To nie tak, że nie spałem. Przez pierwszą połowę nocy nie mogłem odgonić natrętnych i przykrych myśli na temat Gąski, więc poddałem się i drugą połowę poświęciłem na kolejny wykańczający trening… Nie, nie, raczej nie nazwałbym tego tak, w ten sposób. Byłoby to lekką przesadą momentami, a momentami niedopowiedzeniem... a zdecydowanie nie byłoby to prawdą. Nie, nie. Jeszcze nie wymyśliłem, jak inaczej można by opisać wydarzenia tej nocy… ale na pewno nie tak.
Szedłem sobie właśnie coś zjeść. Długie ćwiczenia (lub cokolwiek innego o bliżej niesprecyzowanej nazwie na ten moment) wzmagały głód.
Wtedy usłyszałem znajomy głos. Powoli odwróciłem głowę w jego kierunku, spoglądając wytrzeszczonymi oczami na kotkę. Zbliżyłem się i dopiero wtedy się odezwałem.
– Oh. Rohan. Cześć. To ja. Jak się… um… czujesz? – spytałem, stając przed nią.
– W porządku, w porządku! Dziękuję, Borowiku – odparła z uśmiechem.
Spojrzałem na kotkę z góry na dół i z powrotem. Okej. Wygląda w porządku. Więc to chyba prawda.
– Hm. No, dobra. Ja to… – zamyśliłem się, po czym kiwnąłem głową. – Tak. Co do nadrzewnego węża, nie udało mi się jeszcze zidentyfikować takowego gatunku – pochyliłem lekko głowę, patrząc w bok z zamyśleniem. – Ale to, co mogę powiedzieć, to to, że wypatrywałem go uważnie przy każdej możliwej… okazji. Tak. Sporządziłem również przybliżony opis. Jak mógłby wyglądać. Na podstawie mojej wiedzy. Na temat zwierząt. No więc. Na pewno jest… brązowy. To po pierwsze. Brązowo-czarny. Po drugie, ma łuski zakończone ostro i nieregularnie. Jak kora drzewa. I jest duży. Bo kora jest duża, niemała. Ale nie. Nie widziałem. Choć… mogłem widzieć. Tyle że się… kamufluje. No. Dobrze bardzo się kamufluje.
– O łał. Widzę, że naprawdę przyłożyłeś się do tego zadania – zaśmiała się, słuchając z prawdopodobnie szczerym zainteresowaniem.
Srebrna kotka przekrzywiła lekko głowę, spoglądając na mnie nagle jakoś tak baczniej.
Zamrugałem. Otarłem oko łapą. Zignorowałem jej spojrzenie.
– Co do treningu – kontynuowałem, wycierając oczy o futro na klatce. – Uh. No, dobrze jest. Myślę, że… już umiem. Większość. A nawet… – zwolniłem, marszcząc brwi – …więcej niż… większość… rzeczy wielu… Lub też… lub też nie... uh…
Opuściłem głowę całkiem. Ugh. Chyba mózg mi się wyłączył. Nic. Zero sygnału.
A nie. Chwila. Coś mam.
Potrząsnąłem głową na boki.
– A jak tam… no… malutkie? Kociaczki? Jak u nich…? – spytałem cicho, spoglądając z nadzieją na wejście do żłobka, z drobnymi iskierkami w oczach. – Widziałem ostatnio, że… uh… żyją. Chyba. Co nie…?
Uwielbiam kociaczki. Wszystkie. Niektóre chyba lubią mnie też. Nie miałem jednak jeszcze okazji poznać bliżej czy też prowadzić konwersacji z tymi Rohan.
<Rohan?>
[454 słów]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz