Niebo nad żłobkiem płonęło feerią barw tak żywych i miękkich zarazem, jakby ktoś rozlał po sklepieniu niebios swoje najpiękniejsze sny. Smugi pomarańczu przeplatały się z głębokim fioletem oraz złotawą żółcią, tworząc obraz niemal nierealny — zbyt doskonały, by mógł należeć do zwyczajnego świata mokrej ziemi, splątanych korzeni i ostrych kamieni. Zachodzące słońce, choć chyliło się już ku kresowi swej dziennej wędrówki, wciąż zdawało się walczyć z nadchodzącym chłodem, rzucając pomiędzy wysokie sosny i świerki ostatnie, rozpaczliwie ciepłe promienie, które muskały futra kotów niczym delikatne łapy troskliwej matki. Liściasta “kopuła” żłobka szemrała cicho ponad głowami kociąt, poruszana lekkim, wieczornym wiatrem, który przeciskał się pomiędzy gałęziami z ostrożnością drobnego zwierzęcia obawiającego się zakłócić panujący tu spokój. Chłodne podmuchy poruszały źdźbła trawy, przynosząc ze sobą wilgotny zapach mchu i igliwia, a czasami również ledwie wyczuwalną woń świeżej zdobyczy dobiegającą z obozowiska. W pobliżu słychać było cienkie piski młodszych kociąt oraz cichy śmiech opiekunek, lecz wszystkie te dźwięki zdawały się przytłumione przez ciężką, senną atmosferę późnego wieczoru.
Dla większości mieszkańców żłobka wiatr stanowił jedynie nową okazję do zabawy — coś, za czym można było gonić, co można było próbować złapać łapkami lub obwiniać za nagłe zatańczenie liści po ziemi. Dla Łzy jednak był wyłącznie irytującym utrapieniem.
Siedziała z podwiniętymi łapkami przy wejściu do żłobka, a jej jasne futerko falowało lekko pod wpływem chłodnych podmuchów, co doprowadzało ją do coraz większego rozdrażnienia. Nie cierpiała zimna. Nie cierpiała uczucia, gdy wiatr mierzwił jej sierść w nieładzie, odbierając jej schludność oraz godność, którą — nawet jeśli była jeszcze jedynie kocięciem — uważała za coś absolutnie naturalnego i należnego sobie. W jej własnym wyobrażeniu świat powinien być miejscem o wiele bardziej rozsądnym; miejscem, w którym słońce nigdy nie gasło całkowicie, deszcz nie zamieniał ziemi w cuchnące błoto, a wszystkie spojrzenia nieustannie skupiały się właśnie na niej.
Bo przecież powinny.
Łza uważała, że istnieją koty stworzone do tego, by błyszczeć pośród innych niczym gwiazdy na nocnym niebie — i była absolutnie przekonana, iż ona należy właśnie do takich kotów.
Ziewnęła przeciągle, odsłaniając swoje drobne kły, po czym leniwie omiotła spojrzeniem żłobek. W kącie Purchawka układała mech dla swoich kociąt, mrucząc coś pod nosem swoim ciepłym, spokojnym głosem, który Łza zwykle ignorowała niemal równie skutecznie, jak ignorowała opowieści o Wszechmatce. Wiedziała jedynie tyle, że ta tajemnicza istota potrafiła przemieniać zmarłych w ptaki — wróble, jerzyki i inne pierzaste stworzenia, których Łza nigdy specjalnie nie podziwiała. Trudno było jej zrozumieć, dlaczego ktokolwiek miałby zachwycać się taką mocą. Gdyby ona była Wszechmatką, sprawiłaby raczej, że świat stałby się piękniejszy. Wygodniejszy. Bardziej odpowiedni.
Jej wzrok zatrzymał się w końcu na Mordogończyku.
Brązowy kocurek siedział nieopodal, samotnie przesuwając łapką po stercie suchych liści, jakby sama ich szeleszcząca obecność mogła go czymś zająć. Wyglądał spokojnie, niemal naiwnie spokojnie, a widok ten wzbudził w Łzie znajome ukłucie potrzeby — tej samej, która kazała jej stale upewniać się, że inni pozostają blisko niej, skupieni wyłącznie na niej.
Jej oczy rozbłysły miękkim blaskiem.
Powoli podniosła się z miejsca i ruszyła ku niemu lekkim, pewnym krokiem, a jej ogon zakołysał się z subtelną elegancją.
— Gończykuu… — zamruczała słodko, niemal śpiewnie. — Nie chciałbyś do mnie dołączyć?
Ton jej głosu był przyjazny, ciepły, niemal czuły — lecz pod tą aksamitną warstwą kryło się coś znacznie twardszego. To nie była prośba. Łza nie przywykła prosić.
Mordogończyk uniósł lekko uszy i spojrzał na nią swoimi bursztynowo-żółtymi oczami, w których zamigotało coś dziwnego, czego nie potrafiła od razu nazwać. Wahanie. Niepewność. Być może nawet strach.
I właśnie to zirytowało ją najbardziej.
Przez krótką chwilę miała wrażenie, że wieczorne cienie zaczynają rozmywać kontury jego sylwetki, lecz szybko zrozumiała, że to nie zmrok płata jej figle — to jej brat naprawdę się zawahał.
Jak śmiał.
— Mordogończku? — powtórzyła, tym razem z delikatnym naciskiem, który wibrował pod słodką melodią jej głosu niczym ukryty cierń pod miękkim mchem.
Brązowy kocurek spuścił wzrok na swoje łapki. Jego ogon drżał lekko, a futro przy karku uniosło się niemal niezauważalnie.
— Chciałbym się z tobą pobawić, siostrzyczko… — zaczął ostrożnie, jakby każde słowo mogło rozgniewać ją bardziej niż poprzednie. — Ale nie podoba mi się to, że jesteś dla mnie taka… niemiła.
Łza poczuła, jak coś gorącego i nieprzyjemnego zaciska się w jej piersi.
Niemiła?
To słowo zabrzmiało wręcz absurdalnie.
— W sensie… — ciągnął Mordogończyk coraz ciszej, zbierając resztki odwagi — mogę dalej się z tobą bawić, ale… czy mogłabyś mnie chociaż przeprosić?
Przez moment zapadła cisza, zakłócana jedynie szelestem liści ponad ich głowami.
A potem futro Łzy zaczęło powoli unosić się z oburzenia.
Przeprosić?
Ona?
Jej błękitne oczy zwęziły się niebezpiecznie, gdy wpatrywała się w brata z mieszaniną gniewu oraz szczerego niedowierzania. Jakim cudem on w ogóle ośmielił się oczekiwać czegoś takiego? To przecież on powinien czuć wdzięczność, że chciała poświęcać mu swój czas.
Chrząknęła ostentacyjnie, unosząc lekko pyszczek.
— Przepraszać? Braciszku… — zaczęła z przesadną łagodnością, pod którą wrzała już irytacja. — Kiedy ja niby byłam dla ciebie niemiła?
Mordogończyk skulił się odrobinę, lecz mimo to odpowiedział:
— A jak nazwałaś mnie głupim szczurem?
W jego głosie nie było złości. Tylko ciche zranienie, które Łza uznała za wyjątkowo męczące.
Prychnęła więc jedynie, odwracając wzrok ku ciemniejącemu niebu.
— To nie moja wina, że wyglądasz, jakbyś nim był! — mruknęła z ostentacyjnym lekceważeniem.
Odwróciła łeb w bok gwałtowniej, niż było to konieczne, a jej futro falą przesunęło się po drobnych barkach. Wąsy zadrżały jej lekko z irytacji, podczas gdy ogon wykonał krótkie, nerwowe smagnięcie po ziemi, rozrzucając kilka suchych liści. Nie chciała już patrzeć na Mordogończyka — a przynajmniej nie chciała, by zauważył, jak bardzo zirytowały ją jego słowa.
Bo jakim cudem to on śmiał stawiać jej warunki?
W jej małym sercu buzowało oburzenie ciężkie i gorące niczym letnie powietrze przed burzą. Przecież dawała mu swoją uwagę. Swoje towarzystwo. To powinno wystarczyć. Powinno sprawiać, że czułby wdzięczność, nie zaś domagał się przeprosin jak jakiś obrażony starszy wojownik.
— Aha, i nie ma opcji, żebym ciebie przepraszała! — dodała wyniośle, unosząc lekko podbródek. — Od dziś będę bawić się z kimś zupełenieee innym.
Przedostatnie słowo przeciągnęła z dziecięcą teatralnością, lecz pod tą przesadną nutą kryła się bardzo prawdziwa potrzeba — potrzeba ukarania go. Chciała, żeby poczuł ukłucie zazdrości. Żeby patrzył, jak odchodzi do innych kociąt, podczas gdy on zostaje sam pośród chłodniejącego żłobka.
Przez krótką chwilę błądziła spojrzeniem po otoczeniu.
Wieczór coraz śmielej wciskał się pomiędzy gałęzie żłobka, a miękkie światło zachodzącego słońca ustępowało miejsca granatowym cieniom rozlewającym się pod zielonymi ścianami. W oddali Purchawka dalej zajmowała się legowiskami, podczas gdy Zew oraz Pisanka próbowali bez większego sukcesu złapać wirujący liść porwany przez wiatr. Powietrze pachniało mokrą ziemią, mlekiem oraz chłodem nadchodzącej nocy.
Wtedy właśnie dostrzegła Mordor.
Szylkretowa koteczka siedziała nieopodal, częściowo ukryta w cieniu paproci. Nie była dużo starsza od Łzy, lecz mruczała coś do siebie z dziwnym spokojem, bawiąc się jakimiś kośćmi. Błękitne oczy Łzy natychmiast rozbłysły.
Och, idealnie.
Posłała Mordogończykowi ostatni, złośliwie triumfujący uśmieszek — taki, który miał jasno mówić: widzisz? nie jesteś mi potrzebny — po czym ruszyła w stronę szylkretowej kotki.
Jej krok był lekki, przesadnie ostrożny, niemal wystudiowany. Łza jeszcze nie rozumiała w pełni znaczenia słowa „majestat”, lecz instynktownie próbowała poruszać się tak, jak wyobrażała sobie ruch wielkich przywódców z opowieści starszyzny — z gracją, której nikt nie powinien ignorować. Głowę trzymała wysoko, pierś lekko wypiętą, a końcówka jej ogona wyginała się w elegancki łuk.
Zatrzymawszy się przed Mordor, uniosła pyszczek z szerokim, słodkim uśmiechem.
— Cześć! Jestem Łza, miło cię poznać! — zamiauczała melodyjnie, po czym jej oczy błysnęły rozbawioną pewnością siebie. — Ale jeszcze milej będzie ci poznać mnie.
<Mordor?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz