Noc zdawała się ciągnąć bez końca, rozlewając się wokół Łzy ciężką, nieprzeniknioną ciemnością, która pochłaniała wszystko — dźwięki, zapachy, światło, a nawet samo poczucie czasu, przez co młoda koteczka nie była już w stanie określić, jak długo błąka się po tej martwej pustce. Nie widziała nad sobą gwiazd ani srebrzystego blasku księżyca, nie czuła chłodu ziemi pod łapami ani znajomej woni mchu, mleka czy futra innych kotów, podczas gdy jedynym towarzyszem jej wędrówki pozostawała wszechobecna czerń, ciągnąca się zarówno przed nią, jak i za nią niczym bezkresne morze mroku.
Szła ostrożnie przed siebie, stawiając kolejne kroki z rosnącą niepewnością, gdyż im dłużej przemierzała pustkę, tym bardziej zaczynało docierać do niej, że otaczająca ją ciemność nie zmienia się ani odrobinę — jakby sama przestrzeń pozostawała nieruchoma, a ona błądziła w miejscu, skazana na nieskończone krążenie po czymś, czego nie rozumiała. W jej drobnym sercu rodził się powoli niepokój, który początkowo przypominał jedynie lekkie ukłucie pod futrem, lecz z każdym kolejnym oddechem rozrastał się coraz bardziej, obejmując jej myśli, mięśnie oraz oddech lodowatym uściskiem.
Kiedy obejrzała się za siebie w desperackiej nadziei, że dostrzeże choć cień znajomej sylwetki, przekonała się jedynie, iż mrok za jej plecami wygląda dokładnie tak samo jak ten przed nią, przez co nagle ogarnęło ją przerażające poczucie osamotnienia, tak ogromnego, że niemal odebrało jej zdolność oddychania. Chciała zawołać Purchawkę, chciała usłyszeć głos rodzeństwa albo chociażby irytujące miauknięcie któregoś z innych kociąt, lecz gdy w końcu wydobyła z siebie ciche „mamo?”, jej własny głos zabrzmiał obco, krucho i nienaturalnie, po czym natychmiast został połknięty przez ciszę.
Wtedy właśnie strach zaczął przeradzać się w panikę.
Łza przyśpieszyła kroku niemal instynktownie, podczas gdy jej błękitne oczy rozpaczliwie próbowały odnaleźć w ciemności cokolwiek, co mogłoby przypominać drogę, światło albo choćby zarys czyjejś sylwetki, jednak niezależnie od tego, jak bardzo wytężała wzrok, wszędzie dostrzegała jedynie tę samą bezduszną pustkę. Im szybciej się poruszała, tym gwałtowniej biło jej serce, a gdy ostrożny chód przemienił się w bieg, zaczęła odczuwać, jak napięcie obejmuje całe jej ciało — mięśnie paliły przy każdym ruchu, oddech rwał się coraz bardziej, a łapy stawały się ciężkie, jakby sama ciemność próbowała zatrzymać ją w miejscu.
Mimo narastającego zmęczenia nie potrafiła się zatrzymać, ponieważ świadomość, że wokół niej nie istnieje absolutnie nic poza pustką, wydawała się znacznie bardziej przerażająca od bólu czy wyczerpania. Biegła więc dalej, aż w końcu jej siły zaczęły opuszczać ją tak gwałtownie, iż zwolniła, dysząc ciężko i próbując zaczerpnąć powietrza, które nagle wydawało się dziwnie zimne oraz ciężkie.
Jej spojrzenie desperacko przesuwało się po otaczającym ją mroku, podczas gdy ona sama coraz wyraźniej czuła, że chce płakać, krzyczeć albo po prostu wtulić się w czyjeś futro, jednak nawet łzy nie chciały napłynąć jej do oczu, jakby miejsce, w którym się znajdowała, odbierało jej zdolność do okazywania słabości. Właśnie wtedy, gdy zaczynała wierzyć, że pozostanie tam całkowicie sama już na zawsze, dostrzegła coś przed sobą.
Nie potrafiła określić, czym właściwie była owa sylwetka, ponieważ zdawała się jednocześnie odległa i niezwykle wyraźna, jakby ktoś wyciął jej kształt z samej ciemności i naznaczył bladym, srebrzystym blaskiem. Nadzieja uderzyła w Łzę tak gwałtownie, że niemal zapomniała o własnym zmęczeniu, wobec czego poderwała się natychmiast do biegu, a z jej gardła wyrwał się urwany, pełen ulgi pisk.
Nie zdążyła jednak zrobić nawet kilku kroków.
Jej oczy otworzyły się gwałtownie, a mrok natychmiast ustąpił miejsca porannemu światłu, które przesączało się przez liściastą kopułę żłobka złotawymi smugami, rozświetlając miękkie legowiska, śpiące sylwetki kociąt oraz poruszające się leniwie na wietrze paprocie. Powietrze pachniało mchem, mlekiem oraz znajomym ciepłem obozowiska, podczas gdy cichy szelest liści i spokojne oddechy innych kotów sprawiały, iż wszystko wokół niej wydawało się niemal boleśnie żywe.
Łza usiadła gwałtownie, łapczywie nabierając powietrza, ponieważ mimo iż koszmar już się skończył, jej serce wciąż tłukło się w piersi tak mocno, jakby część niej nadal pozostawała uwięziona pośród tamtej pustki. Nerwowo rozejrzała się wokół siebie, upewniając się, że Purchawka śpi tuż obok, iż jej rodzeństwo znajduje się bezpiecznie w swoich legowiskach, a niedaleko nich spoczywają również Pierścień, Smok, Mordor oraz Rohan, pogrążeni jeszcze w spokojnym śnie.
Choć widok ten powinien przynieść jej ulgę, drżenie wciąż nie opuszczało jej łap, wobec czego przysunęła się bliżej matki i kilkukrotnie dotknęła jej futra, próbując wybudzić ją z płytkiego snu.
Purchawka poruszyła się lekko, po czym uniosła głowę, kierując ku córce zmęczone, zaspane spojrzenie, w którym mimo wyraźnego wyczerpania nadal tliła się ciepła troska.
— Mamuś… — zaczęła Łza cicho, podczas gdy jej głos pozbawiony był typowej dla niej pewności siebie. — Śnił mi się zły sen…
Dymna kotka przez krótką chwilę przyglądała się córce uważnie, dostrzegając rozszerzone źrenice, drżenie łapek oraz strach wciąż czający się pod jej futrem, nim bez słowa przysunęła ją bliżej siebie i otuliła ogonem, którego ciepło natychmiast przyniosło Łzie odrobinę ukojenia.
— Nie było cię… ani nikogo — wyrzuciła z siebie szybko, jakby obawiała się, że jeśli nie opowie o wszystkim od razu, ciemność ponownie ją pochłonie. — Wszędzie było tak strasznie czarno, a ja byłam tam całkiem sama i nie mogłam znaleźć nikogo…
Purchawka przesunęła językiem po czubku jej głowy, próbując uspokoić córkę jednostajnym, czułym gestem.
— Spokojnie, Łezko, to był tylko sen, który nie może zrobić ci krzywdy, ponieważ jesteś tutaj, razem z nami, a ja nigdzie się nie wybieram. Twoja siostra i bracia również są obok ciebie, więc nie musisz się bać.
Łza milczała przez moment, wtulając się mocniej w bok matki, podczas gdy resztki koszmaru nadal zaciskały się wokół jej serca lodowatymi palcami.
— Na pewno…? — spytała w końcu cicho, unosząc ku Purchawce przestraszone spojrzenie.
Przez moment Purchawka milczała. Jej wzrok wędrował z miejsca na miejsce.
— Oczywiście — potwierdziła w końcu.
Łza westchnęła cicho, po czym powoli ułożyła głowę na miękkim mchu.
To był tylko zły sen. Nic więcej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz