Przeszłość, wypuszczenie więźniów oskarżonych o zdradę klanu
Liście, które jeszcze nie tak dawno mieniły się soczystą zielenią, teraz przybrały barwy złota i przygaszonego bursztynu, jakby las sam powoli gasł, pogrążając się w cichym, melancholijnym półśnie, z którego nie było łatwego przebudzenia. Powietrze, niegdyś ciężkie i przepełnione letnim zaduchem, stało się chłodne oraz ostre, a każdy oddech zdawał się wnikać głęboko w płuca Borówkowej Słodyczy, pozostawiając po sobie nieprzyjemne, lekko szczypiące uczucie, które trudno było zignorować, choć równie trudno było się do niego przyzwyczaić.
Niebo wciąż rozciągało się nad światem w tej samej, niemal bezkresnej błękitnej tafli, lecz jego spokojna jednolitość została przełamana przez kłębiące się, ciężkie chmury, których szarość wpełzała pomiędzy jaśniejsze pasma niczym cień powoli obejmujący coraz większą przestrzeń. Słońce, choć obecne, zdawało się bardziej odległe — jakby jego ciepło zostało oddzielone od ziemi cienką, niewidzialną zasłoną, przez którą docierało już tylko jako wspomnienie dawnej łagodności.
Ciepłe dni, pełne prostoty i beztroski, odsunęły się gdzieś daleko, niemal poza zasięg pamięci, a ich miejsce zajęła surowa, nieco obca rzeczywistość, w której każdy dźwięk brzmiał wyraźniej, a każdy ruch wydawał się bardziej znaczący, jakby sam świat wstrzymał oddech, oczekując na coś, co dopiero miało nadejść.
Trawa pod łapami Borówkowej Słodyczy była nasiąknięta deszczem, miękka i chłodna, a mimo to każdy jej krok przynosił dziwne, niemal kojące wrażenie — jakby wilgoć, która przylegała do jej poduszek, przypominała jej o czymś prostym i rzeczywistym, o czymś, czego nie mogły zaburzyć ani niepokój, ani narastające w niej wątpliwości. Delikatny uśmiech przemknął przez jej pysk, nieśmiały i ulotny, jakby sam fakt jego pojawienia się był czymś nie do końca na miejscu w tej chłodnej, przygaszonej scenerii.
Świat wokół niej tętnił życiem, choć było to życie cichsze, bardziej stonowane — szelesty dobiegające z krzewów zdawały się kryć w sobie sekrety, których nie sposób było odgadnąć, a ptaki przelatujące wysoko nad jej głową przecinały niebo krótkimi, nerwowymi ruchami, jakby same nie ufały przestrzeni, w której się znajdowały. Każdy z tych drobnych szczegółów utwierdzał ją w przekonaniu, że wszystko wciąż trwa, że nic nie zostało całkowicie utracone — a jednak gdzieś głęboko w jej wnętrzu rodziło się uczucie, że to tylko pozory, cienka warstwa normalności rozciągnięta nad czymś znacznie bardziej kruchym.
Wejście do obozowiska zaczęło rysować się przed jej oczami powoli, niemal niechętnie, jakby samo nie było pewne, czy powinno się jej ukazać, a każdy kolejny krok przybliżający ją do tego miejsca zdawał się jednocześnie zwiększać ciężar, który osiadał na jej piersi. Wiedziała, że powinna czuć ulgę — że powrót do znajomych ścieżek, do zapachów, które znała od zawsze, do głosów bliskich jej kotów powinien przynieść ukojenie.
A jednak tak się nie działo.
Bo ilekroć wyobrażała sobie moment, w którym przekroczy granicę obozu, widziała nie powitanie, lecz spojrzenia — dziesiątki oczu zwróconych ku niej, czujnych, oceniających, być może pełnych czegoś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać. To wyobrażenie ściskało jej gardło niewidzialną obręczą, sprawiając, że każdy oddech stawał się płytszy, bardziej wymuszony, jakby powietrze nagle przestało wystarczać.
Zwolniła nieznacznie, choć nie zatrzymała się całkowicie. Jej wzrok wbił się w członków jej rodziny, idących cicho obok niej. Przez moment zastanawiała się, czy nie czuli tego samego, lecz szybko przestała o tym myśleć. Jej łapy przekroczyły próg wejścia do obozu.
Poczuła na sobie wzrok kotów siedzących na polanie niemal natychmiast, jeszcze zanim zdążyła w pełni przekroczyć granicę obozowiska, lecz choć spojrzenia te były liczne i wyraźnie skierowane ku niej, ich znaczenie pozostawało nieuchwytne, rozmyte gdzieś pomiędzy ciekawością, ulgą a czymś znacznie trudniejszym do nazwania — czymś, co czaiło się pod powierzchnią i nie dawało się tak łatwo odczytać.
A jednak to nie one sprawiły, że jej serce nagle zabiło szybciej.
Zobaczyła ruch.
Sylwetkę odrywającą się od reszty, która w jednej chwili przełamała statyczność całej sceny i ruszyła w jej stronę z taką gwałtownością, jakby nie istniało nic poza nią. Tojadowa Kryza biegł, jego łapy uderzały o ziemię w nierównym rytmie. I wtedy coś w niej pękło.
Nie gwałtownie, nie z trzaskiem — lecz cicho, niemal bezgłośnie, jak cienka warstwa lodu, która ustępuje pod niewidzialnym naciskiem. Serce, które jeszcze przed chwilą ściskał lęk, nagle zwolniło, jakby zmęczone ciągłym napięciem, a w jej oczach pojawiły się łzy, ciężkie i ciepłe, rozmazujące obraz świata, który jeszcze przed momentem wydawał się tak ostry i nieprzystępny.
— Borówko, na Klan Gwiazdy, myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę! — Głos Tojadowej Kryzy był szorstki, przepełniony emocją, która nie próbowała się ukrywać, gdy wtulił się w jej futro z taką siłą, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tu jest, że nie zniknie, jeśli tylko na moment odwróci wzrok. — Jak dobrze, że jesteś.
Ciepło jego ciała uderzyło w nią natychmiast, przełamując chłód, który jeszcze przed chwilą zdawał się wnikać w każdą część jej istoty.
Chciała coś powiedzieć. Chciała odpowiedzieć, zapewnić go, że wszystko jest w porządku, że wróciła i że już nigdzie nie odejdzie — lecz słowa uwięzły gdzieś głęboko, jakby coś niewidzialnego zacisnęło się wokół jej gardła, odbierając jej zdolność mówienia. Myśli krążyły chaotycznie, rozbijając się o siebie nawzajem, nie potrafiąc przybrać formy, którą mogłaby wypowiedzieć na głos.
Więc trwała.
Nieruchoma, milcząca, pozwalając, by ta chwila ją otoczyła — by ciepło, bliskość i ulga wypełniły przestrzeń, którą jeszcze przed chwilą zajmował lęk.
Dopiero po dłuższej chwili odsunęła się nieznacznie, choć wciąż pozostając blisko, jakby dystans był czymś, na co nie była jeszcze gotowa.
— Możesz mi coś obiecać? — wyszeptała w końcu, a jej głos był cichy, kruchy, jakby każde słowo mogło się rozpaść, jeśli zostanie wypowiedziane zbyt głośno. — Proszę… chodźmy codziennie na spacery. Tak jak kiedyś. Chodźmy do Brzozowego Zagajnika i na Kolorową Łąkę…
Tojadowa Kryza uniósł lekko głowę, spoglądając na nią z bliska, a w jego oczach, wciąż wilgotnych od emocji, pojawiła się miękka determinacja.
— Jasne — odpowiedział bez wahania, jego głos był już spokojniejszy, choć nadal drżał lekko na krawędzi niewypowiedzianych uczuć. — Pójdziemy. Już niedługo. Obiecuję.
Obietnica zawisła między nimi, delikatna, lecz znacząca.
***
Dni zaczęły przyśpieszać w sposób niemal nienaturalny, jakby czas, który jeszcze niedawno wlókł się ciężko i niechętnie, teraz nagle przybrał inne tempo, uciekając jej spomiędzy łap z cichą, lecz nieubłaganą konsekwencją, a Borówkowa Słodycz, choć starała się uchwycić każdą chwilę, miała wrażenie, że wszystko to rozmywa się w jedną, trudną do zatrzymania całość.
Spędzała czas z bliskimi, zanurzając się w ich obecności, w znajomych głosach, zapachach i gestach, które kiedyś były dla niej czymś oczywistym, a teraz zdawały się niemal kruche, jakby mogły zniknąć przy najmniejszym poruszeniu losu, i choć śmiała się razem z nimi, prowadziła rozmowy oraz pozwalała sobie na te drobne momenty ciepła, które rozświetlały jej dni, to równocześnie gdzieś głęboko, poza zasięgiem tego wszystkiego, nieustannie tliło się coś, czego nie potrafiła uciszyć.
Niepokój, który nie miał jednego źródła, lecz rozrastał się powoli, oplatając jej myśli i powracając w najmniej oczekiwanych momentach, jak cień, który nie znika nawet wtedy, gdy światło zdaje się najjaśniejsze.
Klan Nocy, choć znów stał się miejscem, w którym żyła, nie był już jej domem, a świadomość ta, początkowo ledwie uchwytna, zaczęła z każdym kolejnym dniem przybierać coraz wyraźniejsze kształty, aż w końcu nie mogła już jej zignorować, ponieważ wszystko, co ją otaczało — znajome ścieżki, zapach obozowiska, układ głazów i krzewów — wydawało się jednocześnie bliskie i obce, jak wspomnienie czegoś, co kiedyś należało do niej, lecz teraz zostało jej tylko częściowo zwrócone.
Często łapała się na tym, że jej myśli, mimo prób skupienia się na teraźniejszości, uparcie wracają do jednej, niepokojącej prawdy — że jej przyszłość nie zależy od niej, że każdy kolejny poranek, każdy przebudzony dzień, może zostać jej odebrany decyzją Mandarynkowej Gwiazdy, której wola była tak zmienna i trudna do przewidzenia, iż samo jej istnienie wystarczało, by podkopać poczucie bezpieczeństwa.
I choć każda chwila spędzona z Tojadową Kryzą miała w sobie coś wyjątkowego, coś, co potrafiło na moment uciszyć ten wewnętrzny chaos, to właśnie przez tę intensywność stawała się jeszcze trudniejsza do zniesienia, ponieważ Borówkowa Słodycz wiedziała, że nie może pozwolić sobie na przywiązanie, które wkrótce zostanie wystawione na próbę.
Bo prawda, której unikała, była niezmienna.
Nie mogła tu zostać.
Nie w tym miejscu, które — choć nosiło tę samą nazwę — nie było już tym samym klanem, któremu kiedyś przysięgała wierność nawet za cenę własnego życia, ponieważ pod znajomą powierzchnią kryło się coś, co budziło w niej sprzeciw, coś, co odbierało jej siłę, zamiast ją wzmacniać.
Nie chciała tu polować, nie chciała dzielić codzienności z miejscem, które zamiast poczucia wspólnoty przynosiło jej napięcie i zmęczenie, nie chciała budzić się każdego dnia z ciężarem w piersi, który przypominał jej o tym, co przeżyła i czego nie była w stanie zapomnieć.
Myśl o odejściu, która początkowo pojawiła się nieśmiało, niemal jak coś zakazanego, z czasem zaczęła nabierać wyrazistości, aż w końcu przestała być jedynie możliwością, a stała się czymś znacznie bardziej nieuniknionym — decyzją, która dojrzewała w niej powoli, lecz nieodwracalnie.
Musiała odejść, nawet jeśli nie potrafiła jeszcze tego wypowiedzieć, nawet jeśli część niej wciąż rozpaczliwie próbowała zatrzymać to, co było, nie dopuszczając do siebie myśli o rozstaniu.
Dlatego lgnęła do nich jeszcze bardziej.
Do Konwalii, którego spokojna obecność koiła jej rozedrgane myśli, do Korzonek, przy której łatwiej było zapomnieć o tym, co ciążyło jej w sercu, do Słodkiej, której śmiech rozbrzmiewał jak echo dawnych, prostszych dni, a przede wszystkim do Tojadowej Kryzy, który był dla niej czymś więcej niż tylko częścią klanu — był przypomnieniem, że kiedyś wszystko miało sens.
Trzymała się ich blisko, niemal rozpaczliwie, jakby sama bliskość mogła zatrzymać czas, który nieubłaganie pchał ją ku momentowi, w którym będzie musiała się odwrócić i odejść.
Bo choć próbowała wyobrazić sobie tę chwilę, choć starała się oswoić z myślą o rozstaniu, to za każdym razem napotykała na ten sam opór, na to samo uczucie, które ściskało jej pierś i odbierało oddech.
A jednak cały czas nie przestawała myśleć o ucieczce.
Bo wyspa, na której spędziła ostatnie księżyce — miejsce izolacji, strachu i przetrwania — nie była już tylko wspomnieniem, lecz częścią niej samej, cieniem, który przylgnął do jej myśli i nie chciał ustąpić, przypominając jej, że nie wszystko można zostawić za sobą.
I choć uśmiechała się, choć próbowała odnaleźć w sobie dawną lekkość, to gdzieś głęboko rozumiała, że pewne rzeczy, raz naruszone, nigdy nie wracają do swojego pierwotnego kształtu — a ona sama już nigdy nie będzie czuć się dobrze w miejscu, które było jej kiedyś tak bliskie.
***
Kolejny spacer, który jeszcze nie tak dawno niósł w sobie obietnicę ciszy i ukojenia, teraz zdawał się jedynie bladym cieniem dawnej przyjemności — cieniem drżącym, niepewnym, jakby sam las nie chciał już gościć ich obecności. Mróz pory nagich liści szczypał boleśnie w poduszki łap, wdzierał się pod futro niczym setki drobnych, lodowatych igieł, a każdy oddech Borówkowej Słodyczy unosił się w powietrzu w postaci bladej mgły, która znikała szybciej, niż pojawiała się nad ziemią pokrytą cienką warstwą szronu. Drzewa, ogołocone z liści, stały wokół niczym milczący strażnicy — ich poskręcane konary przypominały szpony wyciągnięte ku niebu, jakby próbowały dosięgnąć czegoś, co dawno już zostało utracone.
Szła obok Tojada, lecz choć ich łapy poruszały się w zgodnym rytmie, czuła, jakby dzieliła ich przepaść głębsza niż najciemniejsze wąwozy tej wyspy. Z każdym kolejnym krokiem narastało w niej uczucie niepokoju, ciężkie i lepkie, osiadające gdzieś pomiędzy sercem a gardłem, nie pozwalając oddychać pełną piersią.
— Nie myślisz sobie czasem… — zaczęła, a jej głos, choć cichy, przeciął ciszę lasu jak kruchy lód pękający pod ciężarem niepewności. — …jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy mieszkali gdzieś z dala od klanów? W miejscu, gdzie słońce nie boi się wschodzić, a wiatr nie niesie ze sobą szeptów grozy?
Zatrzymała się na moment, unosząc wzrok ku bladym smugom światła przeciskającym się przez nagie gałęzie. W jej oczach zatańczyło coś na kształt tęsknoty — kruchej, niemal dziecinnej nadziei, która jednak szybko przygasła, przytłumiona ciężarem rzeczywistości.
— Chodzilibyśmy wtedy na spacery w zupełnie inne miejsca… — ciągnęła, a jej ogon drgnął niespokojnie. — …i nie musielibyśmy przejmować się Mandarynkową Gwiazdą.
Tojad poruszył się lekko, jakby jego ciało instynktownie sprzeciwiało się kierunkowi tej rozmowy. Zastrzygł uszami, a jego spojrzenie, choć spokojne, nosiło w sobie cień zawahania.
— Z pewnością dobrze byłoby pójść w jakieś nowe miejsce, lecz… — urwał, jakby słowa ugrzęzły mu w gardle, niezdolne wydostać się na zewnątrz.
Borówkowa Słodycz obróciła głowę gwałtownie, wbijając w niego wzrok pełen napięcia.
— Więc? — Jej ton był ostrzejszy, niż zamierzała. — Co stoi na przeszkodzie, by się stąd wyrwać? Byłoby tak cudownie!
Na moment zapadła cisza — ciężka, niemal namacalna, przerywana jedynie skrzypieniem gałęzi poruszanych przez lodowaty wiatr.
— Lecz na dłuższą metę tęskniłbym za Klanem Nocy — odpowiedział w końcu Tojad, a jego głos był spokojny, lecz stanowczy, jakby próbował uchwycić coś, co wymykało się Borówkowej Słodyczy. — Borówko, przecież mamy tu wszystko, co potrzebne jest nam do szczęścia.
Te słowa, zamiast przynieść ukojenie, zapadły w niej jak cierń, który zamiast zostać usunięty, został tylko głębiej wepchnięty pod skórę.
— No nie wiem… — odparła cicho, lecz w jej głosie czaiło się coś znacznie bardziej niepokojącego niż zwykła wątpliwość. — A co z rodziną królewską? To przecież tyrani… Mandarynkowa Gwiazda, Błękitna Laguna, Szałwiowe Serce… Oni wszyscy mają coś za uszami.
Wiatr zawył przeciągle pomiędzy drzewami, jakby sam las potwierdzał jej słowa — jakby był świadkiem rzeczy, których żadne z nich nie powinno było widzieć.
— To dzięki Szałwiowemu Sercu opuściłaś właściwie tę wyspę — przypomniał Tojad, choć w jego głosie pobrzmiewała nuta niepewności, jakby sam nie był przekonany, czy to wystarczający argument.
Borówkowa Słodycz zatrzymała się nagle, a jej futro nastroszyło się, jakby każda jego część próbowała uciec od tego miejsca.
— JAKIE MA TO ZNACZENIE?! — Jej krzyk rozdarł powietrze, płosząc milczenie, które dotąd oplatało las niczym pajęczyna. — Ja nie chcę dłużej żyć w miejscu, w którym ciągle muszę się bać tego, jaki nowy, chory pomysł narodzi się w głowie naszej przywódczyni!
Echo jej słów odbiło się od drzew, powracając zniekształcone, jakby same cienie szeptały je z powrotem.
Tojad otworzył pysk, chcąc coś powiedzieć, lecz nim zdążył wydobyć z siebie choćby jedno słowo, ona odwróciła się gwałtownie. Jej ruch był ostry, niemal desperacki, jakby uciekała nie tylko od niego, lecz od wszystkiego, co reprezentował — od wspomnień, od lojalności, od więzi, które zaczynały ją dusić.
Ruszyła w stronę obozowiska, nie oglądając się za siebie.
***
Po utraceniu rangi przez Korzonek…
Od tamtej rozmowy unikała Tojadowej Kryzy z uporem graniczącym niemal z desperacją, ponieważ za każdym razem, gdy tylko wyczuwała na sobie jego spojrzenie — ciężkie, zbyt uważne, jakby próbujące przeniknąć przez warstwę chłodnej obojętności, którą wokół siebie zbudowała — odwracała się gwałtownie i odchodziła w głąb obozowiska, gdzie splątane korzenie i ciasne przejścia pozwalały jej zniknąć pomiędzy innymi kotami niczym cień, który nie chce zostać nazwany ani zatrzymany. Choć jej kroki były ciche i wyważone, a oddech kontrolowany, to w środku czuła narastający ciężar, który nie pozwalał jej zatrzymać się choćby na moment, bo wiedziała, że gdyby tylko zwolniła, gdyby pozwoliła sobie na choć jedno spojrzenie dłużej — mogłaby nie unieść tego, co kryło się w jego oczach.
Nie była gotowa, by z nim rozmawiać, ponieważ każda możliwa wymiana słów wydawała się prowadzić ku czemuś ostatecznemu, czemuś, co nie pozostawiłoby już miejsca na niedopowiedzenia ani złudzenia, a ona, mimo że wmawiała sobie, iż wszystko już dawno zostało w niej złamane, wciąż nie potrafiła zmierzyć się z chwilą, w której to złamanie musiałoby zostać wypowiedziane na głos.
Dla niej wszystko było już zepsute i choć jeszcze niedawno próbowała odnaleźć w codzienności drobne ślady dawnego porządku, to teraz każdy znajomy zapach, każdy odgłos obozowiska i każda sylwetka przesuwająca się między legowiskami zdawały się jedynie przypomnieniem, że to, co kiedyś było jej światem, powoli i nieodwracalnie przekształciło się w coś obcego.
Coraz częściej łapała się na tym, że nie postrzega już Klanu Nocy jako domu, lecz jako przestrzeń przesiąkniętą czymś niewidzialnym, lecz duszącym, ponieważ nawet powietrze zdawało się cięższe, jakby każdy oddech niósł ze sobą echo decyzji Mandarynkowej Gwiazdy, która od chwili objęcia władzy zaczęła zmieniać wszystko — nie gwałtownie, lecz powoli, niemal niezauważalnie, aż w końcu nie pozostało nic, co przypominałoby dawną równowagę.
Borówkowa Słodycz musiała stąd uciec i choć wcześniej ta myśl była jedynie cichym pragnieniem, które pojawiało się i znikało, to teraz stała się czymś znacznie bardziej konkretnym, ponieważ zaczęła układać się w decyzję, która nie dopuszczała już sprzeciwu ani zwątpienia.
Siedziała na skraju obozowiska, wpatrzona w nurt strumienia, z którego cichym pluskiem kontrastować zdawał się szum poruszanych przez wiatr trzcin. Trudno było jej przełknąć smak świadomości, iż już niedługo to wszystko pozostawi za sobą, niby tylko kolejny odłamek przeszłości, który byłaby w stanie ukryć przed własnym spojrzeniem.
— Borówko… — Drgnęła, gdy tylko usłyszała ten znajomy głos. Nie wiedziała, jak powinna zareagować, jak uciec od kogoś, kogo zawsze uważała za najważniejszego dla siebie kota. — Proszę, porozmawiajmy.
Potrząsnęła lekko pyskiem, jak gdyby chciała odsunąć od siebie wbijające się w jej głowę emocje, których nie była w stanie nazwać.
— Nie mam już o czym. Wybrałeś klan. Rozumiem to. I… Naprawdę, nie jestem na ciebie zła. Nie potrafiłabym.
— Borówko…
— Nie, Tojadowa Kryzo. Jeśli chcesz mnie przekonać, bym została tu z tobą to… Musiałbyś chyba zatrzymać mnie tutaj siłą. Kocham cię, wiesz o tym. Ale nie potrafię dalej żyć w tym ryzyku, nie potrafię myśleć o tym, że zaraz znów stanę się ofiarą Mandarynkowej Gwiazdy.
— Ja chcę iść z tobą.
Jej serce drgnęło lekko jak gdyby cicha nadzieja, kwitnąca gdzieś w oddali. Coraz bardziej przestawała to wszystko rozumieć, nie tylko własne myśli, ale też i słowa innych. Czuła się zawieszona pomiędzy jednym a drugim punktem, niepewna tego, co powinna zrobić.
— Nie chcę… Nie chcę tego wszystkiego. Nie chcę odciągać cię od rodziny, od klanu, w którym mieszkałeś całe życie.
— Jesteś dla mnie ważna. Ważniejsza od Klanu Nocy, a o rodzinie to mi nawet nie wspominaj. Żmijowcowa Wić nie jest wart porzucania ciebie, serio.
Uśmiechnęła się lekko.
— W takim razie… Cieszę się.
Nie zamierzała się dłużej wahać, ponieważ wiedziała, że każde kolejne zawahanie będzie tylko kolejnym krokiem w stronę czegoś, z czego nie będzie już odwrotu, a ona nie chciała czekać, aż strach lub przywiązanie odbiorą jej ostatnią szansę na wybór.
— Uciekniemy w nocy.
***
Gdy dzień zaczął ustępować miejsca wieczorowi, a niebo nad obozowiskiem przybrało przygaszone barwy, w których pomarańcz mieszała się z czerwienią i powoli przechodziła w chłodną, nieprzeniknioną ciemność, Borówkowa Słodycz podniosła się powoli, pozwalając, by napięcie rozlało się po jej ciele, jednocześnie wyostrzając jej zmysły i tłumiąc wszystko, co mogłoby ją zatrzymać.
Obudziła Tojada, po czym ruszyła wraz z nim w stronę wyjścia z obozowiska.
Jeden ze strażników uniósł głowę, a jego spojrzenie — czujne i podejrzliwe — zatrzymało się na niej niczym niewidzialna łapa, próbująca przytrzymać ją w miejscu.
— Dokądś idziecie? — zapytał, a jego głos przeciął ciszę niczym nagły trzask łamanej gałęzi.
Borówkowa Słodycz zatrzymała się tylko na tyle, by nie wzbudzić podejrzeń, po czym odwróciła lekko głowę, dbając o to, by jej wyraz pyska pozostał spokojny, niemal obojętny, choć wewnątrz czuła, jak serce uderza szybciej, mocniej, jakby próbowało wyrwać się z klatki piersiowej.
— Tylko na spacer — miauknęła krótko, pozwalając, by w jej głosie pobrzmiewała nuta codzienności, tej samej, która tyle razy uspokajała czujność innych, po czym, nie czekając na odpowiedź, uśmiechnęła się lekko i ruszyła naprzód, nie oglądając się za siebie.
Przez krótką chwilę czuła na sobie jego spojrzenie — ciężkie, nieufne, niemal przeszywające — lecz im dalej odchodziła, tym bardziej traciło ono na znaczeniu, aż w końcu rozpłynęło się wśród innych bodźców, które zaczęły wypełniać jej świadomość. Jej krok przyspieszył, stając się bardziej zdecydowany, bardziej pewny, a napięcie, które jeszcze przed momentem ściskało jej ciało, zaczęło powoli ustępować miejsca czemuś nowemu — dziwnemu połączeniu ulgi i niepokoju, które rozlewało się w niej jak zimna fala.
Nie wiedziała, dokąd zmierza, ani jaki cel czeka na nią poza granicami tego, co znała, lecz po raz pierwszy od dawna nie czuła potrzeby, by to wiedzieć, ponieważ sama świadomość, że oddala się od miejsca, które przestało być jej domem, była wystarczająca, by iść dalej, krok za krokiem, bez oglądania się na to, co pozostawia za sobą.
Zatrzymała się na moment i spojrzała jeszcze raz na obozowisko, którego zarys majaczył pomiędzy drzewami — znajome kształty, splątane ścieżki, sylwetki kotów, które kiedyś były jej światem, jej codziennością, jej bezpieczeństwem — a które teraz wydawały się należeć do innego życia, jakby oddzielone od niej nie tylko przestrzenią, lecz czymś znacznie głębszym, nieodwracalnym.
Potem odwróciła się i ruszyła dalej.
Mijała koryta rzeki, w których woda płynęła leniwie, odbijając blade światło księżyca, oraz drzewa, których nagie konary splatały się nad jej głową niczym ciemne sklepienie, od czasu do czasu unosząc wzrok ku niebu, gdzie gwiazdy migotały chłodno i odlegle, jakby były jedynym stałym punktem w świecie, który nagle przestał mieć granice.
W końcu monotonia lasu zaczęła ustępować, a przestrzeń wokół niej otworzyła się, odsłaniając polanę skąpaną w bladym świetle nocy — Kolorową Łąkę, którą rozpoznała niemal natychmiast, choć teraz wydawała się inna, bardziej obca, jakby noc zdarła z niej wszystkie znajome barwy, pozostawiając jedynie ich cienie.
Zatrzymała się, a jej nozdrza drgnęły, gdy poczuła, że zapach Klanu Nocy zaczyna słabnąć, ustępując miejsca nowym woniom, które wypełniły powietrze z niespodziewaną intensywnością.
Pierwszy z nich był słony, przenikliwy, a zarazem dziwnie kojący — niósł w sobie echo fal rozbijających się o skały oraz chłód otwartej przestrzeni, i choć był obcy, miał w sobie coś, co przyciągało i jednocześnie ostrzegało. Klan Klifu.
Drugi zapach był zupełnie inny — żywszy, bardziej energiczny, jakby pulsował własnym rytmem; przypominał świeżą trawę i wrzosy, lecz pod tą lekkością kryła się nuta czegoś cięższego, głębszego, niemal ziemistego, co nadawało mu charakteru. Klan Burzy.
Stała na granicy. Na krańcu wszystkiego, co znała.
I po raz pierwszy naprawdę poczuła, że los nie jest już zamkniętą ścieżką, lecz rozwidleniem, które rozciąga się przed nią w dwóch kierunkach, z których każdy prowadzi w nieznane.
Mogłaby zawrócić. Mogłaby spróbować wrócić do obozowiska, udając, że nic się nie wydarzyło.
Albo mogłaby iść dalej. Mogłaby zbliżyć się do któregoś z klanów, poprosić o łaskę, przybrać nową rolę i spróbować zbudować życie od nowa, na fundamentach, które nie były jeszcze naznaczone bólem.
Usiadła na chwilę, w milczeniu wpatrując się w ciemność spowijającą oba terytoria, jakby próbowała dostrzec w niej odpowiedź, której sama nie potrafiła odnaleźć.
— Dokąd lepiej będzie pójść? — zwróciła się do Tojada.
— A dokąd ty chciałabyś pójść?
W końcu podniosła się powoli.
I skierowała swoje kroki w stronę terenów Klanu Burzy.
— Tak, myślę, że Klan Burzy będzie rozsądną opcją.
Zatrzymała się wraz z rudym niedaleko granicy, ukrywając się w cieniu, gdzie noc była gęstsza, a zapachy mniej wyraźne, po czym przywarła do ziemi, wsłuchując się w otoczenie z nową intensywnością.
Poczekają na patrol. A potem… Wszystko się jakoś potoczy.
***
Borówkowa Słodycz leżała nieruchomo w cieniu, czując pod łapami chłodną, lekko wilgotną ziemię, i choć jej bok unosił się spokojnie, każdy mięsień pozostawał napięty, gotowy do natychmiastowego ruchu, gdyby tylko coś się zmieniło. Zapach Klanu Burzy był teraz wyraźniejszy, cięższy niż z daleka, i niósł ze sobą nie tylko woń trawy, ale też ślady wielu kotów, które niedawno tędy przechodziły.
Uszy drgnęły, gdy gdzieś dalej rozległ się cichy szelest, a potem stłumione kroki, które szybko ułożyły się w rytm patrolu. Nie jeden kot — co najmniej dwa, może trzy. Poruszały się pewnie, jakby dobrze znały granicę, i nie próbowały ukrywać swojej obecności, co oznaczało, że czują się tu bezpiecznie.
Borówkowa Słodycz przywarła jeszcze niżej, starając się uspokoić oddech, choć serce zaczęło bić szybciej, bo wiedziała, że za chwilę nie będzie już miejsca na wahanie. Jeśli teraz się wycofa, wróci do punktu, z którego uciekła, a tego nie chciała. Nie po tym wszystkim.
Sylwetki kotów wyłoniły się spomiędzy traw — dwa. Jeden większy, o szerokich barkach i ciężkim kroku, drugi smuklejszy, poruszający się ciszej, ale czujniej, z głową uniesioną wyżej. Zatrzymali się niedaleko, w miejscu, gdzie zapach granicy był najsilniejszy.
Przez chwilę rozglądali się wokół, śnieżno-białe futro Borówki oraz ostro-ruda sierść Tojada prędko odsłoniły przed nimi jednak powód, by stanąć na skraju granicy. Ich spojrzenia, choć wrogie, nasycone były jeszcze lekką ciekawością — z pewnością nie spodziewali się, że napotkają patrol składający się z jedynie dwóch, dość zaspanych kotów.
— Czego tu szukacie? — mruknął jeden z nich.
Borówkowa Słodycz uniosła lekko głowę, nie ruszając się jednak z miejsca, i przez krótką chwilę tylko patrzyła na nich uważnie, jakby próbowała ocenić, ile może powiedzieć, zanim wszystko obróci się przeciwko niej, bo choć wiedziała, że szczerość może być jej jedyną szansą, równie dobrze mogła ją pogrążyć.
— Szukamy miejsca w waszym klanie — odpowiedziała w końcu prosto, bez owijania w słowa, choć jej ogon pozostał nisko przy ziemi, a łapy wciąż miała napięte, gotowe do ruchu, gdyby rozmowa nagle przybrała gorszy obrót.
Większy kot zmrużył oczy, a jego uszy cofnęły się lekko, jakby sama odpowiedź była czymś, czego się spodziewał, ale czego i tak nie zamierzał zaakceptować.
— Przecież czuję, że jesteście z Klanu Nocy — odburknął, unosząc nieco głowę i robiąc krok w jej stronę, przez co wyraźnie skrócił dystans między nimi. — To jakiś żart?
Borówkowa Słodycz wzięła cichy oddech, starając się, by nie zabrzmiał zbyt gwałtownie, po czym pokręciła lekko głową.
— Uciekliśmy — powiedziała, tym razem ciszej, ale pewniej, jakby zaakceptowanie tego faktu na głos dawało jej, choć odrobinę kontroli nad sytuacją. — I proszę, zrozumcie, że gdybym mogła, nie stałabym tutaj, prosząc was o możliwość dołączenia, bo nie przyszłam tu z wyboru, tylko dlatego, że wszystko inne zostało mi odebrane.
Zawahała się na moment, jakby dobierała kolejne słowa ostrożniej niż wcześniej, a jej spojrzenie na ułamek chwili uciekło gdzieś w bok, zanim znów wróciło do nich.
— Stało się tak wiele, że nie mamy innego wyjścia — dodał Tojad. — Wiem, że to wielka prośba. Że przyjmowanie kotów z zewnątrz, a co dopiero z innego klanu, może być dla was problemem. Lecz zrobimy wszystko, aby pokazać wam, że nie będziecie rozczarowani.
Smuklejszy kot, który do tej pory tylko się przyglądał, poruszył lekko ogonem i wymienił spojrzenie z towarzyszem, jakby coś rozważali bez słów, podczas gdy większy wciąż patrzył na nią z wyraźną nieufnością.
Zapadła chwila ciszy, w której słychać było jedynie cichy szelest traw i odległy dźwięk nocnych stworzeń, a napięcie między nimi zdawało się jeszcze bardziej wyostrzać.
W końcu większy kot westchnął cicho, jakby z niechęcią przyznawał, że to jedyne rozsądne rozwiązanie.
— Lisówko, pójdź po Echo — rzucił krótko, nie odrywając wzroku od Borówkowej Słodyczy.
Smuklejszy, Lisówka, skinął głową i bez dalszego słowa odwrócił się, po czym zniknął w wysokiej trawie, poruszając się tak cicho, że po kilku krokach został po nim tylko ledwie wyczuwalny zapach.
Większy kot przesunął się nieco, ustawiając się tak, by odciąć Borówkowej Słodyczy drogę w głąb terytorium, a jednocześnie nie spuszczał jej z oczu ani na moment.
— A wy czekajcie tutaj — powiedział twardo. — I nie myślcie nawet o tym, żeby się gdzieś ruszyć.
Borówkowa Słodycz skinęła lekko głową, po czym powoli usiadła, pilnując, by każdy jej ruch był spokojny i czytelny, choć napięcie nie opuszczało jej ani na chwilę, a chłód ziemi pod łapami tylko potęgował wrażenie, że znalazła się dokładnie tam, gdzie nie ma już odwrotu.
Choć jej wzrok skierowany był w stronę Tojada, to kątem oka wpatrywała się w Szarą Skórę, a raczej w tereny za nim. Czy mieli jakąś szansę, by zacząć od początku?
Czas dłużył się, a cisza między nimi była ciężka i niewygodna, przerywana jedynie oddechem i cichym poruszaniem się traw wokół granicy, aż w końcu w powietrzu pojawił się nowy zapach — wyraźniejszy, starszy, niosący ze sobą pewność i coś jeszcze, czego nie potrafiła od razu nazwać.
Chwilę później usłyszała kroki.
Najpierw ciche, lekkie — Lisówki — a zaraz za nimi drugie, spokojniejsze, bardziej miarowe, jakby ich właściciel nie miał żadnych wątpliwości co do tego, co zastanie.
Lisówka wyłonił się z trawy pierwszy, zatrzymując się obok towarzysza, a tuż za nim pojawił się drugi kot.
Zatrzymał się kilka kroków od granicy i przez chwilę tylko patrzył na Borówkową Słodycz, nie okazując ani wrogości, ani sympatii, lecz coś znacznie bardziej niewygodnego — uważną, spokojną ocenę, jakby widział więcej, niż mówił.
— To oni? — zapytał cicho, nie odrywając od niej wzroku.
— Tak — odpowiedział większy krótko.
— Jak wam na imię? — spytał Echo, zbliżywszy się do niej.
Borówka zawahała się na moment, lecz był to raczej ułamek sekundy, niż dłuższa chwila.
— Borówkowa Słodycz — odpowiedziała krótko, po czym uśmiechnęła się delikatnie.
— Tojadowa Kryza — dodał Tojad.
— Tojadowa Kryza — powtórzył kocur; końcówka jego ogona drgnęła lekko. — Dobrze, Borówkowa Słodyczy oraz Tojadowa Kryzo, wejdźcie na tereny Klanu Burzy.
Biała kotka poczuła, jak serce bije w jej piersi niczym młot. Choć nie potrafiła powiedzieć jeszcze, czy wyląduje w szeregach Burzaków, to nie mogła powstrzymać tego silnego poczucia nadziei, które zdawało się rosnąć z każdym kolejnym uderzeniem serca.
Jej łapy powoli przekroczyły granicę oddzielająca Klan Nocy od Burzy.
— Szara Skóro, Ruda Lisówko, proszę, pozwólcie mi porozmawiać z tą dwójką — powiedział zastępca spokojnie, lecz w jego głosie pobrzmiewała nuta stanowczości, która jasno dawała do zrozumienia, że choć prosi, to jednak oczekuje posłuszeństwa. — I miejcie na nich oko — dodał po chwili, przenosząc spojrzenie najpierw na jednego, potem na drugiego wojownika, jakby upewniał się, że dobrze go zrozumieli.
Szara Skóra skinął głową, choć jego uszy pozostały lekko cofnięte, a spojrzenie ani na moment nie zeszło z dwójki. Ruda Lisówka poruszył ogonem, robiąc pół kroku w tył, ale ustawił się tak, by nadal mieć parę w zasięgu wzroku.
Dymny usiadł niedaleko jednego z krzewów, wybierając miejsce, z którego miał dobrą widoczność zarówno na nią, jak i na granicę, po czym krótkim ruchem głowy przywołał Tojada oraz Borówkę bliżej, nie wydając jednak bezpośredniego rozkazu.
Borówkowa Słodycz zawahała się tylko przez ułamek chwili, zanim podniosła się z miejsca i zrobiła kilka ostrożnych kroków naprzód, pilnując, by jednocześnie nie zbliżyć się zbyt bardzo do zastępcy, jakby próbowała zachować równowagę między uległością a ostrożnością.
Zatrzymała się w końcu, siadając naprzeciw niego, z ogonem owiniętym wokół łap i uszami skierowanymi lekko do przodu, choć napięcie w jej ciele było wciąż wyraźne.
— Lisówka nie powiedział mi o was zbyt dużo, poza tym, że jesteście z Klanu Nocy — zaczął dymny, a jego głos był równy i spokojny, pozbawiony oskarżenia, lecz jednocześnie uważny, jakby każde jej słowo miało zostać dokładnie rozważone. — Chciałbym dowiedzieć się, dlaczego właściwie opuściliście wasz dom.
Na moment zrobił krótką pauzę, przekrzywiając lekko głowę, zanim dodał:
— Proszę jednak, byście podali mi konkrety. I, co ważniejsze, byli ze mną kompletnie szczerzy.
Borówkowa Słodycz wzięła cichy oddech, a jej spojrzenie na chwilę opadło gdzieś na ziemię pomiędzy nimi, jakby zbierała myśli albo decydowała, ile z tego, co nosi w sobie, powinna naprawdę ujawnić.
— Dobrze… — zaczęła w końcu, unosząc wzrok z powrotem na niego. — Krótko po śmierci Spienionej Gwiazdy wiele się zmieniło.
Jej głos był spokojny, lecz pod jego powierzchnią dało się wyczuć napięcie, które narastało z każdym kolejnym słowem.
— Mandarynkowe Pióro, która przejęła tytuł przywódczyni, zaczęła podejmować decyzje, które… — zawahała się na moment, jakby szukała odpowiedniego słowa, po czym dokończyła ciszej: — Były okrutne.
Szara Skóra poruszył się nieznacznie, jakby to określenie zwróciło jego uwagę, lecz nie przerwał, a Ruda Lisówka zmrużyła oczy, wpatrując się w Borówkową Słodycz jeszcze uważniej.
— Uwięziła mnie oraz moją rodzinę — kontynuowała Borówka, starając się, by jej głos pozostał równy, choć końcówka ogona drgnęła jej lekko przy ziemi. — Bez właściwie żadnej faktycznej przyczyny.
Zapadła krótka cisza, cięższa niż poprzednie, jakby same słowa zawisły między nimi, czekając na reakcję.
— Wiele ciężkich księżyców spędzić musiałam na wyspie — dodała po chwili, a jej spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok, jakby widziała przed sobą coś, czego nie chciała wspominać. — Z dala od wszystkiego, co znałam. Z dala od klanu, który miał być moim domem.
Dymny nie poruszył się ani o włos, lecz jego spojrzenie stało się wyraźnie bardziej skupione, jakby każda informacja układała się w jego głowie w większy obraz.
— Gdy w końcu mnie wypuściła — ciągnęła Borówkowa Słodycz, wracając wzrokiem do niego. — Nie przestałam się czuć jak więzień. Tym razem więzień mojego własnego klanu.
Jej głos był cichy, ale pewny, a słowa padały wolniej, jakby każde z nich miało większą wagę niż poprzednie.
— Każdy kot, jakiego znałam, patrzył na mnie krzywo — dodała, a jej uszy cofnęły się lekko. — Wiedzieli, że nic nie zrobiłam, a jednak dalej traktowali mnie jak kozła ofiarnego. Dlatego postanowiłam uciec. Tojadowa Kryza to mój partner. Postanowił opuścić Klan Nocy wraz ze mną.
Ruda Lisówka poruszyła się niespokojnie, jakby chciała coś powiedzieć, ale powstrzymała się, spoglądając tylko krótko na dymnego.
— I nikt po za nim nie stanął w twojej obronie? — zapytał zastępca po chwili, a jego ton pozostał spokojny, choć pytanie było wyraźnie bardziej dociekliwe.
Borówkowa Słodycz pokręciła lekko głową.
— Nie na tyle, by coś się zmieniło
Ruda Lisówka zmarszczył lekko pysk.
— I tak po prostu odeszliście? — zapytał, tym razem mniej ostro, bardziej z niedowierzaniem niż oskarżeniem. — Zostawilście swój klan?
— Ruda Lisówko! — warknął Echo.
Borówkowa Słodycz spojrzała na niego szybko, a w jej oczach pojawił się cień czegoś ostrzejszego.
— Myślisz, że to było takie proste? — odpowiedziała, a jej głos na moment stracił swoją wcześniejszą równość. — Każdy krok w tamtym miejscu przypominał mi, że nie jestem już częścią klanu. Że mogę zostać zamknięta znowu, jeśli tylko ktoś uzna to za wygodne. Nie miałam żadnej pozycji, żadnej ochrony… niczego.
— Spokojne, Borówko — miauknął do niej łagodnie Tojad. — Wszystko się ułoży, proszę, nie martw się.
— Dobrze więc — przerwał Echo. — Nie jesteście kotami, których mój klan mógłby uznać za wrogów. Lisówko, Szara Skóro. — Zwrócił łeb ku dwójce wojowników. — Chodźcie. Wracajmy do obozowiska.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz