*Czasy, gdy Bursztyn i Żywica są kociętami*
Napadły go ostatnimi czasy nieustanne wątpliwości. Oczywiście nie chodziło mu o dzieci, one były dla niego oczkiem w głowie, niezależnie od tego, jak się zachowywały. Kwestie sporne dotyczyły jego partnerki, jeśli mógł ją w ogóle tak nazwać. Ich relacja była dość skomplikowana. Pomimo że mieli razem dzieci, a on darzył Pożar uczuciem, to miewał dylemat, czy nie za szybko się to wszystko potoczyło. Pokochał szczerze kotkę, a wspólne chwile zawsze miło wspominał, nawet jeśli charakterami byli od siebie totalnie różni.
Westchnął ciężko i spojrzał w stronę legowiska, gdzie odpoczywała Pożar. Jej ogniste futro lśniło w blasku księżyca. Była silna, niezależna i dumna. Cechy, które na początku tak bardzo go fascynowały i na dłużej zatrzymały go u jej boku. Jednak tempo, w jakim ich losy się splotły, wciąż budziło w nim niepokój. Czy to była prawdziwa miłość, zrodzona z głębokiego uczucia, czy może jedynie wynik chwilowego zauroczenia? Nie był przecież już od dawna młodzieńcem którym szargały emocje, powinien być bardziej stabilny w kwestii swoich uczuć.
Nadal pamiętał ich pierwsze spotkania, pełne napięcia i niepewności, a potem nagły zwrot akcji, który rzucił ich w wir wspólnych obowiązków. Narodziny kociąt zmieniły wszystko. Od tamtej pory nie był już tylko wolnym kocurem odpowiedzialnym za samego siebie. Stał się filarem rodziny. Rodziny, której już prawie sam nie miał.
Wydawało mu się, że to, co z reguły łączy i zbliża, ich oddalało coraz to bardziej od siebie z dnia na dzień. Zauważył, że to mu zdarza się spędzać więcej czasu z dziećmi niż jej. Wpierw zrzucał to na zmęczenie po porodzie, jednak gdy maluchy rosły, jej obecność zdawała się coraz to rzadsza. Może tak niefortunnie się mijali, choć w to szczerze wątpił.
Zauważył ruch po swojej lewej stronie. Pożar uniosła głowę i spojrzała prosto na niego. Przez dłuższą chwilę milczeli, wpatrzeni w siebie. Dzwonek przełknął ślinę, czując jak serce zaczyna mu szybciej bić.
— Nie śpisz? — zapytał cicho, starając się, by w jego głosie nie brzmiał żal, a jedynie troska. Tamta westchnęła cicho, poruszając powoli ogonem.
— Słyszałam, jak kręcisz się po okolicy. Obserwowałam cię jakiś czas. O czym myślisz?
Zawahał się. Przywołał w głowie obraz małych, wtulonych w siebie kociąt. Wiedział, że jeśli teraz nie powie prawdy, będzie go to zżerać do końca życia.
— O nas, Pożar — zaczął, zniżając głos do szeptu. — O tym, jak szybko to wszystko się potoczyło. I o tym, że coraz mniej cię tu widzę. Maluchy rosną, potrzebują cię, a ty ciągle gdzieś znikasz. Czasami mam wrażenie, że uciekasz. Od nich... albo ode mnie — wyznał.
Westchnął ciężko i spojrzał w stronę legowiska, gdzie odpoczywała Pożar. Jej ogniste futro lśniło w blasku księżyca. Była silna, niezależna i dumna. Cechy, które na początku tak bardzo go fascynowały i na dłużej zatrzymały go u jej boku. Jednak tempo, w jakim ich losy się splotły, wciąż budziło w nim niepokój. Czy to była prawdziwa miłość, zrodzona z głębokiego uczucia, czy może jedynie wynik chwilowego zauroczenia? Nie był przecież już od dawna młodzieńcem którym szargały emocje, powinien być bardziej stabilny w kwestii swoich uczuć.
Nadal pamiętał ich pierwsze spotkania, pełne napięcia i niepewności, a potem nagły zwrot akcji, który rzucił ich w wir wspólnych obowiązków. Narodziny kociąt zmieniły wszystko. Od tamtej pory nie był już tylko wolnym kocurem odpowiedzialnym za samego siebie. Stał się filarem rodziny. Rodziny, której już prawie sam nie miał.
Wydawało mu się, że to, co z reguły łączy i zbliża, ich oddalało coraz to bardziej od siebie z dnia na dzień. Zauważył, że to mu zdarza się spędzać więcej czasu z dziećmi niż jej. Wpierw zrzucał to na zmęczenie po porodzie, jednak gdy maluchy rosły, jej obecność zdawała się coraz to rzadsza. Może tak niefortunnie się mijali, choć w to szczerze wątpił.
Zauważył ruch po swojej lewej stronie. Pożar uniosła głowę i spojrzała prosto na niego. Przez dłuższą chwilę milczeli, wpatrzeni w siebie. Dzwonek przełknął ślinę, czując jak serce zaczyna mu szybciej bić.
— Nie śpisz? — zapytał cicho, starając się, by w jego głosie nie brzmiał żal, a jedynie troska. Tamta westchnęła cicho, poruszając powoli ogonem.
— Słyszałam, jak kręcisz się po okolicy. Obserwowałam cię jakiś czas. O czym myślisz?
Zawahał się. Przywołał w głowie obraz małych, wtulonych w siebie kociąt. Wiedział, że jeśli teraz nie powie prawdy, będzie go to zżerać do końca życia.
— O nas, Pożar — zaczął, zniżając głos do szeptu. — O tym, jak szybko to wszystko się potoczyło. I o tym, że coraz mniej cię tu widzę. Maluchy rosną, potrzebują cię, a ty ciągle gdzieś znikasz. Czasami mam wrażenie, że uciekasz. Od nich... albo ode mnie — wyznał.
< Pożar?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz