Właśnie tak — po tych dwóch księżycach jej zapał do odkrywania świata wcale nie osłabł, a wręcz przeciwnie! Z każdym kolejnym dniem spędzonym pod okiem Rohan coraz bardziej świerzbiły ją łapy, by rzucić się do wyjścia z kociarni i pobiec jak najdalej przed siebie. W końcu siedzenie w żłobku było nudne, nawet jeśli teraz musiała dzielić go z dodatkową czwórką kociąt, do których jeszcze nie miała okazji zagadać. Może przynajmniej one okażą się warte jej uwagi…? Kiedyś na pewno się tego dowie, gdy w końcu otworzy do nich pyszczek.
Słyszała tylko, że dwójka z nich już niedługo zniknie z Owocowego Lasu i przejdzie do jakiejś innej przynależności, ale nie pamiętała dokładnie której. Ach! Oni to się mieli dobrze. Ona też chciała podróżować, a nie siedzieć w tym zapyziałym Owocowym Lesie!
Ze złości aż kichnęła, a całe jej niewielkie ciałko zadrżało. Szybko obróciła głowę, by upewnić się, że nie obudziła mamy. Gdy dostrzegła, że powieki Rohan są przymknięte, uśmiechnęła się chytrze i chwiejnie podniosła się na łapki.
— Pzygodo! Nadchocę! — mruknęła pod nosem, kierując wzrok ku wyjściu, przez które do środka wpadały ciepłe promienie słońca.
Mama opowiadała jej już o porach roku. Obecnie panowała Pora Zielonych Liści, czyli najcieplejsza z nich wszystkich. Dobrze się składało, bo przynajmniej Smok miała pewność, że nie zamarznie na zewnątrz.
Szybko pognała w stronę wyjścia ze żłobka, jednak nim zdążyła je przekroczyć, rozległ się zdumiony głos Purchawki. Szylkretka niewzruszenie biegła dalej, aż wypadła z kociarni i wpadła na jakiegoś starszego kocura. Miał krótkie, bure futro i inteligentne ślepia, ale wzrostem ledwo przewyższał Smoka!
— Sybko! Biez mnie na plecy i uciekaj stąd! — wydukała pospiesznie, po czym wybiła się na łapkach, próbując wspiąć się po boku ucznia na jego grzbiet.
Ten jednak zamarł w bezruchu, patrząc na młodszą koteczkę z wyraźnym zaskoczeniem.
Wtem ze żłobka wybiegła Purchawka, która od razu zlokalizowała małe źródło chaosu i złapała je za skórę na karku, ściągając szylkretkę z boku burego kocura. Posłała mu przepraszające spojrzenie i zaczęła wycofywać się do kociarni, lecz Smok zaczęła wierzgać się i wiercić.
— Puść mnie, mysia papko! — syknęła gniewnie, po czym zwróciła się do ucznia: — Co tak stoisz?! Latuj mnie!
Słyszała tylko, że dwójka z nich już niedługo zniknie z Owocowego Lasu i przejdzie do jakiejś innej przynależności, ale nie pamiętała dokładnie której. Ach! Oni to się mieli dobrze. Ona też chciała podróżować, a nie siedzieć w tym zapyziałym Owocowym Lesie!
Ze złości aż kichnęła, a całe jej niewielkie ciałko zadrżało. Szybko obróciła głowę, by upewnić się, że nie obudziła mamy. Gdy dostrzegła, że powieki Rohan są przymknięte, uśmiechnęła się chytrze i chwiejnie podniosła się na łapki.
— Pzygodo! Nadchocę! — mruknęła pod nosem, kierując wzrok ku wyjściu, przez które do środka wpadały ciepłe promienie słońca.
Mama opowiadała jej już o porach roku. Obecnie panowała Pora Zielonych Liści, czyli najcieplejsza z nich wszystkich. Dobrze się składało, bo przynajmniej Smok miała pewność, że nie zamarznie na zewnątrz.
Szybko pognała w stronę wyjścia ze żłobka, jednak nim zdążyła je przekroczyć, rozległ się zdumiony głos Purchawki. Szylkretka niewzruszenie biegła dalej, aż wypadła z kociarni i wpadła na jakiegoś starszego kocura. Miał krótkie, bure futro i inteligentne ślepia, ale wzrostem ledwo przewyższał Smoka!
— Sybko! Biez mnie na plecy i uciekaj stąd! — wydukała pospiesznie, po czym wybiła się na łapkach, próbując wspiąć się po boku ucznia na jego grzbiet.
Ten jednak zamarł w bezruchu, patrząc na młodszą koteczkę z wyraźnym zaskoczeniem.
Wtem ze żłobka wybiegła Purchawka, która od razu zlokalizowała małe źródło chaosu i złapała je za skórę na karku, ściągając szylkretkę z boku burego kocura. Posłała mu przepraszające spojrzenie i zaczęła wycofywać się do kociarni, lecz Smok zaczęła wierzgać się i wiercić.
— Puść mnie, mysia papko! — syknęła gniewnie, po czym zwróciła się do ucznia: — Co tak stoisz?! Latuj mnie!
<Bury koleżko?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz