Słońce wisiało wysoko nad obozowiskiem Owocowego Lasu, rozlewając po polanie złociste światło, które miękko osiadało na futrach kotów niczym ciepły pył unoszący się w powietrzu podczas bezwietrznego dnia. Niebo miało barwę czystego, głębokiego błękitu, który co jakiś czas przecinały jasne, mleczne smugi chmur, przypominające delikatne rysy na gładkiej powierzchni nieba, jakby coś próbowało przedostać się przez jego granice, lecz wciąż pozostawało poza zasięgiem. Powietrze było przyjemnie ciepłe, typowe dla pory Nowych Liści, choć gdzieniegdzie dało się jeszcze wyczuć subtelny chłód, który przemykał między kamieniami i cieniem drzew, przypominając, że zima nie odeszła jeszcze całkowicie z pamięci lasu..
Łza siedziała nieco z boku, z łapami starannie podwiniętymi pod ciało, choć jej postawa wcale nie zdradzała spokoju. Przeciwnie — w jej błękitnych oczach czaiło się coś na kształt cichego znużenia, które mieszało się z narastającą irytacją, kiedy obserwowała swoją matkę. Purchawka znajdowała się nieopodal, zajęta Mordogończykiem, którego otaczała ogonem w sposób czuły i opiekuńczy, jednocześnie mrucząc do niego coś łagodnie, jakby cały świat poza tym małym kocięciem przestał w tej chwili istnieć.
Łza wpatrywała się w tę scenę z coraz większym napięciem w piersi, którego sama nie potrafiła do końca nazwać, choć przypominało ono coś pomiędzy zazdrością a rozdrażnieniem, jakby ktoś powoli odbierał jej coś, co zawsze uważała za oczywiste. Nie cierpiała tego widoku, a jednocześnie nie potrafiła oderwać wzroku, zmuszając się do obserwowania każdego ruchu matki, każdego muśnięcia ogona i każdego czułego spojrzenia, które nie było skierowane w jej stronę. Z każdym kolejnym uderzeniem serca coraz wyraźniej czuła, że coś się zmienia — nie na zewnątrz, lecz w relacjach, które do tej pory uważała za nienaruszalne.
Mordogończyk uniósł nagle głowę, jakby wyczuwając jej spojrzenie, po czym popatrzył w jej stronę z wyraźnym zawahaniem, które mogło przypominać strach. Łza natychmiast drgnęła, a jej uszy lekko się nastroszyły, podczas gdy w jej spojrzeniu pojawił się cień ostrego, kwaśnego niezadowolenia — nie powiedziała jednak ani słowa, ograniczając się jedynie do wyrazu pyska, który jasno komunikował, że zauważyła jego reakcję i zapamiętała ją.
Przez moment trwała w bezruchu, jakby ważyła w głowie różne możliwe reakcje, analizując sytuację z tą samą impulsywnością, która często popychała ją do działania bez zastanowienia. W końcu jednak podniosła się gwałtownie, a jej ogon uniósł się wysoko, zdradzając nagłą decyzję, zanim jeszcze sama zdążyła ją w pełni przemyśleć. Ruszyła w stronę matki szybkim, niemal sprężystym krokiem, przeciskając się między innymi kociakami z wyraźną determinacją, która jednak nie tłumiła narastającej w niej emocjonalnej burzy.
Gdy tylko zbliżyła się do Purchawki, w jej nozdrza uderzył intensywny zapach ziół — mieszanka ostrej mięty, gorzkiej bylicy oraz czegoś ziemistego. Skrzywiła się lekko, choć nie był to jedynie grymas niechęci wobec zapachu, lecz także wobec faktu, że ten zapach zdawał się należeć do matki bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
— Mamuś… — odezwała się w końcu, unosząc głowę i wbijając w Purchawkę spojrzenie pełne mieszaniny ciekawości oraz nie do końca ukrytej pretensji. — Dlaczego ciągle pachniesz ziołami?
— Bo jestem szamanką, skarbie.
— A możemy pójść do twojego legowiska..?
— Nie wiem. Trudno będzie mi pilnować czwórki kociąt w jednym momencie. Może kiedy indziej…
Końcówka ogona Łzy drgnęła gwałtownie, zdradzając ukłucie irytacji, które pojawiło się w niej niemal natychmiast po usłyszeniu odpowiedzi Purchawki. Przez krótką chwilę wydawało się, że zaraz zaprotestuje, że podniesie głos i zacznie domagać się uwagi, której tak bardzo pragnęła, lecz słowa uwięzły jej w gardle, ciężkie oraz gorzkie niczym źle przełknięte zioła. Zamiast tego jedynie skinęła głową, choć ruch ten był sztywny oraz wyraźnie wymuszony.
Jej błękitne oczy przesunęły się ku Mordogończykowi. Przez moment patrzyła na niego w ciszy, a w jej spojrzeniu mieszało się coś dziwnie ciężkiego — zazdrość, frustracja i potrzeba odzyskania kontroli nad czymś, cokolwiek by to nie było.
— Mordogończyku… Chcesz się pobawić?
Brat zawahał się, co tylko bardziej podrażniło ją od środka. Nie rozumiała, dlaczego zawsze wyglądał tak, jakby się jej obawiał.
— W porządku… — odpowiedział cicho. — Mamo, mogę?
Łza niemal natychmiast odwróciła wzrok ku Purchawce, czekając na odpowiedź z napięciem tak silnym, że aż ścisnęło ją w brzuchu. Kiedy matka skinęła głową, poczuła krótką falę satysfakcji, małą i dziecinną, ale wystarczającą, by wyprostowała się odrobinę dumniej.
A więc jednak potrafiła zwrócić na siebie uwagę.
— Tylko bawcie się przy wejściu! — krzyknęła za nimi Purchawka.
Łza ledwie powstrzymała przewrócenie oczami. Oczywiście. Nawet teraz musiała coś narzucić, coś kontrolować, jakby Łza była zbyt mała albo zbyt nierozsądna, by podejmować własne decyzje.
— Nie lepiej będzie bawić się w środku? — spytał Mordogończyk.
— Cicho, nie zachowuj się jak jakiś głupi szczur — syknęła odruchowo, czując nagłe rozdrażnienie.
Prawdę mówiąc, nie chodziło nawet o niego. Po prostu wszystko ją drażniło — ostrożność brata, ciągłe polecenia Purchawki, a przede wszystkim świadomość, że istnieje miejsce, do którego matka chodziła bez niej. Własne legowisko. Własna dziupla. Coś ważnego.
Gdy tylko wyszli na zewnątrz, ostre światło słońca rozlało się po jej futrze, lecz Łza niemal tego nie zauważyła. W jej głowie wirowała już zupełnie inna myśl, coraz większa oraz bardziej ekscytująca.
Szamanka.
To słowo brzmiało dostojnie. Ważnie. Inaczej niż zwykły wojownik czy uczeń. A skoro Purchawka była szamanką… to ona sama również musiała być kimś wyjątkowym.
— Słyszałeś, co mówiła Purchawka… Jest szamanką! A wiesz, co to znaczy?
W jej głosie zabrzmiał entuzjazm niemal graniczący z obsesją, a oczy rozbłysły jasnym podekscytowaniem.
— Że jesteśmy jej dziećmi?
— Że jest sporą szychą! — wyrzuciła z siebie szybko. — Przynajmniej z tego, co udało mi się podsłuchać od uczniów.
Im więcej o tym myślała, tym bardziej rosło w niej przekonanie, że to wszystko musi coś znaczyć. Że skoro Purchawka była kimś tak ważnym, ona również powinna być traktowana inaczej niż reszta kociąt.
Wyjątkowo.
— I to znaczy, że możemy robić cokolwiek chcemy! A do dyspozycji mamy jej własne legowisko!
Sama myśl o wejściu do miejsca należącego wyłącznie do Purchawki sprawiła, że serce zaczęło bić jej szybciej. Było w tym coś zakazanego, ekscytującego i jednocześnie dającego dziwne poczucie wyższości nad innymi.
— Wiesz w ogóle, gdzie ma to legowisko?
Łza zamrugała lekko, jakby samo pytanie wydało jej się wręcz absurdalne. Oczywiście, że musiała je mieć. Znaczy… Tak przynajmniej sądziła.
— Może… Zresztą, czekaj chwilę.
Nie zamierzała opierać się wyłącznie na własnych domysłach. Ciekawość paliła ją od środka zbyt mocno, by mogła po prostu odpuścić, dlatego niemal natychmiast ruszyła ku czekoladowej kotce siedzącej nieopodal. W jej krokach dało się dostrzec dziecięcą pewność siebie zmieszaną z ekscytacją, która rosła z każdym uderzeniem serca.
— Wiesz, gdzie szamani mają swoje legowisko? — spytała szybko, unosząc lekko głowę, jakby samo pytanie było czymś niezwykle istotnym.
— Oczywiście. To ta dziupla.
Kotka wskazała łapą na ciemny otwór w pniu drzewa. Łza natychmiast skierowała tam spojrzenie, a jej oczy rozbłysły gwałtownym zainteresowaniem.
Jej serce zabiło szybciej, gdy wyobraziła sobie wszystkie zioła, tajemnice oraz ważne rozmowy skrywane wewnątrz tej dziupli.
— Dziękuję! — miauknęła szybko, obdarzając kotkę szerokim uśmiechem, po czym niemal natychmiast odwróciła się i podbiegła z powrotem do Mordogończyka.
— Wiem dokładnie, gdzie jest! — miauknęła, po czym ruszyła w stronę miejsca wskazanego wcześniej przez kotkę.
Wsunęła się do dziupli, z zaciekawieniem obserwując poukładane sterty roślin oraz puste posłania.
— Co ty tu robisz, kociaku? — zaskoczył ją czyjś głos.
Patrzyła na nią biała kotka o intensywnie niebieskich oczach — aż dziwnie, że Łza wcześniej jej nie dostrzegła.
— My-
Obejrzała się za siebie. Ten drań, Mordogyńczyk, nie wszedł za nią! Jaki brat zostawiłby swoją kochaną siostrzyczkę samą sobie?
— Rozglądam się tylko po moim legowisku. — odparła z lekkim chłodem, ale też i dumą.
— To nie jest miejsce dla kociąt. Wyjdź stąd.
Poczuła, jak pod futrem pali ją irytacja. Co ten wstrętny robal mógł o tym wiedzieć? Pewnie nawet nie była szamanką…
— TAK SIĘ SKŁADA, że moja MAMA zarządza TYM miejscem. Więc TY stąd wyjdź.
<Mistral?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz