pewna, to co jeszcze cię trzyma? Idź, powiedz o tym Mandarynkowej Gwiedździe, być może nawet powinnaś zrobić to w tym momencie; od razu będzie można to zakończyć. Pośle się kogoś do obozu, kto przywlecze Błoto i odda go w łapy Klanu Wilka — rzucił Klekotek, jakby to była najnormalniejsza, najbardziej codzienna rzecz na całym świecie.
Gąbka na moment uruchomiła swój mózg. W końcu wypaliła:
— Masz rację. Pójdę tam właśnie w tej chwili! — oznajmiła, gwałtownie podnosząc się z miejsca. Strzepnęła ogonem i już miała kierować się w stronę nocniackich terenów, gdy nagle wpadła na Żmijowcową Wić. Zamiast przeprosić go i pójść dalej, spojrzała na niego i mruknęła:
— Ty! Idziesz ze mną!
Na szczęście bury pobiegł jej śladem. Gdy ją dogonił, zapytał:
— H-hej, Pani medyk, co to za pośpiech? Liderzy jeszcze nie przemówili.
Nie miała jednak czasu na pogaduszki. Miała pewnego uciekiniera do przyprowadzenia…
Z każdym krokiem, z którym przybliżała się w stronę obozu Klanu Nocy, zaczynała się coraz bardziej niepokoić. Do jej nozdrzy docierał podejrzany, drażniący ją zapach.
— Co tam się dzieje…? — mruknęła niepewnie do Żmijowca, zwalniając nieco. Przed jej oczami rysował się już obóz klanu, ale teraz zastanawiała się, czy aby na pewno chce do niego wchodzić…
— Ten smród... To trop borsuka, Gąbczasta Perło... — powiedział zszokowany. Wąsy drżały mu ze strachu i złości.
Futro medyczki zjeżyło się nagle, a jej oddech przyspieszył.
— Na Klan Gwiazdy! — mruknęła zdumiona. — Jak to borsuka?! Co on robi w naszym obozie? — dodała spanikowana, po czym zaczęła gnać w stronę wysepek. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby któremuś z jej bliskich stała się krzywda! Jednak im bliżej obozu była, tym wyraźniej w jej uszach rozbrzmiewały wrzaski pobratymców...
Bury puścił się pędem za medyczką. Nieco wyprzedził ją zaraz przed wejściem i wepchnął się przez tunel. Rzucił się w kierunku borsuka i wyskoczył daleko w przód. Gąbka wparowała do obozu tuż za Żmijowcem. Niby szkoliła się w Klanie Wilka i miała jakieś pojęcie o walce, ale czy to będzie wystarczające? Nie, na pewno nie będzie. Bardziej się tu przyda jako medyczka. Uciekła gdzieś na bok, mierząc wzrokiem pole bitwy, starając się ocenić straty i wypatrzyć ranne koty.
Widząc, jak borsuk atakuje jej własną córkę, nie mogła się powstrzymać. Wystrzeliła do przodu, biegnąc w stronę znacznie większego zwierzęcia. Czuła, że pcha się właśnie w objęcia Klanu Gwiazdy, ale nie mogła stać bezczynnie… Łzy cisnęły jej się do oczu, gdy biegła w stronę szylkretki.
Nim jednak zdążyła rzucić się na borsuka, Senna Łza opadła z hukiem na ziemię. Wokół niej rozbryznęła się krew, a Gąbczasta Perła stanęła jak wryta. Przez moment zakręciło jej się w głowie, a obraz przed oczami zaczął się rozmywać. Na język cisnął jej się pełen bólu, rozdzierający krzyk, ale nie mogła nawet drgnąć. Dopiero po chwili zamrugała kilkakrotnie, próbując odzyskać świadomość tego, co działo się wokół. Gdy przyjrzała się córce uważniej, zauważyła, że nie miała jednej z łap. Została wyrwana przez tego śmierdzącego borsuka!
Gąbka rzuciła się w jej stronę, nawet nie zwracając uwagi na ogromną, szaro-czarną bestię stojącą tuż obok. Chwyciła Senną Łzę za kark i panicznie odciągnęła ją na bok, z trudem powstrzymując łzy. W uszach dudniły jej wrzaski innych kotów, ale ich nie słuchała. Nie rozumiała już, co właściwie działo się wokół niej. Czy cokolwiek poza córką miało teraz znaczenie?
Kiedy wypuściła wojowniczkę z zębów, natychmiast przypadła do jej pyska.
— Wszystko będzie dobrze… będzie dobrze… — powtarzała jak mantrę, wpatrując się w znajomy pysk wykrzywiony bólem. Po chwili wyciągnęła łapę i delikatnie położyła ją na policzku córki. — Zaraz coś na to poradzę… zaraz ci pomogę — wyszeptała drżącym głosem, jakby próbowała uspokoić zarówno Senną Łzę, jak i samą siebie.
Podczas gdy Korzenna Łapa kłóciła się z innymi kotami, Gąbczastej Perle udało się przemknąć do lecznicy. W pośpiechu wyciągnęła ze składziku kilka ziół, kompletnie nie dbając o porządek. Wkrótce legowisko medyka wyglądało tak, jakby przeszedł przez nie huragan, ale dymna nie miała teraz głowy do takich rzeczy. Wracając, przypadkiem wpadła jeszcze do źródełka, rozchlapując wodę na wszystkie strony, lecz nawet tego nie zauważyła.
Ponownie przypadła do córki i spojrzała na jej łapę — a raczej to, co z niej zostało. Teraz był to jedynie zakrwawiony, poszarpany kikut, z którego strugami wypływała posoka. Gąbka zaczęła panicznie wylizywać futro Sennej Łzy, lecz po chwili metaliczny smak krwi stał się nie do zniesienia. Wypełnił całe jej podniebienie, wywołując mdłości.
Odsunęła się gwałtownie i drżącymi łapami chwyciła zioła mające zapobiec infekcji. Przeżuła je niedbale, przy okazji boleśnie przygryzając sobie język. Powstałą papkę nałożyła na ranę, desperacko licząc, że jakkolwiek pomoże córce. Resztę liści przycisnęła do kikuta, próbując zatamować krwotok. Potem sięgnęła po pajęczyny i zaczęła ciasno owijać nimi ranę, nie żałując ani odrobiny zapasów. Ktoś mógłby nazwać to marnotrawstwem, ale Gąbczasta Perła nie myślała teraz o klanowych zasobach.
— Nie odpływaj, dobrze? Klan Gwiazdy jeszcze cię nie wzywa… — szeptała gorączkowo podczas swoich nieporadnych prób założenia opatrunku. Co z niej była za medyczka, skoro nie potrafiła uratować własnej córki?
Od ataku borsuka minęło już sporo czasu, lecz Gąbczastą Perłę wciąż ściskało serce, gdy patrzyła na kuśtykającą córkę. Głupi Nocniacy! Głupia Korzenna Łapa! Trzeba było zabić ją i te głupie szczenię borsuczycy, zamiast się z nią godzić i jeszcze okazywać jej współczucie! Ta wariatka rozwaliła im pół obozu, a także zabiła i trwale okaleczyła mnóstwo kotów. Nie zasługiwała na to, by ktokolwiek mówił jej, jak bardzo żałuje tego, co spotkało jej grupę.
Gdy szylkretowa wojowniczka przekroczyła próg lecznicy, Gąbka od razu do niej podbiegła, przyjmując zatroskany wyraz pyska.
— Co się stało, Łezko? Czy znowu dokucza ci ból łapy? — zapytała od razu, czemu przysłuchiwał się Klekoczący Bocian. Właściwie odkąd Różana Woń odeszła do legowiska starszyzny, w lecznicy zrobiło się dziwnie… cicho.
— Nie, tym razem nie o to chodzi… — mruknęła młodsza, pociągając nosem. — Od jakiegoś czasu mam straszny katar. Czasami nie potrafię nawet normalnie oddychać — poskarżyła się, a brązowooka od razu ruszyła w stronę składziku.
— O nic się nie martw! Zaraz dam ci jakieś ziółka i powinno przejść! — miauknęła, chwytając w zęby kilka jagód jałowca.
Po chwili położyła ciemnoniebieskie kuleczki przed łapami szylkretki i poczekała, aż wojowniczka je zje. Potem usiadła naprzeciwko Sennej Łzy i ciężko westchnęła.
— To takie niesprawiedliwe, że ta borsuczyca pozbawiła cię łapy… Nie zasługiwałaś na taki los, Łezko… — mruknęła smutno, lekko się garbiąc.
— To nic takiego, naprawdę… I tak jestem w stanie normalnie żyć, więc nie ma nad czym rozpaczać — stwierdziła Senna Łza, robiąc krok w tył. — Będę już wracać do legowiska.
Medyczka skinęła głową, obserwując, jak szylkretka znika w wyjściu z lecznicy. Gdy Senna Łza całkowicie zniknęła jej z pola widzenia, Gąbczasta Perła powoli podniosła się z miejsca i wróciła na swoje posłanie.
Wyleczeni: Senna Łza
— Chciałem być liderem. Zostałbym nim. Rozmawiałem z Błękitną Laguną, kiedy już mój trening pod okiem twojej matki się kończył. Na zgromadzeniu spotkałem kotkę z Klanu Klifu, z którą rozmawiałem o tradycjach. Nie czułem nic do niej, nie myśl sobie nawet, ale opowiedziałem jej o tej z żabą podczas ceremonii partnerstwa. Powiedziała, że na pewno podczas mojej znajdzie się największa, najpiękniejsza i najbardziej zielona żaba. Przykro mi, że ją zawiodłem.
“Gdybyś w ogóle się jej z kimś doczekał…” — pomyślała dymna w pierwszej chwili, co odrobinę ją rozbawiło. Uśmiechnęła się pod nosem, lecz gdy dostrzegła, że biało-czarny uczeń mierzy ją niemal morderczym wzrokiem, od razu spoważniała. Czy powinna jakoś go pocieszyć? Wspieranie innych emocjonalnie zdecydowanie nie leżało w jej naturze.
— Przykro mi, Klekocząca Łapo, że nie udało ci się spełnić swoich marzeń. Musisz jednak wziąć pod uwagę, że nawet będąc księciem i wierząc, że wszystko w życiu się uda, trzeba być gotowym na różne przeciwności losu — mruknęła, odwracając wzrok od młodszego kocura.
Nie wyglądał na przekonanego słowami medyczki, ale trudno było się temu dziwić.
— Niestety nie mogę ci pomóc pogodzić się ze zmianą rangi. Jestem tu od leczenia ran zewnętrznych, a nie wewnętrznych — westchnęła, powoli kręcąc głową. — Musisz sam to przepracować, bo inaczej całe życie spędzisz smutny i przygnębiony.
Na moment zamilkła, po czym dodała:
— I powinieneś nauczyć się czerpać radość z prostych rozmów ze swoimi pobratymcami. Brak relacji romantycznej to jeszcze nie koniec świata!
* * *
Właściwie, gdy na niego patrzyła, czuła dziwną mieszankę zawodu i złości. Gdy wtedy odchodziła z terenów Klanu Wilka, gdy odrzuciła jego miłość… nie spodziewała się, że jeszcze kiedykolwiek będzie zmuszona przebywać z nim w jednym legowisku. Jego obecność w pewnym sensie zaburzała jej porządek. Burzyła jej dotychczas spokojne życie, niszczyła poczucie bezpieczeństwa. Najchętniej własnymi łapami zadusiłaby czekoladowego, by już nigdy więcej nie musieć widzieć jego pyska… ale tak nie wypadało. Nie przy Sennej Łzie, nie przy Stroczku. Chcąc nie chcąc, Szczawik był ich ojcem.
Gdy pojawiła się na wyspie, od razu usiadła obok Różanej Woni i Klekoczącego Bociana. Nie miała siły na rozmowy z obcoklanowcami.
— Co u was? — zapytała, po czym przeciągle ziewnęła i zadrżała. Nie mogli sobie odpuścić tego zgromadzenia? Wolałaby siedzieć na swoim bezpiecznym posłaniu i pilnować tego czekoladowego szczyla, niż znowu oglądać, jak jakieś krnąbrne koty coś odwalają…
— Tak samo niesamowicie, jak zwykle — wypluł chłodno Klekotek, nawet nie racząc jej spojrzeniem. — O tobie można chyba powiedzieć to samo, co?
Gąbczasta Perła stęknęła, uderzając koniuszkiem ogona o powierzchnię wyspy.
— Byłoby lepiej, gdybym nie musiała spać w jednym legowisku z jakimś zapchlonym brązowym kotem! Niech ja tylko dorwę tego Ulewnego Szkwała… Po co go tak urządził? Ten brudas na nic nam się nie przyda! Tym bardziej taki połamany! — zdenerwowała się, kładąc po sobie uszy.
Gdy Szkwał był młodszy, sama starała się wpoić w niego nienawiść do czekoladowych kotów, snując opowieści o Fląderce i Korzennej Łapie, ale nie sądziła, że młodszy weźmie je aż tak bardzo do serca. Był brutalny! Szczawiowe Serce niemal nie przypominał już dawnego siebie. Teraz bliżej mu było do sowiej wypluwki.
Poza tym nie rozumiała decyzji Mandarynkowej Gwiazdy. Po co w ogóle zgodziła się na przyjęcie tej czekoladowej sieroty do Klanu Nocy? Nawet jeśli był więźniem, nie zasługiwał na to, by żerować na Nocniakach. Powinni byli zostawić go na pastwę losu, zamiast teraz marnować na niego zioła i zwierzynę.
— Czekoladowe koty coś częściej u nas bywają... Najwidoczniej Klan Gwiazdy próbuje z całej siły napuszczać na nie niebezpieczeństwo czy inne choroby. Od Fląderki też niemal nie można się uwolnić. Czuje, jakby przylepiła mi się do ogona lub łap; niczym zaschnięte błoto — wyburczał czarno-biały. — Ulewny Szkwał zdał się zrobić z tego całego Błota swoisty łup... Jeśli tak bardzo chciał się wykazać, to mógł złowić szczupaka wielkości lisa; może wtedy przynajmniej nie musielibyśmy tracić zwierzyny na kolejny pysk. I my, i ta przybłęda, ma szczęście, że Pora Nagich Drzew jest niezwykle łagodna, bo myślę, że byłby pierwszym, którego rozważalibyśmy wyrzucić. Chociaż moim zdaniem i tak powinniśmy to zrobić; nie lubię kotów, które długo siedzą w lecznicy; czuję się, jakby podpatrywali i podsłuchiwali... Już raz zostałem ostrzeżony przez wuja, że mam uważać na Fląderkę, bo może zbyt dużo dowiedzieć się o ziołach…
Dymna przytaknęła pewnie na słowa Klekoczącego Bociana. Nie potrafiła pojąć, jakim cudem Szczawik w ogóle zagrzał sobie u nich miejsce! Już dawno powinien leżeć w jakimś rowie.
— Czekoladowe koty nie tylko częściej trafiają do lecznicy, ale też jest ich coraz więcej w całym Klanie Nocy! Moja teoria się sprawdza… — mruknęła tajemniczo, mrużąc swoje zmęczone, brązowe ślepia. — W końcu pojawi się wśród nas jakiś czekot, który zapragnie nas wszystkich powybijać! Ten przybłęda już jest całkiem bliski dokonania tego czynu. Jeszcze kiedyś pożałujemy, że go przyjęliśmy, gdy wyżre nam cały zapas ryb! — mówiła dalej, nie ukrywając swojej nienawiści do brązowych kotów. Może właśnie tego potrzebowała? Co może być lepsze od ponarzekania sobie na głos na istniejące problemy?
Westchnęła ciężko, na moment przerywając swoją wypowiedź.
— Źle mu z oczu patrzy, nie sądzisz? — dodała, a na jej pysku na moment pojawił się złowieszczy uśmiech. — Nikła Gwiazda mówił kiedyś na zgromadzeniu o pewnych uciekinierach, a ten czekoladowy kot… kogoś mi chyba przypomina.
— Chyba jesteś jedyną, która może wiedzieć — burknął. — Nie wiem... W oczach ma panikę i zagubienie, jakby chciał we wszystkich wzbudzić jakiś rodzaj troski i współczucia. Denerwują mnie takie koty; Fląderka ma takie same. Nie mogę tego znieść.
Po tych słowach zrobił chwilę przerwy.
— Dopóki nie pokaże, że może być chociaż minimalnie pożyteczny, nie powinien dostawać tyle jedzenia... Skoro uczniowie potrafią trenować bez wczesnego posiłku, to po co mają przynosić ryby dla niego do lecznicy — pomyślał na głos. — Inni na nie zasłużyli. Nie mam współczucia dla kota, którego rany są jedynie skutkiem jego własnych czynów. Chociaż Szkwał był okrutny, zwłaszcza jak na młodego kota, to po co Błoto pchał się na nasze tereny? Gdyby nie wybujałe ego tego podrostka z mlekiem pod nosem, nie mielibyśmy go teraz na barkach, a jedynym ciężarem byłby na sumieniu tego, który go zaatakował. A skoro jest taki niesamowity i zdolny, na pewno by sobie z tym poradził — prychnął.
Dymna pokręciła głową. Klekoczący Bocian mówił tak dużo, że niewiele wyłapała z jego słów.
— Nie, nie… Wiesz co, chodzi mi o to, że ten śmierdziel to przecież jeden z tych uciekinierów z Klanu Wilka! Nikła Gwiazda mówił o kimś takim. O białym w czekoladowe łaty, nazywał się Szczawiowe Serce… Mówię ci, znam go! Widziałam go, gdy byłam u Wilczaków, żeby podszkolić się trochę w walce i polowaniu — mruknęła pod nosem, marszcząc brwi.
Miała doskonałą broń, by zniszczyć Szczawika… Tylko czy powinna z niej skorzystać? Klekoczący Bocian już się o tym dowiedział. Teraz pytanie, czy ta informacja spłynie po nim jak po kaczce, czy będzie chciał coś z nią zrobić…
— Skoro jesteś tego taka pewna, to co jeszcze cię trzyma? Idź, powiedz o tym Mandarynkowej Gwiedździe, być może nawet powinnaś zrobić to w tym momencie; od razu będzie można to zakończyć. Pośle się kogoś do obozu, kto przywlecze Błoto i odda go w łapy Klanu Wilka — rzucił Klekotek, jakby to była najnormalniejsza, najbardziej codzienna rzecz na całym świecie.
Gąbka na moment uruchomiła swój mózg. W końcu wypaliła:
— Masz rację. Pójdę tam właśnie w tej chwili! — oznajmiła, gwałtownie podnosząc się z miejsca. Strzepnęła ogonem i już miała kierować się w stronę nocniackich terenów, gdy nagle wpadła na Żmijowcową Wić. Zamiast przeprosić go i pójść dalej, spojrzała na niego i mruknęła:
— Ty! Idziesz ze mną!
Na szczęście bury pobiegł jej śladem. Gdy ją dogonił, zapytał:
— H-hej, Pani medyk, co to za pośpiech? Liderzy jeszcze nie przemówili.
Nie miała jednak czasu na pogaduszki. Miała pewnego uciekiniera do przyprowadzenia…
* * *
TW: Krew
Z każdym krokiem, z którym przybliżała się w stronę obozu Klanu Nocy, zaczynała się coraz bardziej niepokoić. Do jej nozdrzy docierał podejrzany, drażniący ją zapach.
— Co tam się dzieje…? — mruknęła niepewnie do Żmijowca, zwalniając nieco. Przed jej oczami rysował się już obóz klanu, ale teraz zastanawiała się, czy aby na pewno chce do niego wchodzić…
— Ten smród... To trop borsuka, Gąbczasta Perło... — powiedział zszokowany. Wąsy drżały mu ze strachu i złości.
Futro medyczki zjeżyło się nagle, a jej oddech przyspieszył.
— Na Klan Gwiazdy! — mruknęła zdumiona. — Jak to borsuka?! Co on robi w naszym obozie? — dodała spanikowana, po czym zaczęła gnać w stronę wysepek. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby któremuś z jej bliskich stała się krzywda! Jednak im bliżej obozu była, tym wyraźniej w jej uszach rozbrzmiewały wrzaski pobratymców...
Bury puścił się pędem za medyczką. Nieco wyprzedził ją zaraz przed wejściem i wepchnął się przez tunel. Rzucił się w kierunku borsuka i wyskoczył daleko w przód. Gąbka wparowała do obozu tuż za Żmijowcem. Niby szkoliła się w Klanie Wilka i miała jakieś pojęcie o walce, ale czy to będzie wystarczające? Nie, na pewno nie będzie. Bardziej się tu przyda jako medyczka. Uciekła gdzieś na bok, mierząc wzrokiem pole bitwy, starając się ocenić straty i wypatrzyć ranne koty.
Widząc, jak borsuk atakuje jej własną córkę, nie mogła się powstrzymać. Wystrzeliła do przodu, biegnąc w stronę znacznie większego zwierzęcia. Czuła, że pcha się właśnie w objęcia Klanu Gwiazdy, ale nie mogła stać bezczynnie… Łzy cisnęły jej się do oczu, gdy biegła w stronę szylkretki.
Nim jednak zdążyła rzucić się na borsuka, Senna Łza opadła z hukiem na ziemię. Wokół niej rozbryznęła się krew, a Gąbczasta Perła stanęła jak wryta. Przez moment zakręciło jej się w głowie, a obraz przed oczami zaczął się rozmywać. Na język cisnął jej się pełen bólu, rozdzierający krzyk, ale nie mogła nawet drgnąć. Dopiero po chwili zamrugała kilkakrotnie, próbując odzyskać świadomość tego, co działo się wokół. Gdy przyjrzała się córce uważniej, zauważyła, że nie miała jednej z łap. Została wyrwana przez tego śmierdzącego borsuka!
Gąbka rzuciła się w jej stronę, nawet nie zwracając uwagi na ogromną, szaro-czarną bestię stojącą tuż obok. Chwyciła Senną Łzę za kark i panicznie odciągnęła ją na bok, z trudem powstrzymując łzy. W uszach dudniły jej wrzaski innych kotów, ale ich nie słuchała. Nie rozumiała już, co właściwie działo się wokół niej. Czy cokolwiek poza córką miało teraz znaczenie?
Kiedy wypuściła wojowniczkę z zębów, natychmiast przypadła do jej pyska.
— Wszystko będzie dobrze… będzie dobrze… — powtarzała jak mantrę, wpatrując się w znajomy pysk wykrzywiony bólem. Po chwili wyciągnęła łapę i delikatnie położyła ją na policzku córki. — Zaraz coś na to poradzę… zaraz ci pomogę — wyszeptała drżącym głosem, jakby próbowała uspokoić zarówno Senną Łzę, jak i samą siebie.
Podczas gdy Korzenna Łapa kłóciła się z innymi kotami, Gąbczastej Perle udało się przemknąć do lecznicy. W pośpiechu wyciągnęła ze składziku kilka ziół, kompletnie nie dbając o porządek. Wkrótce legowisko medyka wyglądało tak, jakby przeszedł przez nie huragan, ale dymna nie miała teraz głowy do takich rzeczy. Wracając, przypadkiem wpadła jeszcze do źródełka, rozchlapując wodę na wszystkie strony, lecz nawet tego nie zauważyła.
Ponownie przypadła do córki i spojrzała na jej łapę — a raczej to, co z niej zostało. Teraz był to jedynie zakrwawiony, poszarpany kikut, z którego strugami wypływała posoka. Gąbka zaczęła panicznie wylizywać futro Sennej Łzy, lecz po chwili metaliczny smak krwi stał się nie do zniesienia. Wypełnił całe jej podniebienie, wywołując mdłości.
Odsunęła się gwałtownie i drżącymi łapami chwyciła zioła mające zapobiec infekcji. Przeżuła je niedbale, przy okazji boleśnie przygryzając sobie język. Powstałą papkę nałożyła na ranę, desperacko licząc, że jakkolwiek pomoże córce. Resztę liści przycisnęła do kikuta, próbując zatamować krwotok. Potem sięgnęła po pajęczyny i zaczęła ciasno owijać nimi ranę, nie żałując ani odrobiny zapasów. Ktoś mógłby nazwać to marnotrawstwem, ale Gąbczasta Perła nie myślała teraz o klanowych zasobach.
— Nie odpływaj, dobrze? Klan Gwiazdy jeszcze cię nie wzywa… — szeptała gorączkowo podczas swoich nieporadnych prób założenia opatrunku. Co z niej była za medyczka, skoro nie potrafiła uratować własnej córki?
* * *
Gdy szylkretowa wojowniczka przekroczyła próg lecznicy, Gąbka od razu do niej podbiegła, przyjmując zatroskany wyraz pyska.
— Co się stało, Łezko? Czy znowu dokucza ci ból łapy? — zapytała od razu, czemu przysłuchiwał się Klekoczący Bocian. Właściwie odkąd Różana Woń odeszła do legowiska starszyzny, w lecznicy zrobiło się dziwnie… cicho.
— Nie, tym razem nie o to chodzi… — mruknęła młodsza, pociągając nosem. — Od jakiegoś czasu mam straszny katar. Czasami nie potrafię nawet normalnie oddychać — poskarżyła się, a brązowooka od razu ruszyła w stronę składziku.
— O nic się nie martw! Zaraz dam ci jakieś ziółka i powinno przejść! — miauknęła, chwytając w zęby kilka jagód jałowca.
Po chwili położyła ciemnoniebieskie kuleczki przed łapami szylkretki i poczekała, aż wojowniczka je zje. Potem usiadła naprzeciwko Sennej Łzy i ciężko westchnęła.
— To takie niesprawiedliwe, że ta borsuczyca pozbawiła cię łapy… Nie zasługiwałaś na taki los, Łezko… — mruknęła smutno, lekko się garbiąc.
— To nic takiego, naprawdę… I tak jestem w stanie normalnie żyć, więc nie ma nad czym rozpaczać — stwierdziła Senna Łza, robiąc krok w tył. — Będę już wracać do legowiska.
Medyczka skinęła głową, obserwując, jak szylkretka znika w wyjściu z lecznicy. Gdy Senna Łza całkowicie zniknęła jej z pola widzenia, Gąbczasta Perła powoli podniosła się z miejsca i wróciła na swoje posłanie.
<Klekoczący Bocianie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz